Mexico DIY attac

Después de Muerto / Reiketsu – Ruinas

 Split dwóch kapel z Ameryki Południowej: meksykańskiego Después de Muerto i brazylijskiego Reiketsu. Świetna mieszanka apokaliptycznego brudnego crusta z nostalgicznymi wstawkami a’la Tragedy, czy Amebix. Fajnie zagrane, surowe i bez owijania w bawełne – porządny kawałek DIY crust’owego Meksyku!

Our Bastard Existence – De la Parálisis al Fuego 

Agggrhh! Wyjeb! Crust as fuck z wrzeszczącym wokalem + wściekły i ponury przekaz (nazwa zobowiązuje) – kapela zdecydowanie dla lubujących się w dźwiękach typu Unhinged, Worst Case Scenario, His Hero is Gone. Dla mnie bajka!

Piss on the Streets – Fuck Off I Will Be Free

Yeah! Czystej wody meksykański DIY punk! Nie ma się co rozpisywać – lepiej ściągnąć i posłuchać :) Warto!!!

~ klik na okładki = download

Reklamy

Сталинь | Корпоративная Етика

10 треков абсолютного безумия и разнузданного искоренения!

– tak właśnie sama kapela określa, to co grają. Stalin, to hardcore/metal w punkowym sosie prosto z Sankt-Petersburga. Moim pierwszym – zdawać by się mogło nieco odległym muzycznie – skojarzeniem po wysłuchaniu Corporate Ethics były dwie czeskie kapele: Contrastic i Cerebral Turbulency. Jednak po bardziej wnikliwym wsłuchaniu się, skojarzenia te ustępują trochę na rzecz… Motorhead (sic!) i HC/punkowych motywów. Generalnie fajny mix – jak dla mnie zbyt melodyjna muza, no ale w końcu nie samym grindem i dark ambientem człowiek żyje.

Fajnie zagrany i porządnie nagrany kawałek metal/punkowej DIY sceny rosyjskiej – polecam!

 klik na okładkę = download

Il Disagio – s/t

Kolejny fajny band wyszperany na JamendoIl Disagio, to DIY crust punk z hardcore’owym jebnięciem prosto z Sardynii. Poniższy krążek, to trzy kawałki – tylko trzy, ale jakie! Świetnie połączenie crustowego brudu a’la Extreme Noise Terror, czy Driller Killer z HC/punkowym brzmieniem, w niektórych momentach zalatującym brazylijskim fastcorem.

Na Jamendo znajdziecie też płytę koncertową Il Disagio w zajebistej jak na DIY punk jakości.

klik na okładkę = download

DXing out the town…

Ot, popołudnie poza betonem i zgiełkiem, z dala od gównianych wyziewów lasera. Zabrałem ze sobą radio, słuchając świetnej audycji i wywiadu w Radio Svoboda; rzecz o aresztowanych dziewczynach z punkowej kapeli Pussy Riot + rozmowa z adwokatem jednej z nich. Potem historia kina indyjskiego w rosyjskojęzycznej audycji All India Radio… Miałem problem, co właściwie wybrać, albowiem eter poza obszarami miejskimi eksploduje wręcz od mnogości stacji radiowych i jednostek nadawczych słyszalnych przez każdy odbiornik wyposażony w modulację SSB.

Mój Degen sprawuje się bajkowo poza domem. Z łatwością łapię odległe o tysiące kilometrów radiostacje i komunikację SSB pomiędzy krótkofalowcami z naprawdę odległych stron świata.

  • 28.04.2012, 1600 – 1630 UTC and later;
  • listening out the town, south Poland, with external wire antenna;
  • receiver: Degen DE1103.
  • 1600 UTC | 5956 kHz | Radio Netherlands | Flemish | SINPO: 55555
  • 1600 UTC 6105 | 6105 kHz | Radio Svoboda | Belorussian | SINPO: 43333
  • 1600 UTC | 11875 kHz | Radio China International | Russian | SINPO: 44444
  • 1600 UTC | 7325 kHz | Radio Svoboda | Russian | SINPO: 55555
  • 1630 UTC | 9617 kHz | Voice of Russia | Russian | SINPO: 43333
  • 1600 – 1620 UTC | 14152 kHz | SSB | communication between HAM stations from Armenia and Russia | Russian | SINPO: 44444

Metamorfozen | Antarctica

Tytuł płyty mówi wiele, prawie wszystko… Moje pierwsze skojarzenie po wysłuchaniu paru dźwięków: wtf? muzyka relaksacyjna?! Na szczęście to kwaśne wrażenie mija wraz z głębszym wgryzaniem się w tą płytę. Jest rzeczywiście mroźna, ale… nie zimna (sic!) – wieeem, brzmi karkołomnie, ale ja czuję tam mróz, a nie specyficzne zimno space ambientu, czy dark backround.

Świetnie oddane antarktyczne wichry i bezludzie – wszystko zamknięte raczej w łagodnej formie, taki „biegun dla każdego”. Podobają mi się noise’owe wstawki z przesterowanym basem, jakby momentami przed oczyma śmigał mi stary Godflesh. Generalnie jest to mega-spokojna płyta, taka widokówkowa pt: „Pozdrowienia z Antarktyki zasyła Jerzy” – sorry za delikatny cynizm, ale od lat interesuję się odludnymi miejscami na Ziemi i dźwięki, które w moim łbie zakodowane są jako wyobrażenie tej wielkiej lodowej krainy są raczej brutalniejsze i bardziej surowe. Metamorfozen poszło jednak ścieżką soft, co niekoniecznie musi być złe. Nie wiem, czy określenie arctic ambient jest tutaj kwintesencją, ale… coś w tym jest.

Album wydany przez Kaos Ex Machina. Klik na okładkę = download.

S.O.S. Bullterier

Państwo nas okrada – zawsze i wszędzie. Działając w zasadzie jak struktura mafijna, pobiera ono haracz w postaci rozmaitych podatków, haracz za szeroko rozumianą „ochronę”. Tym oto sposobem utrzymujemy zgraję świń z ZUSów, NFZetów, urzędów, komisji, podkomisji, nie wspominając o tym, że każdy z nas łoży z podatków na wyjątkowo ohydne twory typu partie polityczne i inne szmaciarskie struktury. Państwo w swej łaskawości pozwala nam na przekazanie 1% z naszych podatków na rzecz organizacji pożytku publicznego – wow! 1%! W porównaniu z tym, ile wysysa się z nas każdego miesiąca na tą wiecznie zbankrutowaną machinę urzędniczo-państwową, jest to śmieszna kwota, nawet biorąc pod uwagę zróżnicowanie w naszych dochodach.

Jako że jestem robolem najemnym i kapitał + państwo okradają mnie sukcesywnie, myślałem ostatnio nad tym, komu mógłbym przekazac 1%. Organizacji pozarządowych (wiecznie mających kłopoty finansowe, a odwalających kawał wspaniałej roboty za gówniane państwo), które chciałbym i mógłbym w ten sposób wesprzeć jest naprawdę mnóstwo; fundacje feministyczne, ekologiczne, organizacje pomagające wykluczonym czy przewlekle chorym. Ostatnimi czasy wybór padł na jedną z fundacji zajmującą się organizowaniem placówek i programów służących do pomocy ludziom chorującym na autyzm. Autyzm jest chorobą szczególnie dotkliwą; jako mizantrop i zwierzę stroniące od ludzi, chciałem symbolicznie wesprzeć tych, dla których brak kontaktu ze światem nie jest wytchnieniem ale koszmarem. Myślę jednak, że tego typu fundację mogę wesprzeć niejako poza instytucją 1%-ta.

Po śmierci Scathy zdecydowałem się, że przekażę mój 1% na Fundację S.O.S. Bullterier. Wybrój, jak można się domyślać, w moim przypadku jest zrozumiały i oczywisty. 13 lat z najcudniejszym bullterierem świata uświadomiło mi jak wspaniałe są to psy. Ponadto nie od dziś oczywiście wiem o nielegalnych hodowlach, gdzie bullteriery są dręczone, maltretowane i „przygotowywane” do walk. Wiele bullterierów jest porzucana przez idiotów nie mających pojęcia o charakterze i wrażliwości tych psów.

Stąd mój wybór. Myślę, że będę bez problemu regularnie wspierał ową fundację; należy ona do tych, które zajmują się „niszowymi” – z punktu widzenia społecznego – problemami, więc tym bardziej jest ona godna wsparcia.

Yerba i dark ambient – nocnocnoc…

Jamendo rządzi! Noc, to najlepsza pora, by grzebać w poszukiwaniu nowej elektroniki, industrialu i dark ambientu. Dziś trafiłem na dwa dobrze znane mi projekty (z Włoch i Rosji)  i jedną zabijającą mnie nowość z Niemiec.

Yerba mate i dark ambient… Noc – strawny kawałek doby, pozbawiony ludzkiej obecności. Tak jest dobrze.

Na pierwszy ogień poszedł wcześniejszy album włoskiego Khymeras – poznałem te dźwięki poprzez album Necrotech (2010) i od tamtej pory staram się śledzić poczynania bestii o ksywie Exe.Cute. Gate 666 jest inny, niż to, co dotychczas słyszałem pod szyldem Khymeras; jest to album będący mieszanką syntetycznego dark electro i dark ambientu – surowe, ale i mocno elektroniczne, z niepokojącym tłem. Nie jest to klasyczny dark ambient, bo owa syntetyczność (in plus jak najbardziej!) stanowi stały element każdej kompozycji (notabene, kawałki zdecydowanie za krótkie – takie miałem wrażenie momentami…) – Gate 666, to nieco inna strona tego, do czego Khymeras mnie przyzwyczaiło.

***

K^lle, to już cięższa para kaloszy do strawienia  :) Album Crawl od pierwszych dźwięków wtłacza nas w zimne tło dark ambientu podszytego nitkami drone – nie jest to muzyka, przy której czuje się niepokój, czy rozdrażnienie, jak to często bywa z tymi gatunkami. Crawl, to album przemyślany kompozycyjnie, podzielony na części – hipnotyczne, niskie dźwięki tła pozbawione zbędnych ozdobników, jakby fragment mroźnej, bezwietrznej nocy poza obszarem jakiejkolwiek aktywności robali zwanych potocznie ludźmi. Stopniowo narastające modulacje, powoli nadciągające powiewy mrożące nieco flaki. Muzyka do słuchania z zamkniętymi oczyma, background podany w nietypowy sposób, przynajmniej dla mnie. Przesłuchałem ten album dwa razy i nie mogę oderwać ucha od tych dźwięków! Zimno, obojętność i letarg – ten rodzaj dark ambientu jest jednym z moich ulubionych. Dla mnie K^lle, to moje małe odkrycie na mapie muzyki tła.

***

Moskiewskie WMRI już kiedyś wgniotło mnie w glebę albumem Shelter (2009), gdy słuchając go, nie wiedziałem gdzie się schować – znaczy, że projekt jak najbardziej godny polecenia! Niejako w ramach prologu do płyty Dark Passage możemy przeczytać:

Imagine a dark corridor. Have you? It could have lamps of course, but the light doesn’t even reach the floor, it’s covered with darkness. Do you fear this situation? And if does the exit disappear at once, like it never existed? Corridor is prolonging both sides, its length – infinity. The darkness gorges the remainder of dimmed light until only the dark corridor is left. And hey, what’s the rustling up there?

Nic dodać, nic ująć. Taki jest właśnie ten album. Potwornie gęste dźwięki pełne powtarzalnego echa, które nie jest jednak nachalnym napierdalaniem naszych uszu i lęków. To subtelne falowanie, tworzące niepowtarzalną atmosferę wraz z tajemniczymi, czasem ledwie zauważalnymi szmerami, głosami ludzkimi, których nie sposób wydobyć jako coś konkretnego, czy odgłosami płynącej wody. Jest w tym i surrealizm i doskonała pożywka dla klaustrofobii; niepewność, nieumiejętność poruszenia się czasem. Album ten przytłacza sinusoidalnie – w pewnym momencie chcesz uciec z miejsca, które poprzez dźwięki powstało w twojej głowie, ale właśnie wtedy dostajesz kolejnego kopa w postaci nieustępliwej bezkierunkowości. paradoks tych dźwięków polaga na tym, że tworzą one linearną atmosferę w bardzo wąskiej przestrzeni (korytarz jest dobrą metaforą) – przed sobą i za plecami masz jakieś „wyjście”, ale wybranie drogi jest równie przerażające, co beznadziejne, bo po bokach napierają na ciebie ściany dźwięków, których nie sposób nazwać.

Jak dla mnie – perfekcyjny album-nowela. Uwielbiam koncepcyjny dark ambient, gdzie płyta jest jak książka, a ucho „czyta” to, czego boi się głowa.  Polecam!!!

→ klik na okładki albumów = download