Trochę.

Dawno temu przestałem pisać coś w rodzaju dziennkia, gdy uświadomiłem sobie, że w sposób niemal finezyjny uprawiam samooszustwo, błazenadę, kurewstwo do kwadratu. Teraz nie jest lepiej, czy gorzej. Jest inaczej. To inaczej brzmi cokolwiek nieadekwatnie, bo skala porównawcza nie istnieje. W zasadzie niewiele istnieje. Jest tło, będące swoistym wykresem w przestrzeni efemerycznej, zmieniającej swoje położenie, podczas gdy ja znajduję się w miejscu. Owe tło stanowi tą nędzną karmę jaką pochłaniam; piję kolejną kawę z myślą, że wiele spraw wokół mnie naznaczonych jest jakimś odłamkiem choćby celowości, u zarania której tkwi jakieś sprawstwo przyczynowo-skutkowe. Za mało piję, żeby grzebać w tym gównie głębiej, ale świadomość tylko nieznacznego umorusania się w nim jest jeszcze bardziej nie do zniesienia. Nie mogę już trochę życ, a trochęnie.Mnogość tego, co dostrzegam nie ma wielkiej wartości, gdy rzucę to na brudny stół rzeczywistych zdarzeń. Itnieją miejsca, gdzie pewne sprawy widać jak na dłoni. Istnieją takie promienie X, które prześwietlają mój pierdolony mózg na wylot i osadzają na nim słuszną dawkę otrzeźwiających, realnych obrazów. Mój prywatny Czarnobyl skręca mi flaki w popromiennych konwulsjach i dobrze mi tak.

Niszczę wszystko, co potencjalnie mogłoby stać się pomostem pomiędzy mną, a czymś zewnętrznym w swym realnym wymiarze. Popełniam elementarny błąd w mikro-walce ze światem: nie przestrzegam reguł świata (Mejbaum). Wykrywam w sobie coraz więcej czarnych plam, miejsc obumierających w zastraszającym tempie, gdy spirala czasu zaczyna trzeszczeć jak stara sprężyna z zegaru z kukułką. Jestem tchórzem.

Rzygam tymi wszystkimi westchnieniami jakimi siebie samego raczę co jakiś czas. Jakbym przyjmował siebie samego na popłudniowej herbatce wiedząc, że nienawidzę czarnej herbaty, jakbym wrzucał do kubka osiem kostek cukru, wiedząc że nie piję czegokolwiek z gównem typu cukier. Część mnie pełza i płaszczy się żałośnie przy każdej możliwej sytuacji pt. alarm. Nawet teraz tchórzliwie unikam myśli o tym, co wtedy czyni inna część mnie, doskonale o tym wiedząc. To odrażające.

Wiem, że ktoś na mnie czeka. Tam. Jeśli nie zrobię tego ostatniego kroku, zastanę siebie tutaj, w powtarzalności graniczącej z surrealistycznym obłędem, wgniotę się w podłoże z ohydnym mlaśnięciem flaków pod ciężarem niezdecydowania. Bycie obcym we własnej głowie, to nic wielkiego w porównaniu z byciem obcym w głowie drugiego człowieka. Istnieją bowiem ważni ludzie. Naprawdę. Ludzie niosący swym istnieniem możność uporania się z własną obcością nie poprzez egoistyczne wysysanie z nich wyjątkowości, ale poprzez codzienne wyrzygiwanie z siebie własnych egzystencjalnych odpadów, to ludzie na wagę złota. O ile moja wartość ludzka jest niebywale śmieszna, o tyle nędzny kawał mnie może w jakiś sposób „ocaleć” (przy tym słowie z premedytacją zatrzymuję swoją myśl, bo jest groteskowo patetyczne, jest żałosne).

Zastanwia mnie, co ludzie mają na myśli mówiąc o czymś co nazywają: pogodzenie z sobą samym. Wkurwia mnie niemożność zrozumienia tego wyrażenia i jego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Stan permanentnej niezgody na samego siebie wyznacza moją patykowatą codzienność i nie przypuszczam, by na wspomnianym, efemerycznym wykresie nastąpiły relatywnie szybkie zmiany; bywam skurwielem zwiększającym amplitudę moich podrygów, podczas gdy jedyne czego potrzebuję, to zwiększenie częstotliwości. Potrzebuję arktycznego marszu w linii prostej – tylko w ten sposób jestem w stanie przyczynić się do wątpliwego, co do swej wartości, „ocalenia”.

* * *

Dziś znowu będę czytał Doktora Faustusa. To dziwne, ale uwielbiam tą literacką kaligrafię; nikt tak jak Mann nie potrafił zdobić pierwszych liter akapitów, tak mistrzowsko stygmatyzować słowa, zanim to rozwinie na dobre swoje skrzydła… Ta proza wydaje mi się monochromatyczna; nie potrzebuję u Manna kolorów. Jeśli Bernhard to nieustanna schizofreniczna migrena, jeśli Jelinek to histeria i ból, a Celine to stęchlizna i smród moczu w zaułkach – Mann to monochromatyczna kraina zdarzeń bez jakiejkolwiek ciągoty do pokrywania go patyną, czy inną nostalgiczną sepią.

4 thoughts on “Trochę.

  1. Ja pierdole wreszcie czytam tekst faceta z jajami… chyba nie mam odwagi aż tak, albo po prostu 30%mnie to jednak kobieta ;)

  2. %-owa zawartość czegokolwiek w czymkolwiek (kogokolwiek w kimkolwiek? heh) jest o kant dupy potłuc – oprócz alkoholi powyżej 40% oczywiście :)
    po jaką cholerę wprowadzasz mnie w konsternację? :D co ma mile połechtać moje skrzywione ego: te jaja, czy Twoja opinia nt tego wpisu? :D

    pzdr :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s