Прошепчи одно желание…

Zbyt wiele wątków wokół i wszystkie [po]boczne. Zogniskowanie uwagi na najważniejszych kończy się czymś w rodzaju sprzężenia zwrotnego, przesterowania myśli. (Celowo) nie piszę tutaj zbyt często ostatnimi czasy, bo każda niemal powierzchnia, z jaką wypada mi się zmagać, jest śliska i pozbawiona elementarnej przyczepności.

Rosyjski dark ambient, i cicha noc – profanum rozciągnięte w kleistym czasie. Upały i wrzask ulic, od których uciekam na rowerze. K. z daleeeeekiego Chabarowska zaprasza do siebie. W robocie dopierdalają kolejna porcję godzin w ramach „reorganizacji czasu pracy”. Wszystko w środku swędzi mnie niemożliwie, a dni mijają jak kalekie fantasmagorie. Tylko brokuły smakują jak brokuły, a na krótkofalowej wstędze SSB ludzie wciąż ze sobą rozmawiają, zamiast gnić na Faceshicie.

Wypływam poza wszelkie obszary, gdzie muszę znowu wbijać sobie w łeb gwoździe „poważnych decyzji”, gdzie jak cień łażą za mną przełomy. Wsiadam na rower i wyłączam wszystko wokół siebie. Ograniczam do niezbędnego minimum obcowanie z ludźmi, którzy tylko mnie wkurwiają, albo czegoś chcą (ewentualnie ja mam jakieś moralne tiki, które mnie od nich odpychają…), co na jedno wychodzi. Niebezpiecznie zawęziłem sobie obszar, gdzie czuję się jako-tako (czyli nijako w znośnym sosie). Nie, to nie jest żadna pieprzona depresja, ani kolejne quasi-filozoficzne jęki. Zmęczenie materiału – tak mógłbym to nazwać; ani inercja, ani gówniarska euforia, ani coś pomiędzy nimi. Losowo napotykane zdarzenia i zwierzęce niemal [re]akcje.

Jedyne, co jeszcze wzbudza przyjemne drganie w moim umyśle: zniknięcie stąd. Ulotnienie się. Opuszczenie. Wybycie. Wypisanie się z sekty Codziennego Wypełniania Obowiązków i ślizg w przestrzeń na tyle rozległą, by do głowy mi nie przyszło myślenie o tym, co jest za horyzontem, by zabić w sobie te wszytkie chore azymuty, pracowicie dziarane między neuronami z biegiem lat.

Карелия

Карелия

 

Ghetto Mind

Lato, grind, zmęczone strzępy łba, powtarzalność swędząca niemożliwie, filozofowie na półkach ziewają i budzą się powoli…

Czas na wyyyyyjazd… Długi wyjazd.

 

Working class at weekend…

Praca najemna charakteryzuje się tym, że czas wolny, pozbawiony kagańca zapierdalania w kołowrocie ośmiu godzin jawi się jako coś nie tylko drogocennego, ale i satysfakcjonującego. Kapitalizm zmienia człowieka na dwóch frontach (mówię tu o jednym egzemplarzu ludzkim typu: ja; sorry, nie mam anarcholskich ambicji walki za lud, wyleczyłem się z retoryki anarchosyndykalistycznej jeśli idzie o recepty, naprawę i przyszłość – jestem tylko pieprzonym anarchodurniem, który za nic w świecie nie zgodzi się z „logiką” obecnych stosunków ekonomiczno-społecznych, jednak z drugiej strony nie będę wciskał moim kolegom robolom recept, które dla nich są kompletnie obce – raty za LCD, samochód i pralki sprawiają, że człek staje się jak planetoida: zimny, pozbawiony źródła energii, oddalający się od wszystkiego, co życiem zwać można…) – po pierwsze sprowadza do parteru wszelkie aspiracje związane z czymś więcej, niż praca i wynagrodzenie, a po drugie, czyni z wynagrodzenia błędne koło kalkulacji i oczekiwań [oczekiwań od samego siebie w konkretnych warunkach domowej mikro-ekonomii].

Decydując się na pracę najemną, konfrontuję siebie z warunkami, które narzuciła mi codzienność (a nie z warunkami „na które się zgodziłem” – pojęcie akceptacji warunków w kapitalizmie sprowadza się mniej więcej do sentencji typu: Pasuje ci, czy nie? Jeśli nie, to won, inni się zgodzą… Ten pierdolony szantaż ekonomiczny jest bezpośrednio związany z maksymalizacją zysków fiuta, u którego się nająłem. To komunał, wiem… Jednakże jest to komunał brzemienny w skutki dla robola najemnego, czyli mnie…

Kalkuluję. Liczę. Płacę. Pracując w tym kieracie mam totalnego wkurwa, ale godzę się na wyprzedaż mnie samego… Wdycham pierdolone opary lasera, całą tablicę Mendelejewa, całe chemiczne gówno wydzielające się w trakcie procesu cięcia stali przez laser… Azot, tlen, hel, dwutlenek węgla, stal + laserowy rezonator = koszmarny shit w postaci kurewsko szkodliwych dla środowiska odpadów… W gratisie mam wdychanie tlenków metali w ilości nieograniczonej… Poza tym, nie chcielibyście wiedzieć jak wygląda „konserwacja lasera”…

Znam doskonale historię ruchu anarchistycznego i syndykalizmu. Jestem robotnikiem. Moja fascynacja anarchosyndykalizmem zaczęła i skończyła się w czasach, gdy byłem bezrobotnym squattersem jeżdżącym po Europie tu i tam. Komfort pierdolenia o ideach, których nie odczuło się fizycznie na własnych plecach. Wiele lat temu walnąło mnie w łeb rozczarowanie ruchem bezrobotnych studento-myślicieli, gdzie zawsze klasa robotnicza była tylko promilem, gdzie robotnik-aktywista był kwiatkiem do korzucha wielkiej idei.

Będę anarchistą do końca moich pieprzonych dni. Nienawidzę państwa, religii, przymusu i wszelkich form władzy, hierachrii i poddaństwa. Doskonale zdaję sobie sprawę z mojego ekonomicznego położenia i z faktu, że nie będę wiecznym laserowym trybikiem wyposażonym we flaki i inne organiczne gadżety – nie jestem i nigdy nie będę dodatkiem do jebanej maszyny. Nie będę również syndykalistycznym onanistą, nie potrafię współpracować w kolektywie, nie chcę być częścią nawet mikro-społeczności, jeśli owa społeczność musi funkcjonować na zasadzie: powiedz, co mamy robić! zrób coś, naucz nas! Znam naprawdę wielu anarchistów, którzy w podobnych sytuacjach rzuciliby się w wir aktywizmu i uświadamiania.

Pocieszam się faktem, że co nieco kumam na polu informatycznym. Troszeczkę ;) Na tyle, by zrobić gdzieś tam coś kreatywnego, zepsuć to i owo ;) Koszmarnie wkurwia mnie to, że domorośli anarchiści obalać chcą system na Windowsie, że rebelianckie dyskusje toczą się na korporacyjnych kompach. McShit jest zły, ale Windows? Kapitalizm obalany na forach z poziomu Windy – urocze :/

Koniec pierdolenia… Posłuchajmy czegoś milutkiego – Sverige till döden!!! :)