Подорок Сталину | Кандагар

Wyjątkowo ciepła noc wrześniowa bardziej mobilizuje do składania myśli w zdania. Kilka dni wolnych od pracy, to zawsze dobry czas, by nadrobić zaległości filmowo-książkowe przy porterze i radiowej Dwójce

Подарок Сталину

Obejrzałem dziś obraz Rustema Abdrashitova, Подорок Сталину (Prezent dla Stalina) – film, którego wcześniej nie widziałem, mimo, że powstał w 2008 roku. To jeden z tych filmów, które dotykają bolesnych przeżyć ludzi dotkniętych gangreną stalinizmu na odludziach ZSRR. To jeden z bardziej przejmujących obrazów w tej konwencji, wymykający się sztampowości tak widocznej w wielu rosyjskich filmach dotykających problemów łagrów, czy Wielkiej Ojczyźnianej.

Кандагар

Kolejnym wartym obejrzenia filmem jest Кандагар (Kandahar), Andrieja Kavuna. To film oparty na autentycznych faktach: historia grupy rosyjskich pilotów cywilnych, startujących z Turcji wraz z transportem amunicji (w ramach prawa międzynarodowego – traktowanym jako legalny ładunek porównywany do pomocy humanitarnej). Punktem docelowym jest Kabul, jednak samolot zostaje przejęty przez myśliwiec afgański i ląduje przymusowo w Kandaharze, gdzie trwa już rebelia Talibów. Piloci są zakładnikami ekstremistów przez ponad rok, a ich perypetie i w efekcie udana ucieczka są niezwykle barwnie opisane przez reżysera. Składają się na to: specyfika zaszłości wojennych pomiędzy ZSRR i Afganistanem, indywidualne dramaty pilotów oraz specyfika kultury afgańskiej masakrowanej przez prawa szariatu w interpretacji Talibów.

Mała refleksja – powtarzana chyba przeze mnie kilka razy przy innych okazjach – ostatnimi czasy obejrzałem kilkanaście rosyjskich filmów, w tym może dwa z polskim lektorem. Oba te filmy nie oddają w warstwie translacyjnej języka oryginału. Tyczy się to zapewne każdego innego języka oryginału, nie tylko rosyjskiego. Inną bajką jest to, że nawet filmy wojenne produkcji rosyjskiej w warstwie językowej są wyjątkowo ascetyczne; nie chce mi się wierzyć, że widząc masy trupów i spadające bomby, człek nie wypowie magicznego: ja pierdolę! A to w kinie rosyjskim – wbrew pozorom – nie zdarza się zbyt często :)

W materii książkowej przedzierałem się nieco przez Historię filozofii rosyjskiej, Leonida Stołowicza, szczególnie zaś zakopałem się w egzystencjalistycznej myśli Lwa Szestowa oraz w filozofii personalistycznej Nikołaja Bardiajewa (niektórzy mówią o personalizmie anarchistycznym tegoż, co mnie wpędza w swego rodzaju konfuzję)… Oczekują na mnie: Sroka w krainie entropii (Markéta Baňková) i W rajskiej dolinie wśród zielska (Jacek Hugo-Bader)…

Lubię moje nieuczesanie w kontaktach z książką i filmem. Nie jestem fetyszystą nowości i czytam/oglądam bez chronologii narzucanej przez, ekhm…, rynek. W najbliższym czasie obiecuję sobie jednak nadrobienie zaległości i zapoznanie się z ostatnią aktywnością Sylwii Chutnik i łyknięce co nieco z tego, co w ostatnich kilku latach wydano w Serbii.

Android bez defaultów

Zmnieniłem nieco wygląd mojego Androida (2.3.6), bo domyślne ikony jak i dockbar są dla mnie po prostu lipne. Nie od dziś wiadomo, że nie trawię kolorów na wszelkich desktopach, dlatego też wszystkie [cztery] pulpity na moim Samsungu wyglądają teraz zupełnie inaczej. Wystarczy zainstalować jedynie ADW.Launcher oraz jakikolwiek interesujący nas iconpack/theme i możemy zapomnieć o defaultach, jakie dostajemy kupując smartfon. Dzięki ADW.Launcher dotykowa nawigacja między pulipitami jest – przynajmniej dla mnie – bardziej przyjazna, a relatywnie duże możliwości konfigowe tylko powiększają pole manewru w materii: zmiana wyglądu telefonu. Poniżej kilka screenów, jak to u mnie wygląda (mój iconpack: Minimalist Metal).

Wiadomo, fajnie jest mieć linuxa na telefonie, ale jeszcze fajniej pozbyć się google’owskiego szpiegowania na rzecz autentycznego FOSS (Free and open-source software). Dlatego też – korzystając z dni wolnych – zamierzam łyknąć co nieco informacji na temat F-Droida. Jest to bardziej ludzkie i wolne oblicze Androida i myślę, że niebawem przeskoczę w repozytorium F-Droid. Co prawda ilość aplikacji nie zabija, ale nie o ilość idzie, ale o wolne oprogramowanie i ideę. Wieeeem, większość moich znajomych ma to w dupie, ale dla mnie to jednak ważny aspekt; jeśli już bawię się w posiadanie smartfona, wolałbym, aby nie był on na smyczy Google, czy innych tego typu potworków. Celowo nie poruszam tematu totalnej ignorancji i indolencji fanatyków/użytkowników rozmaitych iShitów, bo jestem padnięty po robocie i mogłyby posypać się sarkastyczno-cyniczne komentarze. Wyżyję się innym razem.

Мама Анархия

Солдат шёл по улице домой
И увидел этих ребят.
„Кто ваша мама, ребята?” –
Спросил у ребят солдат.

Мама – Анархия,
Папа – стакан портвейна.

Все они в кожаных куртках,
Все небольшого роста,
Хотел солдат пройти мимо,
Но это было не просто.

Мама – Анархия,
Папа – стакан портвейна.

Довольно весёлую шутку
Сыграли с солдатом ребята:
Раскрасили красным и синим,
Заставляли ругаться матом.

Мама – Анархия,
Папа – стакан портвейна.

R.U.T.A.

R.U.T.A. jako oryginalny projekt muzyczno-kronikarski funkcjonuje już jakiś czas. Czym R.U.T.A. różni się od innych „folkowych” poczynań, tak modnych w ostatnich latach? Ano tym, że nie jest to ani wskrzeszenie sielankowych chłopskich przyśpiewek, gdzie Jasiu kocha chłopkę, a żniwa, to święto na wsi spokojnej i wesołej. R.U.T.A., to również nie neofolkowe popłuczyny, gdzie miksuje się Peruna i innych delikwentów słowiańskiej mitologii.

R.U.T.A., to wkurw, krew, rebelia i chłopska anarchia. Maciej Szajkowski grzebał długo w gąszczu chłopskiej twórczości sprzed wieków i wreszcie dokopał się do kulturowych świadectw i autentycznych chłopskich pieśni, które rozpierdalają w pył to, co wtłaczano nam w łby w szkołach; każdy/-a zna pozłacane obrazy poczciwego chłopiny, który cierpi pod dziesięcinami i pod pańskim, feudalnym batem, ale w tej laurce przeważają odcienie sielankowe. Przenica się złoci, piękna polska wieś kwitnie, Jasiu goni dziewczę, siano w stodole skrzypi, baby piszczą, gorzałka się leje. W tle oczywiście figurka maryjki pełzająca z babami po wsiach, poczciwy pleban błogosławiący bochny chleba… Polska wieś sprzed stuleci.

Rzeczywistość była bardziej brutalna, o czym świadczą nie tylko uniwersyteckie uczone głowy zajmujące się chłopskimi buntami i powstaniami, ale i same świadectwa chłopskie, jak w bursztynie, zamknięte w chłopskich pieśniach. Autentycznych, pełnych bólu, wściekłości, chęci zemsty na panach i klechach. Pieśni, w których pęka sielski obraz poniżonego, acz poczciwego chłopa, w których cep ląduje na łbie feudała, a ksiądz wisi na pobliskim dębie.

R.U.T.A., to akustyczne powstanie chłopskie, to punkrock antyfeudalny, kronikarski zapis krzywdy i wkurwienia. Na wokalach m.in. Robal z DEZERTERA, Nika z POST REGIMENTU i Guma z MOSKWY…

Co za nudny temat…

Szwedzki 365 Dagar Av Synd w głośnikach i totalny dewast myślowy…

W przeciągu kilku ostatnich dni mój łeb porwało tsunami refleksji i reminescencji. Najpierw urządziłem sobie maraton rosyjskich „filmów historycznych”, by lepiej wgryźć się w kinematograficzny bełkot sowieckiej gloryfikacji przekłamań historycznych i skonfrontować je z orgią polskich „uniesień” patriotycznych (w ostatnich latach pracowicie wkręcanych w komix, powstania, pop-pamięć historyczną – wszystko rzecz oczywista w cierpiętniczo-wisielczym  sosie eschatologicznym)… Najogólniejszy wniosek jest taki, że zarówno polskie, jak i rosyjskie kino w tej kwestii niewiele się różnią, jeśli idzie o intensywność lukrowania historii. Polski gówniarz ze szkoły kadetów tuż przed II Wojną Światową ma niejako honor i ojczyznę wyryte na twarzy niemal od urodzenia, urodzony w dobrym domu, dobrym jest i basta, a z dziewczynami całuje się tylko delikatnie i szarmancko, no i oczywiście jest honorowym dawcą krwi na polu walki. Sowiecki sołdat, to prosty, acz bystry, szlachetny syn ojczyzny, wódkę – owszem – pije (nawet na froncie), ale za to nie przeklina, chroni dzieci i starców przed szwabskimi minami, a na faszystowskie tanki pójdzie choćby z saperką i swoim nieśmiertelnym Uraaaaaaaaaa! Rzecz jasna, sowiecki żołnierz nie gwałci i nie kradnie. Polski natomiast odwiedza dworki i zadaje się z rodami szlacheckimi, chłopom złego nie robi, ale patrzy na swołocz niechętnie. W przeciwieństwie do Ruskiego, zawsze jest widziany tylko z naparstkiem jakiegoś winiaku.

Kinematografia obu tych krajów, w kontekście „prawdy historycznej” jest mocno skrzywiona przez ogólną przypadłość zwaną patriotyczną ślepotą i rozkosznym przymykaniem oka na „drobne” nieścisłości historyczne. Nasi są OK i basta. Po obu stronach Buga.

Mam sporo rosyjskich znajomych i z wieloma miałem spięcia podczas dyskusji o historii. W Rosji panuje swoista schizofrenia w materii pamięci historycznej, w materii faktografii i wyciągania z nich wniosków. Owszem, wszędzie są ulice Lenina, Dzierżyńskiego i place Marksa. Spod tej gęstej warstwy stalinowskiego gruzu wyłażą jednak – powoli, z roku na rok – fakty o gułagach, o „planecie Kołyma”; nie mam tu na myśli mozolnej pracy opozycyjnych historyków („opozycyjnych” w sensie: sprzeciwiających się konserwowaniu przez Kreml rozmaitych kłamstw nt komunistycznego ZSRR), ale percepcję społeczną przeszłości. Ten proces będzie pewnie w Rosji trwał bardzo długo.

W Polsce nie jest wcale lepiej. Polska jest do głębi zakonserwowaną przestrzenią; z jednej strony dwubiegunowość ocen (komucho-akowskich), z drugiej zaś stadko pojebów, żydożerców, „narodowych komunistów” i innych, dla których prymat ekstremy (zazwyczaj historycznie marginalnej – jak np. PPR, czy NSZ) rządzi zawsze i wszędzie. Polityka jest tradycyjną gwałcicielką pamięci o historii, krzywym zwierciadłem, w którym odbija się zbiorowa amnezja i zbiorowy fanatyzm. Kiedy słyszę, co ostatnimi czasy wygaduje pewien sfrustrowany „artysta”, Kukizem zwany, nie wiem czy parsknąć śmiechem, czy machnąć w chuj ręką na cały ten chory zgiełk narodowy… Nie będę zniżał się do oceny jego „patriotycznych tekstów”, bo są jak dzieciuchowe wypociny licealisty, z paroma frazesami i biało-czerwonym ornamentem. Onanizują się tym gazety polskie, onr-y i inne harcerstwo (wszystko jakoś magicznie wpisane w „wielki zryw młodzieży narodowej” – jakkolwiek to to traktować…). Dopada mnie jedynie smutna refleksja, że cały ten społeczny syf i konflikt z orzełkiem w tle jest spowodowany pewną destrukcyjną przypadłością zwaną: przyspawaniem do abstrakcji typu Naród. Tak, przez duże „N”. Coś, co ma w podwalinach duże „N”, jest w umysłach automatycznie wyolbrzymiane, nadmuchiwane do zrzygania, do granic śmieszności. Tak jest też w Rosji z ich „bajką historyczną”, z ich Wielką Ojczyźnianą…  Co patriotyzm robi z człowieka, mogliśmy się przekonać 11 listopada, albo w czasie Euro 2012. Obustronna piana na pyskach, nienawiść wstrzyknięta po obu stronach Buga, od kołyski, plemienne wymachiwanie jakimiś barwami, proporczykami…

Kiedy czytam rozmaite komentarze pod artykułami, esejami, pracami z dziedziny historii, kiedy widzę jak wszyscy chcą się zajebać nawzajem, gdy nadają sobie od pedalskich komuchów i faszystowskich ścierwojadów, mogę tylko mieć osobistą satysfakcję, że patriotyzm ani mnie ziębi, ani grzeje. Historia jest ważna, ale należy ją odczytywać z odpowiednimi wnioskami, a nie trwać jak osioł w okopach groteskowego kultu porażki, a wydzierać mordę, że „zawsze byliśmy wielcy”, nawet jak nie byliśmy. To moje -śmy jest formą skierowaną do każdego jednego narodu, zwłaszcza po dwóch wojnach (+ trauma Bałkanów, czy konflikt polsko-ukraiński  – żeby tylko skupić się na Europie), które wypruly flaki w Europie. Tak ciężko zakumać w XXI wieku, że po każdej ze stron są świnie, zbrodniarze, zdrajcy, sadyści. Bo „uczucia patriotyczne” są furtką, za którą traci się kontrolę nad trzeźwością ocen, a swoje ohydztwa tłumaczy się paroma sloganikami wycedzonymi przez polityczne świnie… Tak trudno zrozumieć, że każdy konflikt na gruncie narodowym, był, jest i będzie politycznym szczuciem z każdej strony.

Patriotyzm, to jedna z największych patologii wykreowanych przez kulturę ludzką.