Нам, ебанутым, дорога в космос…

Herbata, fajka, w tle Радио Тунгуска… Nocne, trzeszczące myśli, jak karaluchy łażące po sobie, tłoczące się, ocierające się pancerzykami. W obrębie swojego mikro-świata; ni to zanurzone w rzeczywistości, ni odległe o całe lata świetlne od konkretu tejże. Nakręcana, głucho i fałszywie brzmiąca ludzka trywialność. Moja, albo twoja. Co za różnica…

Kilka dni temu, po-raz-kóryś-z-kolei, potknąłem się o kilka złudnych przeświadczeń odnoszących się do drugiego – bliskiego, jak sądziłem – człowieka. Doświadczenie tyleż rozpoznawalne, co traumatyczne. Potwierdzające jedynie to, że w gruncie rzeczy nie jesteśmy zbyt rozgarniętymi zwierzętami i nie potrafimy w odpowiednim momencie oddalić się od potencjalnego źródła przykrości, podobnie jak nie zawsze jesteśmy w stanie (bądź nie chcemy) przewidzieć tego, że stanie się coś złego. Brzmi groteskowo, bo na próżno w ludzkich podrygach doszukiwać się czegoś patetycznego. A pojęcie bliskości w tym kontekście jawi się raczej jako uświadomiona śmieszność, niż swego rodzaju monolit, poprzez który możemy określać nasze położenie względem przychylności innych ludzi. Bliskość, to kolejna kategoria pusta, pozbawiona desygnatu. Określająca raczej mgliste odczucie zbliżania się do człowieka, niż bycia-w-życiu drugiej osoby. W zasadzie bardziej mówimy tutaj o dynamice pewnych przeżyć, aniżeli o czymś konkretnym, przez nas wykreowanym; człowiek kurewsko rzadko jest twórcą czegokolwiek stabilnego, tym bardziej w obrębie doświadczeń z innym człowiekiem. Interakcje naznaczone ową bliskością, są jedynie aktami wzajemnego sprawiania sobie przyjemności, względnie życzliwego tolerowania się w ciasnej przestrzeni. Wszystko inne, to koślawy dramat z pijanym reżyserem marzącym o niepowtarzalnym spektaklu.

Odczucie bycia-w-świecie, bezlitośnie eksploatowane na przestrzeni dziejów (nie tylko jako pojęcie ontologiczne czy epistemologiczne) przez filozofów wszelkich szkół i odcieni, to dla mnie odczucie bycia-w-dystopii. Bycia w złym miejscu. Bycia równie oczywistego, co niemożliwego do zniesienia bez odruchu zniechęcenia i mdłości. Cioran pisząc o tego typu doświadczeniu świata, przywołuje samobójstwo jako potencjalność wyciągającą nas ponad powierzchnię owego zniechęcenia. Mnie jednak nie interesuje samobójstwo „terapeutyczne”, ani żadne inne. Krańcowość doświadczania rzeczywistości – idąc tym samym tropem, co Emil Cioran – musi, jak sądzę, zawierać w sobie zgodę na istnienie tragedii. Innymi słowy, nie sposób wspomnianą wyżej bliskość odczuć i oswoić w sobie, jeśli nie przyjmiemy możliwości jej całkowitego unicestwienia (przez coś lub przez kogoś) – mając świadomość ostateczności wszystkiego, z czym przychodzi nam się zderzać w życiu, możemy naprawdę cieszyć się tym, co się nam przydarza.

Dlatego też rzeczywistość jako dystopia nie stanowi dla mnie niczego potencjalnie negatywnego. Biorąc pod uwagę kompletny (chciałoby się powiedzieć nawet: komplementarny w odniesieniu do świata) brak sensu istnienia, jak i nieobecność prawdy (jako obiektywnej kategorii porządkującej nasze życie pod względem etycznym, czy społecznym), przyjmuję ową dystopię za fakt, nie walczę z czymś, co przecież ani mnie nie atakuje, ani nie przysparza mi korzyści / przyjemności.

Wyłączenie się z „oficjalnego” obiegu słów, myśli, odczuć i stosunków międzyludzkich traktuję jako element „higieny duchowej”. Niebranie udziału w orgii nadużywania pojęć pustych, jest jednocześnie niezgodą na permanentne samooszukiwanie się, na tresowanie siebie samego pod kątem posłuszeństwa względem przekonania, że człowiek z natury jest dobry, że zawsze powinna kierować naszym życiem jakaś wzniosła idea, że wszyscy jesteśmy cząstkami jakiegoś lepszego, wydumanego świata itd. Podobnych niczym nie popartych i naiwnych w gruncie rzeczy przekonań jest całe mnóstwo. Odrzucenie ich, to jak pozbycie się balastu – po to właśnie, by autentyczne chwile czegoś dobrego w naszym życiu trwały możliwie najdłużej. Nie mamy bowiem innego wyjścia – jako istoty żywe potrafimy pełzać w przestrzeni jedynie na smyczy czasu. To, co odróżnia nas od innych ludzkich bestii, to percepcja czasu na poszczególnych odcinkach krzywej bycia. Dzięki temu udaje się nam dotknąć drugiego człowieka tak, by go nie zabić, względnie tak, by nie zabić w nim czegoś ważnego. Ważnego dla niego, a czasem i dla nas.

Kiedy znika ktoś, kto oślepił nas ową bliskością, kto wytworzył w naszej głowie (i pod powiekami) kolorowe powidoki, wtedy pozostajemy sami i ten właśnie moment staje się kluczowy. Wobec tej chwili – wydawać by się mogło – jesteśmy bezradni, ale tak naprawdę wszystko inne, co jeszcze nie wgniotło nas w ziemię – istnieje. Łącznie z nami. Podnoszę głowę i gapię się w niebo. Na północy Wega jaśnieje żywym światłem, zaledwie dwadzieścia pięć lat świetlnych od mojej smutnej gęby…

W tym samym czasie, bez względu na wszystko, miliony pulsarów wypluwają w przestrzeń kosmiczną równe porcje fal elektromagnetycznych, docierających w formie fal radiowych do Ziemi. To jednostajny, zimny odgłos, oddech gwiazdy z zapadniętym jądrem. Jak latarnie morskie w otchłani. Światło i puls. I ja na planecie tak nieznaczącej i tak śmiesznie małej, że mimowolnie [mimo wszystko] uśmiecham się… Bo każdy z nas jest jak pulsar…

One thought on “Нам, ебанутым, дорога в космос…

  1. Chciałam rzucić liną z pewnej intrygującej podróży, lecz w świetle powyższych słów, stała się płytka i spełzła na mieliźnie.
    Dlaczego sens Twojego rozumowania jest mi bliski?
    Wkurza mnie to! :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s