Starocie…

Rzyg baaardzo przeszłościowy. Linux prowokuje do wykopalisk. Znalazłem na drugiej partycji [mnóstwo] rzeczy, które popełniłem chyba w czasach Krawca Termonuklearnego Terroru (za czasokres głowy nie dam – log0t da :D ), czyli dawno.Tutaj tylko promil…
Idę spać, ponieważ rankiem będzie mnie oczekiwał koszmarek typu 07_19D_ST3_25_PP1, co oznacza ni mniej, ni więcej, jak hardkor na laserze…

[Prowokacyjnie] Jako, żem pozbawiony dreadów – taki mały akcent:

BOMBA W TORCIE – Pank Wieszcz

[teksty z literówkami w originale]

Śląsk-Karlskrona

Chciałabym wyjechać do Szwecji.

Te kilka słów na krótko zagościło w jej głowie. Nie bardzo zdając sobie sprawę z konkretności pragnienia, poprowadziła mazakiem grubą kreskę między południowym, a północnym wybrzeżem Bałtyku. Nigdy nie była nad morzem. Nigdy nie potrafiła wyobrazić sobie wyraźnie zarysowanej linii brzegowej, albo poszarpanych oddawanych morzu i przez nie przyjmowanych połaci nietrwałego, wilgotnego lądu. Morze było dla niej jedynie olbrzymią przeszkodą, ponad którą poprowadzenie jakiegokolwiek mostu było czymś nie mieszczącym się w ludzkim sposobie pojmowania wykonalności czegokolwiek.

Posmutniała.

Dzisiejszy sen przyniósł jej strzęp skojarzeń mogących przybliżyć ja choć na moment do Szwecji, która i tak w rzeczywistości stanowiła dla niej obiekt marzeń, przestrzeń realnie istniejącą, acz poza obrębem jej możliwości, poza granicą wzroku, węchu, dotyku.

Jakiś niechlujnie wyglądający mężczyzna zaprosił ją do kina. Miasto szczytowało, eksplodowało kawalkada mrówek, lśniące kopce wypełnione były robotnicami wszelkiej maści. [Szklane domy, po których spływał trud gromadzenia, ewidencjonowania i niszczenia papierów.] Rozgorączkowane czoła pracowały dla królowej. Właśnie wtedy podszedł do niej brudny facet. Ze spokojem spojrzał na jej biurowy pancerz i broń w postaci wykazów i wydruków. „Zapraszam do kina. Film interesujący – akcja, romans, no, rozumie pani, po obejrzeniu których człowiekowi chce się wejść w materię ekranu.” Jego słowa nie miały wielkiej wagi w tym gąszczu plastikowej harówki, dlatego właśnie wydały się jej tak inne, tak pociągające.

Dwie krople potu spłynęły jej po kręgosłupie. Wejście do kina nie należało do najprzyjemniejszych. Kilkadziesiąt osób tłoczyło się z biletami w ręku, przylepiali się do siebie, ramiona mlaskały plamami potu. Mężczyzna ze spokojem przeciskał się i torował jej drogę. Przez moment przemknęła jej myśl, aby zapytać o tytuł filmu, ale sytuacja wymagała nie dociekliwości, a zręczności: byle przepchać się w tym tłoku!

„Film oczywiście tyczy się morskich opowieści sprzed lat, droga pani. Rzec by można, że to bardzo słony film” – wymamrotał pod nosem. Gwar ludzi czekających na otwarcie sali kinowej przytłaczał ją coraz bardziej. Strzępy skontrolowanych biletów upadały na podłogę. Usłyszała zza drzwi sali monotonne uderzenia fal o brzeg. Słone morze i słoni od potu ludzie przekomarzali się wzajemnie.

„Seans się zaczął. Życzę miłych wrażeń” – z przekąsem dodał mężczyzna, wytarł dłonie o nogawki spodni i oddalił się w niewiadomym kierunku.

Obudziła się.

Cicho zapytała go, czy może położyć się obok. Nie usłyszawszy nic poza bełkotem na wpół śpiącego człowieka, wpełzła pod koc i starała się zasnąć. Wrażenie snu we śnie zawsze pojawiało się nad ranem, kiedy zmęczone neurony nabierały siły i wariowały bezładnie. Tuż obok łóżka stała pokaźnej wielkości suszarka do bielizny, na której wisiały niemal suche ręczniki. Czuła wyraźnie popołudnie. Czas, kiedy zza zasłon sączyło się znośne już słońce. Oddychał miarowo, piętą dotykając jej łydki. Za nic w świecie nie potrafiła przypomnieć sobie dlaczego sen zmógł ją właśnie o tej porze. Było jednak coś bardziej zastanawiającego: skąd on się wziął? Pamiętała jedynie, że opowiadał jej o estetyce w literaturze i o erotycznym związku odbiorcy sztuki z samym dziełem.

Zasnęła.

Przez moment obserwowała koślawą linię prowadzącą z samego centrum Śląska, aż do chłodnych portów Karlskrony. Utkwiła wzrok kolejno: w szarzyźnie śląskich aglomeracji, zielonej plamie Mazowsza, opustoszałym Podlasiu i pomyślała, że to wcale nie tak daleko, że Szwecja jest niemal na wyciągnięcie ręki, że wystarczy otworzyć brudne okno i przyjrzeć się krzątaninie w portach śmierdzących makrelą. Była przekonana, że ktoś bardzo brudny wręczy jej bilet do kina, a ktoś bardzo czysty prześpi się z nią. Już po drugiej stronie Bałtyku.

Siedziała na trawie upstrzonej grupkami rozgadanych młodych ludzi. Popijała piwo i bawiła się czerwonym guzikiem czerwonej bluzki. „To miejsce jest tak odległe od Szwecji” – kolejny łyk.

Ktoś bardzo pijany machał do niej ręką i wykrzykiwał niezrozumiałe słowa. Ona tymczasem stukała szyjką butelki o zęby, aż poczuła dreszcze w stopach.

ROZ-DŹWIĘK

Im większy jest rozdźwięk między dwoma trakcjami wspomnień, tym bardziej są bolesne.
Olga Tokarczuk, Ostatnie historie

Kiedy nie słychać żadnych niepokojących dźwięków, przypadkowość przenosi nas w sferę ogłupiającej ciszy. Roz-dźwięk. Rozpad. Obszar bez konturów zapewniających minimalną choćby orientację. Wtedy zaczynamy wyławiać z owej ciszy ochłapy trzasków, nieustępliwego szumu – fundamentu bytowego ciszy, jak powiedziałby Ingarden… Wszystko wokół nabiera jakiejś złowrogiej totalności, jakbyśmy pragnęli za wszelką cenę wyjaśnić to, co podtykają nam zmysły. Bezskutecznie. Świat nadyma się i kurczy na przemian i chociaż tkwimy w jakimś nędznym prowincjonalnym punkcie czasoprzestrzennym, wydaje się nam, że stamtąd właśnie możemy wniknąć we wszystko. Natychmiast. Bez ociągania się ujrzeć ogrom tego dziwnego tworu w jaki zostaliśmy rzuceni z przypadkowością równą tej, jaka właśnie teraz wtłacza nas w spiralę ciszy. Masakrującej, żywcem wyrywającej z głów kompasy pomagające w ramowym choćby określeniu naszego położenia względem czterech ścian świata. Toniemy po stokroć w każdej sekundzie, ostatkiem sił wychylamy głowy, by zaczerpnąć powietrza, tej cuchnącej prowizorycznymi obietnicami mieszaniny tleno-rozczarowań, tleno-trucizny…
Potem następuje powrót. Coś w rodzaju biegu z przeszkodami, czołgania się po śliskiej powierzchni, turnieju, w którym nagrodą jest skrawek normalności w postaci nie-ciszy.
Codziennie podkradamy sobie samym ochłapy realności tylko po to, by sklecić z nich byle jak i byle gdzie, obskurne śmierdzące korytarze z mitycznym światełkiem na końcu. Chłodne mury ograniczeń z jakimi stykamy się każdego dnia upiększamy karykaturami szczęścia, imitacjami zadowolenia, uśmiechami z papieru kolorowego przyklejanego na szarą tekturę. Nagle okazuje się, że dyfuzja między tym, co realne i nierealne jest już tak zaawansowana, że w pyle unoszącym się wokół nas nie jesteśmy w stanie dostrzec choćby skrawka drogi, po której kroczymy. Kolejny postój. Zimne, spocone dłonie ukryte głęboko w kieszeniach…
Brak ciągłości pomiędzy nami, a tym, co powinno popychać nas do przodu sprawia, że tkwimy w zaułkach pustych, wyludnionych ulic i szeptem przywołujemy zgraję oczekiwań, sforę zdziczałych pragnień, bandę brudnych, nieokrzesanych postanowień. Szepty giną jednak pośród chaosu uliczek, boleśnie obijają się o krawędzie budynków, potykają się o krawężniki. Unosimy głowę ku górze i gapimy się w umykający nam czas.

About these ads

6 thoughts on “Starocie…

  1. jakby ci sie fajnd z catem zaciął… proponuje dorzucić grepa po pajpie z „Terroru” … przekierowaniem w > 2send2log0ut
    :P

    07_06D_ST3_25_PP1 – to taki pacz na kernel 2.2…? stary softłer macie :P ale pewnie stabilny… na pewno debian … let me guess… wczesny ‚woody’, późny ‚potato’ ? zgadłem? :P

    • chłopiec z linuksową fantazją, kurwa mać :)
      07_06D_ST3_25_PP1, to nazwa programu, choć dla newbies zapewne brzmi jak path, co zrobić :P :) żaden „wczesny ‘woody’, późny ‘potato’ „, ale kompilujący się trzeci rok Gentoo… chyba nawet na tym te lasery lepiej by działały.
      od Debiana won, profanatorze, bo będzie ustawka – pomiędzy wódką, a zakąską :P

      tak jakbyś nie wiedział, że tego typu prześmiewcze brudy pierze się na #grindterror (Freenode), a nie na oczach wszystkich :D

      666

      poza tym kernel 2.2… :D jeeb, to było tak dawno, jak wykopaliska w Gnieźnie – weź mi powiedz jakie było twoje pierwsze jajo, ekhm… znaczy jajecznica, bo na bank grzebałeś tamże :)

      • > chłopiec z linuksową fantazją, kurwa mać :)

        …i talentem do ‚offtopów’

        > 07_06D_ST3_25_PP1, to nazwa programu, choć dla newbies zapewne
        > brzmi jak path, co zrobić :P :)

        widzisz… problem w tym, że kernel to też program tylko że taki…
        ‚specyficzny’ :P …no ale co zrobić.

        > żaden “wczesny ‘woody’, późny ‘potato’ “, ale kompilujący się trzeci rok
        > Gentoo… chyba nawet na tym te lasery lepiej by działały.

        3 lata kompilować Gentoo?? to chyba tylko na uber stabilnym debianie :)
        dla USE=”–stable-for-next-century” :P

        > od Debiana won, profanatorze, bo będzie ustawka – pomiędzy wódką, a
        > zakąską :P

        najpierw kopiesz za Perla… teraz bić chcesz za Debiana… i jak tu z Tobą prowadzić merytoryczną dyskusję… :/
        :P

        > poza tym kernel 2.2… :D jeeb, to było tak dawno, jak wykopaliska w
        > Gnieźnie – weź mi powiedz jakie było twoje pierwsze jajo, ekhm… znaczy
        > jajecznica, bo na bank grzebałeś tamże :)

        jajowate… zgzipowane :P
        a tak serio, od redhata 7 się u mnie zaczęło(*), a to miało ostatnie redhatowe 2.2 w standardzie chyba… pamiętam że 7.2 (chyba) miał coś nie halo z obsługą procesorów amd, a to juz było na 2.4… i dopiero wtedy zacząłem grzebać linuksowi pod spódnicą… :D no więc 7.3 (2.4.x) na bank miałem ‚rozgrzebaną’

        * – z cyklu „101 uzależnień – open source”

        …a co do mojego ‚offtopa’ to wiedz(!), że to był podprogowy foh… :P z papierem kredowym w tle…

  2. Krawiec Termonuklearnego Terroru – na sam ciąg słów czuję przyjemne mrowienie w kroczu ;) Pamiętam jak Cię odkryłem po pijaku i od razu wjechałem na wynaturzenia o Cioranie.
    Mawiają, że jak nachlanyś to pamięć się urywa. Ja pamiętam po dziś dzień. I warto było…

    PS: Ładny wywód (wzwód) literacki ;)

    • Krawiec, to już jest przeszłość. Jakoś podświadomie szatkuję życie na okresy i jakkolwiek fajny był ten z krawcem, nie chciałbym już do niego wracać. Poza tym dzięki temu blogowaniu poznałem Ciebie, co jest wyjebane w kosmos z tej racji, że ludzi o podobnych dewiacjach filozoficzno-darkambientowo-alkoholowo-egzystencjalnych nie spotyka się ot tak, na ulicy :)

      …a wiesz, co z Evą? Nie miałem z nią kontaktu blisko rok, co jest shitowe trochę, bo ona też trochę z naszej sekty :)

  3. Doprawdy nie mam pojęcia. Polikwidowała blogi. Został tylko powierzchowny profil użytkownika, na którym ciągle widnieje Krawiec… jako blog obserwowany… I cisza…

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s