Zabezpiecz swoją przeglądarkę! Prywatność w sieci

nsa

Po ostatnich doniesieniach nt PRISM i ujawnieniu przez Edwarda Snowdena „kilku znamiennych faktów” odnośnie tego, co świnie z rządowych agencji oraz it-multikorporacje wyczyniają w necie z naszymi danymi, część ludzi (nagle) się przeraziła skalą problemu; oto bowiem nieliczne grono osób i urzędów/firm/instytucji śledzi nasz każdy krok, każdy klik w necie, kradnie nam dane, sprzedaje je firmom trzecim i robi to absolutnie bezkarnie.

Wiecie co? Chce mi się śmiać. Od wielu lat mówiłem o tym znajomym, a oni tylko odganiali mnie jak natrętną muchę, twierdząc że jestem linuksowym fanatykiem, zwolennikiem spiskowych teorii, obsesyjnie nienawidzącym Windowsa, Facebooka i innych takich. Machali jedynie ręką, uważając mnie za nieszkodliwego dziwaka, który pieprzy o jakimś tam proprietary software, internetowej inwigilacji i pazernych korporacjach.

Nie chodzi o to, że byłem/jestem w posiadaniu jakiejś tajnej wiedzy. Wszystko, co ujawniły mainstreamowe media w sprawie PRISM nie jest niczym nowym. To nowość raczej dla przeciętnych klikaczy internetowych, swoisty „szok”. Jak to?! Facebook i Google cokolwiek mi kradną i podglądają mnie? Yahoo i Skype też? Moja skrzynka pocztowa na Gmail jest dostępna dla kogoś innego? Podobne pytania pojawiają się teraz coraz częściej, bo – niestety! – wiedza pierwszego z brzegu użytkownika internetu w kwestii prywatności jest niemal zerowa.

Chciałbym pokrótce napisać, jak ograniczyć rozmaitym szumowinom dostęp do naszego kompa. Autentyczna 666%-owa prywatność w internecie, to spore wyzwanie wiążące się z pewną wiedzą techniczną i dla szeregowego internauty jest raczej nieosiągalna w pełni na domowych komputerach. Możemy jednak użyć kilku prostych narzędzi, które sprawią, że nie będziemy molestowani w sieci tak jak dotychczas. Posłużę się Firefoxem, bo jest to całkiem przyzwoita przeglądarka jeśli chodzi o dostepność odpowiednich dodatków bezpieczeństwa (oczywiście te same narzędzia dostępne są w Iceweasel’u – debianowskiej wersji Firefoxa).

Adblock Plus

adblock

Adblock, to zasadniczo pierwszy dodatek, jaki trzeba zainstalować po pierwszym uruchomieniu przeglądarki. Ilość reklam w necie jest kosmiczna, a komfort poruszania się po stronach wypełnionych po brzegi tym gównem, jest po prostu żaden. Większość ludzi ogranicza się jedynie do instalacji, nie zaglądając w ustawienia i nie weryfikując filtrów Adblock’a – przyjrzyjcie się im, wybierzcie dodatkowe! Poza tym dzięki temu rozszerzeniu zablokujemy również koszmar ostatnich miesięcy, czyli wkurwiające, permanentnie wyskakujące popup’y informujące nas o tym, że dana strona używa cookies. Dobry człowiek zrobił filtr, który blokuje nam te debilne powiadomienia. Wystarczy odwiedzić tą stronę i dodać filtr zgodnie z instrukcją.

Better Privacy

betterprivacy

Better Privacy, to dodatek monitorujący ruch w sieci pod kątem ciasteczek. Blokuje i usuwa m.in. super cookies, ciastka o długiej żywotności, ciastka-Flash, czyli LSO (Local Shared Objects). Przydatne narzędzie, którego jednak należy używać z rozwagą, coby nie usunąć sobie bezmyślnie zapisanych haseł, czy ustawień np. gier online. Better Privacy spisuje się jednak świetnie – polecam!

LastPass

lastpass

LastPass jest rewelacyjnym menadżerem haseł do wszystkich naszych kont w internecie. Przy pomocy jednego (solidnego i trudnego do odgadnięcia, rzecz jasna) hasła logujemy się na wszlekie nasze konta, profile etc. Nie musimy pamiętać 666 haseł do poszczególnych miejsc w sieci – wystarczy nam hasło LastPass, którego możemy używać wszędzie. LastPass jest bezpieczne, przechowuje nasze dane na indywidualnym koncie (zwanym szpanersko Sejfem), a poza tym oferuje wiele użytecznych funkcji, jak np. tworzenie bezpiecznych notatek, autouzupełnianie formularzy, generowanie bezpiecznych haseł i wiele innych. Rzecz baaaardzo przydatna w przeglądarce.

Ghostery

ghostery

Ghostery, to świetny patent na upierdliwych skurwieli w stylu Google Analytics, Facebook’a, Quantcast itp. Bezlitośnie rozprawia się ze stronami śledzącymi nasze kliki, lajki i naszą aktywność na poszczególnych stronach. Doskonale blokuje wszelkie trakerstwo, szpiegujące nas reklamowe robactwo, sieci społecznościowe oraz bezużyteczne widgety, których pełno w necie. Z Ghostery radykalnie ograniczamy dostęp do naszego kompa rozmaitym potworkom spod znaku scumware.

Dodatek jest w pełni konfigurowalny. Cały czas mamy kontrolę nad blokowanymi elementami, możemy je odblokować, czasowo lub na stałe; ikona duszka informuje nas o ilości i rodzaju blokowanych aktywności w sieci. Po zainstalowaniu Ghostery sami przekonacie się, ile shitu próbuje wyssać informacje o was i o tym, co robicie w necie.

WOT (Web of Trust)

wot

Obowiązkowy add-on do każdej przeglądarki. WOT, to narzędzie służące do oceny reputacji stron internetowych. Sygnalizuje nam, czy dana strona jest godna zaufania, czy jest bezpieczna pod kątem ewentualnych ataków, wyłudzania danych etc. Instalując WOT, sami również oceniamy strony, które odwiedzamy, dzięki czemu baza informacji nt. bezpiecznego surfowania powiększa się z minuty na minutę na całym świecie. Wyniki WOT nie są 100%-owo miarodajne, ale w olbrzymiej większości przypadków ostrzegają nas przed wdepnięciem w gówno stron potencjalnie niebezpiecznych dla naszego kompa, kont i danych.

FoxyProxy

foxyproxy

FoxyProxy automatyzuje i ułatwia łączenie się przez serwer (bądź wiele serwerów) proxy. Ustawienia dodatku umożliwiają nam precyzyjną konfigurację połączenia przez proxy, w każdej chwili możemy przełączać schemat połączenia (np. proxy|default) i mamy kontrolę nad tym jak i przez jakie serwery łączy się nasza przeglądarka. Ikona na pasku informuje o stanie FoxyProxy.

DuckDuckGo

ddg

Nie wyobrażam już sobie wyszukiwania czegokolwiek w necie bez DuckDuckGo! To free & open source wyszukiwarka zapewniająca nie tylko prywatność podczas wyszukiwania (o czym możecie pomarzyć, używając Google), ale oferująca precyzyjny system wyszukiwania dokładnie tego, co chcesz znaleźć (zamiast stada „sugestii” w formie korporacyjnych linków, pierdolonych reklam i innego chłamu). DuckDuckGo możemy skonfigurować pod nasze własne potrzeby, mając pewność, że wyszukując cokolwiek nie jesteśmy śledzeni i otrzymujemy takie wyniki wyszukiwania o jakie nam chodzi.

Ja już dawno olałem Google i korzystam wyłącznie z DDG. Dobrym dopełnieniem wyszukiwania wolnego od trackingu są: Seeks oraz YaCy Sciencenet.

* * *

Powyższe dodatki do Firefoxa/Iceweasela w jakimś stopniu czynią nasze poruszanie się w necie bezpieczniejszym. Dla mnie te dodatki, to absolutne minimum, by w miarę komfortowo grzebać w sieci. Używanie bowiem „gołej” porzeglądarki jest nie tylko niezbyt bezpieczne, ale po prostu głupie. To rzecz jasna nie wszystkie rozwiązania problemu ochrony prywatności w internecie (nie wspomniałem np. o bardzo ważnym instrumencie spod znaku anonymity online, jakim jest Tor – temat na osobny, obszerniejeszy post), ale liznąłem chociaż zagadnienie…

Nie łudzę się, że w perspektywie czasu nasze położenie w internecie zmieni się na korzyść naszej prywatności i mniejszej ekspansywności multikorporacji; wielkie firmy, rządy i inne tałatajstwo tego typu będą robić wszystko, by wleźć w nasze kompy. Komputer podłączony do internetu już dawno przestał być zabawką do gier, gadu-gadu i faceshita – stał się bramą do naszych danych, informacji prywatnych, narzędziem inwigilacji w sytuacji, gdy o nic nie jesteśmy podejrzewani, a całe hordy ścierwojadów szpiegują nas każdego dnia. Mam nadzieję, że wkrótce przyjdzie czas, gdy ludzie zajarzą, iż nie są to żadne bełkoty maniaków wolności opragramowania i wolności w sieci w ogóle. Czy tego chcemy, czy nie, internet jest już częścią naszego życia – podobnie jak wymieniamy zamki w drzwiach mieszkań, powinniśmy wreszcie zrozumieć, że ochrona naszej prywatności w necie również musi być podyktowana naszą własną troską o to, co mamy – w kompach, a przede wszystkim w naszych głowach. Brak wiedzy i chęci z naszej strony sprawi, że byle rządowo-urzędnicza, albo korporacyjna świnia wejdzie wkrótce w nasz życie przez kabel netowy…

Na koniec warta odwiedzenia strona prezentująca w pełni funkcjonalne, bezpieczne i przede wszystkim otwartoźródłowe alternatywy dla najpopularniejszego netowego oprogramowania (dla Linuxa/BSD/GNU, Windowsa oraz  iOS) patronowana przez Free Software Foundation.

Firefox 21.0 i weechat 0.4.1 – pożegnanie z Iceweaselem oraz irssi | Chrome sucks!

Kolejny dist-upgrade mojego Linuxa przyniósł kilka rozczarowujących zmian. Dotychczas przyzwyczaiłem się, że java wysypuje się w kolejnych wersjach Opery, tym razem jednak w Operze wszystko działa poprawnie, a Iceweasel zaczął strzelać fochy. Pobrałem więc nową paczkę javy, skompilowałem, zaktualizowałem przez update-alternatives i… lipa. Poza tym Iceweasel 17.0.6 (debianowskie wydania – oprócz gałęzi experimental –  zawsze są nieco „z tyłu” wobec „prawdziwego” Firefoxa) nie obsługiwał kilku ważnych dla mnie dodatków, nie wspominając już o radykalnym zmniejszeniu dostępnych motywów wyglądu (w sumie najmniej istotna sprawa).

Nie wywaliłem Iceweasela – postanowiłem pobrać paczkę najnowszego Firefoxa 21 i wrzucić ją do ~/.firefox_browser, odpalając przeglądarkę właśnie z tej lokalizacji. Wiadomo, że w wyniku różnic pomiędzy społecznością Debiana, a Fundacją Mozilla, debianowskie repozytoria nie udostępniają pakietu .deb Firefoxa. Nie jest to jednak problem dla chcących na Debianie używać Firefoxa.

Wadą umieszczenia Firefoxa w /home jest to, że chcąc ustawić Firefoxa w Debianie jako przeglądarkę domyślną, po wpisaniu w konsoli:

# update-alternatives --config x-www-browser

… nie znajdziemy Firefoxa na liście. W necie jest jednak sporo wskazówek, jak ten problem rozwiązać. Ja „męczyłem” się z tym jakieś 15 minut, aż z nieocenioną pomocą przyszedł  kolega log0ut, który podesłał mi ten oto link. Kilka wstukanych komend i Firefox stał się domyślną przeglądarką w moim systemie.

firefox

Firefox 21 poprawnie radzi sobie z javą, wszystkie potrzebne mi dodatki są dostępne, więc bajka. Oczywiście będę czekał na nowe wydanie Iceweasela.

* * *

Od dosyć dawna mój ulubiony konsolowy klient IRCirssi, nie jest rozwijany. Nie grzebałem w necie na tyle, by szukać przyczyn, dla których deweloperzy tego najfajniejszego ircowego klienta przestali się nim zajmować, niemniej jednak skłoniło mnie to przesiadki na weechata. Weechat jest przyjaznym i wygodnym klientem IRC dla systemów uniksowych działającym w konsoli. Oczywiście miałem z nim do czynienia wcześniej i wiele lat temu aktywnie używałem go na Xubuntu, ale zawsze wracałem do irssi (nostalgia i przywiązanie). Teraz skonfigurowałem weechata dokładnie pod własne potrzeby i śmiga chyba nawet lepiej, aniżeli irssi.

bitlbee

mój weechat [okno wtyczki identi.ca w bitlbee]

Weechat wygląda naprawdę fajnie i czytelnie. Domyślnie po odpaleniu mamy po prawej stronie pionowy buffer z listą uczestników danego kanału (lub z listą znajomych – jeśli używamy w weechacie bitlbee), co w irssi było dostępne jedynie poprzez dociągnięcie odpowiedniego skryptu i odpalenie programu poprzez screen. Dzięki zestawowi skryptów możemy modyfikować wygląd i funkcjonalność naszego klienta IRC (co skwapliwie wykorzystałem). Konfiguracja – dla zaznajomionego nieco z konsolą – jest bardzo prosta (a po instalacji skryptu iset.pl – wręcz banalna), podobnie jak użytkowanie. Polubiłem weechata na tyle, że stał się moją „defaultową” aplikacją obsługującą IRC i – poprzez bitlbee – Jabbera oraz identicę.

* * *

Na koniec ciekawostka ze stajni (chlewni?) Google…

Od jakiegoś czasu Chrome (oraz l Chromium) wywala dziwne info, gdy ktoś próbuje wejść na mojego bloga. Po wpisaniu adresu wyskakuje takie oto coś:

chromium

Uwagę na to zwrócił mi ktoś na ircowym kanale, gdy chciał zobaczyć screeny mojego Linuxa na blogu. Poprosiłem zatem kilku innych znajomych używających Chrome/Chromium i wynik był dokładnie taki sam, jak na powyższym screenie… Zagrożenie malware’owe na moim blogu?! Yyyy?? Sprawdziłem odruchowo bloga na Iceweaselu i Operze (sądząc, że zmieniło się coś przez ostatnie godziny) i wszystko wyświetlało się poprawnie, a strona otwierała się bez żadnych ostrzeżeń bezpieczeństwa (dodam, że w przeglądarce mam sporo dodatków śledzących i skanujących potencjalne zagrożenia w sieci). Pieprzona google’owska maszynka do przeglądania netu była/jest zatem wyjątkiem…

Jakoś dziwnie się złożyło, że komunikaty w Chrome zaczęły pojawiać się mniej więcej w tym samym czasie, gdy zacząłem blokować w swojej przeglądarce wszelkie widgety i śledzące ścierwa pochodzące od Google (rzecz jasna również w czasie gdy jestem zalogowany na blogu i np. edytuję jakiś wpis). Zeskanowałem bloga chyba przez dziesieć skanerów on-line i wszystkie bez wyjątku potwierdziły brak jakichkolwiek zagrożeń ze strony http://www.discrust.wordpress.com

Blog jest zatem całkowicie bezpieczny.

Nie chcę tutaj spiskowo spekulować, ale google’owskiej przeglądarce i wszystkim narzędziom szpiegująco-śledzacym made by Google mogę powiedzieć jedynie: FUCK OFF AND DIE!

Fuck off Skype! | VoIP + Linphone (mikro-tutorial)

Ciężko jest tłuc do głów przeciętnych użytkowników kompów/netu, że to co najpopularniejsze w materii software’owej, czy w kwestii technologii niekoniecznie musi być bezpieczne/najlepsze/optymalne. W powszechnym mniemaniu, jeśli mówimy o internetowych połączeniach audio-video, natychmiast gdzieś z tyłu głowy pojawia się słowo: Skype. Sporo ludzi nie ma nawet pojęcia, że istnieją o niebo lepsze, bezpieczniejsze i nie śmierdzące korporacyjną pazernością rozwiązania i aplikacje, które umożliwiają kontakt z innymi użytkownikami sieci przy pomocy głosu i obrazu. Nie jesteśmy skazani na niebieskiego bastarda Microsoftu, by móc włączyć kamerę i gadać ze znajomymi właśnie w ten sposób. Podobnie jak nie jesteśmy skazani na naczelnego szpiega w necie, czyli Google.

Zawsze istnieją alternatywy, których efektywność i transparentność bije na głowę to, co oficjalne, monopolistyczne i – wydawać by się mogło – oczywiste. O „polityce prywatności” Skype’a (czy raczej o atrapie tejże) można napisać 666 postów, dlatego też odsyłam do netu potencjalnie zainteresowanych. Ja chciałbym skupić się na alternatywnym wobec Skype’a rozwiązaniu, jakim jest otwartoźródłowy klient VoIP. Protokół Skype’a jako taki również bazuje na  VoIP, ale sam w sobie jest udostepniany jako własnościowy software o zamknietym kodzie źródłowym

VoIP (Voice over Internet Protocol), to – w wielkim skrócie – telefonia internetowa umożliwiająca połączenia audio i video poprzez telefony IP, bramki VoIP lub po prostu poprzez internet, przy pomocy klienta VoIP (aplikacji wykorzystującej protokół VoIP, np. SIP). W warunkach domowych, jedyne czego potrzebujemy, to zainstalowanie klienta VoIP oraz założenie konta z naszym indywidualnym identyfikatorem SIP. Dzięki temu możemy korzystać bezpłatnie z rozmów wewnątrz SIP oraz (odpłatnie) z sieciami stacjonarnymi i komórkowymi (poprzez telefony IP, czy przez system kart pre-paid).

Jakiego klienta VoIP wybrać? Oczywiście najlepiej free & open source ;) Aplikacji obsługujących połączenia VoIP jest mnóstwo (zarówno na platformy uniksowe, jak i pod windę, czy macos) – tutaj znajdziecie tabelę porównującą software VoIP. Osobiście polecam Linphone (open source’owa aplikacja pod Linuksa, Windowsa i Mac’a, Androida, Blackberry i iShita) oraz Ekigę (Linuks, Windows, OpenSolaris).

 

  • Pobieramy i instalujemy software

Linphone → download

Ekiga →download

  • Zakładamy bezpłatne, indywidualne konto VoIP

Dzięki temu otrzymujemy własny identyfikator SIP, który jest naszą nazwą użytkownika wykorzystywaną do logowania się w wybranej przez nas aplikacji, jak i służy do kontaktowania się z innymi użytkownikami protokołu SIP (możemy również dzwonić na stacjonarki i komórki).

Linphone – free SIP service → tutaj

Ekiga – free SIP service → tutaj

Warto dodać, że nie jesteśmy „przyspawani” wyłącznie do jednego klienta VoIP. Jeśli założymy sobie konto SIP, możemy z niego korzystać na każdej innej aplikacji obsługującej protokół SIP; jeśli np. założymy sobie konto na ekiga.net, nasz identyfikator będzie działał zarówno na Linphone jak i na każdej innej aplikacji obsługującej protokół SIP – rzecz wygląda dokładnie tak samo jak z kontem Jabbera.

  • Czekamy na weryfikację i odpalamy aplikację

Po wypełnieniu formularza na stronie, czekamy na zwrotnego emaila z potwierdzeniem naszej rejestracji. W mailu otrzymujemy nasz identyfikator SIP, który wygląda tak:

sip:nazwa_użytkownika@adres.serwera

(np: krzysztof@sip.linphone.org)

Odpalamy naszego klienta VoIP… U mnie jest to Linphone, więc pokażę na jego przykładzie banalną, w gruncie rzeczy, konfigurację.

linphone_main_windowWchodzimy w Opcje i wybieramy Preferencje.

linphone_settingsWybieramy zakładkę Zarządzanie kontami SIP i klikamy przycisk Dodaj

linphone_registerWpisujemy dane otrzymane w mailu zwrotnym, zaznaczamy okno Zarejestruj i logujemy się

Ot, cała filozofia… Po zalogowaniu się, na dole okna głównego widzimy informację o pomyślnej rejestracji, a powyżej nasz identyfikator SIP:

linphone_logged

Teraz pozostaje nam tylko przejrzeć ustawienia audio/video i… namówić znajomych, przyjaciół czy rodzinę do korzystania z VoIP – poza łapskami Skype’a :)

Korzystając z linuksowej wersji Linphone’a, mam możliwość odpalenia aplikacji bez graficznej nakładki – jak wiadomo, nie ma nic przyjemniejszego, niż konsola w Linuksie ;) Otwiermay konsolę i wpisujemy:

$ linphonec -V

… i możemy łączyć się z kim chcemy!

linphonec

Więcej info nt. konsolowej wersji Linphone po wydaniu komend:

$ man linphonec
$ linphonec --help

 

Pocałunek Putina (Lise Birk Pedersen, 2012)

putins-kiss-movie-poster

Pocałunek Putina, to doskonały duńsko-rosyjski dokument nakręcony przez Lise Birk Pedersen. Dokument opowiadający o proputinowskiej młodzieżówce Nasi i jednej z jej liderek, Maszy Drokovej.

19-letnia Masza na jednym z obozów zorganizowanych przez Naszych, uwiedziona osobistym urokiem [wówczas] premiera Putina, złożyła na jego policzku tytułowy pocałunek… Pocałunek na znak podziwu, uwielbienia i politycznego oddania dla ex-oficera KGB i głównego gwałciciela wolności i wszelkich swobód w Rosji.

Nasi, to perfekcyjnie działająca maszynka do krzywienia moralno-politycznych kręgosłupów młodzieży w Rosji. Maszynka perfekcyjnie sterowana przez Kreml i zawsze dyspozycyjna, gdy trzeba wyjść na ulicę i demonstrować przeciwko wszelkim opozycyjnym ruchom. Jest to młodzieżówka sterowana odgórnie, ruch masowy zorganizowany na wzór totalitarny, przy czym okraszony współczesnymi psychospołecznymi akcentami manipulacji. Nasi, jako ruch młodzieżowy posiada olbrzymie wpływy, pancerny budżet i błogosławieństwo samego Putina.

W takiej właśnie strukturze Masza pnie się ku górze – szczebel po szczeblu. W młodym wieku staje się w Rosji polityczną celebrytką, prowadzi własne talk-show, ma wypasiony apartament w dobrej dzielnicy Moskwy, jest wszędzie rozpoznawalna i bezwarunkowo oddana Putinowi, który jest dla niej absolutnym wzorem męstwa i egzemplifikacją idealnego przywódcy. Masz Drokova jest osobą niezwykle inteligentną, acz politycznie absolutnie oddaną, jeśli idzie o działalność na rzecz Naszych i Putina.

Polityczny los zetknie ją jednak z antykremlowską opozycją i z Olegiem Kashinem – antyputinowskim blogerem i niezależnym dziennikarzem, znanym z ostrej krytyki zarówno Kremla, jak i Naszych, których (nie bez powodu) porównuje do hitlerowskiej młodzieżówki [na marginesie: porównanie do sowieckiego Komsomołu również jest na miejscu – strukturalnie i politycznie Nasi są modelowym przykładem masowego ruchu młodzieżowego zorganizowanego na kształt autorytarny, gdzie myślenie krytyczne i indywidualizm bywają – łagodnie mówiąc – niemile widziane).

Kashin drogo płaci za swoje poglądy i rozliczne polemiki z Maszą na forum publicznym (internet, prasa, telewizja, demonstracje…). „Nieznani sprawcy” masakrują go tuż pod jego domem. Cudem udaje mu się przeżyć. To wydarzenie, szeroko komentowane wówczas nie tylko przez nieliczne opozycyjne media w Rosji, jest pewnym momentem przełomowym dla Maszy Drokovej…

* * *

Lise Birk Pedersen nakręciła przejmujący i bardzo sugestywny obraz. W filmie widzimy dwie strony barykady zarówno przez pryzmat ogólnorosyjskiej polityki, jak i z poziomu dwóch ludzi, których politycznie dzieli wszystko, a osobiście łączy wątła nić czegoś na kształt przyjaźni i empatycznego zrozumienia, głęboko ludzkiego odruchu, który może zmienić nie tylko poglądy polityczne, ale również pozwala na mentalne katharsis, na zerwanie kremlowskiej smyczy…

Film bezapelacyjnie warty obejrzenia – dla wszystkich, którzy chcą spojrzeć na współczesny rosyjski zamordyzm polityczny – wyrachowany, czasem siermiężny, ale zawsze bezwzględny.

Raz jeszcze Opera [beta]…

Ech… molestuję temat Opery, bo najzwyczajniej w świecie lubię tą przeglądarkę i wkurwiam się niezmiernie, że w ostatnich latach każda kolejna wersja czymś rozczarowuje; mimo, że Opera nie jest open source software, praca na niej jest czystą przyjemnością – jeśli wszystko działa tak, jak trzeba.

Dolphin jest naprawdę dobrą przeglądarką androidową, nie zżera wielu zasobów, ma świetną obsługę gestami (z obsługą głosową jest już gorzej) i intuicyjną obsługę. Postanowiłem jednak przetestować Operę 14.0.1 [beta] na Androida. Instalacja zabiera mniej więcej tyle czasu ile wersja oficjalna, może odrobinę mniej. Po uruchomieniu (trwa to ok. 10 sekund – lipa!) ukazują się nam cztery ekrany powitalne z opisem najnowszych funkcji przeglądarki, po czym pojawia się ekran szybkiego wybierania:

SC20130602-111317Domyślnie Opera beta ładuje loga wybranych przez nas stron (względnie – jak w starszych wersjach mobilnych – miniatury stron). Nawigacja i modyfikacja szybkiego wybierania jest prosta i wygodna – wystarczy przesuwać/usuwać interesujące nas miniatury. Możemy też tworzyć foldery-grupy z miniaturami, poprzez łączenie poszczególnych ikon.

Opera beta zawiera trzy główne ekrany: „Szybkie wybieranie”, „Historia” i „Odkrywaj”. Historia przeglądania jest o wiele bardziej czytelna, niż w wersjach poprzednich. Nie musimy włazić w menu, by móc ją przeglądać/usuwać. Wystarczy jeden ruch w prawo na ekranie telefonu.

SC20130602-111411Opcja „Odkrywaj” zawiera możliwość ustawienia spersonalizowanych informacji z interesującego nas kraju (wybieranego z listy) na interesujące nas tematy (kultura, wiadomości, nauka, rozrywka, bleble…). Niestety możemy wybrać tylko jeden kraj, co jest wkurzające. Generalnie jednak całkiem przydatna funkcja.

SC20130602-111345Oczywiście – jak w starszych wersjach – możemy otwierać nowe karty (w tle lub na pierwszym planie) i wygodnie poruszać się między nimi. Nawigacja pomiędzy kartami jest teraz o wiele wygodniejsza i wizualnie ciekawsza.

SC20130602-111614Manu główne jest ascetycznie czytelne i bardzo mi się podoba. Zawiera takie elementy jak: Wstecz, Wyszukiwanie (kila wyszukiwarek do wyboru, m.in: Google, Bing, Amazon, Wikipedia etc.), opcję Share (aktywuje wtedy narzędzia dzielenia się zainstalowane w naszym telefonie), przejście do historii, szybkiego wybierania i opcji Odkrywaj. Oprócz tego odnośniki do menadżera pobierania i ustawień + wskaźnik baaardzo przydatnej funkcji umożliwiającej oszczędzanie transferu: off-road.

SC20130602-111442SC20130602-111512Same ustawienia niewiele się zmieniły, poza tym dostępna jest stara  funkcja synchronizacji zakładek: Opera Link.

Jak działa Opera 14.0.1? Szału nie ma. Wcale nie jest taka szybka, jak zapewniają deweloperzy, ale nie zauważyłem, żeby była ślimaczo powolna. Ładuje strony o kilka sekund dłużej niż wersja oficjalna. W necie pojawiają się opinie, że Opera beta żre okrutnie zasoby telefonu, co na moim Samsungu jest po części prawdą, ale nie powiem, żeby telefon się wieszał przy uruchomionej Operze. Po blisko godzinnym testowaniu przeglądarki samoczynnie wyłączyła się tylko raz, gdy szybko nawigowałem między dziesięcioma otwartymi kartami.

Póki co, defaultową przeglądarką u mnie wciąż pozostaje Dolphin. Będę czekał na kolejne optymalizacje Opery beta…

Semplice Linux 4.0

Semplice, to kolejne (obok Aptosida i Siduction) distro, które bazuje na niestabilnej gałęzi Debiana. Live CD wyposażone jest w Openboxa (co mnie bardzo cieszy, bo obok takich WM-ów jak Xmonad, Awesome, czy Dwm, Openbox jest jednym z moich ulubionych), zawiera oczywiście podstawowy software pozwalający na pełne wykorzystanie systemu po instalacji…

Sama instalacja – banał. Trochę skonsternowało mnie to debilne klikanie; instalator full-GUI, niemal dziecinny, więc nie podejrzewam by ktokolwiek miał problemy z postawieniem Semplice u siebie na kompie. Po instalacji szybki dist-upgrade (po dodaniu reposów Debiana Sid) i wszystko śmiga wyśmienicie. Wywaliłem sporo domyślnych aplikacji, które za cholerę nie są mi potrzebne, np. Chromium (na rzecz Iceweasel’a ofkorzzz), czy Exaile (na rzecz ncmpcpp i Sonaty), doinstalowałem Gimpa, Inkscape, FreeCad, LibreOffice + całe stado potrzebnych mi konsolowych programów, no i poradziłem sobie nareszcie z problemem setxkbmap. Oczywiście postawiłem AwesomeWM, bo jestem uzależniony od tego menadżera… Poza tym zmieniłem schemat kolorów w urxvt i zrobiłem drobną kosmetykę w .bashrc.

Semplice Linux nie jest czymś wyjątkowym jeśli chodzi o dystrybucje bazujące na Debianie Sid. Działa jednak bajkowo i nie jest przeładowany shitem na starcie. Wydaje się bardziej „uczesany”, niż Aptosid. Wykonując dist-upgrade nie musimy opuszczać X-ów (jak w Siduction, czy Aptosidzie właśnie), co jest tam jakąś wygodą…

Strona główna projektu Semplice + download obrazów .iso → TUTAJ

U mnie wygląda to wszystko tak:

aw

desktop clean

aw2

urxvt colour scheme