Bojaźń i drżenie…

Haaa, znowu powraca jakże znajoma hibernacja i anti-human wymiot! Mniej więcej nad ranem w pracy kopnęło mnie to znajome odczucie, które towarzyszy mi –  z małymi przerwami – mniej więcej od 666 lat. Ucieszyłem się (sic!). Ostatnio, po wymownej rozmowie z moją przyjaciółką, A., uświadomiłem sobie, że im bardziej próbuje mnie ona przekonać do [kolejnego] „przełomu” w moim życiu, tym bardziej magnetyczna wydaje mi się alienacja i swoista przekorność na modłę ukochanego Ciorana. „Spór” tyczył się kolejnych wyjazdów i mojego głodu podróżowania, zamiast gnicia w jednym miejscu (w celu „przyswajania” owego miejsca do ostatecznie-osiadłego-trybu-życia).

Tymczasem z miesiąca na miesiąc, z dnia na dzień, coraz większą przyjemność przynosi mi kolejna porcja wyłączenia siebie z obiegu, oddalenia się, [po]bycia sam na sam z własnym debilizmem, krzywymi myślami, mikro-radościami. Sam… Oczywiście jako dewiant rozwalający wszystko na części pierwsze, biorę pod uwagę szereg ewentualności, gdy myślę o „przyczynach mojego stanu” (brzmi alarmistycznie i chorobotwórczo, ale dla mnie to chyba tylko zatoczenie gównianego kółeczka w ramach wiecznych powrotów…) i zadaję sobie pytanie: czy cykliczność pewnych zachowań oraz tego, co siedzi mi w głowie wynika z poważnego kryzysu („ciągłe powtarzanie tych samych schematów, psychologiczne uzależnienie od pewnych postaw i reakcji…”), czy może jest to przejaw autentycznej chęci bycia w obrębie stanu, w którym czuję się dobrze – najzwyczajniej w świecie, dobrze?

OK, autodiagnoza zabrzmiała wiejsko, wiem. Wiem też, kto i co jest za to odpowiedzialny –  z tym też jest mi dobrze. Kiedy miałem Krawca, częściej onanizowałem się filozofią, czy – bardziej adekwatne wyrażenie – filozofizmami… Teraz mi się nie chce właśnie z powodu tego specyficznego stanu: swojego rodzaju obojętności naznaczonej ciężarem akcji z przeszłości. Kiedyś lektura Ciorana, Kirkegaarda, Heideggera, Hegla (którego nie lubię do dziś), czy Kanta (którego nie trawiłem od początku) spalała mnie totalnie. Czytanie filozofii nie było „procesem poznawczym” w klasycznym rozumieniu. To był płomień, zgliszcza i swąd idei. Coś przepięknego. Coś, czego nie doświadcza się ot, tak. Żadnych punktów stycznych z metafizycznymi bajaniami, żadnych „wyższych” odczuć w rozumieniu niematerialnym. Po prostu uderzenie myśli i idei. Jak kwas na metal, jak grad na szyby samochodów, jak pięść na twarz…

Teraz… Teraz to, co cudownie mnie wypalało (wypaliło?) i stawiało na nogi po raz kolejny, stało się czymś subiektywnie oczywistym. Cioran nie może w nieskończoność zadziwiać pesymizmem (dlaczego zdroworozsądkowe myślenie zwie się: pesymizm?), Heidegger nie przestraszy mnie wszelkimi ułomnościami bycia Dasein bardziej, niż mnie przestraszył 10 lat temu. Bernhard jest OK. Jelinek tym bardziej… Czy światopogląd ukształtowany poprzez filozofię i literaturę może stać się czymś „co wystarczy”? Może ja jestem autentycznie jebnięty, ale gdy rozmawiam z kimś, sięgając do moich poglądów na to i owo (gdy druga strona ewidentnie domaga się deklaracji, bleble…), mam wrażenie, że muszę wyrazić zdanie nt: Co sądzisz o pierwszych śladach na Księżycu?!

Znamienne, że nie zainfekowałem się filozofią francuską, tym przedmiotem onanizmu/masturbacji wielu wolnościowców/anarchistów/anarchistek. Francja filozoficznie interesuje mnie wyłącznie na (baaardzo cienkim) styku: wiedza vs doświadczenie. Czyli starocie. Żaden filozof z Francji nie zrobił na mnie wrażenia w sensie „lewicowo-społecznym” tak, jak niemiecka tradycja XIX wieku. [Celowo pomijam temat francuskiej filozofii, bo potrzeba na to kilka ładnych wpisów na tym lipnym blogu]. Wielki ukłon dla Simone de Beauvoir za sztorm innej jakości feminizmu, za feminizm ujęty (wreszcie) jako oczywisty postulat kulturowy (mega-skrót z mojej strony) +  mega-kop w pysk delikwentowi typu Sartre. Przykro mówić, ale Jean-Paul Charles Aymard Sartre zaliczył więcej porażek filozoficznych w ramach egzystencjalizmu i serwilizmu sowieckiego, niż jakikolwiek inny „filozof” tych czasów…

To chyba koniec mojego teatrzyku… Dobranoc.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s