Geografia upadku

Często bywa tak, że jeden impuls, obraz, badź sytuacja, afektownie przewracają mnie na lewą stronę. Zapewne gwałtowność tego typu paroksyzmów niezbyt dobrze odbija się na moim łbie, ale dzieje się to zbyt szybko, bym mógł wyzbyć się pewnych, tresowanych w sobie odruchów… Nie inaczej było dzisiaj, gdy dobity bezsennością, o kompletnie absurdalnej porze popołudniowej, natknąłem się w TVP Kultura na kolejny świetny film rosyjski.
Uświadomiłem sobie (chociaż chuj, wiedziałem to wcześniej, ale nie zarejestrowałem odpowiednio mocno…), że istnieje coś takiego jak geografia upadku. Nazwa rzecz jasna jest stricte umowna i nie ona jest najistotniejsza. Jednak korelacja pomiędzy miejscem, a myślą stanowi wielki potencjał w procesie sukcesywnej erozji mentalnej gleby, na jakiej rodzą się chwasty zwane refleksjami. Dawno już przestałem się łudzić, że pewne procesy w mojej głowie trącą kreatywnością, ale również nie kreatywność jest mi potrzebna akurat teraz…
Miejsce jest jak stempel biurwy – sankcjonuje, potwierdza i wprowadza przeżycia „w obieg”. Sami dla siebie jesteśmy urzędasami, odsyłamy się w labiryncie szklanych domów od pokoju do pokoju, kolekcjonując zezwolenia na myśl swobodnie czyniącą z nas szaleńców. Za sprawą miejsca i przestrzennej percepcji materializujemy własne paranoje, które – za sprawą starego, sprawdzownego mechanizmu dziadka Nietzschego – powracają do nas w formie kolejnych nawarstwień na powierzchni nieporozumienia zwanego byciem.
Faktura i plastyczność apokaliptycznych przestrzeni pozbawionych „życia” (tj. czegoś, co jak uparte osły uważamy za życie: tętniących hałasem ulic, tłoku wrogów-bliźnich, blasku neonów, tego ulicznego syfu miast…) sprawia, że momentalnie czujemy na podniebieniu posmak rdzy, nozdrza wyłapują fetor stęchlizny, a do uszu jak żmije wpełzają jęki konania znanych nam miejsc. O czym mówię? O czymś, co wryło mi się dziś w świadomość, zajęło miejsce w pierwszym rzędzie postrzeżeń i nie ma zamiaru mnie opuszczać. Jak upierdliwa ciotka, która przyjechała w odwiedziny i zdarzyło się jej umrzeć w naszym fotelu. Niezręczność, bezczelność, ale i realny smród.
Apokaliptyczny świat Stalkera, Andrieja Tarkowskiego, upiornie balansujący pomiędzy sepią, a mgłą zżerającą resztki kolorów rzeczywistości, wyrzuca nas poza nawias, ale z balastem milionów obrazów, które za nic w świecie nie chcą opuścić naszej głowy. Każdy kadr szantażem zmusza nas do trawienia upadku, upadku stanowiącego esencję i jedyne paliwo rzeczywistości.
Trawię to więc w nocy, wyrzygując te wszystkie refleksje, czując pustkę pomiędzy mną, a miejscami, które materializują się siłą ludzkich słabości. Jeśli głupi meteoryt zamienia rzeczywistość w sepiowy kisiel, to co może zrobić z nami samymi umysł wprzęgnięty w kierat wiecznych powrotów?

4 thoughts on “Geografia upadku

  1. Białe noce nie tylko u Dostojewskiego.Tu nie ma wódki i stereotypów.Nieustanne cykanie zegara.I tragizm życia we własnej samotni wpisany w niepowtarzalne pierwotne piękno dzikiego pejzażu. Nie trzeba wędrówek przez mleczną drogę, by odpowiednim gatunkiem "ambient", zagospodarować zaistniałą przestrzeń. Lukaso, dziękuję za wyborny seans piątkowy. Pozdrawiam :):):)

  2. Na tym właśnie polega destrukcyjna magia i piękno tego filmu :) Zero samogonu, ogórków na stole i świtu nad brudną Moskwą… Ostatnio zauważam, że na polu kinematografii ciągnie mnie właśnie w stronę podobnych obrazów… Trochę z innej filmowej beczki, ale paradoksalnie wciąż w głębinach ludzkiego, mrocznego łba: "Drzwi obok" (Naboer), reżyseria: Pål Sletaune. Brutalne, psychicznie skrzywione, po skandynawsku depresyjnie paranoiczne :) Polecam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s