Eleaf iStick 30W + KangerTech Genitank Mega 1.8Ω

Któryś dzień z kolei testuję Eleaf iStick 30W i muszę przyznać, że jakość vapowania na tym sprzęcie jest, jak dla mnie, rewelacyjna! Przez ostatni rok przyzwyczaiłem się do Vapros Nunchaku i Vapros V-spot, używając zazwyczaj grzałek o oporności 1.5Ω z ustawieniami mocy: 6W-12W (nigdy nie vapowałem na krańcowej wartości 18W)…
Dlaczego kupiłem moda? Przyznam szczerze, że z wygody i dla lepszego wykorzystania możliwości takiego sprzętu. Wiadomo, że oporność grzałek, moc i napięcie są ze sobą skorelowane i optymalne wykorzystanie tych wartości daje e-jaranie nieporównywalne z jakimkolwiek tradycyjnym papierosem, czy tytoniem. Co do wygody: iStick 30W jest niewielki, mieści się w dłoni (przy pojemności 2200 mAh, co spokojnie wystarcza na jakieś 15-17 godzin intensywnego użytkowania), ładuje się go przez gniazdo microUSB (minusem jest umiejscowienie owego gniazda: na spodzie urządzenia), wrzucić go można do każdej kieszeni (czego nie można powiedzieć o 19-centymetrowym Nunchaku)… Co najważniejsze, iStick 30W obsługuje grzałki od 0.4Ω, przez co automatycznie powiększa nam się spektrum potencjalnych clearomizerów/tanków możliwych do użycia  i produkowanie olbrzymich chmur.

Po kilku dniach z iStickiem 30W mogę powiedzieć, że jestem mega-zadowolony. Jak dotąd nie wykorzystałem w pełni 30W (mój ulubiony zakres mocy/napięcia, to 7.5W/3.7V – 11W/4.5V przy grzałce 1.8Ω), a mimo wszystko smak liquidów jak i jakość chmur są zajebiste. Co do tanka, KangerTech Genitank Mega, to naprawdę dobry sprzęt! Kupiłem go trochę w ciemno, ale nie żałuję. Gabarytowo idealnie zgrywa się z iStickiem. Regulacja przepływu powietrza działa tak, jak powinna i nawet niewielkie otwarcie/zamknięcie kolejnych otworów z dolotem, zmienia intensywność chmur i smaku e-liquidu.

Podsumowując: Eleaf iStick 30W, w kategorii tańszych elektronicznych modów, to świetny wybór, nawet dla początkujących. Doskonale spełnia swoją rolę, ładnie wygląda, jest poręczny, a moc 30W w zupełności wystarcza dla przeciętnego e-jaracza. Kiedy oglądam na necie, albo w trafikach rozmaite „zestawy e-papierosów” kosztujące 150-250 PLN, z bateriami 1000 mAh, z przedpotopowymi grzałkami i przeciekającymi clearomizerami wiem, że taki iStick 30W, to po prostu mistrzostwo świata. Mnie e-palenie kosztuje miesięcznie ok. 30-40 PLN (baza do samodzielnego sporządzania e-liquidów + dwie grzałki: do KangerTecha i do V-spota) – przeliczanie tego na tradycyjne fajki/tytoń – jak widzicie – nie ma najmniejszego sensu; różnica jest aż nadto widoczna.

Reklamy

Jeszcze trochę o e-fajkach…

Dobra, przyznam, że wkręciłem się w vapowanie (uff.. doprawdy, rozwala mnie ta nazwa, ale z drugiej strony jakoś głupio jest mi mówić, że „palę” e-papierosa, skoro tam przecież nic się nie pali; chodzi wyłącznie o podgrzewanie liquidu), oszczędzając co nieco moje płuca i jarając na zmianę takie smaki, na jakie przychodzi mi ochota…

Minęło trochę czasu od chwili, gdy kupiłem swoje pierwsze e-fajki, które – teraz już to wiem! – były totalnym niewypałem, przez co zrezygnowałem na długo z elektronicznych gadżetów tego typu. Cóż, tak jak bywa z wieloma rzeczami, z jakimi stykamy się w życiu – trzeba na czymś się przejechać, aby przekonać się do czegoś innego. Niestety rynek e-papierosów, to pazerna i drapieżna branża; tutaj potencjalny klient-laik, zaczynający bawić się w te klocki, nie ma najmniejszych szans z wciskaczami rozmaitego gówna, jeśli wcześniej nie wejdzie na forum, jeśli nie obejrzy recenzji w necie, nie poczyta, nie zapyta znajomego…

Ja sam zaczynałem od jakiegoś lipnego e-zestawu (nazwy nie pomnę – tak jest nawet lepiej), w którym znajdowały się dwie czarne e-fajki, gabarytowo przypominające tradycyjne papierosy (nieco dłuższe jednak), wyposażone w tzw. kartridże zaślepione gumową zatyczką. W kartridże wlewało się liquid, zatykało się tą gumą, a ostra końcówka w drugiej części e-fajki przebijała gumę i płyn dostawał się do grzałki (niewymiennej oczywiście). Jak można się domyślić, ponowne napełnienie kartridża liquidem powodowało wyciek w okolicach gumowej zatyczki. Syf, permanentne wycieranie, wkurw. O jakości dymu i machów przy pojemności baterii przypominającej gabarytowo zwykłą fajkę, nawet nie wspomnę… Sztachasz się jak idiota, ciągniesz i otrzymujesz coś na kształt „ćwierć macha” tradycyjnego papierosa… Smak pierwszych liquidów – chemiczny shit. Zgadnijcie ile wtedy za to dałem? Porażka – 199 PLN! Teraz śmieję się z samego siebie i pastwię się nad swoją naiwnością, bo za tą cenę kupię teraz MODa z porządną baterią!
Potem, idąc za radą kumpla, kupiłem baterie eGO (o pojemnościach od 600 do 1000 mAh):

baterie eGO

oraz któryś ze starszych modeli clearomizera Aspire, z wymiennymi grzałkami.. O niebo lepiej! W gruncie rzeczy nie było porównania z moimi debiutami z e-paleniem. Wciąż jednak pojawiały się problemy. Jeden z nich, szczególnie denerwujący, to cieknący clearomizer z sytemem górnogrzałkowym (odradzam zdecydowanie!), wieczny posmak liquidu na języku i zalewająca się bateria, która de facto – z racji swojej pojemności – zdychała niezwykle szybko. Poza tym, aby naładować tego typu baterie eGO, musimy odkręcić od niej clearomizer, przez co nie możemy jednocześnie ładować e-fajki i vapować…

Kolejnym moim zestawem był: Vision Spinner 1300mAh (upgrade), Aspire ET BVC Clearomizer oraz „zapasowy” Aspire CE5-S BVC Clearomizer.

Vision Spinner 1300mAh [upgrade]

Aspire ET BVC Clearomizer

Zestaw z powyższych fot był relatywnie tani (ok. 70 PLN za baterię i clearomizer z grzałką i ładowarką). Poza tym posiadał nareszcie grzałki BVC (czyli system dolnogrzałkowy). Bateria Spinner (swojego czasu agresywnie promowana w środowisku e-palaczy) umożliwiała płynną regulację napięcia w zakresie: 3.3V – 4.8V, co było dla mnie udogodnieniem, z racji tego, że lubię naprawdę czuć nikotynę w gardle (zawsze należałem do tych, którzy wyjmują połowę filtra z każdego polskiego papierosa – wszystkie są dla mnie za słabe…). Ale i w tym przypadku pojawiły się schody… Górną granicą dla mnie było ok 4.0V, po przekroczeniu której „śmierdzi kablem” (czyli oprócz smaku liquidu czujesz podły posmak czegoś podobnego do palonej izolacji kabla elektrycznego). Poza tym trzeba porządnie wygimnastykować płuca, żeby z powyższym clearomizerem sztachnąć się tak, jak lubimy. Kolejną jego wadą jest bulgotanie, gdy liquid osiągnie (górny) poziom grzałki. Zero przyjemności palenia, odczucie ćwierć-machów, mimo niemal pełnego woltażu baterii – zdecydownie nie polecam modelu ET BVC!
Bateria Spinner potwornie szybko nagrzewa grzałkę każdego clearomizera! Jest mało efektywna, mimo że szybko się ładuje (znowu wada: ładowanie wyłącznie przy odkręconym clearomizerze…). Następca Spinnera – Spinner II – też nie jest taką rewelacją, na jaką wygląda w marketingowych materiałach. Również szybko nagrzewa grzałki – sprawdzałem na kilku clearomizerach (m.in Aspire, KangerTech)…
To, co kupiłem jako „zapasowy” clearomizer, czyli Aspire CE5-S BVC Clearomizer, okazał się po prostu mistrzostwem świata w swojej klasie! Niepozorny clearomizer, można by powiedzieć: „szara myszka” w tej niszy. A jednak jest to rzecz nie do zdarcia!!!

Aspire CE5-S BVC Clearomizer.

Z tym clearomizerem można vapować 4-5 tygodni na jednej grzałce BVC, zero wycieków, mega-prosta budowa, żadnych fajerwerków. Nigdy mnie nie zawiódł, doskonale dostosowuje się do różnego rodzaju baterii i ustników 510 – dla początkujących jak najlepszy wybór! Koszt: 20 PLN.

Aktualnie jaram z zestawu: Vapros Nunchaku 2000 mAh + Vapros Atomizer V-spot (Black Edition).

Vapros Nunchaku 2000 mAh

Vapros V-spot Atomizer

Bateria Vapros Nunchaku, to killer!!! 2000 mAh spokojnie wystarcza na cały dzień intensywnego palenia! Posiada ona skokową regulację mocy w zakresie: 6W – 18W. Jest naprawdę niezawodna, szybko się ładuje, posiada port microUSB, możemy palić w trakcie ładowania. Po zastosowaniu kołnierza/tulejki na gwint eGO, możemy korzystać z atomizerów 510. Regulacja mocy po prostu wymiata! Sam nigdy nie przekraczam 10W przy oporności grzałki 1.5Ohm, bo urwałoby mi płuca :)
Niestety słabym ogniwem tego zestawu jest atomizer. Vapros V-spot wygląda rewelacyjnie w połączeniu z Vapros Nunchaku (vide pierwsza fota tego wpisu), ale można by spodziewać się czegoś bardziej niezawodnego w działaniu! Pierwszy minus tego atomizera: brak regulacji dopływu powietrza.. Standardowe dwie dziurki często zatykające się rozmaitymi „śmieciami” jakie mamy w kieszeniach/plecakach/gdzie-byle… Druga rzecz, to drip… Beznadzieja! Przeźroczysty, skraplający każdy jeden buch; paląc ciemne liquidy (kawa, czekolada itp.), zostawiamy na nim niezbyt miło wyglądające skrzepy (ścięta górna powierzchnia dripa jeszcze bardziej temu sprzyja)… No i największy minus Vapros V-spot: grzałka! Atomizer jest kompatybilny tylko z grzałkami BVC V-spot! Grzałki te są kurewsko kapryśne! Od standardowych grzałek BVC różnią się nieznacznie średnicą (cwaniactwo producenta! Grzałkę BVC kupisz za 6 PLN, ale BVC V-spot kosztuje już 10 PLN!) i… swoim działaniem. Grzałki V-spot, to rosyjska ruletka: jedne działają 6 tygodni, inne tydzień, jeszcze inne padają po… 2 dniach (sic!).. Ewidentne gówno!

Dlatego zdecydowałem się na KangerTech GeniTank Mega

KangerTech Genitank Mega

Vapowanie z tego atomizera, to po prostu wypas! Płynna regulacja dopływu powietrza, pojemność pojemnika na liquid, grzałka BVC, sprawiają że po wzięciu macha pod chmurą dymu znika połowa pokoju na kilka sekund. Zajebiście wyrazisty smak liquidu, zero jakichkolwiek wycieków – spełnia swoją rolę w 666%! Z uwagi na swoją średnicę (23mm), kupiłem go pod mojego pierwszego elektronicznego MODa (który jeszcze do mnie nie dotarł). Zaopatruję się mianowicie w Eleaf iStick 30W:

Eleaf iStick 30W

Bateria 2200 mAh, regulacja napięcia (2.0V-8.0V) oraz mocy (5W-30W). Zajebiście wygodne i mega-poręczne urządzenie z elektronicznym wyświetlaczem. Nie jest to oczywiście szczyt możliwości, ale dla mnie 30W w zupełności wystarcza! MOD jest niejako kolejnym etapem po e-papierosach; rzecz jasna nie jestem maniakiem modów mechanicznych, [jeszcze] nie robię sam grzałek (chociaż, kto wie, trafi się atomizer, gdzie trzeba będzie kręcić samemu druciki i rwać bawełnę…), niemniej mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że autentyczną przyjemność z vapowania docenia się z czasem i… co tu dużo mówić: jest to niewątpliwie wkręcająca człowieka rzecz. Nie chodzi o gadżeciarstwo, ale o to, by maksymalnie wykorzystać urządzenie, z którego korzystamy. Na youtubie znajdziecie całe stada hipsterów onanizujących się swoimi MODami oraz setki „sexy lasek” ze swoimi różowymi e-fajkami. Nie o to jednak chodzi. W moim skromnym mniemaniu mega-palacza idzie tutaj przede wszystkim o uratowanie kawałka płuc, doświadczenie prawdziwego palenia i wypróbowanie setek, tysięcy kombinacji smaków… Myślę, że każdy, kto trafi na naprawdę dobry zestaw e-fajkowy, będzie „drążyć temat”…

Na koniec kilka subiektywnych porad dla tych, którzy chcą w chuj rzucić substancje smoliste, benzeny i inne shity, a jednocześnie chcą pozostać przy paleniu:

  • rynek e-papierosów w Polsce sukcesywnie się rozwija. Stąd coraz więcej punktów sprzedaży e-fajek, e-zestawów itd. Nie dajcie się nabierać! W większości przypadków oferta takich sklepów/stoisk z e-fajkami jest dosyć mizerna, a ceny kosmiczne. Albo odwrotnie: cena chińska i produkt po 2-3 miesiącach do wywalenia;
  • unikajcie górnogrzałkowców. Generalnie wszystko, co w clearomizerze posiada sznurki jest raczej do dupy (mówię tutaj o powszechnie dostępnych zestawach e-papierosów). Pytajcie o zestawy z grzałkami BVC;
  • w żadnym wypadku nie kupujcie czegokolwiek o średnicy tradycyjnego papierosa, nawet gdyby sprzedawca próbowałby wcisnąć Wam to za 15 PLN! Są to produkty dla naiwniaków, przyjemność z palenia żadna, a smak ohydny – wszelkie „e-produkty” z kartridżami, to syf i wywalanie pieniędzy w błoto;
  • nie sugerujcie się niewielkim rozmiarem baterii… Niby to poręczne, ale nawet dziecko wie, że pojemność takiej małej baterii jest niewielka, a tym samym konieczność ładowania częstsza;
  • zanim cokolwiek kupicie, obejrzyjcie sobie produkt w necie, poczytajcie recenzje, obejrzyjcie na youtubie filmiki z unboxingu – im więcej informacji, tym lepiej. Doskonałym źródłem informacji są fora e-palaczy. Jest ich w Polsce sporo, łatwo znaleźć;
  • nie dajcie się nabrać na żadne „rewelacje na rynku”, „rewolucyjne rozwiązania” i inne „innowacyjne nowości”! Teraz byle gówno za 100 PLN jest tak reklamowane. Nie kupujcie w internatowych sklepach, gdzie wybór ogranicza się do produktów jednej, czy dwóch firm (zazwyczaj to jakaś chińszczyzna lipnej jakości).. Najlepiej korzystać z ofert oficjalnych przedstawicieli czołowych firm (w Polsce polecam e-sklepy: e-dym oraz Don Senior);
  • jeśli chodzi o liquidy (płyny do vapowania), zawsze lepiej kupić tzw. bazę + aromat i samemu komponować sobie liquidy, niż kupować gotowe w małych buteleczkach – wtedy miesięczne palenie kosztuje np. 20 PLN.

Na dzisiaj tyle :) Nara…

„Resortowe dzieci. Służby”

Upał za oknem nareszcie zelżał… Po kilkunastu godzinach w temperaturze 30+ (zarówno w laserowym shicie jak i na zewnątrz), pokryta szronem flaszka samogonu wyjęta z zamrażarki wygląda mega-kojąco! W tle na zmianę kanadyjski Legion666, Humanicide i Krigshot i czeska Anaalia… Blackened crust/gore/grind rzeźnia i lekki powiew powietrza – recenzja wieczorową porą…

Resortowe dzieci. Służby… Cegła. Żółta cegła. Blisko tysiąc stron kolejnego (drugiego już – po Mediach)  tomu z serii Resortowe dzieci, popełnionego przez trio: Targalski – Kania – Marosz. Postanowiłem kupić kolejną część odysei prawicowych węszycieli komuszych złogów w III RP, albowiem pierwsza część w dosyć przystępny politycznie sposób ukazała, iżi rodzinne oraz okołorodzinne koneksje rodem z komunistycznego reżimu nie tylko pomagają w karierze zawodowej, ale i utrwalają to, o co tak usilnie walczyła michnikowszczyzna – postkomunistyczny consensus i patologiczne status quo w dyskursie społeczno-politycznym. Co prawda obecnie (ściślej – po wyborach prezydenckich i po relatywnym sukcesie Kukiza) Wybiórcza i przyjaciele w lekkim zamotaniu pierdolą tak krzywe bzdury, że pękać ze śmiechu można każdego dnia (znowu – polecam poranki w radiu TOK FM, TVN24, Politykę… długo nie da się tego łykać, ale… warto spróbować) niemniej właśnie w podobnych sytuacjach doskonale widoczna jest mentalność tego środowiska.

Tom poświęcony służbom specjalnym konstrukcyjnie jest bliźniaczo podobny do tego nt ludzi mediów. Czyli mamy sylwetkę człowieka w kontekście współczesnych wydarzeń społeczno-politycznych, po czym Autorzy sięgają do dokumentów i faktów z przeszłości, ukazujących komunistyczny rodowód delikwenta /-tki. W 99% przypadków mamy do czynienia z rodzinną „tradycją” umacniania ludowej ojczyzny w strukturach MBP, MON, WSW, UB i SB. Ten sam schemat powtarzany jest w przypadku męża / żony bohatera danego rozdziału, względnie w stosunku do dzieci, które dzięki wtykom starych, panoszą się obecnie w biznesie, czy – po linii rodzinnej – w służbach.

Po 1989 i później, po stworzeniu w „wolnej i demokratycznej” RP struktur WSI, UOP-u (a potem ABW i AW), spora część komuchów wysługujących się sowieckiej machinie – po „pozytywnej weryfikacji” – przeszła automatycznie na etaty w służbach „niepodległej” Polski. Maleńki wycinek tychże mamy na okładce książki: ryje doskonale znane z medialnych ruchawek w jedynie słusznych gazetach i telewizjach. Profesjonaliści, fachowcy, legendy – różnie się ich określa… Wszyscy bez wyjątku z komuszym rodowodem, z ojcami i dziadkami w służbie jednego z najkrwawszych reżimów…
Grubo przed Okrągłym Stołem, ekipa Jaruzela (m.in. na czele z Cioskiem i Rakowskim) tworzyła nie tylko scenariusze podzielenia się władzą z „konstruktywną opozycją” (jak nazywano kolesi z otoczenia Kuronia, Mazowieckiego, Geremka i Michnika), ale i próbowała – przewidując rozjeb tego kalekiego systemu – dostosować operacyjną strategię służb do nowych (w domyśle – zbliżających się) warunków ekonomicznych. Przy aprobacie Kiszczaka i innych czołowych zbrodniarzy, oficjalnie i na niejawnych etatach, agenci komunistycznych służb specjalnych (oraz bohaterowie Resortowych dzieci) zaczęli tworzyć spółki polonijne, mniej lub bardziej fikcyjne biznesy, gdzie pod przykryciem inwigilowano politycznie niewygodnych partnerów, albo gdzie (po prostu) wyprowadzało się kasę „socjalistycznej ojczyzny” na prywatne konta.
Ciekawym wątkiem tej książki jest Komorowski, prezydent ex, człek zżyty z kumplami z WSI  na zabój. Warto zapoznać się ze szczegółowymi (naprawdę szczegółowymi!) informacjami na temat tego gościa i jego rzekomej transparentności w życiu publicznym / opozycyjnym.
Powtórzę to, co napisałem przy okazji recenzji Resortowych dzieci nt mediów: cały ten Frondowski projekt wydawniczy uznałbym za kolejne popłuczyny prawicowych frustratów (tym bardziej, że Targalski – współautor serii – nie jest jakimś diamentem błyszczącym, o czym przekona się każdy, kto – idąc metodą Autorów – pogrzebie w jego życiorysie), gdyby nie fakt, że jednak cykl ten jest naprawdę rzetelny pod względem faktograficznym. Naprawdę. Można stroić kwaśne miny i krzywić ryje, jak czynią to Blumsztajn, Paradowska, Wielowieyska, Lis, oraz kilku bohaterów „żółtej cegły” (oni krzywią ryje z… kamienną twarzą, jak na samca-agenta przystało) – nie zmieni to jednak faktu, że rodzinne koneksje i tradycje, czasem świadomie podtrzymywane w kolejnym pokoleniu, czasem siedzące za skórą, wyłażą w tzw. „wolnej” Polsce. Ludzie Kiszczaka nie spalili wszystkich akt; mania inwigilacji, żądza prześladowań była tak ogromna, że papier – który, jak wiadomo, przyjmie wszystko – nie kłamie. Są dokumenty, wnioski o przyjęcie do służby, wiernopoddańcze onanizmy ku chwale PRL i ZSRR. Są podpisy, fakty.
Nienawidzę apelować do kogokolwiek, zwłaszcza, gdy idzie o historyczny syf za paznokciami „wolnej Polski”, ale tutaj chciałbym zasugerować entuzjastom obecnego porządku, aby skusili się i przeczytali tą cegłę. Czyta się długo i nuda wkrada się w sam proces zaznajamiania się z treścią (co jednak wychodzi na dobre, albowiem poznajemy krok po kroku, wraz z dokumentami i niepodważalnymi faktami, o co kaman), ale lektura włazi „w krew”.

Wiem, brzmi to cholernie dziwnie z ust anarchisty; po prostu ubolewam nad faktem, że środowisko wolnościowe (względnie radykalna, wolnościowa, nieautorytarna lewica [hehehhe, dygresja: brzmi to zabawnie w czasach, gdy nawet popaprańcy z Sejmu, w stylu Rozenka czy „ultra-lewicowej” Nowickiej, to lewacy]) nie potrafi wyjść na zewnątrz ze swoją (jeszcze bardziej radykalną) krytyką III RP, jako struktury quasi-wolnej. Co bardziej nierozgarnięty i tępawy również mnie nazwie lewakiem, co zrobić… :)

Kwas, porażka i skandal w związku z „żółtą cegłą”!

Fronda, super-katolski głos w nielicznych domach i głowach, niszowe wydawnictwo z bajdurzeniami o duchu świętym, miłosierdziu i tym podobnym idiotyzmom, dała dupy! Otóż wydała 920 stron w sposób mega-skandaliczny! Oglądałem na youtube kilka spotkań autorskich, gdzie wydawca z Frondy onanizował się wzrostem sprzedaży (między słowami?), całe prawicowe towarzystwo klaskało, a nikt z sekty nie zwrócił uwagi na to, że… w XXI wieku nie klei się takiej ilości stron!
Płacisz za książkę, otwierasz ją, czytasz… Dochodzisz do strony 390. albo 510. i to wszystko się rozkleja!
Ja naprawdę pamiętam pismo Fronda, pamiętam Lewą Nogą i pamiętam Mać Pariadkę w małym formacie… Po prostu pamiętam te czasy! Panowie z Frondy!!! Czas przeznaczyć zysk z serii Resortowe dzieci na to, by książka nie rozpadała się w czasie czytania!
Ja oddam swój egzemplarz Resortowych dzieci. Media, za darmo komukolwiek, kto zamieni się ze mną za jakąś ciekawą historyczną książkę (względnie literatura faktu).  Albo oddam komuś, kto naprawdę chciałby przeczytać, a nie stać go na kupno – tylko koszty wysyłki! Piszcie!
Po prostu nie nabijajcie kabzy ludziom którzy, wydali gruby tom po amatorsku! Ja swój oddam / zamienię!