Co za nudny temat…

Szwedzki 365 Dagar Av Synd w głośnikach i totalny dewast myślowy…

W przeciągu kilku ostatnich dni mój łeb porwało tsunami refleksji i reminescencji. Najpierw urządziłem sobie maraton rosyjskich „filmów historycznych”, by lepiej wgryźć się w kinematograficzny bełkot sowieckiej gloryfikacji przekłamań historycznych i skonfrontować je z orgią polskich „uniesień” patriotycznych (w ostatnich latach pracowicie wkręcanych w komix, powstania, pop-pamięć historyczną – wszystko rzecz oczywista w cierpiętniczo-wisielczym  sosie eschatologicznym)… Najogólniejszy wniosek jest taki, że zarówno polskie, jak i rosyjskie kino w tej kwestii niewiele się różnią, jeśli idzie o intensywność lukrowania historii. Polski gówniarz ze szkoły kadetów tuż przed II Wojną Światową ma niejako honor i ojczyznę wyryte na twarzy niemal od urodzenia, urodzony w dobrym domu, dobrym jest i basta, a z dziewczynami całuje się tylko delikatnie i szarmancko, no i oczywiście jest honorowym dawcą krwi na polu walki. Sowiecki sołdat, to prosty, acz bystry, szlachetny syn ojczyzny, wódkę – owszem – pije (nawet na froncie), ale za to nie przeklina, chroni dzieci i starców przed szwabskimi minami, a na faszystowskie tanki pójdzie choćby z saperką i swoim nieśmiertelnym Uraaaaaaaaaa! Rzecz jasna, sowiecki żołnierz nie gwałci i nie kradnie. Polski natomiast odwiedza dworki i zadaje się z rodami szlacheckimi, chłopom złego nie robi, ale patrzy na swołocz niechętnie. W przeciwieństwie do Ruskiego, zawsze jest widziany tylko z naparstkiem jakiegoś winiaku.

Kinematografia obu tych krajów, w kontekście „prawdy historycznej” jest mocno skrzywiona przez ogólną przypadłość zwaną patriotyczną ślepotą i rozkosznym przymykaniem oka na „drobne” nieścisłości historyczne. Nasi są OK i basta. Po obu stronach Buga.

Mam sporo rosyjskich znajomych i z wieloma miałem spięcia podczas dyskusji o historii. W Rosji panuje swoista schizofrenia w materii pamięci historycznej, w materii faktografii i wyciągania z nich wniosków. Owszem, wszędzie są ulice Lenina, Dzierżyńskiego i place Marksa. Spod tej gęstej warstwy stalinowskiego gruzu wyłażą jednak – powoli, z roku na rok – fakty o gułagach, o „planecie Kołyma”; nie mam tu na myśli mozolnej pracy opozycyjnych historyków („opozycyjnych” w sensie: sprzeciwiających się konserwowaniu przez Kreml rozmaitych kłamstw nt komunistycznego ZSRR), ale percepcję społeczną przeszłości. Ten proces będzie pewnie w Rosji trwał bardzo długo.

W Polsce nie jest wcale lepiej. Polska jest do głębi zakonserwowaną przestrzenią; z jednej strony dwubiegunowość ocen (komucho-akowskich), z drugiej zaś stadko pojebów, żydożerców, „narodowych komunistów” i innych, dla których prymat ekstremy (zazwyczaj historycznie marginalnej – jak np. PPR, czy NSZ) rządzi zawsze i wszędzie. Polityka jest tradycyjną gwałcicielką pamięci o historii, krzywym zwierciadłem, w którym odbija się zbiorowa amnezja i zbiorowy fanatyzm. Kiedy słyszę, co ostatnimi czasy wygaduje pewien sfrustrowany „artysta”, Kukizem zwany, nie wiem czy parsknąć śmiechem, czy machnąć w chuj ręką na cały ten chory zgiełk narodowy… Nie będę zniżał się do oceny jego „patriotycznych tekstów”, bo są jak dzieciuchowe wypociny licealisty, z paroma frazesami i biało-czerwonym ornamentem. Onanizują się tym gazety polskie, onr-y i inne harcerstwo (wszystko jakoś magicznie wpisane w „wielki zryw młodzieży narodowej” – jakkolwiek to to traktować…). Dopada mnie jedynie smutna refleksja, że cały ten społeczny syf i konflikt z orzełkiem w tle jest spowodowany pewną destrukcyjną przypadłością zwaną: przyspawaniem do abstrakcji typu Naród. Tak, przez duże „N”. Coś, co ma w podwalinach duże „N”, jest w umysłach automatycznie wyolbrzymiane, nadmuchiwane do zrzygania, do granic śmieszności. Tak jest też w Rosji z ich „bajką historyczną”, z ich Wielką Ojczyźnianą…  Co patriotyzm robi z człowieka, mogliśmy się przekonać 11 listopada, albo w czasie Euro 2012. Obustronna piana na pyskach, nienawiść wstrzyknięta po obu stronach Buga, od kołyski, plemienne wymachiwanie jakimiś barwami, proporczykami…

Kiedy czytam rozmaite komentarze pod artykułami, esejami, pracami z dziedziny historii, kiedy widzę jak wszyscy chcą się zajebać nawzajem, gdy nadają sobie od pedalskich komuchów i faszystowskich ścierwojadów, mogę tylko mieć osobistą satysfakcję, że patriotyzm ani mnie ziębi, ani grzeje. Historia jest ważna, ale należy ją odczytywać z odpowiednimi wnioskami, a nie trwać jak osioł w okopach groteskowego kultu porażki, a wydzierać mordę, że „zawsze byliśmy wielcy”, nawet jak nie byliśmy. To moje -śmy jest formą skierowaną do każdego jednego narodu, zwłaszcza po dwóch wojnach (+ trauma Bałkanów, czy konflikt polsko-ukraiński  – żeby tylko skupić się na Europie), które wypruly flaki w Europie. Tak ciężko zakumać w XXI wieku, że po każdej ze stron są świnie, zbrodniarze, zdrajcy, sadyści. Bo „uczucia patriotyczne” są furtką, za którą traci się kontrolę nad trzeźwością ocen, a swoje ohydztwa tłumaczy się paroma sloganikami wycedzonymi przez polityczne świnie… Tak trudno zrozumieć, że każdy konflikt na gruncie narodowym, był, jest i będzie politycznym szczuciem z każdej strony.

Patriotyzm, to jedna z największych patologii wykreowanych przez kulturę ludzką.

2 thoughts on “Co za nudny temat…

  1. Dobry tekst i ciekawe wnoski.
    Oczywiście że z przekory, nie napiszę ,z którą jego częścią zgadzam się najbardziej :)

  2. > Tak ciężko zakumać w XXI wieku, że po każdej ze stron są świnie,
    > zbrodniarze, zdrajcy, sadyści.

    TAK! Bo:

    > Nasi są OK i basta.

    ;) Fajnie, że znowu piszesz, serio :p

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s