E-palenie…

Każdy, kto zna mnie choć trochę wie, jak dużo palę. Jaram od lat wielu, nie pomnę kiedy to się zaczęło… Lubię i tyle. Problem w tym, że miesięczny wydatek na tytoń, bletki i filtry, jakiś czas zaczął mnie przerażać. Nie jest to tania zabawa, a biorąc pod uwagę fakt, że za kołnierz również nie wylewam, no i muszę miesięcznie kupić zapas książek, kwoty – jak na moją proletariacką pensję – robią się kosmiczne.

Rzuciłem więc tradycyjne szlugi na rzecz e-papierosa. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z e-paleniem, bo już rok temu spróbowałem, o co kaman. Wtedy jakoś nie podszedł mi ten sposób nikotyzowania się. Teraz jednak nie dosyć, że zapomniałem o normalnych papierosach, to w dodatku zaczęły mi one śmierdzieć (sic!). Oczywiście nie wzgardzę skrętem z Druma, czy aromatycznego Turnera, ale skala jest teraz nieporównywalna; jeśli kiedyś paliłem dziennie 40-50 fajek, a teraz palę zaledwie kilka tygodniowo, różnica jest – łagodnie mówiąc – spora :)

Kwestia smakowa przy e-papierosach, to rzecz do bólu subiektywna. Dobór bazy (czyli glikolu i gliceryny z zawartością nikotyny) i aromatów jest dziecinnie prosty, a wybór olbrzymi. Osobiście palę mocną bazę (z zawartością nikotyny – 24mg), a jeśli chodzi o smaki, najczęściej jest to tytoń (Burley), czarna kawa, gorzka czekolada, mięta… czasem skuszę się na świeży chleb, wiśnię albo herbatę.

Z racji tego, że w pracy zapanowała swoista moda na e-fajki, tworzymy obecnie coś w rodzaju jebniętej sekty e-palaczy, przez co z dnia na dzień wkręcam się w tematykę od strony technicznej. Dzięki temu przekonałem się, że aby naprawdę mieć przyjemność z palenia, warto wiedzieć z czego palić. Można bowiem kupić shit, przepłacić i po tygodniu wrócić niezadowolonym do zwykłych papierosów, albo zaoszczędzić tak, że kasa za e-fajkę zwróci się po 1-2 tygodniach, a palenie będzie przyjemnością (taaak, istnieje coś takiego jak przyjemność palenia, nawet w dobie anti-smoking kampanii…).

Moim podstawowym „sprzętem” jest bateria Vision Spinner 1300mAh upgrade oraz clearomizer Aspire ET BDC + grzałki Aspire BVC (fota powyżej, zestaw po lewej). Na jednym ładowaniu palę ok 12-20 godz. w zależności od częstotliwości i ustawionego napięcia (im większe, tym mocniejszy e-papieros i większa chmura). Grzałka wytrzymuje ok. 2 tygodni ciągłej eksploatacji.

Niejako „rezerwowo” mam również baterię Joyetech eGO-T 650 mAh upgrade, clearomizer Aspire CE5-S BvC + grzałki j/w (fota powyżej, zestaw z prawej). Ta e-fajka wytrzymuje ok 6-8 godz. intensywnego palenia… Ostatnio jednak miałem okazję wypróbować, coś po czym mogę powiedzieć, że e-palenie, to hardcore! Mowa o Vapros Nunchaku Battery-V1 2000mAh + Vapros V-Spot Atomizer (fota poniżej). Ten zestaw po prostu zabija! Ktoś, kto pali zwykłe papierosy nie ma zielonego pojęcia, jaką jakość może mieć palenie; parę buchów z w/w zestawu i nie chce się wracać nie tylko do papierosów, ale i do innych e-składaków.

Załamujących ręce nad szkodliwością palenia nie będę pocieszał, ni polemik z nimi prowadzić nie zamierzam :) Palę, bo lubię i tyle. Niech Was pocieszy fakt, że w e-papierosie nie ma benzenów, cyjanków i innych wodorotlenków-czegoś-tam, obecnych w czasie spalania tradycyjnego papierosa. Kaszlu palacza po przebudzeniu brak, jak również nie ma kaca po baletach, gdzie wóda z papierosami tworzą rankiem mix, po którym jednym pęka głowa, a inni miewają bliskie spotkania z muszlą klozetową.

Tym oto smakowitym akcentem kończę ów wpis. Konkluzja: jeśli ktoś już pali, warto zainwestować w e-fajkę, która zwróci się szybciej, niż Wam się wydaje (biorąc pod uwagę złodziejskie akcyzowe haracze na wyroby tytoniowe, wciąż podwyższane przez mafię zwaną potocznie państwem).

 

Dotarł Niedźwiedź…

Yeah! Po długim oczekiwaniu (tutaj dziękuję Poczcie Polskiej – niereformowalnym molochu, który nawet po 666 restrukturyzacjach nie potrafi dostarczyć przesyłki w rozsądnym czasie – porażka!) wreszcie dotarła do mnie książka: Niedźwiedź w cieniu Smoka. Rosja – Chiny 1991 – 2014, Michała Lubiny.

Opasłe tomisko (632 str. gęstego druku), na które ostrzyłem sobie zęby od pierwszej chwili, gdy przeczytałem o tej publikacji na stronie Centrum Studiów Polska-Azja. Z korespondencji mailowej, jaką nawiązałem z CSPA, wynikało że zainteresowanie książką Michała Lubiny przeszło ich najśmielsze oczekiwania, a nakład i dodruk rozchodzą się błyskawicznie. I wcale się nie dziwię.

Słów kilka z okładki:

Niedźwiedź w cieniu Smoka. Rosja – Chiny 1991-2014 Michała Lubiny, to pierwsza w języku polskim całościowa monografia opisująca współczesne stosunki rosyjsko-chińskie. Bazując na bogatym materiale źródłowym i osobistej znajomości Rosji i Chin, autor głosi, że lata 1991-2014 stanowią okres przełomowy w stosunkach na linii Moskwa-Pekin. Po raz pierwszy w historii najnowszej to Chiny stały się partnerem silniejszym, zyskując wieloaspektową przewagę nad Rosją w relacjach wzajemnych, która to przewaga prawdopodobnie będzie się tylko pogłębiać.

Czasowa rozpiętość, jaką wziął na warsztat Autor, opisując stosunki: Rosja – Chiny, sprawia, że lektura zapowiada się bardzo, bardzo ciekawie. Hmm… obawiam się, że zostawię na krótko wszystkie inne książki, jakie teraz czytam i zabiorę się właśnie za tą monografię…

Czytajcie, a będzie Wam dane!

Frank Dikötter – Wielki głód. Tragiczne skutki polityki Mao 1958-1962

Monumentalny dokument-świadectwo okrucieństw polityki Mao podczas Wielkiego Głodu! Frank Dikötter zebrał i opisał potężną ilość faktów nt tej jednej z najtragiczniejszych katastrof humanitarno-politycznych na świecie w XX wieku. Opierając się na odtajnionych dokumentach Komunistycznej Partii Chin, jak również na relacjach świadków i ich rodzin, Dikötter z niezwykłą precyzją przedstawia klęskę głodu i jej przyczyny. Wielki głód… jest publikacją faktograficzną, co niektórych może zrazić (z uwagi na objętość książki), ale statystyka nie przesłania tutaj tragedii głęboko ludzkiej oraz anty-ludzkiej polityki Mao i chińskiego aparatu komunistycznego. Autor wnikliwie analizuje poszczególne przypadki głodu i postępującą katastrofę, dystrofię wręcz chińskiego społeczeństwa. Biorąc pod uwagę przestrzeń tego kraju, uwarunkowania kulturowe jak i psychologiczną konstrukcję Mao Zendoga – książka Franka Diköttera ujawnia prawdziwą skalę komunistycznego sadyzmu w imię chorej idei i chorych dyktatorskich rojeń…

Po lekturze Wielkiego głodu…, niejako automatycznie wyjąłem z półki Prywatne życie przewodniczącego Mao, dr-a Li Zhisui i przeczytałem po raz kolejny (trzeci chyba) tą biografię Mao napisaną przez jego osobistego doktora. Bardzo mocno polecam obie książki, jako komplementarne w kontekście zbrodni, jakich Mao Zendog dopuścił się na dziesiątkach milionów mieszkańców Chin!

Andrzej Stasiuk – Wschód

Przyznam szczerze, że „pokłóciłem się” parę lat temu ze Stasiukiem. Dosyć długo nie sięgałem po jego książki, chociaż niemal wszystko, co napisał, przeczytałem. Czas zatarł powody moich fochów, zapewne po pijaku wkurwiłem się na coś co napisał, sam nie wiem :D Chyba nawet na blogu, gdzieś tam marudziłem nt fragmentu jego prozy wydrukowanym w magazynie Książki… Nic to! Wschód rządzi i jest to książka po prostu fenomenalna!

Kupiłem tą książkę i zeżarłem ją w całości. Zachłannie i niemal bez przerw. Sam tytuł już podziałał na mnie jak fetysz, a znając Duklę, Białego kruka i ogólnie sposób pisania Stasiuka, już na początku opowieści przyssałem się do tej książki szaleńczo. Wschód, to opowieść głęboko włóczęgowska, ale nie reporterska. Refleksyjna do bólu. W czasie lektury ulegałem złudzeniu, że przeglądam wielobarwny album, w którym trochę przypadkowo, a trochę linearnie przeplata się Podlasie, wschodnia Syberia, Mongolia, wschodnie Mazowsze, ukraiński step i Bieszczady. „Wschód”, jako pojęcie, byt filozoficzny, geograficzna przestrzeń, czy wreszcie sposób oddychania rzeczywistością – to wszystko znajduje się w książce Stasiuka i domyślam się że po jej lekturze całkiem sporo ludzi zarazi się wschodnim bakcylem. Ja już od dawna jestem zainfekowany i nie zamierzam owej infekcji wywalać poza nawias mojego koślawego życia! Lektura obowiązkowa!

Swietłana Aleksijewicz – Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka

Każda książka Swietłany Aleksijewicz, to skarb. Jest ona mistrzynią ratowania od zapomnienia przestrzeni byłego ZSRS. To nie tylko kronikarski zbiór wydarzeń i faktów w obrębie czegoś tak olbrzymiego, jak osierocone wyspy sowieckiego archipelagu, ale również do bólu autentyczne historie człowieka, jednostki. Człowiek jest bowiem punktem wyjścia dla Aleksijewicz. Zawsze i bez wyjątku. Czasy secondhand…, to kolejny zbiór indywidualnych historii ludzkich, przesiąkniętych czasem smrodem, a czasem ledwie uchwytnym aromatem postsowieckiej lśniącej bańki, która pękła – dla jednych z wielkim trzaskiem, dla innych z dźwięcznym, wesołym podmuchem nowego.

Homo sovieticus, to nie tylko kategoria socjologiczna. То wciąż jeszcze rzeczywistość na sporym kawałku naszego globu. Ludzie rzucani jak piłeczki golfowe przez dyktatorskie, polityczne widzimisię  – od Stalina do Breżniewa – po całym byłym Związku Sowieckim; zniszczona ciągłość kulturowa całych grup społecznych i dramaty poszczególnych jednostek pozostawionych samym sobie, bądź wessanych w system dziwnych, chorych zależności. Rozpad tego potwora o nazwie ZSRS, to także rozpad ludzkich głów, zanik jakiejkolwiek egzystencjalnej zdolności wyłapywania azymutu, określania sensu w minimalnym choćby wymiarze życiowym. O tym wszystkim jest nowa książka Aleksijewicz.

Książkę warto przeczytać również dlatego, że i my odnajdziemy w niej odprysk sowieckiego molocha, gdzieś z tyłu naszych głów. W organizmach wielu z nas tkwi radioaktywny pierwiastek Czarnobyla, a postsowieckie pokolenie frustracji również w Polsce ma przetrącony kręgosłup – jak miasta-widma na Syberii, z budynkami o pustych oczodołach okiennic.

Krzysztof Samborski – Zjadłem Marco Polo

Wspaniała książka podróżnicza opisująca przeprawę motocyklową w cudowne pustkowia Kirgistanu, Tadżykistanu, Chin i Afganistanu. Książka napisana bez zadęcia, wyprawa zorganizowana bez grubej kasy, Autor trzymający fason, w gruncie rzeczy relacjonujący czytelnikowi swoją podróż jak kumpel.

Santorski odkrywa przed nami bezkresną przestrzeń Azji Centralnej, która nie została jeszcze zmielona przez zachodnią maszynkę do  zarabiania kasy, zwanej potocznie „turystyką”. Na dźwięk słowa „turysta” chce mi się rzygać i może dlatego tak świetnie czytało mi się tą książkę. Kulturowe bogactwo i pustkowia, o których pisze Autor, to nie skamieliny, które możemy „podziwiać” w Wikipedi na zdjęciach. To pulsujący, żywy organizm, przysypany pyłem z górskich szlaków, czasami zahibernowany w niedostępnych przełęczach. Nie będę rozpisywać się o szczegółach, by nie psuć Wam lektury. Dość powiedzieć, że to jedna z lepszych książek włóczęgowskich nt szeroko pojętego Wschodu.

Owocem owej lektury – w moim przypadku – jest nawiązanie kilku fajnych znajomości z ludźmi z Biszkeku i Duszanbe.

 

@JeSuisAnarchiste

Podły nastrój skłania do refleksji, cynicznych uwag, malkontenctwa i drażnienia się z rzeczywistością… Tym bardziej, gdy tragedia i farsa linearnie suną przez otaczającą nas rzeczywistość. Ten specyficzny rodzaj zrezygnowania ze świata i zmęczenia nim lepi się do mnie, szczególnie po ostatnich wydarzeniach w Paryżu i po reakcjach na nie. Byłbym idiotą, gdybym popłynął z nurtem medialnego ścieku pt.: @JeSuisCharlie i temu podobnych spazmów po atakach kolejnych pojebów, którym religia do reszty wyprała mózgi.

Nie przekonuje mnie ani trochę „ekumeniczny” bełkot umiarkowanych religijnie „autorytetów” islamu, chrześcijaństwa, czy judaizmu, że w gruncie rzeczy religia nie ma z tym nic wspólnego, że monoteizmy trzęsące sporą częścią świata, to wyłącznie źródło miłości i wzajemnego szacunku. W tym kontekście pamiętamy o kryzysie irlandzkim poprzedniego wieku, widzimy jak kwitnie osadnictwo żydowskie na ziemiach palestyńskich, o islamskich formach fundamentalizmu nie wspominając. Przemoc i rzeź jest wpisana w te ohydne anachroniczne cielska religijne od samego ich zarania. Na nic zdają się wszelakie czary-mary i lukier miłości wylewający się z cytatów ksiąg świętych. Ekstremizm religijny  jest skorelowany z innym rodzajem przemocy wewnątrz trzech wielkich monoteizmów – z instytucją dogmatu. Dogmatyzm i przemożna chęć jego egzekwowania rodzi sprzeciw reformatorów, co prowadzi do schizm i wszelkich innych pęknięć – po to by zrodzić nową jakość religijnej materii, która w większości przypadków jest równie dogmatyczna, jak „pierwowzór” (o ile nie bardziej); zmieniają się jedynie pryncypia lub intensywność ich przeżywania / wprowadzania w życie.

Ta (nomen omen) śmieszna i karykaturalna akcja solidarnościowa z zabitymi dziennikarzami w Paryżu nie zwraca uwagi na fakt, że gazeta, w której publikowane były owe „satyryczne rysunki”, to rasistowskie i seksistowskie piśmidło z poczuciem humoru na poziomie naszych Faktów i Mitów (czyli wieś i prostactwo). Mnie taki humor po prostu nudzi albo wkurwia – w zależności od poszczególnych rysunkowych potwórków. Mogę nazwać siebie i ateistą i antychrześcijaninem. Mógłbym oczywiście nazwać się antyislamistą, bądź antyjudaistą w wartswie filozoficznej (czy – jak kto woli – życiowej po prostu), ale ma się to nijak do tej przestrzeni kulturowej, w jakiej przychodzi mi codziennie funkcjonować. Inaczej sprawa miałaby się, gdybym mieszkał w którejś z europejskich metropolii, gdzie kwestia monopolizowania przestrzeni publicznej przez islamskich radykałów jest na tyle poważna i aktualna (aczkolwiek obecna w Europie od dziesięcioleci), że trudno byłoby obok niej przejść obojętnie.

Problem jednak w tym, że mój sprzeciw i ewidentny wkurw wobec islamskich radykałów uzurpujących sobie prawo do „przejmowania” pewnych obszarów publicznych jako swoich, nie wynika ani z rasizmu, ani z mieszczańskiego „szoku” po latach wygodnego gnicia w enklawach klasy średniej. Życie na kredyt i tępe poczucie stabilizacji pękły jak mydlane banieczki.

W tym kontekście naprawdę nie interesuje mnie, czy przez debila zawłaszczającego przestrzeń publiczną przemawia Allach, czy inny Jezus. Jeśli nie mogę przejść daną ulicą, ponieważ jestem „niewierny”, jeśli gdzieś tam muszę się pokłonić, bo wymaga tego nie mój symbol religijny, albo moje uszy są gwałcone przez dzwony i głośniki wystawione przed kościołami – wtedy mówię NIE! To w sumie groteskowe, że żyjemy w czasach, gdzie to ja muszę tłumaczyć podstawy mojego ateizmu, by przypadkiem jakiś religijny „wrażliwiec” nie poczuł się dotknięty, podczas gdy od lat, od wieków, to właśnie religijni popaprańcy (mowa o tych nadgorliwych mendach, którzy gotowi są zawsze i wszędzie postawić jeszcze jeden krzyżyk, którzy zbudują jeszcze jeden meczet, etc…) zachowują się tak, jakby to świeckość przestrzeni publicznej – sama w sobie – była dla nich największym zagrożeniem.

Źródłem owego problemu w Europie jest sama Europa i jej kulturowy konstrukt. Kiedy słyszę w mediach, że „w gruncie rzeczy polityka imigracyjna i polityka integracji imigrantów ze społeczeństwami europejskimi była i jest prowadzona rozsądnie”, ogarnia mnie pusty śmiech. Fakt (rzecz oczywista, słuszny) otwartości na imigrantów (tutaj akurat mówimy o imigrantach z krajów islamskich) nie rozwiązał i nie rozwiązuje problemu. Polityka socjalna wobec tych ludzi – również. Imigranci mający poczucie bycia obywatelami drugiej, czy trzeciej, kategorii są żywym dowodem na to, że gdzieś po drodze pomylono i zmiksowano jak w blenderze dwie kwestie: poczucie minimalnej choćby satysfakcji socjalno-bytowej tych ludzi (uogólniam w tym momencie, biorąc pod uwagę spore – paradoksalnie – rozwarstwienie wewnątrz etniczno-religijnych społeczności islamskich w Europie) z europejską otwartością pod sztandarem multi-kulti.

Drążąc dalej temat, natykamy się na kolejne spirale tak kurewsko trudne do ujęcia w cokolwiek spójnego! Jeśli imigranci z krajów islamskich w drugim, czy trzecim pokoleniu żyjący w Europie (zatem – w większości – tracący formalnie status imigranta, a będący – równie formalnie – obywatelami danego kraju) z jednej strony nie mogą, a z drugiej strony nie chcą (czy to częściowo, czy całkowicie) wpisać się w przestrzeń kulturową Europy.

Kolejny zawijas… Nie mogą, bo pierdolona europejska kultura samozadowolenia integralnie połączona z jej quasi-wolnorynkowym dobrobytem, stawia na lenistwo w obrębie życia prywatnego (po pracy) i na poczucie satysfakcji z „osiąganych celów” (zazwyczaj na kredyt – zatem w pracy). W skrócie – spora część imigrantów nie ma wjazdu na tą naszą kaleką dyskotekę pt: Europa. Nie ma zdolności kredytowej, nie ma stałych (oficjalnie przyklepanych przez fiskalne pijawki) dochodów, a jeśli ma, to są one śmiesznie małe, by wskoczyć na wyższą półkę społecznej tolerancji (nie mówiąc o akceptacji). Nikomu nie trzeba mówić, że tak rodzi się „poczucie frustracji” (jedna z ulubionych zabawek medialnych ekspertów-w-temacie)…

A co z tymi, którzy nie chcą? Oczywiście obie grupy są przemieszane, ale zdarza się, że niektórzy pryncypialnie nie chcą. Jeśli chcą zachować swoją integralność kulturową, religijną i drażni / rozczarowuje / wkurwia ich ten nasz (europejski) syf? Co wtedy? Ano mają do tego prawo. Pełne prawo. Kontynent, na którym żyjemy płaci właśnie konkretną cenę za syfiastą ekspansywność w innych częściach świata (gdyby żył Fanon [niezbyt – łagodnie mówiąc – lubię marksistów], pewnie napisałby dziś kolejną część Wyklętego ludu ziemi…). To nie żart. Owa multi-kulti otwartość nie znała takich hardkorowych akcji, ponieważ europejskie społeczeństwa olały temat imigrantów, gdy skończyła się epoka kolonizacji (przynajmniej tej rozumianej XIX-XX-wiecznie), uznały, że resztę załatwi – tak tak! – państwo. A państwo jak zwykle wszystko spierdoliło.

Dochodzimy do tych, którzy nie chcą, ale z religijną premedytacją. Bo Allah, bo Koran, bo chuj wie jeszcze jaki mułła… Tutaj kończy się nie tylko przychylność, otwartość i empatia ale i moja tolerancja. Sorry. Jeśli gnijesz w tym samym syfie, co ja – czyli w Europie – i chcesz mi powiedzieć, że powinienem/muszę zmienić to i to, że tak „będzie lepiej” dla mnie, a jeśli tego nie zaakceptuję, to jakieś piekła i inne podobne czekają na mnie – do widzenia! Jeśli będziesz starał się wprowadzać w życie swoje religijne spazmy w przestrzeni publicznej – na pewno się spotkamy. Jeśli powiesz, że twoja religia czegoś zabrania, a to czego zabrania, robię właśnie ja – fuck off! :)

Z uśmiechem. Z tym, że ja nie jestem Charlie. Nie jestem tą gazetą. Nie jestem tą wartością. Nie jestem tą Europą.

Jestem anarchistą i mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że optyka bezpaństwowa, to jak balsam na multikulturalizm!

PS: tekst – jak widać – mocno nieuczesany. Polemiki jak najbardziej mile widziane. Proszę się liczyć z moimi dookreśleniami (jak wypocznę,hehe)…

John Sweeney – Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu

Przykro to stwierdzić, ale chyba znowu dałem się nabrać… Po Ruskim ekstremie, znowu zetknąłem się z książką-ściemą. Tym bardziej jest to przykre, że John Sweeney, to uznany reporter BBC i spodziewałem się naprawdę solidnego kawałka reportażu, tymczasem nie przeczytałem niczego nowego. Ta książka jest po prostu słaba.

Owa „tajna misja” w podtytule polegała na tym, że Sweeney pojechał do Korei Północnej na kilkudniową (sic!) wycieczkę z grupą studentów London School of Economics, podając się za profesora tejże uczelni. Tym oto sposobem przechytrzył reżim Kimów; zapewne jako reporter BBC niewiele lub zgoła nic nie zdołałby zobaczyć/opisać, o ile w ogóle zostałby do Korei Północnej wpuszczony.

Jest więc Sweeney w Pjongjangu i opisuje to, co opisywali przed nim inni: pokazówkę reżimu dla zagranicznych gości, ulice bez samochodów, fabryki-widma, strefę zdemilitaryzowaną, monumenty ku chwale Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila, generalnie cały ten orwellowski skansen, gdzie ludziom pierze się mózgi, zamyka się ich w obozach pracy, zabija, głodzi i terroryzuje we wszelkich możliwych aspektach życia.

Z racji tego, że permanentnie szwędają się za nim psy reżimu („opiekunowie”, jak eufemistycznie się ich nazywa), John Sweeney widzi tylko to, co pozwalają mu zobaczyć, z rzadka jedynie udaje mu się uchwycić okruchy realnej nędzy życia w Korei. Nie jest to oczywiście zarzut wobec Autora, bo kwestią zrozumiałą jest, że nie można mieć pretensji do kogoś, kogo niejako z automatu trzyma się na „turystycznej smyczy” – reżim nie lubi pozaplanowych wyskoków zagranicznych turystów, a to w jaki sposób pokazuje „dozwolone” przestrzenie, czyni taką „wycieczkę” jeszcze bardziej groteskową.

Co w książce Sweeney’a wydało mi się szczególnie interesujące? Dwie kwestie. Po pierwsze nawiązanie do niezwykle istotnego, moim zdaniem, aspektu północnokoreańskiego zamordyzmu, czyli do kwestii rasowej i konotacji pomiędzy nazizmem, a dziedziczną monarchią stalinowską, jaką jest Korea Północna. Rzadko kiedy w literaturze nt tego kraju wątek ów jest eksponowany. Musimy jednak pamiętać, że Kim Ir Sen wielką wagę przykładał do rasowej czystości narodu koreańskiego; struktura grup społecznych i rasowa „przejrzystość” w reżimie północnokoreańskim są o wiele ważniejsze, niż – jak mogłoby się wydawać – internacjonalistyczny i robotniczy etos komunizmu (przynajmniej w deklaratywnej warstwie tegoż). Wątek ten o wiele lepiej opisała i rozwinęła Barbara Demick w swojej świetnej książce o Korei Północnej.

Drugą kwestią jest historia Jamesa Josepha Dresnoka, szeregowca armii amerykańskiej, który w 1962 roku przekroczył strefę zdemilitaryzowaną i uciekł z Południa, do Korei Północnej (polecam dokument na ten temat: North Korea Crossing The Line). Dresnok, jak się okazuje, nie był wyłącznie pożytecznym idiotą reżimu, a kulisy jego życia i relacji z innymi amerykańskimi uciekinierami w Pjongjangu, są tematem na conajmniej jedną solidną książkę. Tutaj niewątpliwy przytyk do Wydawnictwa Muza (ono bowiem wydało Koreę Północną…, Sweeney’a) – może lepiej pokusić się o wydanie polskiego przekładu książek i reportaży nt Dresnoka i jego towarzyszy?

Podsumowując: dla kogoś, kto interesuje się Koreą Północną, książka Johna Sweeney’a nie wnosi niczego nowego. Po prostu niczego. Owa „tajna misja” jest mocno naciąganym chwytem marketingowym, albowiem znane są historie naprawdę dramatycznych losów osób, które narażając życie swoje i innych, próbują pokazać światu co dzieje się, za drutem kolczastym ostatniej stalinowskiej rzeźni na świecie. Dla kogoś, kto o Korei Północnej nie wie nic, ten reportaż będzie na pewno wartościową lekturą.

Szczepan Twardoch – Morfina

Kiedyś wspominałem, że do nowości wydawniczych mam stosunek conajmniej luźny, tym bardziej jeśli idzie o literaturę współczesną polskich autorów. Nigdy nie rzucam się na świeżo wydane powieści, albo robię to cholernie rzadko. Tak było również w przypadku Morfiny, Szczepana Twardocha. Dosyć długo książka ta tkwiła bezczynnie w ebookowym czytniku, ale kilka tygodni temu wreszcie zacząłem ją czytać.

Szczepan Twardoch nie był, jak dotąd, twórcą szczególnie mi znanym. Tu i ówdzie natykałem się na jego nazwisko, przy okazji pałętania się po portalach literackich. Mogę zatem powiedzieć, że do Morfiny podszedłem „na czysto”, bez entuzjazmu ale i bez uprzedzeń. Zacząłem czytać i… po kilkudziesięciu stronach już wiedziałem, że mam do czynienia z rewelacyjnym kawałkiem prozy!

Morfina, to specyficzna, unikalna narracja, której siłę odczuwa się już na początku książki. Umiejscowienie akcji w Warszawie, w pierwszych dniach II Wojny Światowej okazało się rewelacyjnym posunięciem ze strony Autora, a sposób w jaki wykreował on głównego (anty?)bohatera w wojennych okolicznościach, zasługuje na uznanie! Dawno nie czytałem tak wyrazistej prozy!

Konstanty, ni to Niemec, ni Polak, morfinista, dziwkarz, swobodnie poruszający się zarówno na salonach, jak i w szemranym warszawskim towarzystwie. Wydający kasę na kurwy, wódkę i kokainę. Zdradzający żonę (stuprocentową, „eugenicznie zdrową” Polkę z endeckiego domu), miotający się pomiędzy swoją „przyszywaną” polskością, a niemieckością przynależną mu niejako genetycznie. Służący w pierwszych dniach wojny w polskim pułku ułanów, a po kilku tygodniach paradujący w niemieckim mundurze w towarzystwie nazistowskich policjantów. Uwikłany w quasi-konspirację, znienawidzony i nienawidzący samego siebie. Naćpany morfiną i groteskową sytuacją wojenną.

Twardoch stworzył antybohatera i zrobił to bez ceregieli, acz po mistrzowsku. Sprawił, że wszelkie dylematy moralne, psychologiczny burdel w głowie i swoista niemożność samookreślenia (zwłaszcza w czasie wojny) – że to wszystko czyni człowieka jeszcze bardziej (nie)ludzkim. Właśnie… (nie)ludzki (anty)bohater. Morfina, to powieść pozbawiona pomnikowych i górnolotnych spazmów patriotycznych; patriotyzm jako taki, czy też percepcja niemieckości/polskości z punktu widzenia głównego bohatera, to kompletna miazga, cynizm i przegrana. Jest coś w Konstantym z Ciorana, czy z Bernharda. Poza tym książka Twardocha, to solidne psychologiczne studium relacji rodzinnych i ich ciężaru w życiu człowieka. To język brutalny i seksistowski, to wyrachowanie i realizm pozbawiony ozdobników. Nie sposób przejść obojętnie wobec Konstantego, nie da się. Morfiny nie czyta się „z zewnątrz”. Ta książka wciąga nas w nie naszą przestrzeń, stawia nas – czytelników – na gruzach pytań niby nie naszych, a jednak do głębi ryjących bruzdy w naszych głowach.

* * *

Morfinę trzeba przeczytać! To kawałek naprawdę solidnego i nowatorskiego pisarstwa. Na pewno kupię nową książkę Twardocha – Drah.

PS: polecam ciekawy wywiad z Twardochem w ostatnim numerze Książek