Пиздец…

··· reflex #1

Spokojna, jesienna powtarzalność mglistych poranków, kiedy wracam z pracy pustymi niemal ulicami, działa na mnie dziwnie kojąco. Mleczno-szare smugi sunące pomiędzy drzewami ogołoconymi z liści, liżące betonowe kloce. Wyludniona dziura z większością chrapiącą jeszcze w postrzępionych łachmanach marzeń sennych, staje się na chwilę [paradoksalnie] bardziej „ludzka”; tak jakby wzięcie w nawias elementu ludzkiego uwydatniało istotę formy – jak usunięcie kluczowego puzzlle’a uświadamia ów brak i projektuje w umyśle egzemplifikację tegoż. Moją osobistą „aberracją” (czy – jak kto woli – przerysowaniem)  tego poczucia, są setki miast i miasteczek syberyjskich, gdzie drzewa rosną na ulicach, a pozostałości okien wyglądają jak puste oczodoły. Brak człowieka w miejscach stricte ludzkich ma w sobie coś złowieszczego, wywołującego albo niepokój, albo refleksję [w większości przypadków to pierwsze, niestety…].

··· reflex #2

Niebo ma już kolor szpitalnej pościeli, żałobnego, wyblakłego błękitu. Nie zamykam drzwi balkonowych i chłód przyjemnie panoszy się nad podłogą. Oczywiście piję. [Niemal] zawsze coś piję po nocnej zmianie.

Kilka „kroków” wstecz i jestem jeszcze w pracy… 21_11K_ST3_6_1. Tak nazywa się program, nad którym ślęczę całą noc, pilnując by laserowe ścierwo cięło tak jak powinno. Syk, wkłucie, iskry… Gazy (tlen, hel, azot, dwutlenek węgla), rezonator i duch Mendelejewa unoszący się nad tą machiną. Przed niewidzialnym promieniowaniem chronią mnie filtry, jednak  od czasu do czasu włażę do środka, by usunąć „przeszkody” na drodze wiązki laserowej (przeszkody = uprzednio wycięte elementy)… Włazisz tam i od razu w nozdrza wpierdala ci się ten smród. Wysoka temperatura, mgiełka oparów i – po kilku sekundach – słodkawy posmak na języku. Cyberpunk ’90. Kto zaczytywał się tą konwencją w ramach science fiction, zrozumie…

Konserwacja i czyszczenie molocha typu: laser, to spotkanie face to face z całym stadem związków chemicznych, których skład i szkodliwość, to swoista tajemnica poliszynela.  Nakładasz maskę na twarz, kaptur na głowę… Wymieniasz filtry, usuwasz „żużel” [to naprawdę nie to samo co tradycyjny żużel…]. Czujesz przez maskę ten pierdolony posmak na języku… Pył laserowy jest wszędzie. Jest mniejszy, niż cząsteczki pyłu węglowego. Masz je na twarzy, ubraniu, w kieszeniach, pod ubraniem, na skórze… Przez kilka kolejnych dni twoje gluty z nosa są czarne, częściej dopada cię kaszel…

Kroki wstecz anulowane. Za oknem wciąż „szpitalne” niebo. Nie trawię czystej w godzinach rannych. Od zawsze. Otwieram wiśniówkę, względnie portera. W linuksowej konsoli  wstukuję: mocp. Klikam na radio informacyjne (MOC [w linuksie program do odtwarzania muzy]służy mi tylko do słuchania inet-radia). Kilkanaście minut informacji z kraju typu PL wystarczy, by nabrać odruchów wymiotnych… W kolejnym oknie konsoli otwieram ncmpcpp [taki „bardziej minimalistyczny” Winamp w systemach unixowych :D]. Piję i słucham Ionosphere. Space dark ambient. Zimno i międzyplanetarnie. Zapominam na moment o tym, że nie powinienem pić codziennie. Przypominam sobie nagrane przez NASA dźwięki poszczególnych planet, tło fal, które miażdżą absolutnie. Astronomia, alkoholizm, depresja i czarne gluty z nosa. Ot, poranek po pracy…

··· reflex #3

Nie wiem dlaczego, ale od poniedziałku rozmawiam z moją znajomą Katją (Moskwa) wyłącznie o sposobach postrzegania życia w metropoliach i konsekwencjach funkcjonowania w takich miejsach. Mimo, że jej marzeniem jest Jakucja, Czukotka, Kamczatka i Bajkał, z rozbrajającą szczerością (oraz nutą zrezygnowania)  mówi mi, że to nie takie proste, bo praca = Moskwa. Znam Katję wiele lat i rozumiem jej podejście, będące ewidentnym „odpryskiem” Zachodu – w domyśle wszystkiego, co na zachód od Rosji. To nie kompleks (bo Moskwa już dawno jest „europejska” w rozumieniu consume & living – brana jako całość), a pewna „rysa” w głowie + przyzwyczajenie do czegoś, co w stolicy Rosji jest normą, a poza nią – niedoścignionym Rajem, Ideałem, Pewexem. Katja ma dobrą pracę i w Moskwie odnajduje się perfekcyjnie. Metropolia, to miejsce stadnej orgii – w sensie socjologicznym.

Tymczasem czytam o psychologicznych i neurologicznych uwarunkowaniach homo sapiens w kontekście samotności… Naukowcy skanujący mózgi ludzi żyjących w stanie samotności (szeroko pojętej – od sierocińca, po świadomy wybór bycia odludkiem) udowadniają, iż mózgi tychże – z powodu braku więzi emocjonalnych z innymi – aktywują te same obszary, które odpowiedzialne są za ból fizyczny.

Seth Pollak, naukowiec z Uniwersytetu w Wisconsin zajął się badaniem problemu i dowiódł (źródło: ostatni, grudniowy numer Świata Wiedzy), że w wyniku samotności zostają uszkodzone obszary mózgu odpowiedzialne za naukę oraz płaty czołowe (odpowiedzialne m.in. za odczuwanie lęku). Człowiek żyjący w samotności ryzykuje tym, że zmniejsza się jego kora mózgowa… Nie wiem jak bardzo zmniejszył się mój mózg przez ostatnie kilka[naście] lat, ale w/w Katja wysłała mi link do bloga pewnego rosyjskiego podróżnika, gdzie zobaczyłem miejsca, w których mój mózg zapewne doświadczyłby wszystkich „niedogodności” bycia poza stadem. Nieodmiennie wkurza mnie, to autorytatywne: Człowiek jest zwierzęciem stadnym.  Kurwa mać, dla mnie ewidentny dysonans…

One thought on “Пиздец…

  1. Brak człowieka w miejscach stricte ludzkich, to krajobraz ciszy, spokoju i fajnych myśli, które mącą wciąż kłapiące szczęki mające nieustającą potrzebę podzielenia się swoimi myślami i doznaniami.
    Dlatemu pracuję sama, biegam po starych fabrykach – gdzie nie uswiadczam widoków człowieka i chadzam leśnymi „nieścieżkami”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s