Nikołaj Nikulin – „Sołdat”

image

Uff… za dużo. Przesyt. Zbyt wiele rosyjskości, sowieckości, cyrylicy. Zazwyczaj pożeram Rosję dużymi kęsami, nigdy nie mam dosyć – przynajmniej na tyle, by powiedzieć… dość.
Tym razem jednak chodzi o monokulturę uprawianą na moim ciasnym, pęczniejącym poletku książek, które czytam… Może to nieustępliwe upały, ostatnimi czasy ścinające powietrze w ohydną galaretę, a może jednak nadmiar rosyjskiej historii, mieszającej się z współczesnością.
Niejako „na pożegnanie” (krótkie, rzecz jasna, z obietnicą rychłego powrotu), przeczytałem książkę Nikołaja Nikulina, pt. Sołdat.

Spodziewałem się mniejszej autocenzury po kimś, kto w szczery i uczciwy sposób zapragnął walczyć z potęgą sfałszowanej historii, przykrytej byle jak nieświeżym lukrem postsowieckiej propagandy.
Mimo tego, Nikulin napisał wspaniałą relację ze szlaku wojennego: Leningrad-Berlin. Jako jednemu z niewielu, udało mu się przejść tą bojową ścieżkę w mundurze czerwonoarmisty. Przejść i przeżyć.

Czytając te wspomnienia, nadzwyczaj otwarte i krytyczne wobec wojskowych wysyłających na front ludzkie mięso bez jakiejkolwiek strategii, jedynie z krzykiem: Вперёд! na ustach, pomyślałem że książka ta powinna okrążyć olbrzymie połacie ziemi rosyjskiej, utopionej we krwi bezsensownych ofiar, utuczonej na kłamliwej wizji wojny ojczyźnianej. Jej stronice powinny przynieść powiew faktów, póki nie jest za późno, póki żyje jeszcze garstka weteranów…
Sołdat (rosyjski tytuł, to Воспоминания о войне) wyszedł w Rosji w jakimś śmiesznym nakładzie, co świadczy o skuteczności, z jaką kremlowscy włodarze od Stalina, do Putina, zgwałcili zbiorową pamięć pokoleń od II Wojny Światowej do dnia dzisiejszego.

Nikulin dość bezceremonialnie opisuje swoje frontowe przeżycia, chce je z siebie wyrzucić, a czasem wręcz wyrzygać. Nie znajdziemy w tej książce zwyczajowej laurki wojny ojczyźnianej.

Sołdat chyba bardziej zszokowałby Rosjan, aniżeli nas, czytelników z Polski. Warto jednak sięgnąć po tą publikację, albowiem jeszcze długo będzie ona czystą kroplą w oceanie propagandy i zwykłych kłamstw dotyczących dramatu poszczególnych żołnierzy sowieckich, ale i dotyczących rzekomej nieskazitelności Armii Czerwonej w walce z nazistowskimi Niemcami.

Dla Rosjan książka o pierwszorzędnej wadze, dla nas dokument potwierdzający okrucieństwo wojny i sowieckich agresorów.

* * *

Zgrzyt ze strony wydawnictwa (Ośrodek KARTA) – trafiłem na egzemplarz książki, która jest fatalnie wydrukowana! Spora część tomu wygląda tak, jakby zadrukowane, jeszcze nie suche stronice, zostały na chama sklejone, przez co spora część książki roi się od fragmentów tekstu, który posiada swój cień. Porażka! Czytałem książkę w nocy i odpadał mi wzrok.
Sorry, ale 40 PLN, to dla mnie dużo i chciałbym za to otrzymać tom na przyzwoitym poziomie edytorskim…

Andrzej Jastrzębski – „Matrioszka Rosja i Jastrząb”

image

Chyba każdy poważniejszy dziennikarz, korespondent czy reporter, który „liznął” nieco Rosji, nie potrafi oprzeć się pokusie napisania książki o tym, co zobaczył i przeżył w tym kraju.
Nie inaczej jest z Maciejem Jastrzębskim, który przez kilka lat był korespondentem Polskiego Radia w Białorusi, Gruzji i w Rosji właśnie. Okres obejmujący jego pobyt w Moskwie opisał w Matrioszce

Skończyłem dziś czytać tą barwną książkę i przypomniała mi ona nieco inną opowieść o Rosji: Gogola w czasach Google’a, Wacława Radziwinowicza. Skojarzenia związane są z „zachłyśnięciem się” Rosją, z mieszaniną ekscytacji i przeciążenia „ruską materią”.
Mimo wszystko Matrioszka Rosja…, to nie zbór reportaży o Rosji. To mocno nieuczesana opowieść, snuta z mieszaniną pośpiechu i zadumy. Autor krok po kroku poznaje Moskwę i Rosję; sposób w jaki opisuje swoje przeżycia, oddaje zapewne specyfikę i wyjątkowość owych przeżyć.

Książka podzielona jest na części i rozdziały. Zdawać by się mogło, że ta systematyka pomoże nam spojrzeć na Rosję oczyma Jastrzębskiego. Szybko okazuje się jednak, że jest to złudna nadzieja.
Mamy do czynienia z rosyjskim misz-maszem. Historia Rosji plącze się ze współczesnością, wątki dotyczące budowy moskiewskiego metra przenikają się z mitami dalekich narodów Syberii, meandry rosyjskiej kuchni z tajemnicami Kremla, a Putin z carami i oligarchami.
Na początku lektury trochę drażnił mnie ten mix, ale szybko okazało się, że konwencja tej książki odpowiada zasadniczej trudności: nie sposób ogarnąć Rosji w tak skromnej (acz wielce urokliwej!) publikacji…

Co, według mnie, stanowi atut Matrioszki…? Fakt, że jest to kolejny krok na trudnej drodze wzajemnego zrozumienia pomiędzy nami, a Rosjanami. Piszę: „nami”, mając na myśli wszystkich po zachodniej stronie rzeki Bug – zarówno rusofobów jak i ludzi kompletnie obojętnych na sąsiadów ze Wschodu, czy wreszcie tych, którzy mniej lub bardziej ostrożnie nazywają siebie rusofilami.
Na tej płaszczyznie książka Macieja Jastrzębskiego przybliża nam nieco Rosjanina, do którego jeszcze nie przywykliśmy. Do człowieka przychylnie patrzącego na Polaków, ale znurzonego wiecznymi fochami historycznymi, jakie zdarza się strzelać nad Wisłą. Do kogoś zabłąkanego w labiryncie sowieckich zaszłości, ale dumnego z całokształtu swojej bogatej historii. Do kogoś, kto pije, kocha, wścieka się, kto przy odrobinie szczęścia otworzy się przed nami, a my zobaczymy przestrzeń o wiele bardziej złożoną, aniżeli ciasny stereotyp „szalonej, słowiańskiej duszy”.

Autor zresztą podkreśla wielokrotnie jakże oczywisty, a jednak często pomijany przez nas fakt: Rosja, to wielokulturowy tygiel, kipiący setkami języków, tradycji, zwyczajów. Wielonarodowość i wieloetniczność Rosji, to jej budulec, istota.

Jastrzębski pisze: Jedni Rosjanie widzą w nas „słowiańskich braci”. Inni nabzdyczonych, pełnych pretensji Polaczków. Jeszcze inni naród dzielny i wykształcony. Historia kontaktów Polaków z Rosjanami plecie się jak długi warkocz. Nie ma takiej siły, która rozerwałaby splątane włosy.

Nie sposób nie przyznać mu racji. Matrioszka…, to jedynie pojedyncza relacja ze spotkania z krajem, o którym wciąż wiemy niewiele. Jest to jednak relacja niebagatelna, pomagająca nam rozwalać w głowie stereotypy i chore uprzedzenia wobec Rosji i Rosjan.
Lektura obowiązkowa!

* * *

Często zdarza mi się zaczynać dzień od yerby, albo od kawy i rosyjskiego radia. Na początek reżimowe ВестиФМ, potem opozycyjne wobec Kremla Эхо Москвы i Радио Свобода. Rzut oka na portale rosyjskie… W międzyczasie zawsze odezwie się ktoś znajomy z Rosji, ze zwyczajowym: Привет! Как твои дела? (Cześć! Co u ciebie słychać?).

Jedni dopiero co przecierają oczy w Piertrozawodzku, albo w Petersburgu, inni piszą już do mnie z pracy w Czelabińsku, Nowosybirsku czy w Omsku. Polina, znajoma o polskich korzeniach relaksuje sję już po pracowitym dniu w Pietropawłowsku Kamczatskim.

Z jednymi unikam politycznych tematów, ponieważ okazują mi oscentacyjną ambiwalencję w tych kwestiach, inni natomiast przejawiają rozgoryczenie z powodu kagańca, jaki Putin nałożył na rosyjskie społeczeństwo. Inni natomiast niemal euforycznie dyskutują ze mną o kolejnej rozbitej demonstracji w Moskwie, o problemach z korupcją w ich mieście, o chorej biurokracji i zasyfionych, betonowych klockach w Tomsku.

Wszyscy moi rosyjscy znajomi, bez wyjątku, są niezwykle przyjaznymi i otwartymi ludźmi. Oprócz jednej jedynej sytuacji (mało znaczący, osobisty incydent), nigdy nie zdarzyło mi się, aby spotkało mnie cokolwiek przykrego ze strony Rosjan. Rzadkie spotkania z przyjaciółmi tylko cementują i pogłębiają znajomość.
Nauczyłem się z biegiem czasu, by luzować zawziętość w wyjaśnianiu własnego historycznego punktu widzenia odnośnie relacji polsko-rosyjskich. Dopiero gdy stajemy przed Rosjaninem bez historyczno-politycznego „pancerza ochronnego”, uświadamiamy sobie, że nawet w najbardziej drażliwych i bolesnych sprawach możemy znaleźć nić porozumienia.

Każdy z moich rosyjskich zprzyjaciół jest wyjątkowy, niepowtarzalny, z wadami i morzem zalet. Rzadko zdarza mi się z kimś pokłócić, nawet jeśli rozmawiamy o Katyniu, Czeczenii czy Ukrainie.
Każdy dzień, każde kolejne spotkanie z Rosjanami tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że Rosja zasługuje na naszą przyjaźń i uwagę – na przekór wszelkim politycznym świniom po obu sronach.
Nie wspominam już o tym, jak mocno można zakochać się w Rosjance; skądinąd znane mi uczucie, na zawsze pozostanie w mojej pamięci… :)

Anne Applebaum – „Za żelazną kurtyną. Ujarzmienie Europy Wschodniej 1944-1956”

image

Za żelazną kurtyną…, to doskonała praca historyczna traktująca o stalinowskim terrorze w krajach Europy Wschodniej, w latach ’44-’56 minionego wieku.

Anne Applebaum znana jest z monumentalnego dzieła, Gułag – wyjątkowej monografii nt sowieckich obozów pracy porawczej, książki, którą musi przeczytać każdy, kto interesuje się ogromem zbrodni sowieckich. Applebaum pod względem rzetelności badań historycznych wybija się zdecydowanie w świecie naukowców zajmujących się sowieckim systemem komunistycznym, dlatego też nie da się przejść obojętnie obok jej osiągnięć w tym zakresie. Jej najnowsza książka potwierdza profesjonalizm badań i wnikliwość, z jaką traktuje problematykę stalinizmu w krajach satelickich wobec ZSRS.
Nie będę tutaj wnikał w koneksje rodzinne i preferencje polityczne Autorki, bo w świetle jej warsztatu historycznego, są to wątki absolutnie drugorzędne.

Za żelazną kurtyną… jest publikacją szczególną dla wszystkich, których interesują początki komunizmu w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Komunizmu, a jednocześnie stalinizmu, biorąc pod uwagę, kto był wówczas głównym rezydentem na Kremlu.
Zawężenie badań do lat 1944-1956 sprawiło, że Autorka z dużą wnikliwością potraktowała podbój krajów naszej części Europy przez Stalina. Jednak już na samym początku książki dowiadujemy się, że Anne Applebaum ze szczególną uwagą będzie opisywać ustroje stalinowskie w trzech krajach: w NRD, w Polsce i na Węgrzech.
Jakkolwiek w książce spotkamy szereg odniesień do komunistycznych reżimów Czechosłowacji, Albanii, Rumunii, czy Bułgarii (siłą rzeczy nie da się owych odniesień uniknąć, skoro obóz krajów komunistycznych w sensie geopolitycznym jak i ekonomicznym stanowił system naczyń połączonych, z centralą w Moskwie).

Anne Applebaum z właściwym sobie rozmachem i szczegółowością opisuje poszczególne aspekty stalinowskiej rzeczywistości w trzech w/w krajch. Bierze pod lupę proces przejmowania władzy przez komunistów, kształtowanie się machiny instytucjonalno-biurokratycznej, działania tajnej policji (bardzo dobrze i dokładnie opisane czystki polityczne i zbrodnie bezpieki oraz ich intensywność we wszystkich demoludach).

W książce Autorka poświęciła naprawdę dużo miejsca na kwestie porównawcze. Mamy więc bardziej ogólną analizę zaostrzającego się konfliktu pomiędzy Stalinem, a zachodnimi aliantami. Na tym tle Applebaum ukazuje proces gwałtownej i krwawej stalinizacji społeczeństw w obrębie sowieckiego obozu.
Na uwagę zasługują źródłowe badania dotyczące zarówno industralizacji na modłę radziecką, jak i tragicznych skutków kolektywizacji wsi. Kolejnym nie mniej ważnym aspektem jest kultura i brutalna socjalizacja przeprowadzana pod dyktando poleceń z Kremla. Applebaum opisuje totalną kontrolę wszelkich środków masowego przekazu, stowarzyszeń i grup nieformalnych w społeczeństwach polskim, węgierskim i wschodnioniemieckim. Sporo miejsca pozostaje na przedstawienie walki z kościołami i związkami wyznaniowymi jak również z szeroko pojętym światem sztuki, który został brutalnie zmuszony do realizacji swoich aspiracji pod butem socrealizmu.

Książka jest systematyczną pracą, przejrzyście podzieloną tematycznie, bogato udokumentowaną materiałem źródłowym. Moim zdaniem, brakuje jednak rozdziałów z podobną wnikliwością opisujących pozostałe kraje „demokracji ludowej”. Zdaję sobie sprawę, że wtedy książka ta byłaby potężną (z pewnością wielotomową) pracą, ale tego chyba właśnie brakuje, nie tylko na polskim rynku poważnej książki historycznej.
Wydaje mi się również, że Applebaum – w części krytycznej – w wielu przypadkach ze zbytnią łagodnością potraktowała komunistycznych oprawców i ich działania w Europie Wschodniej.

Pozycja absolutnie obowiązkowa. Nie tylko dla zainteresowanych badaniami nad zbrodniami stalinizmu.

Małgorzata Rejmer – „Bukareszt. Kurz i krew”

image

Ach, dziś wódka smakuje wyjątkowo! Zamykam książkę Małgorzaty Rejmer z prawdziwą satysfakcją, z poczuciem, że właśnie przeczytałem rewelacyjny kawałek Bukaresztu! To miłe uczucie, gdy kończąc książkę, chciałoby się zakumplować z Autorką. Tak właśnie mam dzisiaj, po lekturze Bukaresztu…

Varga ma Węgry, Szczygieł ma Czechy, a Rejmer ma Rumunię. Ma i dzieli się nią z czytelnikiem w niezwykły sposób.
Kiedyś moja przyjaciółka Olga, wysyłając mi Dostojewskiego w oryginale, wrzuciła do koperty pakiet nowiutkich widokówek przedstawiających Moskwę, zawiniętych w kolorową obwolutę (сделано в СССР, 1984 – lśniły nowością, pewnie przeleżały nietknięte na półce przez te wszystkie lata)…
Małgorzata Rejmer podarowała nam dokładnie taki pakiecik widokówek z Bukaresztem. Każda kartka, to osobna historia, faktura, zapach miasta. Trudno mi opisać urok jej książki, ale nie bardzo się tym przejmuję. Dość powiedzieć, że po lekturze ogarnęło mnie lekkie rozdrażnienie: dlaczego tak mało?! Chcę więcej!

Bukareszt. Kurz i krew, to zbiór miniatur z prawdziwą pasją opisujących stolicę Rumunii. Rejmer obdarzyła nas widokówkami hand made, które żyją, a my jako czytelnicy ową żywotność możemy spijać od pierwszej do ostatniej strony.
Bukareszt ukazany nam przez Małgorzatę Rejmer, to miasto pulsujące bardzo intensywnie. Niejednorody kompleks architektoniczno-ludzki, pełen zakamarków, paradoksów, wyziewów. Bukareszt zgwałcony przez Ceaușescu i jego prostacką megalomanię, pełen ludzi i ich dramatów, pełen bezpańskich psów i chaosu. Historia i współczesność rozlewają się w przestrzeni miasta, które przechowuje za fasadami budynków trochę swoich brudów, odrobinę skarbów. Syf koegzystuje z perełkami architektury…

Rejmer perfekcyjnie opisała rzeczywistość Bukaresztu przez pryzmat historii miasta i Rumunii w ogóle. Szczególnie ujęły mnie fragmenty dotyczące piętna jakie na mieście odcisnął  Ceaușescu i komunistyczny walec, który wgniótł w ziemię sporą część stolicy – wszystko ku chwale Słońca Karpat (tak oficjalna propaganda nazywała Ceaușescu).

Rejmer w przejmujący sposób opisała następstwa fatalnego dekretu zakazującego w Rumunii aborcji (w imię wymuszenia większej dzietności – wszak komunistyczny reżim dramatycznie potrzebował proletariackiego mięcha do budowania raju na ziemi). Aborcyjne podziemie, domowe sposoby usuwania ciąży, skrajna penalizacja, wreszcie dramaty poszczególnych kobiet po kilku, bądź kilkunastu (sic!) zabiegach. To wszystko do dziś jest wstydliwą raną, ukrywaną za kotarą milczenia w rumuńskim społeczeństwie.

Innym, nie mniej ciekawym i dramatycznym wątkiem poruszonym przez Autorkę jest rola Securitate w tłamszeniu bukaresztańskiego społeczeństwa, upchanego w betonowych klatkach robotniczych dzielnic. Inwigilacja i okrucieństwo nie spotykane nawet w innych barakach „ludowo-demokratycznych” w Europie Środkowo-Wschodniej.

Wreszcie sami Rumuni, ich przywary i wyjątkowość, swoisty mentalny kod i specyfika społecznych reakcji na tle historycznych uwarunkowań – Rejmer odkrywa przed nami rąbek rumuńskiej tajemnicy. Robi to perfekcyjnie!

Na uwagę zasługuje po prostu rewelacyjny sposób opisywania Bukaresztu. Język i warsztat Małgorzaty Rejmer sprawia, że czujemy się wciągani w historie i  zdarzenia. Ona po prostu łapie nas za rękę i entuzjastycznie zaciąga w miejsca nie zawsze pachnące jak świeżo wydrukowane widokówki, ale zawsze wywołujące i zachwyt, i refleksję.

Bukareszt… jest świetny! Co mnie wkurzyło w tej książce? Fakt, że jest taka krótka!
Będąc punkiem wiem, że w Bukareszcie znalazłbym setki miejsc, w których czułbym się „jak u siebie”.

* * *

Ostatnio odwiedzając moją ukochaną Pragę, zatrzymałem się na squacie, wypiłem ze starymi znajomymi, upoiłem się miastem po uszy. Poznałem też uroczego, beztroskiego kolesia – Geo. Rumun, długo siedzący we Włoszech, a jeszcze dłużej włóczący się po Europie. Człowiek niezwykłej serdeczności, humoru i szczerości. Siedzieliśmy razem nad Wełtawą, jedliśmy rohliki z pastą czosnkową, piliśmy wino. Ja mówiłem mu jak po czesku jest: kaczka, rzeka, most, tramwaj, a on rewanżował się rumuńskimi tłumaczeniami. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze kiedyś. Gdzieś.
Wszystkie moje spotkania z Rumunami zawsze były serdeczne i sympatyczne. Rumun-tirowiec wiózł mnie z Barcelony do Niemiec. Mieszkając w Belgii spotkałem wielu Rumunów, którzy wielokrotnie pomogli mi w takich duperelach, jak dotarcie na określoną ulicę w Antwerpii, czy w Brukseli.

Mniej więcej dziesięć lat temu Budapeszt „ukradł” mi Rumunię i Bukareszt właśnie.
Wybrałem się stopem na Południe. Budapeszt miał być tylko dwudniowym postojem. Moja koleżanka-esperantystka, Julia z Kluż-Napoki, zaprosiła mnie do swojego miasta. Punkowo wkręciłem w tą wyprawę Timiszoarę i Bukareszt. Cieszyłem się, że weszcie odwiedzę Rumunię.
Gościnność znajomych Węgrów dosłownie mnie wessała, podobnie jak Budapeszt. Zarówno forinty jak i dolary przeznaczone na Rumunię zostały w knajpkach i na bazarach Budapesztu… Pozostało mi jedynie poinformowanie rumuńskich esperantystów, że odwiedzę ich innym razem.

* * *

Małgorzata Rejmer napisała coś zupełnie wyjątkowego. Nawet nie zdążyłem się zachłysnąć jej książką. To tak, jakby ktoś poczęstował mnie przepysznym absyntem i poszedł sobie, pozostawiając mnie z pustym kieliszkiem.
Czekam na kolejną porcję historii z Rumunii!

Barbara Demick – „Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej”

image

Książkę pochłonąć można w jedno popołudnie. W istocie właśnie tak się ją czyta; nie sposób się oderwać, czytać o Korei Północnej na raty..
Barbara Demick udostępniła światu ważną publikację – reporterski obraz koszmaru życia w tym ostatnim zamordystycznym skansenie komunistycznym.
Autorka będąca dziennikarką „Los Angeles Times” (m.in. w Europie Wschodniej, w Pekinie i Seulu), podjęła się trudnego zadania: opisała w swojej książce autentycze losy uciekinierów  z Korei Północnej, jak również losy ich krewnych i najbliższych, którzy pozostali w państwie Kimów – stalinowskiej monarchii dziedzicznej, ostatniej takiej na świecie.

Wiemy doskonale, jak skąpe wiadomości docierają do nas z Korei Północnej. Każda publikacja jest zatem, jeśli nie na wagę złota, to na pewno ważnym krokiem ku zrozumieniu dramatu mieszkańców tej części Półwyspu Koreańskiego. Światu nie mamy czego zazdrościć… jest właśnie kolejnym promykiem rzucającym nieco światła na potworności, jakich dopuszcza się reżim z Pjongjangu.

Książka ta, jako reporterskie świadectwo jest niezwykle wartościowa, albowiem opowiada o losach ludzi z krwi i kości, bez koloryzowania rzeczywistości. W tym sensie czyta się ją z niezwykłą uwagą.

Po lekturze odczuwa się jednak pewien niedosyt. Niedosyt ten poczuje każdy, kto interesuje się historią i obecną sytuacją w tym najbardziej odizolowanym kraju świata.
Pamiętam, jak przed wielu laty rzucałem się na każdą publikację nt Korei Północnej. Pamiętam pierwszy szok po obejrzeniu Defilady (dokumentu Andrzeja Fidyka z 1989 roku). Przywołuję w pamięci godziny jakie spędzałem w bibliotekach, by wyszperać cokolwiek dotyczącego reżimu Kim Ir Sena, popołudnia w Pradze gdy zaczytywałem się w czeskich reportażach o uciekinierach z północnokoreańskich miast i wsi…
Nastała era internetu i możliwość oglądania filmów dokumentalnych i czytania o sytuacji w Korei Północnej z innych źródeł, niż polskie; zaliczyłem wiele nieprzespanych nocy, by liznąć wszystko co tyczy się tego tematu.

Książka Demick jest wyjątkowa w takim sensie, w jakim wyjątkowa jest każda próba dotarcia do prawdy o dramacie poddanych komunistycznego terroru koreańskiego. Znikoma ilość materiałów źródłowych, relatywnie niewielkie grono reporterów i badaczy stale zajmujących się tym zagadnieniem i wreszcie medialne „znużenie” w skali światowej (zwłaszcza zaś w regionie) – to wszystko sprawia, że każda publikacja jest cennym źródłem informacji.

Wyjątkowość i niepowtarzalność losów każdego uciekiniera z Północy stanowią oś ciężkości tej książki. Dramatyzmu dopełnia fakt, iż niemal każda z osób decydująca się na ucieczkę z Korei Północnej, pozostawiała na miejscu kogoś bliskiego. Dzieci, małżonków, dziadków, wnuków, rodziców, rodzeństwo… W 99 procentach przypadków byli oni aresztowani przez północnokoreańską bezpiekę. Albowiem odpowiedzialność za nieprawomyślne czyny w Korei Północnej ponoszą wszyscy członkowie rodziny do trzeciego pokolenia.
Korea Północna od samego zarania jest reżimem patologicznie łączącym stalinowską wersję marksizmu (zmodyfikowaną o wiele bardziej, aniżeli w maoistowskich Chinach, czy w Kambodży, Pol Pota), konfucjańską ortodoksję podległości i posłuszeństwa z nacjonalizmem i quasi-religijnym, fanatycznym oddaniem dla Wodza.

To wszystko znajdziemy w książce Barbary Demick. Przeczytałem ją, jako rzetelny dokument, autentyczne świadectwo tych, którzy ośmielili się uciec. Słowo „ucieczka” jest jednak eufemizmem. Głód, upodlenie i zezwierzęcenie, jakiego doświadczają obywatele KRLD, są jedną stroną medalu. Stroną drugą jest próba odnalezienia się w realiach kapitalistycznych (nomenklatura na linii: kapitalizm vs komunizm jest w tych przypadkach oczywistą konekwencją przeżyć każdego uciekiniera), zmaganie się z traumą po gwałcie, jakiego doświadczyła (i wciąż doświadcza!) każda ofiara reżimu Kimów.

Mamy świadomość, że o wszystkich zbrodniach i o samej istocie tego skurwiałego systemu dowiemy się dopiero po jego upadku. Dopiero wtedy zaleje nas fala relacji, świadectw, dokumentów i faktów – bez cięć i cenzury.
Nie będę tu zgrywał domorosłego analityka, którym oczywiście nie jestem, ale nie sądzę by ten ohydny komuszy skansen przetrwał po tym, jak zdechnie, bądź przestanie nim rządzić Kim Dzong Un.

Niepokoi mnie coś zupełnie innego…
Jako maniak radia i zakresu fal krótkich, niemal codziennie słucham audycji z Wietnamu, Japonii i z… Korei Południowej (wszystkich w/w słucham po rosyjsku). KBS Radio (Korean Broadcasting Service) nadaje codzienne audycje w wielu językach. Co roku otrzymuję listy od redakcji, naklejki, kalendarze, gadżety z Południa. To zwyczajowa praktyka każdej krótkofalowej radiostacji; każdy słuchacz z Europy jest dla nich rzadkością…
Na czym polega mój niepokój? Otóż w sensie prawnym obie Koree są wciąż w stanie wojny, a formalnie każdy obywatel Północy jest jednocześnie obywatelem państwa ze stolicą w Seulu. To olbrzymie ułatwienie dla uciekających z Korei Północnej, ale – słuchając codziennie serwisów z Seulu, w których zawsze znajduje się kilka minut na poruszenie tematu Północy – potencjalny problem dla Korei Południowej. Burżujska gospodarka Seulu i konsumpcyjne społeczeństwo Korei Południowej, są kompletnie nie przygotowane do ewentualnego napływu fali uchodźców z Północy w przypadku upadku rzeźni Kim Dzong Una. Najbardziej ostrożne szacunki mówią o koszcie ponad biliona zielonych…
Nie wydaje mi się, że władze Południa otulą wszystkich obywateli Północy empatycznym i finansowym kocykiem, gdy padnie „ludowo-demokratyczny” gułag ze stolicą w Pjongjangu.

Przeczytajcie tą książkę. Demick napisała bowiem kawał dobrego reportażu, unikając prostackiego patosu i uogólnień. Opisała przejmujące losy tych, którzy będąc teraz bezpiecznymi, poza zasięgiem komunistycznej maszynki do mięsa, toczą wewnętrzą wojnę ze wspomnieniami, wyrzutami sumienia i z wdrukowanym w ich umysły kodem śmierci, opresji i ideologii północnokoreańskiego zamordyzmu…

* * *

Garść informacji nt północnokoreańskiego radia słyszalnego w Polsce…

Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna nadaje codzienne audycje na falach krótkich.   Nadawane są w godzinach popołudniowo-wieczornych (czasu polskiego), niemniej z uwagi na słabą moc nadajników (i zapewne przekaźników w Albanii), dosyć trudno złapać je w Europie.

W Polsce KRLD słyszalna jest po rosyjsku i angielsku. Jakość sygnału zależy od czułości odbiornika, warunków atmosferycznych i miejsca odbioru. Standardowe, stare analogowe odbiorniki krótkofalowe są raczej bezużyteczne – ich czułość jest zdecydowanie za słaba, by odebrać sygnał z Pjongjangu.

Na profesjonalnych odbiornikach Degen i Tecsun, odebrałem sygnał z Korei Północnej kilkadziesiąt razy, zazwyczaj wtedy, gdy propagacja fal słonecznych temu sprzyjała. Jakość sygnału jeat dosyć licha, aczkolwiek audycje bywają zrozumiałe (szczególnie poza miastem, w lecie i w czasie bezchmurnych zimowych nocy). Codziennie każda radiowa audycja dla zagranicy rozpoczyna się hymnem Korei Północnej, po czym następuje zwyczajowy orgazm pochwalny ku chwale Marszałka (Kim Ir Sena), Ukochanego Przywódcy (Kim Dzong Ila) i – obecnie – Kim Dzong Una.

Audycje w językach europejskich są „nieco” wyważone pod względem propagandowym, ale i tak po kilku minutach nikt normalny nie uzna ich za poważne, rzetelne i miarodajne. Śmierdzi fanatyzmem i propagandą. Niemal zawsze pod koniec audycji następują spore interferencje i zakłócenia. Czasem sygnał KRLD (na południu Polski) nie jest słyszalny tygodniami, a nawet przez kilka miesięcy.

Pod tagiem DX (oraz: radio, shortwave) na tym blogu znajdziecie nagrane fragmenty anglo- i rosjskojęzycznych audycji z obu Korei.

Julius Margolin – „Podróż do krainy zeków”

image

Duszny wieczór… Zapalam papierosa i leję sobie pięćdziesiątkę zimnej czystej. W tle sączy się ambient z radia, a ja gapię się na szarzejące beskidzkie szczyty.

Właśnie skończyłem Podróż do krainy zeków. Podróż, która wgniotła mnie w ziemię, sponiewierała i zostawiła samego w złowrogiej ciszy. Wódka spływa ciepłym strumieniem, flaki ogarnia dziwny niepokój…

Powiedzieć, że ta książka jest fenomenalnym świadectwem barbarzyństwa sowieckiej machiny więziennej to tak, jakby nie powiedzieć nic. To ten rodzaj relacji z piekła łagrowego dogorywania, który wymyka się wszelkim kategoryzacjom. Tej książki nie powinno się recenzować bez emocjonalnego zaangażowania. Nie wspominam już samego jej czytania – w czasie lektury nieuchronnie uderzy nas ów emocjonalny ładunek, głęboko ludzki skowyt kogoś, kto przed łagrem – jak Julius Margolin – pędził życie filozofa i pisarza w przedwojennej Polsce, po czym wessała go wojenna zawierucha i machina NKWD. Wessała w otchłań „obozów pracy poprawczej”. Заключенный (зэ-ка) – zek, więzień, wróg, parch. Tym stał się Margolin dla Kraju Rad.

Julius Margolin był polskim Żydem urodzonym w Pińsku (obecnie należącym do Białorusi), filozofem, myślicielem, pisarzem i przedstawicielem syjonizmu. Jeszcze przed wojną wyjechał wraz z rodziną z Łodzi do Palestyny i tam postanowił osiąść.
Tęsknota za przyjaciółmi, Pińskiem i rodzicami sprawiła jednak, że zapragnął odwiedzić Polskę. Na jego nieszczęście, uczynił to tuż przed wybuchem wojny.
Świadomy faszystowskiego zagrożenia i pomny antysemickich ekscesów skrajnej prawicy II Rzeczypospolitej, instynktownie uciekł z Łodzi na wschód, do rodzinnego Pińska. Margolin nie przypuszczał nawet, że zajęte przez komunistów polskie ziemie na Wschodzie (na krótko po agresji Hitlera) staną się początkiem jego gehenny.

Alians Hitler-Stalin na początku II Wojny Światowej wydawał się dla Margolina czymś niezrozumiałym i ohydnym. Znalazł się w potrzasku. Nie mógł i nie chciał wrócić do Polski z powodu oczywistego zagrożenia ze strony nazistów. Nie mógł też – jako polski obywatel – opuścić Pińska, który stał się już miastem „wyzwolonym” przez Armię Czerwoną i był częścią ZSRS. Skoro nie istniało coś takiego jak państwo polskie, znajdował się on na terenie imperium Stalina „nielegalnie” (mimo że wszystkie jego dokumenty i wiza były w porządku).
Margolin próbował wydostać się z ZSRS przez Rumunię i Litwę. Bez skutku. Został wreszcie aresztowany i skazany na 5 lat czegoś, o czym nie miał zielonego pojęcia. Nie przypuszczał, że w kraju „proletariatu i humanizmu” istnieje coś tak przerażającego. System obozów pracy poprawczej. Łagry.

Skazany za sam fakt „nielegalnego” przebywania na terytorium ZSRS, Margolin trafia do łagrów na Północy. Najpierw w kraju karelskim, a potem w archangielskim. Odsiaduje cały pięcioletni wyrok, doświadczając  okrucieństwa sowieckich obozów pracy.

* * *

Dlaczego Podróż… jest wyjątkowa, jako świadectwo komunistycznego terroru i zezwierzęcenia? Przede wszystkim – to istotne! – jest to książka napisana o wiele wcześniej, aniżeli sztandarowe  dzieła literatury łagrowej Szałamowa, Sołżenicyna czy Herlinga-Grudzińskiego. Po drugie mamy do czynienia z ofiarą sowieckiej machiny śmierci, która będąc polskim Żydem, czuła się przede wszystkim obywatelem i mieszkańcem Palestyny. Po trzecie – nie mniej ważne – Margolin (który pisał Podróż… w Tel Awiwie od grudnia 1946 do października 1947) spotkał się z szokującą dla niego barierą milczenia i wrogości wobec chęci ujawnienia sowieckich zbrodni w łagrach, wobec osądzenia ich przez „świat Zachodu”, przez wszystkich przyzwoitych ludzi… Przyzwoitość jest tutaj kategorią istotną, albowiem Julius Margolin – jako człowiek Zachodu – święcie wierzył, że intelektualne kręgi Europy owładnięte lewicową gorączką w czasach powojennych, obudzą się i zrewidują swoje poglądy na temat „ojczyzny proletariatu”.
Niestety spotkało go gorzkie rozczarowanie. Domyślam się, że umierając w 1971 roku, wciąż czuł potworny zawód z tego powodu, że nawet w Izraelu był niezrozumiany i odrzucony jako ofiara sowieckich obozów śmierci.

* * *

Podróż do krainy zeków  trzeba przeczytać. Celowo nie skupiam się w tej recenzji na szczegółach życia obozowego opisywanych przez Margolina. 700 stron relacji z piekła, to skondensowany akt oskarżenia i demaskacja leninowsko-marksistowskiego raju dla robotników i chłopów. Margolin był filozofem i z właściwą swojej profesji przenikliwością opisał proces upodlenia i powolnej śmierci w objęciach systemu, w którego istotę wpisany był terror i masowa, przemyślana i z żelazną konsekwencją prowadzona degradacja ludzi uznanych za wrogów ludowej ojczyzny.

Nie mniej ciekawym wątkiem w książce jest żydowskie pochodzenie Autora. Margolin będąc Żydem, często w swojej relacji kładł nacisk na ten aspekt łagrowej katorgi. Ponadto warto zwrócić uwagę na bardzo empatyczny sposób opisywania relacji wewnątrzłagrowych. Margolin napisał w łagrze Teorię wolności – traktat niezwykłej wagi, który bezowrotnie przepadł na samym końcu jego pięcioletniego uwięzienia. Podróż do krainy zeków jest zapewne rozpaczliwą próbą odtworzenia koszmaru. To głęboko humanistyczny krzyk. Pierwszy z krainy zeków.
Jerzy Czech, tłumacz polskiego wydania, w słowie wstępnym zauważył coś niebagatelnego: … mówilibyśmy nie „archipelag gułag”, ale „kraina zeków”. Gdyby tylko książka Margolina przebiła mur milczenia w świecie Zachodu. Gdyby nie spotkał się on  z obłudną tendencją do odrzucania jego świadectwa w imię „czystości marksistowskiej teorii klas” w Europie Zachodniej.

* * *

W czasie lektury Podróży… rozmawiałem z moimi znajomymi i przyjaciółmi z Rosji i Białorusi; anarchiści, feministki, punki, wreszcie osoby nie zaangażowane ideowo w cokolwiek wykraczającego poza rosyjską i białoruską rzeczywistość. Wszyscy bez wyjątku – zapytani o Juliusa Margolina – odpowiadali: Нет, вообще не знаю, никогда не читал/-а…
Co więcej, do dziś w Rosji nie wydano oficjalnie Podróży… Pierwsze rosyjskojęzyczne wydanie pojawiło się w 1952 roku, w Nowym Jorku. Znamienne.

Ironia losu: w rosyjskim wydaniu Wikipedii, Julius Margolin, to: русско-еврейский писатель, публицист, историк и философ, деятель.. Rosyjsko-żydowski! Człowiek, który całe swoje życie był polskim Żydem, mieszkańcem Palestyny, a potem Izraela, który w najbardziej esencjonalny i filozoficzny sposób traktował ZSRS jako ziemię swojego uwięzienia, stał się „rosyjsko-żydowskim” myślicielem, pisarzem i filozofem…
Jestem anarchistą, ale wiem że Margolin przewracałby się w grobie, gdyby przeczytał to, co współcześni mogą po rosyjsku przeczytać o jego pochodzeniu…

* * *

Podsumowanie.

Dla kogoś, kto nigdy nie miał styczności z lekturą nt łagru i komunistucznego upodlenia w imię quasi-humanistycznych idei, Podróż do krainy zeków powinna być absolutnie pierwszą książką w tej materii!!!
Potem trzeba przeczytać Szałamowa i jego Opowiadania kołymskie no i wszystko co łagrowe Sołżenicyna. Wtedy liźniemy maleńki procent tragedii i śmierci. Upodlenia i oczekiwania na koniec. Kogo pochłonie świadectwo z łagrów, ten zawsze będzie grzebał w historii, aby zrozumieć nie tylko komunistyczny terror, ale i kondycję homo soveticus

Lektura obowiązkowa. Bezsprzecznie.

Chciałem jeszcze dziś napisać o książce Anne Applebaum – Za żelazną kurtyną
Nie mogę. Muszę „wchłonąć” książkę Juliusa Margolina. To świadectwo, a nie praca historyczna. Może w jakiś jebnięty sposób przyswajam relacje z sowieckich czasów, może biorę je zbyt „do siebie”.

Dygresja…

Tak samo czytałem powieść Jeleny Czyżowej – Czas kobiet. To też jest świadectwo, liryczne ujęcie homo soveticus w swej esencjonalnej formie. Tyle że Czas kobiet jest „drugą stroną lustra”, optyką zniewolenia poza drutami łagru. Kto nie zna, niech koniecznie przeczyta..

Книги, водка и лень..

image Część już przeczytana, część oczekuje na półce. Dodatkowo Kindle przeładowany megabajtami ebooków (w szczególności tych w rosyjskim oryginale), które czekają na swoją kolej.

Umiejętnie balansując pomiędzy wydatkami z robolskiej pensji, dzielę kasę na książki, alkohol i pozostałe potrzeby życiowe (zabawny patos…).

Niebawem garść recenzji, szczególnie tych „ruskich”. W jakiś przewrotny sposób mimowolnie pochłania mnie Rosja. Ostatnio odwiedziła mnie koleżanka z Moskwy (która w ramach skromnego prezentu dla palacza przywiozła mi mały zapas rosyjskich Biełomorów). Poza tym niejako podświadomie, bez intencjonalnych spazmów, łażę po ruskich stronach, słucham ruskiego radia, a klawiatura na kompie i telefonie zazwyczaj jest u mnie cyrylicą. Ну, бывает…

image Póki co korzystam ze strzępów wolnego od pracy czasu, zakopany w książkach po uszy. Zapraszam do mojej chatki na wódkę, ognisko i inne przyjemności beskidzkiego lasu!