Porady polskie

Włażę do knajpy. Wczesny poranek, a ja po całej nocy na nogach, toczę się w kierunku baru. Siadam na tym idiotycznym stołku (będącym gwarantem, że barman nie będzie patrzył na ciebie jak na kmiota o wzroście 130 cm) i czekam… Nade mną plazma wyrzygująca mecz jakiejś zapomnianej ligi chuj-wie-skąd. Oglądam się za siebie, w półmrok drewnianych stolików. Kilku roboli, sączących piwo jak ja, -po, oraz kilku pijących jak na wyścigach – przed robotą…

Wyjmuję filtry, skręcam jeden. Wyjmuję bibułkę, tytoń… Dziad obok gapi się, jakbym przed momentem rozebrał papierosa na części pierwsze, a teraz próbował go złożyć w „palącą się całość”; nie wierzy, że mi się uda i nie wpadnie na to, że robię tą fajkę od podstaw – jak w czasie wojny, czy innej okupacji… Ku jego zdziwieniu, wychodzi papieros, którego zapalam i zaciągam się aromatycznym Turnerem. Przyłazi wreszcie barman. Mina pt.: wiem, że u mnie można palić mimo zakazu, ale i tak nie zapytałeś – mnie, szefa!   Zamawiam setkę i piwo. Patrzę, z jaką perfekcją nie dolewa tych paru mililitrów, jakby celebrował te 85 ml w kieliszku i kalkulował, ile wódki zaoszczędzi nie lejąc całej sety.

Wódka rozłazi się po kościach ciepłym strumieniem. Rozgrzewa flaki i pobudza nieco. Pierwszy łyk piwa i fajka… Na plazmowym boisku niewiele się dzieje, bo komentator gada, jakby miał zaraz zasnąć, zupełnie jakby też tyrał na nockę i nad ranem musiał jeszcze komentować mecz ligi chuj-wie-skąd. Jego monotonny głos przerwany przez rubaszny śmiech za moimi plecami, przy jednym ze stolików. Uświadomiłem sobie, że wchodząc tutaj, wyłączyłem kompletnie percepcję ludzi przy tych nędznie oświetlonych stolikach…

– No, kurwa, jak to czterdzieści?! – słyszę inny głos, należący do kogoś młodszego.

– Chłopie, więcej nie trzeba! Ja tak robię od lat i to działa! – tym razem głos kogoś, kto śmiał się przed momentem.

– Ja to bym nie mógł… – eksperckim tonem mówi młodszy głos.

– Eeee, pierdolisz! Normalnie, odrywasz mniej, niż pół metra papieru i się podcierasz! Zawsze wystarczy! Moja stara mnie nauczyła oszczędności – znowu ten sam śmiech – Jakbyś był żonaty, to bys wiedział co to jest. Baba cię zawsze zjebie, że coś marnujesz. Skąd ja to znam, kuuuuurwa! Ech… nauczysz się jeszcze młody, zobaczysz…

Ekspert od strajtaśmy milknie, a ja słyszę dwie siorbiące piwo gęby, dźwięk odkładanych kufli i podwójne westchnienie niejako pieczętujące słowa tego ostatniego. Takie barowe amen. Niech tak się stanie…

 

***

 

Robię jakieś mikro-zakupy, kasuję  sie przy dźwiękach potwierdzających skanowanie kodu, po raz 666 odmawiam „jednorazóweczki na bułeczki” (Aaaaa, bo pan ekolooog, zapomniałam! – słyszę zza kasy, patrząc na porozumiewawczo-rozbawioną twarz ekspedientki…), płacę i wyłażę ze sklepu. Telefon. Dzwoni znajomy i mówi, żebym poczekał na niego pod tym sklepem, bo właśnie idzie w tamtym kierunku, a przecież Piweczko by można jebnąć!, jak słyszę trzaskający, lekko zmodulowany głos w słuchawce. Czekam więc…

Tuż obok sklepu dwie facjaty. Wełniane swetry, czapki… Jeden w gumofilcach, drugi w czymś kozakopodobnym. Dwie zmęczone gęby lustrujące moje dziury w uszach i kolczyk w nosie. Potem skan całej mojej postaci i utrata zainteresowania (z kwaśnymi minami), na rzecz kolejnego sztachnięcia się szlugami… Starszemu, pod wielkim brzuchem, wisi torebka – kasa fiskalna handlu ulicznego. Opiera się o aluminiową konstrukcję obleczoną zgniłozieloną gumową płachtą. W środku woda i stado pływających na boku karpi…

Znajomy będzie za jakieś pięć minut. Do ulicznych biznesmenów podchodzi starsza kobieta w zielonym płaszczu, z dwiema płóciennymi siatkami w dłoniach.

– Po ile rybki? – pyta.

– Trzynaście, proszę pani – ożywia się młodszy, a starszy gasi peta gumową podeszwą, łapiąc się za torebeczkę.

– A świeże chociaż i zdrowe? – pyta pani, gapiąc się martwym wzrokiem na niemal równie martwe karpie.

– No a jakże! – stary wtrąca się w biznesową dyskusję – Jeszcze dzisiaj odławiane, droga pani!

– To ja bym dwa wzięła, ale takie żeby mułem nie śmierdziały – pani odwraca głowę od tej gumowej mordowni…

– Nasze?! Mułem?! Pani droga! – stary się ożywia, a młody łapie za siatkę.

Młody wyławia dwie ryby, kładąc je (jeszcze) żywe na starą, komunistyczną wagę sklepową koloru beznadziejnej szarości. Ryby nie mają sił się szamotać, ale jednak poruszają się. Młody – jakby wykonywał tajną misję – dokłada ciężarki po drugiej stronie. Czeka, aż „rybki” się poruszą, a język wagi poleci kawałek w prawą stronę… Odwraca się tyłem do starszej pani (a bokiem do mnie – stojącym tuż obok wejścia do skelpu) i kładzie „rybki” na rozkładanym stoliku, na którym dogorywa wzór szachownicy… Dwa uderzenia gumowym młotkiem. Kilka kropel krwi…

Starsza pani trzyma już w dłoni portfel. Ma dokładnie tak samo smutną twarz, gdy podchodziła do „stoiska”. Stary, jakby przewidując reakcję, ożywia się.

– Bo pani rozumie, martwa ryba, już po kilku godzinach traci cały smak! – mówi – Ja w rybach robię całe życie, to wiem. Włókna obumierają, normalnie.

Kobieta patrzy na niego, bez zbędnych emocji w oczach. Ale sprzedawca nie daje za wygraną:

– Jak włókno obumrze, to jest kaplica! Ja to wiem! Ryby muszą być w smak! Znaczy się,  żywiutka, wiadomo, że lepsza – uśmiecha się do płacącej pani.

Młody ładuje martwe karpie do reklamówki, a starsza kobieta się ożywia.

– Żadnych plastików nie chcę – nadstawia płócienną torbę.

Ryby lądują w torbie. Stary wydaje resztę.

– Jak sobie pani je oporządzi zaraz w domu, to będzie cycuś malina! – dodaje stary na odchodnym.

Pani odchodzi…

Dogaszam fajkę i widzę kumpla po drugiej stronie ulicy, który przełazi nie-po-pasach. Odwracam się do tego starego i pytam:

– Zawsze ciśniecie ludziom takie brednie, sadyści?

Ten wmurowany, młody – gęba przestraszona (Odezwał się ten kosmita! – pewnie sobie myśli…).

– Do roboty byście się wzięli, a nie! – desperacko rzuca stary.

Witam się z kumplem. Idziemy na piwo. Po robocie.

***

„Mądrości” ludu w tym kraju jest mnóstwo. W każdej dziedzinie i okoliczności. W każdej sprawie, w każdym problemie. Codziennie, niezmiennie, mix tradycji, alkoholu, przyzwyczajeń i tej oczywistości: no jakże inaczej?! u nas?! w Polsce?! To niepodobna, naśmiewać się z doświadczeń i przekonań RODAKÓW! Jak to?! Nie trzeba nawiązywać do „najgłębszych tradycji naszego polskiego narodu” – wystarczy wyjść na ulicę, do knajpy, gdziekolwiek. Tam zawsze króluje „wiara przodków” (w cokolwiek – w srajtaśmę, „karpiki”, honor, maryję, marszałka, smoleńsk, ekonomię…). W warstwie kulturowej zawsze można przykryć to lukrem przyśpiewek, strojów regionalnych, programów kulinarnych (jak przyrządzić „karpika”…), w warstwie społecznej można to wyjaśnić tak czy owak… W warstwie, która mnie interesuje, wyjaśnić tego niepodobna…. To chory kraj. Zgwałcony przez maryjkę, jezuska, stalinizm, martyrologię, endecję, esbecję i inne – obecnie święcące triumfy „siły polskie” (antypolskie? :D).

W obu historiach miałem ochotę się wyrzygać…

 

 

3 thoughts on “Porady polskie

  1. Podoba mi się ujęcie wizji jaką dokonałeś. Z polska waniaje mi pozytywnie z Hłaski i Stasiuka. Z zagranicza Bukowskim, którego masturbuję w sobie ostatnio do upadłego. Jedno jest pewne, jebię patriotyzm, również tzw: lokalny ale tęskno mi za tą jebaną Polską. Nie wiem dlaczego, może za tym szarym pejzażem codziennych posępnych mord w autobusach, może za pobieraniem dawno wygasłych już wzorców przez osiedlowe gówniarstwo, a może i przede wszystkim przez pryzmat moich ulubionych poetów i pisarzy, którzy w swoich dokonaniach oddali tego, czego teraz za nic nie jesteś w stanie wyrwać z mojego serca… Jeszcze kilka miesięcy i w końcu po 10 latach zagnieżdżę swe dupsko na dobre w tym przybytku. Dobre to, że z dala od cywilizacji a blisko do lasu… (Hajnówka!!!). Pozdrawiam nowo rocznie znad wypitych piw i napoczętej butelki Calvadosu… .

  2. Przypomniałeś mi Stasiuka i „przez Ciebie” przeczytałem jego ostatnie opowiadanie… Efekty we wpisie powyżej :)
    Nie lubię Hłaski… Nie wiem dlaczego. Po prostu nie działa na mnie jego pisanie w żaden sposób, mimo, że całe stado moich znajomych wokół onanizuje się nim na zabój.

    Co do PL… doskonale Cię rozumiem, stary! Bo nostalgia nie ma nic wspólnego z patriotyzmem. Nic a nic. Niestety ludzie mieszkający w tym kraju cierpią na przypadłość mixowania lokalnej kultury/przyzwyczajeń/odruchów z tym nieszczęsnym abstraktem, „wzorcem”… O ile mogę zrozumieć jakąś powierzchowną identyfikację stadną wiążącą się z jakimś mglistym „ogółem”, o tyle za chuja nie zrozumiem tej chorej obiektywizacji, tego czołgania się z gumką do mazania i poprawiania historii/rzeczywistości, ku chwale „kraju naszego bohaterskiego”. PL choruje na permanentną dumę z powodu bycia pasywem w toxycznym związku z historią, sąsiadami, Europą… Boli, wiecznie boli, a jednak wciąż „walczymy”. Groteska…

    Twoja Hajnówka, to kompletnie inna bajka. To… Hajnówka, a nie Polska :) Tym bardziej, że masz pod nosem (pod nogami i nad głową…) najczystszą przyrodę, spokój i ciszę, o jaką trudno obecnie. Wracaj zatem z Angolandii i korzystaj z faktu, że masz szczęście mieszkania w tak cudownym miejscu. Inna bajka, to fakt, że tamte okolice, to wielokulturowość i środkowy palec wymierzony w „czystą Polskę” :) Oczywiście – jak każdy region – i to miejsce posiada swoje zboczenia identyfikacyjno-narodowe… ale taki to już los miejsc zainfekowanych przez prechistorię polskości. Pocieszam Cię jednak – Górale są bardziej zepsuci przez – nie zawsze adekwatny kulturowo i etnicznie – schemat narodowej identyfikacji. Mimo bliskości Czech i Słowacji… Fajniej – w tym kontekście – jest znać historię własnej „małej ziemi”, jej specyfikę, niuanse i kwaśne akcje. Małe ojczyzny, czasem mające swe granice w gminie, czy powiacie mówią więcej, niż bełkot „polskości”… Bo co to jest, kurwa, polskość??? :/

  3. Jak tylko zobaczyłem w poście wyżej imię „Stasiuk”, wiedziałem, że coś nabroiłem ;) Wszystko się zmienia, ludzie, koncepcje, sposób myślenia postrzegania świata. Jeżeli nie diametralnie to przynajmniej w pewnym stopniu. Stasiuk jaki by nie był, ma w sobie stary dorobek do którego czuję wewnętrzny sentyment i potrafię wdrążyć pewne anegdoty, wizje refleksje do swojego życia przeszłego. Tzw: sfery personalnych wspomnień z granicy snu i realności. Ostatnio, jeszcze na urlopie w Polsce również podczas posiedzenia na tronie przeczytałem opowiadanie „Suka”. I pochłonęło mnie bez reszty. Może dlatego, że całe życie miałem psy. I widziałem jak usypiały na zawsze ze starości lub chorób na kolanach matki, moich lub ojca. Każdy z nich był członkiem rodziny.

    Brud Hłaski intrygował mnie jeszcze od czasów liceum. Nie wiem dlaczego. Może jego ociekający samotnością, pesymizmem i ciałem bez „ducha” sposób myślenia…

    To tyle co do pisarstwa i dzięki za pokrzepienie co do powrotu. Mam nadzieję, że ta 10cio letnia dziura w moim życiorysie w nowej rzeczywistości nie pozwoli mi skończyć w rynsztoku… ;) Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s