* * *

Kolejny deszczowy dzień, gdy wilgoć panoszy się bezczelnie… Dziwnie się czuję w tej skrzywionej rzeczywistości, gdzie panuje nieznośny zastój, przypominający zastygłą lawę; gdzieś w środku coś się tli, coś pulsuje miarowo i nieprzerwanie, ale na zewnątrz oko męczy wkurwiający swą monotonią krajobraz wypruwania sobie flaków w robocie i opuszczania tejże z przekonaniem, że kolejny dzień kształtem będzie zbliżony do poprzedniego…
W przypływie euforii i z kawałkiem dobrej woli ze strony słońca dogrzewającego mój zjebany mózg, wszystko to wygląda bardziej znośnie, da się przełknąć; niezgoda na przestrzeń jaka mnie otacza i zestaw wykonywanych czynności w obrębie shitu zwanego życiem towarzyszą mi codziennie. Kroki stawiane tu i ówdzie z pozoru wyglądają na konsekwentne wybory podyktowane racjonalnymi przesłankami, ale to zręczne złudzenie. Nigdy nie potrafiłem grać w przedstawieniach wyreżyserowanych w reżimie decyzji podejmowanych bez żadnych wątpliwości. Natłok refleksji i ciągłe myślenie po rosyjsku przeciążają mój łeb, ale w gruncie rzeczy otrzymuję to, na co się godzę, do czego przykładam sukcesywnie rękę. Nie mam jakiegoś rezerwuaru sił niezbędnych do przeciskania się przez kolejne 24-godzinne odcinki tego serialu.
Reklamy