Z Aptosida na Debiana… | Opera Mini vs Dolphin

To syndrom pojawiający się cyklicznie, co kilka lat u mnie: rezygnuję z Aptosida na rzecz „czystego” Debiana. Oczywiście Aptosid, to… Debian, ale z kilkoma własnymi wtrętami, niemniej już tak mam, że lubię „przewietrzyć” sobie system co jakiś czas. Żadnego konkretnego – w sensie technicznym – powodu nie miałem, ot kaprys…

Sama instalacja, to chwila, podobnie dist-upgrade. Zostaję na chwilę w gałęzi testing (obecna nazwa Debiana w wersji testowej, to Jessie), aby zobaczyć, jak sprawuje się ona w porównaniu do mojego ulubionego, niestabilnego Sida. To kwestia (krótkiego) czasu, gdy zmienię repozytoria na unstable. Żadnych rewolt w systemie nie robiłem. Po prostu Debian z AwesomeWM (ustawienia importowałem z Aptosida).

aw_debian

* * *

Opera dla urządzeń mobilnych schodzi na psy. Po ostatniej aktualizacji w Androidzie, przeglądarka jest mega-niestabilna, wiesza się przy byle połączeniu i samoczynnie się wyłącza. Porażka. Głosów krytycznych w necie jest coraz więcej… Nie śledzę jakoś dokładnie deweloperki zespołu Opery, ale od dluższego czasu coś jest nie halo, skoro zarówno desktopowe jak i mobilne jej wersje coraz bardziej zawodzą.

Postanowiłem więc zainstalować Dolphin Browser. Wcześniej nie testowałem tej przeglądarki, ale po kilkunastu minutach od instalacji, stała się ona moją domyślną na Samsungu. Działa o niebo lepiej, niż aktualna wersja Opery Mini, jest stabilna i fajna w obsłudze. Ładuje strony płynnie i bez problemów. Ustawienia są czytelne i intuicyjne. Jedynym minusem jest ograniczenie stron w speed dial’u do dziesięciu, co jest pewnym kwasem; pozostałe zapisane strony musimy wrzucać w zakładki. Wszystkim rozczarowanym Operą, polecam Dolphina!

del3del1del2

Pulvis, cinis et nihil…

Kompletne wyplucie z czasu, coraz głębsze zakopywanie się w ziemi i żałosne wyskoki poza nawias przestrzeni [jako tako] kontrolowanej przez błędnik… Coś jeszcze świszczy pod powierzchnią, coś się porusza, wiedzione tym głupim ludzkim instynktem.  Najbardziej dobija poczucie, że wszystko już było; nic tak nie hibernuje jak oczywistości i duperele konsekwentnie wwiercające się w łeb… Nihil novi. Bezruch.

2013-05-18 20.47.36

W tym bezruchu pojawiają się czasem krótkie, ożywcze rozbłyski, jak ogony wypalających się komet – światło zwiastujące koniec. Te ciepłe drobiny atakują uparcie umysł, jak jednorazowe mikro-reanimaje neuronów, po czym znikają. Popołudnia zwisają w zimnej i wilgotnej monotonii, wszystko pełznie blisko ziemi; [przy]ziemność nie unosi ku słońcu. Miliardy igieł pod powiekami ostrzegają przed światłem, a dzień okleja podniebienie mdławym nalotem – wyrzyg szarej tęczy ze zmęczonej głowy, to jedyne, co daje się przewidzieć.

Uciekam w labirynt z książek, bo wiem, że tam podobne fale syfu nie dosięgną mnie na poziomie szyi, że nie będę musiał taplać się w tym gównie. Przy okazji – niejako w formie post scriptum – wysyłam się codziennie do pracy, ustawiam się w kolejce w sklepie, instruuję siebie w materii elementarnych kontaktów werbalnych.  Lepię siebie każdego dnia jak w manufakturze, posyłając całe rzędy koślawych figurek, by funkjonowały jakoś poza mną samym. Nietrwałość budulca sprawia, że wytrzymują ledwie dobę, po czym tracą możność poruszania się i komunikowania się ze światem zewnętrzym.

2013-05-18 20.48.15

Dawno nie było mnie na zewnątrz… Pomimo tego, kawa i yerba mate wciąż smakują tak samo cudnie, paczula pachnie równie intensywnie, a radio trzeszczy dokładnie tak, jak ma trzeszczeć. Sny bywają równie intrygujące jak niegdyś, a w porywach targających mój łeb, udaje mi się czasem – siłą odśrodkową – wyrzygać siebie w przestrzeń, gdzie myśli po prostu… cieszą.

Oczywiście istnieją inne światy – strasznie wkurwia mnie ta świadomość oraz łapska inercji zaciskające się na moim gardle…

Книга…

2013-05-22 20.59.04

Kolejna książka, jaką ostatnio kupiłem… Tym razem zupełnie świeży przekład pracy brytyjskiego historyka, Roberta Service’a nt genezy rewolucji bolszewickiej w kontekście ówczesnych zawirowań historycznych i permanentnej gry agenturalno-dyplomatycznej. Słów kilka o książce, niebawem.

Итальянец (Андрей Кравчук, 2005)

9

Итальянец (Włoch), to niemłody już, acz wciąż świeży i poruszający film Andrieja Krawczuka. Historia Wani, mieszkańca jednego z rosyjskich domów dziecka – prowincjonalnych, zapuszczonych ruder, zapomnianych przez państwo i świat zewnętrzny. W Rosji wciąż dochodzi do przypadków handlu wychowankami domów dziecka i film Krawczuka opowiada o konsekwencjach owego procederu.

Wania, dowiedziawszy się o tym, że chce go „adoptować” para z Włoch, postanawia uciec z domu dziecka i odszukać biologiczną matkę. Pomaga mu w tym opiekunka (notabene dziewczyna prostytuująca się na polecenie swoistej mafii najstarszych wychowanków), która uczy Wanię czytać i w efekcie ułatwia mu ucieczkę…

Wiem, że powyższy opis jest nieco drewniany, ale naprawdę nie warto zaśmiecać sobie głowy recenzjami wszelakimi. Włoch, to na pewno film ukazujący kondycję rosyjskiej kinematografii od tej dobrej (bardzo dobrej!) strony. Motyw dramatycznej sytuacji dzieci w Rosji jest częsty w rosyjskich filmach; sześć lat po w/w filmie Krawczuka, Sława Ross nakręcił fenomenalny Сибирь Монамур, film w zupełnie innej scenerii, ale jakże podobny konstrukcyjnie!

Итальянец – kino obowiązkowe!

Krystyna Kurczab-Redlich – „Głową o mur Kremla”

Zielona herbata i miażdżące dźwięki Counterblast (z płyty Nothingness)… Noc i chwila spokoju.

Myślę, że to dobry czas, by popełnić słów kilka o absolutnie fenomenalnej książce Krystyny Kurczab-Redlich, pt. Głową o mur Kremla. Co prawda książka owa ukazała się dwa lata temu, zatem nie jest nowością wydawniczą, niemniej dopiero teraz udało mi się ją przeczytać.
Głową o mur Kremla, to wyjątkowa publikacja; Autorka zdecydowała się „opowiedzieć nam swoją Rosję” przez pryzmat indywidualnych refleksji oraz mnóstwa (obszernych!) fragmentów jej reportaży, które przed laty ukazywały się w polskiej prasie. Kurczab-Redlich była również korespondentką Polsatu i tworzyła filmy dokumentalne (m.in. nt wojennego dramatu w Czeczenii). Mieszkała w Rosji czternaście lat. To, co przeżyła zarówno jako korespondentka i reporterka, opisała w swojej książce.
Głową o mur Kremla jest opowieścią o współczesnej Rosji, jednak opowieścią pełną emocji, gdzie na próżno szukać „zimnej” obserwacji dziennikarskiej, wzięcia siebie – jako sprawozdawcy – w nawias; nieczego takiego w tym tomie nie odczujemy. To książka pełna pasji, skrajnych emocji, przerażenia, radości – w wydaniu rosyjskim wszystkie te odczucia i obserwacje nabierają niezwykłej intensywności. Krystyna Kurczab-Redlich, jak mało kto wie, że Rosji nie da się opisać, bez wniknięcia w jej zakamarki, bez zanurzenia się w niej. Często to rzucenie się w rosyjską toń bywa przerażające i bolesne; czytając Głową o mur Kremla czujemy to niemal osobiście…

Czym wyróżnia się ta książka na tle innych współczesnych publikacji o Rosji? Pomijając wyżej wspomniane emocjonalne zaangażowanie Autorki, mamy do czynienia z rasowym, gęstym reportażem. To opowieść zarówno pełna emocji, jak i twardych faktów nt Rosji, Kremla, władzy. Kurczab-Redlich perfekcyjnie rysuje rozpad ZSRS (bowiem wyjeżdża do Rosji tuż przed upadkiem KPZR), nieśmiałe nadzieje rosyjskiego społeczeństwa związane z Gorbaczowem i Jelcynem. Ukazuje kulisy „zmiany warty” na Kremlu i brzemienne w skutkach konsekwencje tychże dla Rosji przełomu XX i XXI wieku. To książka diagnozująca postsowiecką chorobę i społeczeństwo na nią chorujące – po dzisiejszy dzień. Niemniej jednak Autorka w tej blisko 500-stronicowej książce rozbija sobie głowę o tytułowy mur kremlowski w dwóch głównych kontekstach.

2014

Pierwszym są kulisy przejmowania władzy po Gorbaczowie i wszystko, co wynika z tego faktu, a więc: chaos, koterie, oligarchizacja, dzika prywatyzacja przy walnym udziale KGB/FSB oraz dramatyczna pauperyzacja rosyjskiego społeczeństwa. To również kontekst strukturalnej unifikacji państwa jako aparatu i służb specjalnych (czy szerzej – wszystkich służb mundurowych) jako narzędzia zdobywania kapitału i pozbywania się konkurencji. Krystyna Kurczab-Redlich wiele miejsca poświęca Putinowi – mistrzowsko wyłapuje szczegóły z jego służby w KGB i wszelkich dalszych implikacji z tym związanych. To autentyczna plątanina, skomplikowana pajęczyna prywatnych i służbowych zależności sprawiających, że Putin do dzisiaj trzyma za pysk Rosję i rosyjskie społeczeństwo.
Drugi kontekst, to Czeczenia i potworności wojen na Kaukazie. Autorka wielokrotnie przebywała w Czeczenii podczas największych sztormów wojennych tamże. Na własne oczy widziała potworności tych konfliktów i bezsilne ofiary pozostawione bez jakiegokolwiek wsparcia międzynarodowego. Trudno tutaj szczegółowo opisywać to, czego Kurczab-Redlich była świadkiem w Czeczenii (Dagestanie, Inguszetii…), bowiem jest to jedna wielka krwawa rana.

Głową o mur Kremla, to książka-krzyk. To delikatny styk emocjonalnego wyważenia, gdy chce się podawać suche fakty i jednocześnie ma się ochotę wrzeszczeć z bezsilności, gdy stykamy się z okrucieństwem rosyjskiej władzy gwałcącej własnych obywateli i sąsiadów swoją wybujałą, postsowiecką imperialną wizją porządku. Krystyna Kurczab-Redlich opisuje szczegółowo również ataki terrorystyczne na Dubrowce, w Biesłanie jak i kulisy działań władzy podczas tych dramatycznych wydarzeń.
Mógłbym powiedzieć, że to gorzka książka. Autorka pisze o Rosjanach z autentyczną przychylnością i przywiązaniem, jednocześnie punktując wszystkie szmaciarstwa Kremla na przestrzeni kilku dziesięcioleci (z „bazą” krwawej dyktatury sowieckiej).

Pozycja bezapelacyjnie obowiązkowa!!!

Wacław Radziwinowicz – „Gogol w czasach Google’a” | Гражданская Оборона – Убей в себе Государство!

z13400805Q,-Gogol-w-czasach-Google-a-Książkę Radziwinowicza łyka się w jedno popołudnie – z przyjemnością i z poczuciem niezmarnowania 39 PLN ;) Tom zawiera reportaże i notatkowe obserwacje Autora nt Rosji z okresu: 1998 – 2012. Radziwinowicz, mieszkający w Rosji od wielu lat, rysuje przed czytelnikiem wielopłaszczyznowy i barwny (acz nie zawsze radosny) obraz naszego wschodniego sąsiada. Czyni to w sposób niezwykle ujmujący; jego reportaże są być może dosyć skondensowane (formalnie Gogol w czasach Google’a jest zupełnym przeciwieństwem Krasnojarska Zero), ale nie przemawia to bynajmniej na ich niekorzyść.

Wachlarz tematów, jakie Radziwinowicz bierze na warsztat w swych reportażach, jest imponujący. Nie powiedziałbym, że jest to „Rosja w pigułce” (bo dla mnie musiałaby to być „Rosja w pigule”, a tomów musiałoby być conajmniej kilka), ale dla kogoś, kto o Rosji wie niewiele, lub zgoła nic, jest to pozycja jak najbardziej obowiązkowa! Autor znakomicie ujmuje specyfikę życia w Rosji, jak i w ZSRR; w sumie książka ta jest opowieścią o styku tych dwóch politycznych bytów i ich wpływu na kilka ładnych pokoleń Rosjan: od chłopów, żołdaków, inżynierów, przez aparatczyków z zapomnianych przez boga i Stalina/Putina oblasti, po całe grupy etniczne i rodziny. Tło historyczne każdego reportażu jest dosyć dobrze zarysowane, tak że osoba niezbyt swobodnie czująca się w realiach historyczno-politycznych Rosji/ZSRR, bez problemu umiejscowi poszczególne „opowieści” w przestrzeni. Rozrzut bowiem jest naprawdę spory. Od carskiej Rosji, przez Lenina i początki czerwonego terroru, przez koszmar stalinizmu, odwilż Chruszczowa, gerontokrację Breżniewa/Andropowa, po pierestrojkę, Jelcyna, Putina, „nowych Ruskich” i czasy nam współczesne. Ramy historyczne: od carstwa po Pussy Riot – tak bym to w skrócie ujął. Jednak ta historyczno-polityczna czasoprzestrzeń jest w reportażach Radziwinowicza tłem jedynie. Na tym tle mamy okazję zapoznać się z indywidualnymi dramatami, radościami, porażkami bohaterów reportaży. Część owych reportaży opisuje jednak zjawiska, wzorce i kody kulturowe w Rosji obecne i żywe. Radziwinowicz nie jest podróżnikiem, jest dziennikarzem. Dlatego na próżno u niego szukać gawędziarstwa Hugo-Badera, czy Koperskiego. Ale nie jest to zarzut.

Bardzo spodobał mi się fakt, że Wacław Radziwinowicz opisuje Rosję „po rosyjsku” – uwielbiam, wręcz kocham, rosyjską tradycję i tendencję do używania akronimów (zarówno odnośnie nazw instytucji, stanowisk, jak i zjawisk – w Rosji baaardzo szeroko pojętych), stanowiących integralny składnik zarówno języka jak i kultury rosyjskiej/sowieckiej; bez genseków, zeków, samizdatów,naftkomów i tysiąca innych akronimowych konstrukcji, nie sposób w pełni pojąć Rosji; w ogóle w materii opisowej (w żywej warstwie kulturowej) język rosyjski bije na głowę nie tylko polski i inne języki słowiańskie, ale na mój gust, jest wręcz – nomen omen – pionierski.

Co skołoniłoby mnie do wykrzywienia gęby i powiedzenia: бляяя! po lekturze Gogola w czasach Google’a? Kilka rzeczy. Po pierwsze fakt, że Radziwinowicz – jako dziennikarz – pominął sporo zjawisk współczesnej Rosji. Zabrakło mi np. tekstów szerzej obrazujących opozycyjność wobec walca zarówno sowieckiego, jak i putinowskiego. Znajdziemy w tym tomie reportaże przywołujące heroiczne skądinąd postaci organizacji Memoriał, znajdziemy Hodorkowskiego i Jukos, znajdziemy Bierezowskiego, znajdziemy jakieś mikrony Wysockiego i Okudżawy – innymi słowy, znajdziemy wszystko to, co grzecznie i po linii Wybiórczej jest akceptowalne w ramach „pojednania polsko-rosyjskiego”… Ani słowa o Limonowie, o narodowo-bolszewickiej ekstremie, czy o neonazistowskich akcjach w Pitrze, Moskwie, Krasnodarze, Omsku – o czymś, co od lat jest w rosyjskim dyskursie publicznym obecne (nawet na antenach ulubionych przeze mnie i Radziwinowicza radiostacjach: Ехо Москвы i Радио Свобода)… Żadnego rozwinięcia tematu alternatywnej sceny rockowej i punkrockowej w czasach ZSRR (ni słowa o Grażdańskiej Oboronie! gdzieś tam pojawia się tylko Kino… a reszta?!).

Dlaczego wspomniałem o punkrocku? Ano dlatego, że Radziwinowicz – jako naprawdę dobry dziennikarz, człowiek znający Rosję na wylot – nie zająknął się ni słowem [no dobra, jednym słowem liznął temat…] o alternatywnej młodzieży i jej aktywności zarówno w czasach schyłku komunizmu w ZSRR, jak i bezpośrednio potem. Przecież zawsze można zagłębić się w temat poza zoną Wybiórczej, panie Wacławie! Zaręczam, że jest to diamentowa kopalnia jeśli idzie o reportaże, o przybliżenie Polsce kawałka alternatywy sowieckiej/rosyjskiej! Wiem, że reportaż nie jest formą „życzeniową” ze strony czytelnika – mam na myśli jedynie to, że Rosja eksploracyjnie (w reportażu) jest worem bez dna. Jednym z najpięknieszych worów bez dna na tym łez padole…

Tym bardziej wspominam o tym, bo na okładce opisywanego zbioru reportaży widnieje grupa punków dyskutująca z milicjantem… Ech… Jednak w XXI wieku – w dobie sporów o wyższości e-booków/audiobooków nad papierem – mamy wciąż do czynienia z cynicznym marketingiem wydawców; Przynajmniej wydawnictwo „Czarne” zawsze trafia z okładkami, które są adekwatne odnośnie treści książek… Agora nie trafia.
No i ostatni – symptomatyczny – kwas. Kwas zwany „Wstępem”. Made by Michnik. Mam wrażenie, że Michnik walnął te kilka zdań od niechcenia, pomiędzy jednym, a drugim sztachnięciem się e-papierosem. Jednak Radziwinowicz jest poważnym (i naprawdę cenionym w Rosji) dziennikarzem, dlatego dziwi mnie leniwe, wiejskie imprimatur ze strony Michnika, w dodatku – porażka! – z dwoma wersami z (sic!) Mickiewicza… Michnik niech sobie tam coś popełnia w ramach swoich „błyskotliwych” prologów, byle nie w książkach – ma swoją gazetkę, niech tam się onanizuje, cytując Mickiewicza, Herberta, Miłosza (jego-święta-trójca-gdzie-niepotrzebnego-można-skreślić-albo-połączyć-wszystkich-bez-względu-na-temat). Radziwinowicz obroni się swoimi cennymi reportażami bez „pocałunku diabła” [panie Wacławie, Michnik naprawdę nie nobilituje – taka dygresja od czytelnika]… Wolałbym kilka[naście] stron prologu Jerofiejewa, aniżeli te nędzne, kilkuzdaniowe popłuczyny Michnika…

O wiele lepiej byłoby wykorzystać stronę „Wstępu” na cytat z w/w zespołu:

Убей в себе Государство!

Podsumowując: Gogol w czasach Google’a, to znakomity zbiór reportaży, lektura ciekawa i nie pozwalająca się oderwać w trakcie czytania – jeśli ktoś naprawdę interesuje się Rosją. Rosja bowiem jest przestrzenią niezwykle fascynującą – jeśli ktoś zachłysnął się tym całym syfem pomiędzy Polską, a Rosją (celowo nie piszę ZSRR, bo zapewne w obecnych czasach tylko garsta pamięta i interesuje się tym terytorium, w kontekście historyczno-kulturowym) i rusofilią, ten odbierze tom reportaży Radziwinowicza nie tylko ze zrozumieniem, ale i z autentyczną wdzięcznością… Nie mamy bowiem w Polsce „ruskiego Kapuścińskiego” – mamy natomiast kilku znaczących dziennikarzy, podróżników i rusofilów, ktorzy potrafią ukazać nam Rosję i jej historię bez pierdolonych, debilnych polskich uprzedzeń. bez peanów, za to z rzeczowym punktowaniem zbrodniczej machiny sowieckiej i z rzeczowym otwieraniem furtek i skrzypiących drzwi… Więcej nas z Rosją łączy, aniżeli dzieli!