Я живой [иногда] :)

Żyję…

Nawet, gdyby mogło wydawać się inaczej, jakoś tam funkcjonuję :)

Zauważyłem, że od listopada nie popełniłem tutaj nic konkretnego, ale w międzyczasie  działo się zbyt wiele, abym miał głowę do blogów i innych takich… Zmarła moja babcia, kobieta-anioł (jakkolwiek to brzmi ze strony antychrysta, nieważne), ktoś, komu w życiu zawdzięczam chyba najwięcej. To była śmierć najbardziej traumatyczna, jaką dotąd przeżyłem w rodzinie. Coś, z czym sam umierałem kilka tygodni – bez rodzinnych „fajerwerków”, we własnym łbie, z całym balastem i paraliżującym kalejdoskopem refleksji nt wiadomy. Jeśli mogę nazwać to „przypadłością”, to właśnie cierpię na coś w tym rodzaju; w sytuacjach mega-stresowych i krytycznych, nie mówię komukolwiek, co siedzi mi w głowie, co mnie męczy, gwałci, straszy, wkurwia.

Wtedy działam jak robot, albo totalnie się wyłączam [ale tak chyba miałem od zawsze – znaczy się od „Krawca…”].

* * *

przeprowadzka

Kolejny njus – przeprowadzka. Zmuszony do opuszczenia mieszkania, musiałem znaleźć sobie nowy kąt. Na samym początku chciałbym podziękować Monice za wskazówki i porady prawne!!! Monika, jesteś kochana! Gdyby nie Ty, nie ruszyłbym z miejsca AŻ tak merytorycznie! Gruzja rządzi! :)

Jestem już spakowany… Mam książki (mnóóóóstwo), crustowe szmaty i cztery półki + mój ukochany rower. Cały  mój „majątek”… Jedyne, co mogę w tym miejscu napisać, to fakt, że na zabój kocham moją mamę i siostrę, a jednak będę mieszkał w innym miejscu…