Deuter – Nie ma ciszy w bloku

Wychowałem się na angielskim anarcho-punku, amerykańskim thrashu i death metalu z Florydy i ze Szwecji. Zatem Dezerter ani mnie ziębi, ani grzeje. Mam jednak sentyment do Deutera i do tej piosenki zagranej przez Dezertera…

Omnia hora mortis finiuntur

Obejrzałbym dziś Antychrysta. Po raz n-ty. Albo Drzwi obok. Czasem dopada mnie chęć na te patologiczne obrazy, na skrzywiony ludzki ochłap, na to, co najbardziej chore w gatunku zwanym homo sapiens… Lubię obserwować ludzi w sytuacjach, gdy zachowują się jak muchy zamknięte w słoiku, gdy miotają się histerycznie tylko po to, by opaść z sił po jakimś czasie, by popaść w letarg zwiastujący koniec. Skrajne emocje, to krzywe zwierciadło, ale – podobnie jak Bernhard – uważam, że pewne rzeczy należy przerysować i wyolbrzymić, by wydobyć z nich najbardziej esencjonalny syf.

Powracam w myślach do Śmierci na kredyt, Celine’a. Czytałem tę książkę zimą na squacie, pod śpiworami, przy świeczkach. Żadna inna francuska książka nie pierdolnęła mną o glebę jak ta właśnie. Do dziś czuję smród uliczek uwalonych moczem, krwią, zawieszonych w przestrzeni pełnej mgły. Profanum, to sfera gdzie nie spotkasz Paulo Coleho i Janusza Wiśniewskiego. Żadnych nędznych pisarczyków, żadnych ckliwych obrazków i pastelowego gówna.  Czasami mam wrażenie, że w jakiś sposób celebruję ohydę (a przynajmniej to, co w powszechnej percepcji nią jest) i rozkład. Gdybym miał wydziarać sobie gardło – miejsce dosyć znamienne, nie z uwagi na widoczność – zapewne byłaby to sentencja: Omnia hora mortis finiuntur – wszystko kończy się wraz ze śmiercią.

Apokaliptyczne wizje końca nie robią na mnie wrażenia. Patrzę na śmierć zawsze z perspektywy życia, a finalnie interesuje mnie moment śmierci, nie jej – jakże łatwy do przewidzenia – efekt. Kiedyś moja przyjaciółka Olga zauważyła, że w chwilach, gdy ocieram się o coś na kształt szczęścia, chętnie podejmuję temat śmierci, jakby była to moja psychologiczna reakcja na coś miłego. Ale tak nie jest. Rozgraniczam te dwie płaszczyzny i nie definiuję jednej drugą. Olga zapewne się myliła, bo akurat tej nocy piliśmy wódkę, a ja wsłuchiwałem się w odgłosy moskiewskiej nocy za jej oknem :)

Martyrdöd – Utanförskapet

Pula

Jedno z najpiękniejszych chorwackich miast. Bardzo punkowe i magnetyczne jak dla mnie… Nigdy nie mieszkałem na Bałkanach, a będąc w Puli widziałem kilka przepięknych pustostanów nad morzem. Wojna w mojej głowie…. Squatting walczy ze zdrowym rozsądkiem….

Dobrze jest.

Wieczór ze szwedzkim Livstid i porterem. Powietrze niczym galaretę można kroić i gdyby nie wiatrak zapewne zdechłbym tutaj w kilka minut. W objęciach leniwego spokoju, obiecuję sobie zabrać jutro Pielewina i wyjechać z nim gdzieś na rowerze, coby oddać się lekturze. Miło łechtający spokój wciąż w mojej głowie; czuję się jakby był tam od zawsze, tylko moja amnezja powodowana filozoficznymi dewiacjami zasłaniała mi pokaźną część rzeczywistości.

Z prozaicznych dupereli: zrobiłem dziś upgrade Aptosida. Aktualny kernel na screenie poniżej.

Nic moc… | „Codziennie muszę być wilkiem”…

Wróciłem z roboty ukołysany poniżającym brakiem reakcji na bodźce. Czasami doprowadzam moje zmęczenie do granic wytrzymałości – nie dlatego, że sprawia mi to jakąś chorą przyjemność. Funkcjonując poza zwyczajowym trybem dnia/nocy, taplając się w anormalnym systemie pracy/nieróbstwa, tresuję sam siebie bez jakiejkolwiek synchronizacji pomiędzy mną, a akcydentalnymi impulsami z zewnątrz.  Wszystko wydaje się obce – ergo – podejrzane. Prawie wszystko.

Zimny instynkt ucieczki pod skórą. Jak obawa przed kolejną mentalną hemofilią – zmieniając azymuty, przestałem być – nomen omen – wylewny. Prześladuje mnie František z Powrotu idioty (to jeden  z najwspanialszych czeskich filmów, jakie widziałem…). Rozmrażam się na raty. Inaczej nie mogę i nie chcę.

… po prostu nie znoszę tych nerwowych odruchów, gdy wycieram nos i czuję krew…