Robert Service – „Towarzysze. Komunizm od początku do upadku. Historia zbrodniczej ideologii”

image

Mam problem z tą książką. Sam jej tytuł jak i objętość sugerują, że mamy do czynienia z monumentalnym dziełem historycznym. Ktoś, kto wie niewiele lub zgoła nic nt historii komunizmu, może tą książkę właśnie tak potraktować. Robert Service podjął się dosyć ambitnego zadania, ale czy mu podołał? Moim zdaniem nie do końca.

Towarzysze… rzeczywiście opisują dzieje powstania marksizmu, rozmaitych szkół filozoficznych odnoszących się do idei Marksa i Engelsa, czy też negujących dokonania tychże i proponujących odmienne rozwiązania na rzecz klasy robotniczej. Service rzeczywiście szczegółowo opisuje historię rodzącego się leninizmu i konfrontacji bolszewików z innymi odłamami ruchu komunistycznego na arenie europejskiej i światowej – zarówno przed jak i po Rewolucji Październikowej. Wreszcie, książka w dosyć bogaty sposób ujmuje problem krajów satelickich w stosunku do ZSRS po II Wojnie Światowej.

Pierwszym zauważalnym w czasie lektury problemem są proporcje. Ponad 40% książki poświęcone jest ZSRS i rozmaitym konotacjom leninowsko-stalinowskiego imperium z krajami Europy Wschodniej, Zachodniej i USA. Owszem, rozpiętość zagadnień poruszanych przez Autora jest pokaźna (tło historyczno-ekonomiczne za czasów Marksa, perspektywa geopolityczna i dynamika rozwoju myśli lewicowej, uwarunkowania socjologiczne etc.), niemniej przez połowę książki ma się wrażenie typu: hmm… gdzieś już to słyszałem/czytałem. Wrażenie to pogłębia się w miarę zagłębiania się w książkę. Nieuchronnie dochodzimy do wniosku, że Service opisuje barwną i bogatą – z punktu widzenia historycznego – materię, ale (niestety) czyni to „po łebkach”.
Wracając do tego, co napisałem na początku: książka Roberta Service’a będzie na pewno nieocenionym źródłem wiedzy i faktów nt komunizmu dla tych wszystkich, którzy tematykę tą liznęli zaledwie w szkole, a chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej.

Innym problemem – dla polskiego czytelnika, jak sądzę – będzie fakt, że Towarzysze… napisani są z okcydentalną manierą. Nie jest to zarzut, biorąc pod uwagę to, że Service jest przecież historykiem anglosaskim. Jednak, gdy opisuje on wydarzenia w komunistycznej Polsce, czy Czechosłowacji daje się wyczuć powierzchowność tegoż opisu. Możemy jednak usprawiedliwić Autora, albowiem książka nie jest wyłącznym studium nt historii komunizmu w naszej części Europy.
Warto nadmienić, że Service dosyć przyzwoicie opisał ruch komunistyczny w Jugosławii i na Węgrzech oraz meandry działalności satelickich i służalczych wobec ZSRS partii komunistycznych we Włoszech Wielkiej Brytanii i Francji. Zabrakło głębszej analizy lewicowej partyzantki w Grecji i znaczenia rewolucyjnych sił (tych pro- jak i antystalinowskich) w czasie wojny domowej w Hiszpanii w 1936 roku.

Jeśli chodzi o inne części świata, Service poszedł jeszcze dalej w swojej wybiórczości. Wyjątkiem wydają się maoistyczne Chiny – tutaj Autor rzeczywiście bogato opisał kontekst historyczny i ideowy działalności Mao. Skromnie nadmienił o Wietnamie, Laosie, Korei i generalnie o ruchu komunistycznym w Azji Południowo-Wschodniej, czy w Australii. Podobnie rzecz ma się z Kambodżą i zbrodniami Pol Pota – w tym wypadku mamy zaledwie kilka akapitów.
Brakuje mi głębszych analiz lewicowych ruchów w Ameryce Południowej (z wyjątkiem Kuby – dosyć rzetelny opis) i USA.

Service analizując opozycję komunistyczną w stosunku do bolszewizmu i stalinizmu, nie wyszedł poza szablon i najwięcej uwagi poświęcił socjalistom i socjaldemokratom. Nie rozwinął kwestii trockizmu, teologii wyzwolenia, czy anarchizmu.

Podsumowując… To moja druga (po Szpiegach i komisarzach) książka Roberta Service’a. Książka niewątpliwie wartościowa pod względem historycznym, napisana przystępnym i przejrzystym językiem. Zakres tematyczny olbrzymi i chyba zbyt ambitny; tytuł sugeruje monograficzne dzieło historyczne, które zawiera jednak luki.
Z drugiej strony, czytelnik nie zaznajomiony z historią komunizmu i jego zbrodniczej roli w historii światowej, znajdzie w Towarzyszach… mnóstwo wartościowej wiedzy w tej materii. Dlatego też książka ta jest jak najbardziej godna polecenia zainteresowanym tą tematyką.
Nie polecam jej jedynie tym, którzy chcieliby pogłębić swoją wiedzę o komunizmie w Polsce. Tutaj czytelnika spotka rozczarowanie, albowiem materiał w tej kwestii jest żałośnie mały.

Kindle 5

image

Taaa… psioczyłem, narzekałem i marudziłem, ale w efekcie zdecydowałem się na Kindle’a (sic!).
Przyczyn jest kilka. Po pierwsze, będąc ostatnio w Czechach zauważyłem, że mój czytnik Prestigio po prostu padł. Definitywnie. Od jakiegoś czasu płynność jego działania pozostawiała wiele do życzenia; podczas godzinnego czytania potrafił bez przyczyny restartować się kilkanaście (!) razy, łamanie tekstu w niektórych formatach było raczej lipne.. Pewnego dnia, na uroczej morawskiej ziemi, Prestigio po prostu zdechł. Ekran rozlał się tak jakby nie był to e-ink, a raczej poplamiona kawą papierowa książka.
Po drugie, Kindle 5 (bo takiego właśnie kupiłem) okazał się o niebo tańszy, niż inne, potencjalnie interesujące mnie modele. Kwestia ceny była jedną z decydujących.

Niedawno M. powiedziała mi, że będę zadowolony z Kindle’a. I miała rację. Mam wersję bez reklam, z wi-fi, ekranową klawiaturą (co w zupełności wystarcza do tworzenia mikro-notatek). Mam możliwość tworzenia kolekcji, dodawania zakładek – niczego więcej nie potrzebuję od czytnika ebooków.

Jakość e-papierowego ekranu bez zarzutu; nawet po 5-6 godzinach ciągłego czytania, oczy nie padają.
Kindle bez współpracy z (darmową) aplikacją Calibre pozostaje jednak tylko skromnym czytnikiem. Nie wszystkie e-książki publikowane są w kindle’owskim formacie .mobi, dlatego z pomocą przychodzi Calibre, program który konwertuje niemal wszystkie inne formaty na .mobi (czy też z .mobi na każdy inny format, jak .epub, .txt, .fb2 etc.). Oczywiście Kindle odczytuje inne formaty, niż swój własny, niemniej najwygodniej czyta się na nim w .mobi właśnie.
Calibre (dostępne na linuxa, windę i inne ishity), to również potężne narzędzie do tworzenia prywatnej biblioteki, transportujące bezpośrednio na Kindle’a to, co chcemy przeczytać. To również platforma (nierzadko darmowych) subskrybcji prasy i tworzenia skonwertowanych wiadomości RSS dla Kindle’a.

Generalnie Kindle sprawuje się bez zarzutu, płynnie działa i ma wszystko, czego oczekuję od czytnika. Z Amazonem się nie zakumplowałem; wszystko, co czytam znajduję poza tym molochem.
Kindle 5 jest niewielkim czytnikiem (6.5”, w tym 6” ekran), ma 2GB pamięci – bez szału, ale dla mnie w zupełności wystarcza.

Przyznam, że odkąd używam czytników, cholernie często zwracam się ku e-papierowi. Nie chce mi się po raz kolejny pisać o zaletach czytników. Dość powiedzieć, że wciąż kocham tradycyjne książki i absolutnie nie wyobrażam sobie porzucenia ich na rzecz elektroniki. Znamienne jest to, że niemal w tym samym czasie, gdy dotarł do mnie Kindle, przyszły też zamówione przeze mnie papierowe książki:

image

* * *

image

A więc tak… Spłodziłem kilkadziesiąt (jeśli nie więcej) mało porywających historyjek tyczących się tego, dlaczego właściwie znikam. Żadna z nich nie jest warta uwagi, albowiem wszystkie wymyślam tak naprawdę na własny użytek. Wmawiam sobie później, że któraś z nich brzmi na tyle wiarygodnie, by potraktować ją poważnie. Trudno jednak umówić się z samym sobą, nie wspominając już o innych ludziach.

Domyślam się, że jest to kurewsko groteskowe. Nic na to nie poradzę. Nie chce mi się.
Żyję sobie w lesie, pozbawiony ckliwych uniesień związanych z okolicznościami przyrody. Bywają jednak tendencje wznoszące – gdy piję, albo przestaję pić i rzucam się chciwie na książki; w słowie pisanym chaust powietrza, w cyrylicy szorstkie bruzdy…

Mieszkanie w lesie, ucieczka z lasu; słuchawki w uszach, crustowy rzyg i zjazd rowerem w dół. W beton.

Lekko mi, gdy nie muszę myśleć o tym, co należałoby powiedzieć poszczególnym ciekawskim, dobijającym się, włamującym i awanturującym się – w lesie i poza nim. Rower, wódka, książka czy wyciszony telefon. Heidegger, historia Omska, jointy w morawskich wioskach, albo leniwa abstynencja podszyta kacem moralnym. To wszystko sprawia, że czuję się nieco mniejszym skurwielem w stosunku do innych – we własnych oczach. To dosyć debilna forma samousprawiedliwiania się, dlatego też nie przeczytacie tutaj, dlaczego po raz n-ty ulotniłem się na długi czas.

Вот, пиздец…