Internetowy terror…

Z przerażeniem stwierdzam, że pochłonęła mnie kompletnie patologiczna forma skondensowanej treści, quasi-informacji, skrótowców przypominających raczej trywialne pierdnięcia, niż cokolwiek na kształt refleksji ubranej w składnię jakiej zwykłem używać tutaj, czy na wcześniejszym moim blogu.
Dość nadmienić o całej kolosalnej machinie badawczej wokół internetu i patologii, jakie wiążą się z tym medium; z pewną dozą pewności mogę powiedzieć, że zasyfiłem sobie łeb rozmaitymi rodzajami tej choroby. Inną bajką jest fakt, że ostatnimi czasy moja netowa aktywność popłynęła na wschód, ku rosyjskim przestrzeniom. Poza tym jednak popełniam niewiele inspirujących (mnie samego) rzeczy i wkurwia mnie to lekko, albowiem proces skrótowego ujmowania własnych myśli jest jak rak: niszczy zdrowe obszary, panosząc się błyskawicznie i z przerzutami.
Żenująca jest również ilość tych moich netowych shitów:
Diaspora
Aptosid / Debian GNU/Linux
Flickr
My Opera
Identica
Doraźnie leczę się książkami oczywiście, co pozwala na relatywnie sprawne budowanie wokół siebie bezpiecznej bańki chroniącej mnie przed obłąkaniem z powodu pracy i zdarzeń losowych typu myślenie…