Pulvis, cinis et nihil…

Kompletne wyplucie z czasu, coraz głębsze zakopywanie się w ziemi i żałosne wyskoki poza nawias przestrzeni [jako tako] kontrolowanej przez błędnik… Coś jeszcze świszczy pod powierzchnią, coś się porusza, wiedzione tym głupim ludzkim instynktem.  Najbardziej dobija poczucie, że wszystko już było; nic tak nie hibernuje jak oczywistości i duperele konsekwentnie wwiercające się w łeb… Nihil novi. Bezruch.

2013-05-18 20.47.36

W tym bezruchu pojawiają się czasem krótkie, ożywcze rozbłyski, jak ogony wypalających się komet – światło zwiastujące koniec. Te ciepłe drobiny atakują uparcie umysł, jak jednorazowe mikro-reanimaje neuronów, po czym znikają. Popołudnia zwisają w zimnej i wilgotnej monotonii, wszystko pełznie blisko ziemi; [przy]ziemność nie unosi ku słońcu. Miliardy igieł pod powiekami ostrzegają przed światłem, a dzień okleja podniebienie mdławym nalotem – wyrzyg szarej tęczy ze zmęczonej głowy, to jedyne, co daje się przewidzieć.

Uciekam w labirynt z książek, bo wiem, że tam podobne fale syfu nie dosięgną mnie na poziomie szyi, że nie będę musiał taplać się w tym gównie. Przy okazji – niejako w formie post scriptum – wysyłam się codziennie do pracy, ustawiam się w kolejce w sklepie, instruuję siebie w materii elementarnych kontaktów werbalnych.  Lepię siebie każdego dnia jak w manufakturze, posyłając całe rzędy koślawych figurek, by funkjonowały jakoś poza mną samym. Nietrwałość budulca sprawia, że wytrzymują ledwie dobę, po czym tracą możność poruszania się i komunikowania się ze światem zewnętrzym.

2013-05-18 20.48.15

Dawno nie było mnie na zewnątrz… Pomimo tego, kawa i yerba mate wciąż smakują tak samo cudnie, paczula pachnie równie intensywnie, a radio trzeszczy dokładnie tak, jak ma trzeszczeć. Sny bywają równie intrygujące jak niegdyś, a w porywach targających mój łeb, udaje mi się czasem – siłą odśrodkową – wyrzygać siebie w przestrzeń, gdzie myśli po prostu… cieszą.

Oczywiście istnieją inne światy – strasznie wkurwia mnie ta świadomość oraz łapska inercji zaciskające się na moim gardle…

5 thoughts on “Pulvis, cinis et nihil…

  1. Dobrze mi się Ciebie czyta, zwłaszcza między pierwszą a drugą nad ranem, kiedy wtaczam się zjebany po wieczornej zmianie do domu.
    Czuję wtedy, że oddycham swoim powietrzem.
    PS: Czekam na relacje i fotki z procesu uzyskiwania absyntu… Wciąż ;)

  2. Kopacz, jeśli tylko wydobędę z burdelu kompowego te absyntowe foty, wyślę na pewno :) Nie wiem, czy zanosi się na kolejną alko-foto sesję, bo od jakiegoś czasu… nie piję, hehe…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s