Kontrast następczy

Nic nie znajduje swojego miejsca w obrębie nas i naszych zamierzeń. Uchwycenie faktu, że to, czego pragniemy dosyć często dyfuzyjnie ściera się z tym, od czego uciekamy, jest nie tyle trudne, co raczej bolesne. Jak definiować ów ból i gdzie go lokalizować, jest kwestią, jak mi się wydaje, luźną, jak luźne są więzy łączące nas czasem rozsądkiem. Wyciosanie ze spróchniałego kawałka człowieka czegoś, co choćby w niewielkim stopniu przypominałoby istotę pozbawioną obaw, fobii i szaleństwa, to wysiłek dla nie lada upartych maniaków.
Samozadowolenie życiowe, rozwieszone jak kolorowe szmaty suszace się na słońcu, być może i nadaje skrawkowi naszej przestrzeni jakiegoś tam uroku, ale tkwi w tym swego rodzaju sztuczność, jakbyśmy umawiali się sami ze sobą, że to tylko tak na chwilę, na czas beztroskich uniesień zawodowych, egzystencjalnych, duchowych, czy jak je tam nazwać. Tkwi coś dziwnego w nieuchronności ludzkiego staczania się w rozpacz; immanentna obawa, samospełniająca się przepowiednia poruszająca się po tej samej krzywiznie – wciąż i niezmiennie. Naniesienie tego wszystkiego na mapę indywidualnych doświadczeń sprawia, że wychodzimy poza siebie w refleksyjnych paroksyzmach. Na ile to kwestia świadomego wyboru, a na ile nieumiejętność tresowania szczęścia (czy raczej tego, co za tym kalekim słowem kryje sie w formie skrawków)?

Łapię się momentami na ocierających się o obsesję próbach transpolacji własnych wyobrażeń o spokoju, na przestrzenie tak różne i tak nieludzkie, że skłania mnie to do zastanowienia się, czy aby naprawdę jestem skłonny wniknąć niejako bez szemrania w nurt  codziennych, drobiazgowo przeżuwanych zdarzeń, które służą tylko do przetrawienia i wysrania kolejnego „normalnego” dnia. Normalność w potocznym ujęciu jawi mi się, jako bezmiar patologii przypieczętowanej granitową płytą nagrobka z jakimś firmowym symbolem religijnym (do wyboru, do koloru), gdy już zdarzy się komuś zdechnąć. Biegunowo odmienna nie-normalność, to dla mnie obszar raczej wzbudzający ciekawość, aniżeli dystans i przerażenie.  Pokusa wniknięcia w zupełnie inny wymiar myślenia o sobie i świecie wzbudza szaleńczą wirówkę, pełną sprzeczności i dysonansów. Najzwyczajniej w świecie wkurwia mnie niemal wszystko, co człowiek pluszowo tuli do siebie w trakcie przepraw z życiem. Świadomość własnego kalectwa stymuluje we mnie ciągłe „rozlewanie się”, wielokierunkowość obłędnych wycieczek poprzez dźwięk, myśl i uczynek (czy jego brak). Wyprowadzam się na manowce, nakazuję sobie gubić siebie, żeby otrzeć się o kolejny teren bezludny. Lubię to. Lubię swoje chore przekonanie o tym, iż świat zupełnie bez powodu leci ze mną w kulki tylko dlatego, że zdarzyło mi się urodzić. Nie ma w tym grama żałości, ani kawałeczka rozczarowania. Dławię się i duszę w tym gąszczu sprzeczności i oślizłych powidoków kreowanych w każdej minucie.

Czasami z niejakim zdziwieniem spoglądam na życie innych i obserwując ich patenty na odcinanie życiowych kuponów, myślę sobie: tak się da! Jednocześnie za surrealistyczne uznaję zarówno ich życie jak i ową myśl. Wystarczy wtedy ruszyć choćby powieką, by znaleźć się w zupełnie innym „miejscu”, z zupełnie innym zestawem klocków do zabawy. Wyraźnie lepiej czuję się w otoczeniu nieokreśloności; dark ambient, to nie tylko muzyka. To dźwiękowe sale tortur, ale i zorze polarne w mroźne noce. To pale, z nabitymi na nie naszymi porażkami, ale i piękno pustki, której nigdy wcześniej się nie zaznało. To przestrzeń rzeźbiona tępym dłutem, jak autostrada bólu wzdłuż kręgosłupa. To wyrwa w pieprzonej, narkotycznej wizji normalności.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s