Mirror of Death – „Everything Counts” (Female Vocal Version)

Wczoraj Pavel Nesterov z chabarowskiego Mirror of Death wysłał mi info o nowej wersji kawałka Everything Counts, z kobiecym wokalem, wersji lekko zmodyfikowanej. Hmm… Przyznam szczerze, że nie rzuciło mnie to na kolana, ale mam słabość do tego projektu – szczególnie za brzmienie i pewne sample, które wyróżniają Mirror of Death spośród innych wykonawców ebm/aggrotech, nie tylko w Rosji.

Mirror of Death – “Everything Counts” (Female Vocal Version)

Linia wokalu w tym kawałku jest dziwnie drażniąca i o wiele lepiej brzmi jej samcza wersja w oryginale. Cała reszta jednak broni się bez problemu – przynajmniej dla mnie jest to bardzo rozpoznawalna porcja dźwięków, obok których nie przechodzę obojętnie. Pozostaje zatem czekać na coś większego, niż dotychczasowe mini-dema i okazjonalne publikacje Mirror of Death i… posłuchać od czasu do czasu, bez wątpienia najlepszego jak dotąd kawałka, Кибернетическая Эра ;)

Mirror of Death – „Кибернетическая Эра”
Reklamy

Irssi + notify.pl | problem „krzaczenia” rozwiązany

Uff… Nareszcie uporałem się z „krzaczeniem” w powiadomieniach irssi wywoływanych skryptem notify.pl.

Załadowany skrypt wywala powiadomienie przy każdym użyciu naszego nicka przez kogoś /otrzymaniu prywatnej wiadomości (co jest mi szczególnie przydatne, gdy siedzę na jakimś kanale i przy okazji gadam przez bitlbee). Po standardowym ściągnięciu skryptu, (link powyżej), zapisaniu gdzie trzeba i odpaleniu wszystko działa bajkowo, dopóki rozmawia się po angielsku, lub bez jakichkolwiek znaków diakrytycznych (czy poprzez cyrylicę).  Użycie np. języka polskiego wyrzuca nam taką oto notyfikację:

Hmm… lipa :) Podobnie rzecz ma się z esperanckim alfabetem, z czeskim, o rosyjskim nie wspominając :D Wlazłem zatem na #irssi (Freenode), ale najoględniej mówiąc koleś, który próbował mi pomóc, po kilku zamotkach rzucił coś w rodzaju: No wiesz… po prostu… spróbuj jakoś to zrobić, może się uda :D Przemieliłem kilka innych skryptów bazujących na libnotify, ale bez efektu. Pogrzebałem zatem w samym skrypcie odpowiedzialnym za te krzaki (dla porządku: UTF-8 w irssi oraz urxvt – działają, powiadomienia GUI w Xchacie – działają, libnotify – działa…). No i po krótkim czasie nareszcie dostałem to, czego chciałem. W skrypcie notify.pl, zajrzałem w sekcję:

sub message_private_notify {
    my ($server, $msg, $nick, $address) = @_;

    return if (!$server);
    notify($server, "Private message from ".$nick, $msg);
}

… i zamieniłem ją na:

sub message_private_notify {
    my ($server, $msg, $nick, $address) = @_;
return if (!$server);
`notify-send -t 8000 "${nick}" "${msg}"`;
}

Potem oczywiście w irssi:

/script unload notify.pl
/script load notify.pl

… lub restart i… działa :) Obecnie wszystkie powiadomienia śmigają jak Szatan przykazał:

Tło, czyli kolejna porcja dark ambientu z Rosji

Kolejna wyprawa w świat rosyjskiego dark ambientu. Ta sfera – obok muzyki eksperymentalnej i elektroakustycznej – jest dla mnie najbardziej inspirującą w obrębie królestwa dźwięków. Dark ambient (drone ambient, dark industial i im podobne…), a szczególnie projekty skandynawskie, czy rosyjskie właśnie, są dla mnie najbardziej „literackie”, obfitujące w najwięcej warstw, które odkrywa się kilka razy, bądź bez końca. Uwielbiam zimną muzykę, uwielbiam chłód dźwięków uruchamiających przestrzenie wykraczające poza. Wiem, że brzmi to cokolwiek metafizycznie, ale idzie mi po prostu o olbrzymi potencjał dark ambientu jako sztuki, o fakt, że słuchając tego specyficznego tła, nie jestem wyłącznie odbiorcą suchego audio, ale raczej współtwórcą kolejnych warstw owego tła – to jeden z najintensywniejszych dla mnie impulsów pobudzających wyobraźnię.

Tym razem wygrzebałem trzy rosyjskie projekty: ASTRAL AND SHIT, NUMB SILENCE i kolejną (po Town of death) płytę XALM RETRIBUTION. Każdy z nich jest dla mnie wyjątkowy i każdy zabiera w zupełnie inną przestrzeń… Wszystkie do ściągnięcia za darmo dzięki DNA Production.

ASTRAL AND SHITHyperboloid | pobierz

NUMB SILENCE On The Ruins Of That Used To Be There… I’ve Found A Garbage | pobierz

XALM RETRIBUTION – Night Accident | pobierz

Polactwo – połowiczna diagnoza kalectwa…

Pomyślałem: przebrnąłem przez Michnikowszczyznę, więc się wezmę za Polactwo. Ta, podobnie jak poprzednia książka Rafała Ziemkiewicza przyprawiona jest mniej więcej podobnie. O ile w Michnikowszczyznie Ziemkiewicz zawężył nieco optykę oddając się swojej ulubionej  (jak czasami mniemam) czynności w obrębie felietonistyki krytycznej, jaką jest „pokazywanie prawdziwej twarzy Familii”, o tyle Polactwo jest pracą szerszą; „szerszą” w tym sensie, że Ziemkiewicz opuścił swoją zwyczajową zonę tematyczną, ale… no właśnie – opuścił ją tylko na kilka metrów i ani centymetra dalej.

Dla porządku: zgadzam się niemal w całości z jego percepcją całego tego przygniłego towarzystwa wokół Michnika i niego samego. Nie on jest jednak meritum tego, co chciałbym napisać (naprawdę szkoda czasu na kogoś takiego jak Michnik). Lubię pióro Ziemkiewicza (co brzmi cokolwiek paradoksalnie z moimi poglądami na to i owo…) i mam ewidentną słabość do sporej części jego tekstów – mam na myśli warsztat i część racji, jakie prezentuje. Ziemkiewicza po prostu dobrze się czyta, nawet jeśli w którymś momecie osiąga się stan wkurwienia na jego amerykańską manierę w myśleniu gospodarczym i endeckie bajania w warstwie społeczno-politycznej. Na przykład takiego Wildsteina czyta się z odruchem wymiotnym (nuuuuda na politycznym autorewersie), Pośpieszalski nie musi nic mówić/pisać i już chce się rzygać, a Ziemkiewicza broni jednak jego warsztat dziennikarski. Ok… Słów kilka o samej książce…

Polactwo jest o Polakach. Proste, prawda? Sam neologizm ulepiony przez autora doskonale oddaje ducha tego kraju i ludzi w nim zamieszkujących (czasem mam wrażenie – tkwiących po uszy w gównie…). Słowo „polactwo” jest o wiele bardziej celne niż określenie „Polaczek” – głównie z uwagi na zbiorowy desygnat, jako że i książka jest o polskiej mentalności, nawykach, przywarach i ułomnościach zbiorowości. Innymi słowy – plus dla Ziemkiewicza za celne i fajnie brzmiące określenie problemu – w ramach punktu wyjścia tejże książki.

Oj, dostaje się Polakom w tej książce, dostaje! Bądź co bądź, koleś kojarzony z prawicą pięknie punktuje chama i prostaka (czyniąc równie słuszne rozróżnienie między dwiema kategoriami), kombinatora, cwaniaczka, opierdalacza, niedouczonego buraka w ławie poselskiej, no i oczywiście (jakżeby inaczej!) komucha zainfekowanego bolszewickim barbarzyństwem. Dostaje się biernemu chłopstwu i zachlanej szlachcie, pseudo-kapitalistycznym burżujom ze słomą w butach i całej apatycznej społecznej masie… Gdzieś między wierszami Ziemkiewicz w swej analizie zahacza o Kazimierza Wielkiego, choć w sensie chronologicznym, „startuje” raczej w XVI wieku i leci z nurtem historii aż do czasów nam współczesnych. Kilkakrotnie zaznacza w książce, że nie jest historykiem, acz historyczne wtręty stanowią niemałą część tej analizy polactwa. Co trzeba również zaznaczyć, Ziemkiewicz dosyć (nomen-omen) wybiórczo skacze po kartach historii i w analizie wszystkich polskich grzechów głównych jakoś dziwnie zapomina, unika i omija choćby okres międzywojenny (jedynie na końcu książki wrzucając jakąś tam „mikro-krytykę” Dmowskiego i „neoendecji”); innymi słowy można odnieść wrażenie, że wszelkie polskie przywary mają swoje źródło w wielu okresach historycznych, niemniej nie w kulturowo-politycznym obszarze II Rzeczpospolitej (po raz n-ty między wierszami dowiadujemy się, że Ziemkiewicz z endeckiej i narodowej tradycji zrodzony…). Baaardzo słusznie dostaje się jednak narodowemu mesjanizmowi na czele z głównym mitomanem i debilem tradycji polskiego „powstańczego patriotyzmu”, Mickiewiczem Adamem, nie wiedzieć czemu wieszczem zwanym.

Ziemkiewicz wymienia „siedem grzechów głównych” Polaków (nie będę ich omawiał, bo lepiej to samemu przetrawić wraz z lekturą), ale po raz kolejny przy okazji jego publikacji mam wrażenie, że nie zauważa własnego grzechu głównego, a mianowicie: manii dygresji. Książkę w pewnych momentach czyta się z mega-rozdrażnieniem, bo autor ucieka od wątków głównych w jakieś meandry, a (co symptomatyczne dla niego) jego ulubionym oceanem dygresyjnym jest oczywiście komunizm i socjalizm. Gdyby ktoś czytał Ziemkiewicza pierwszy raz i nic o nim nie wiedział i nie wiedziałby również nic o socjalizmie, dowiedziałby się, że socjalizm, to sowiecki but żołdaka, gwałty, NKWD, Stalin, Moczar  i SB. Nic więcej. Absolutnie nic. Zero tradycji intelektualnej, bo socjalizm dla Ziemkiewicza, to… sowiecki but żołdaka, gwałty, NKWD…. itd itd… O ile zgadzam się w całej rozciągłości z oceną komuchów i ich zbrodni od Lenina po Kiszczaka, o tyle wkurwia mnie takie spłycanie tematu przy jednoczesnym głaskaniu po głowie „wczesnego Dmowskiego”, a traktowanie antysemityzmu i innych kwasów endecji zdawkowym stwierdzeniem w stylu: „pomieszało się Dmowskiemu na starość i tyle”… Podobnie rzecz ma się z adoracją amerykańskiego modelu ekonomiczno-społecznego. Ziemkiewicz chwali się, że widział w U$A komitety obywatelskie w małych miasteczkach, ale pewnie nikt mu nie pokazał subtelności życia w kraju gdzie korporacje przybijają piątkę Białemu Domowi a wszystko to dzieje się jakieś sto lat świetlnych od demokratycznych mechanizmów – jakichkolwiek!

Polactwo jako zbiór kalekich cech społecznych i mentalnych ma szereg przyczyn (kolejne kilometrowe dygresje o Barei, o Michniku, o Okrągłym Stole…), ale znowu gdzieś po drodze znika bardziej wnikliwe spojrzenie na patologie wyłażące niegdyś spod sukmany choćby Rycerza Niepokalanej, zero głębszej refleksji nt. wpływu Kościoła na przestrzeni wieków – kolosalnego wpływu na owe polactwo. Sporo o szlachcie i konfederacjach, sporo o wieśniaku Lepperze (trafne wg mnie porównanie do Żyrinowskiego)… Pod koniec książki Ziemkiewicz sam sprytnie zauważa asymetrię swojej oceny, ale kwituje ją zwyczajnym: „symetria, to estetyka głupców”… Kilka słów o IV Rzeczpospolitej Kaczorów (więcej jednak o tym dlaczego Kaczyńscy dostali po dupie od Wałęsy), że niby też wpłynęła na pęczniejący polski rozjeb mentalny i społeczny, ale nic poza tym. Dlaczego nie? Można by odnieść, wrażenie, że „nie… bo nie!”.

Nie wymieniłem bardziej szczegółowo tego, co Rafał Ziemkiewicz definiuje jako polactwo. Nie zrobiłem tego, bo o wiele lepiej po prostu samemu sięgnąć po tą książkę i wyrobić sobie zdanie. Jak mógłbym podsumować moje wrażenia po lekturze? Ehhh… To chyba dobrze, iż prawa strona ma kogoś takiego jak Ziemkiewicz, bo przy tych wszystkich Karnowskich, Pośpieszalskich i innych delikwentach z tego klimatu, wyróżnia się on zdecydowanie. Polactwo, to książka nadająca pewien trop, który warto byłoby (nawet w formie polemicznej) rozwinąć z lewicowego (nie, nie NKWD-owskiego, panie Ziemkiewicz) punktu widzenia… Nie wiem jednak kto mógłby się podjąć takiego szkicu polemicznego… Na myśl przychodzą mi ci kanapowi „lewicowcy” z Krytyki Politycznej, ale…. też powiem: ehhhh…

Teraz chyba raczej poczekam na coś w rodzaju Pieprzonego losu kataryniarza, lub generalnie na cokolwiek ze stajni science-fiction – made by Ziemkiewicz.

Ostrava-Vítkovice.

Industriální masakr – taka była moja pierwsza reakcja, gdy znalazłem się w ostrawskiej dzielnicy Vítkovice. Miejsce to koniecznie trzeba zobaczyć, by poczuć pięść przemysłowej architektury i specyfikę tegoż. Cała Ostrava, to oczywiście takie industrialne zagłębie, ale akurat ta dzielnica ma w sobie coś – paradoksalnie – urokliwego, szczególnie Mírové náměstí, choć nie tylko. Nie wyobrażam sobie wizyty w Ostravie, bez choćby jednego Radegasta właśnie tam!

foto stąd

 

Rosja w fotografiach.

Baaaardzo fajne i wymowne fotografie z konkursu

Лучшие фотографии России 2008-2011 г.

link do bloga z fotami

Szaro…

dzisiejszy widok z okna…

Przyjemnie bezsenna noc. Kilka dni wolnych na powrót sprawiło, że wśliznąłem się w moja starą nieregularność i wykoślawienie dnia i nocy. Połowę tej drugiej spędziłem z Gottlandem, Szczygła, z tym kawałkiem „moich” ukochanych Czech (przyznam, że daleko mi jednak do czechofilskiej intensywności, z jaką ten sympatyczny dziennikarz i felietonista dotyka tego najfajniejszego z europejskich krajów)… „Moje” Czechy przestają być moje jak niegdyś. Oczywiście mam w głowie cały splot obrazów i wspomnień, ale Czechy rozmywają mi się pod naporem jakiejś inercji i – siłą rzeczy – pod naporem „mojej” Rosji… Nie jest to proces nieodwracalnego utracenia Czech na rzecz mojej równie starej rosyjskiej jazdy. Jednak trochę mi smutno, gdy przemknie mi przez głowę wrześniowe popołudnie nad Wełtawą, czy nocna włóczęga po Hradczanach, albo grubsze pijaństwo na niesamowitym Żiżkovie… Szczygieł aplikuje mi słuszną dawkę Czech, widzianych i odbieranych dokładnie tak, jak tego chcę. Szczygieł ma czeski łeb i to wyróżnia go od innych fascynatów tego kraju i kultury.

Yerba powoli traci swą intensywność, wraz z ostatnim zalaniem, świta za oknem. Ciepły, ohydny halny smaga zeszmacone roztopami ulice; ten patologiczny wiatr wywiewa ostatnie białe ślady z ulic. Nie wiem dlaczego, ale zawsze gdy wieje halny, mam wrażenie, że to doskonała pogoda by iść na cmentarz. Po co? Nie mam zielonego pojęcia, ale tak właśnie myślę. Z głośników sączy się Aoki Takamasa, japoński magik od ekperymentalnych zawijasów, a ja tkwię gdzieś pomiędzy bezsennym zmęczeniem, wspomnianą książką i cierpkim posmakiem Pajarito na podniebieniu; czeski krajobraz w głowie, argentyńska yerba i japońska muzyka – doprawdy dziwny mix…