Władysław Broniewski – „Бакунин”

Broniewski, jak to Broniewski – dla jednych komuch i sługus stalinizmu, dla innych wielopłaszczyznowa i tragiczna postać przełomu epok. Dla jednych „polski Majakowski”, dla innych ostatni romantyk wśród rewolucyjnych poetów. A dla mnie i komuch i tragicznie naznaczony człek i poeta i utalentowany pijak.
Jestem raczej „drewnianym” odbiorcą poezji, ucho me nienawykłe do strof i uniesień w wersach zawartych; ciężko mi nawet zachwycać się dyżurnymi buntownikami parającymi się poezją w przeszłości i obecnie. Przed kilku laty pluszowe lewactwo próbowało odgrzać Władysława Broniewskiego w płaszczyźnie plastyczno-retrospekcyjnej, coby stał się on czytelnym symbolem, pozbawionym całej tej kupy jaką oblepił go PRL, ale niestety Broniewski, to nie Che Guevara – nie wyszła cała akcja…

Można się pastwić nad Broniewskim za Słowo o Stalinie, albo chwalić za to, że olał propozycję Bieruta i odmówił napisania nowego „ludowego” hymnu Polski (Gałczyński nie odmówił i popełnił cepeliowy koszmarek pt. Ukochany kraj, rżnięty przez zespół Mazowsze i na PRL-owskich dożynkach, który hymnem jednak nigdy nie został)…
Broniewski był gęsto tłumaczony w ZSRS, mimo że siedział w moskiewskim więzieniu, a jego udział w wojnie polsko-bolszewickiej (po stronie polskiej rzecz jasna) był „zamilczany na śmierć” w Kraju Rad. Najbardziej antysowieckie z jego wierszy (pisane w Jerozolimie) również nie doczekały się przekładów na rosyjski za jego życia. Ale Bakinun został przetłumaczony przez Jurija Werchowskiego. W 1930 roku.
Wiersz ten brzmi po rosyjsku wyjątkowo, głównie z uwagi na bohatera – Michała Bakunina, jednego z filarów anarchizmu w Rosji i w Europie. Poza tym jednak, rosyjski przekład jest po prostu piękny!

„Бакунин” (1930)

Над рукописью пальцы сжаты,
чело поникло – абрис льва.
На двери отпертой жива
тень великана, желтоваты
мерцанья лампы.
Ночь безмерна
и звездна, тяжко тишью дышет.
Ночь. Стужа. Снег на крышах Берна,
пушистый снег.
Бакунин пишет.

Как пальцы сжаты! Грива льва.
На двери тень – грозна, жива.

А вдруг та тень взовьется тучей
и бурей ринется – вот-вот!
Рука гнетет, как мысль гнетет.
В руке перо – перун могучий.
Окно – и звезды, полночь, снег.
Чай стынет. Трубочка дымится…
И он – он с каторги в побег
за волей чрез Байкал стремится.
За ним тайга с погоней царской,
пред ним японские матросы.

Шлет по следам его заносы
на целый мир буран швейцарский.
И тишь растет. И мрак растет.
Дымится трубочка туманно…
Тень на дверях – тень великана:
сорок восьмой заветный год!
И снова, хищно обгоняя
Страницы прошлого в крови,
песнь баррикад звучит, родная,
как в Дрездене: «Оковы рви!»
Та песня ведь – пожар Европы,
ход вольных масс мильоностопый,
весны народов многострунной,
в аккордах-залпах – Вагнер юный!
Погибло все. Еще восстала,
блеснула Прага. После – мрак.
Сорок восьмой затмился так
В оковах, в ольмюцских подвалах.

Что день, то мыслью мерил свет
и тесную тюрьму шагами:
«Свобода!» – сколько тяжких лет
уста стенам шептали сами!
Звеня цепями Николая,
он к бунту звоном призывал.
Свободы знамя поднимая,
он землю им воспламенял.
А ныне с тяжкой тишью Берна
сибирский снег налег на сердце…
«Ты, воля дикая, – безмерна, —
с тоской, какой не ведал Герцен
в тиши огромной каждый час
томит воспоминаньем новым.
И вот Бакунин глаз-на-глаз
вновь хочет говорить с Орловым.
Царя, склоненный лжи коварством,
он умягчать не будет снова, —
зловещей тенью Пугачева,
как призрак, встанет он над царством.
Народный бунт, народный гнев
отсюда, из тюрьмы, всколышет —
на мир, на Русь!..
И, хмурый лев,
в ночь января Бакунин пишет:

«Все, что имею, вам дарю:
потертый плащ и мысль свободы.
Глотну я кубок жизни полный
и за свободой вновь пойду.
Я ухожу. Молчанье Берна
часовщикам я возвращаю.
Там пострашнее звезды блещут,
в огромном небе над Сибирью.
Неспешно по снегу пойду я,
куда полярный ветер дует,
что в буре вечной и в метели
свободой веет сквозь столетья,
грозит земле, грозит и небу,
а человека учит гневу».

Москва приехала!

yerba

Leniwa sobota z yerbą i z książkami… Nadrabiam zaległości w lekturach po mocno wyczerpującym tygodniu, który jednak miał swój baaardzo miły akcent. Jak powszechnie wiadomo, życie to dziwka i raczej nie rozpieszcza pełzających po tym łez padole. Bywa, że kumoterstwo, kolesiostwo i rozmaite układziki w obrębie małej grupy, jaką jest środowisko robolskie, biorą górę nad pracowniczą solidarnością; skutek – przynajmniej dla mnie – jest taki, że wylatuję na gorsze stanowisko z przyczyn tak mętnych, że aż nie chce mi się o tym myśleć. Pierdolony oportunizm i polaczkowata mentalność wciąż drążą w ludzkich łbach dziury, niestety…

Pozytywnym akcentem tego tygodnia była jednak wizyta moich znajomych z Moskwy, którzy w drodze do Amsterdamu zatrzymali się u mnie na dwa dni. Z racji odległości i jebniętych politycznych uwarunkowań, rzadko zdarzają się takie odwiedziny, więc każda wizyta z Rosji cieszy tym bardziej! Nastja, Ilja, Liosza i Danił po nocy na warszawskim squacie (Ignacy, dzięki raz jeszcze za pomoc!!!) i hardkorowej jeździe z Krakowa, dotarli w moją leśną głuszę. Mimo zmęczenia moich gości, nie było mowy o jakimkolwiek śnie, więc po kolacji zabalowaliśmy nieco przy polskiej wódce i piwie, do rana niemal gadając o milionie różnych rzeczy, o kontrastach i podobieństwach, o wszystkim, co po obu stronach nowej, unijno-rosyjskiej, żelaznej kurtyny… Jak zwykle budującym akcentem jest to nasze anarodowe (czy nawet antynarodowe) poczucie wzajemnego zrozumienia w ramach DIY HC/punk sceny. Dzięki temu nie ma mowy o jakimś „szoku kulturowym”, jaki przeżywają co niektórzy zbytnio przyspawani do narodowych wzorców, przyzwyczajeń, odbijający rzeczywistość przez kalkę kulturowych mikro-kodów (vide pewien sfrustrowany Niemiec piszący o Moskwie).

Dość powiedzieć, że były to dwa baaardzo miłe i budujące dni z ludźmi, z którymi więcej nas łączy, aniżeli dzieli. Żadna polityczna świnia wymachująca biało-czerwoną szabelką, czy krasnym sztandarem wojny ojczyźnianej nie jest w stanie zniszczyć przestrzeni, gdzie ludzie z Polski i Rosji swobodnie porozumiewają się, a nić tego porozumienia jest o wiele trwalsza i – mam wrażenie – cechująca się większą szczerością, niż to, co my obecnie uważamy za „naturalne”, czyli dosyć powszechne kontakty z ludźmi i kulturą Zachodu. Mam na myśli to, że zapominamy o swojej „wschodniości”. Doskonale zrozumie mnie każdy, kto mieszka na linii Suwałki – Białystok – Biała Podlaska – Lublin – Sanok.
OK, jestem rusofilem, ale właśnie dlatego cieszą mnie wizyty moich rosyjskich przyjaciół, bo konfrontuję swoje rusofilstwo z rzeczywistością, w jakiej oni są codziennie zanurzeni, przez co nie tylko unikam idealizowania Rosji jako takiej i gdy słyszę od nich: жить в России сейчас это польный пиздец!, wiem skąd takie gorzkie słowa.

Ruska ekipa pojechała do Berlina, a potem do Amsterdamu, a ja zostałem ze wspaniałymi wspomnieniami i już zacząłem za nimi tęsknić. Na „osuszenie łez” otrzymałem mały zapas Biełomorów, o które zwyczajowo proszę, gdy ktoś z Rosji przyjeżdża do mnie. Od wieeelu lat mam zwyczaj próbowania najtańszych (zazwyczaj bezfiltrowych) papierosów z każdego kraju, w jakim bywam; z racji tego, że w Rosji jeszcze nie byłem, Biełomory przywożą mi znajomi (w Polsce niemal niedostępne). Są one nie tylko specyficzne, jako papierosy (filter – będący po prostu tekturową rurką pustą w środku – to ¾ długości papierosa), ale posiadają swoją historię – krwawą i ponurą. W Polsce fajki te znane są głównie z radzieckich filmów, w których robotnicy, inżynierowie, oprychy, KGB-iści i artyści dzierżą między palcami papierosa z charakterystycznie „zmiętym” filtrem. Biełomory palił też wilk w słynnej radzieckiej bajce „Ja ci pokażę!” (Ну, погоди!). Sama nazwa Беломорканал  odnosi się oczywiście do Kanału Białomorsko-Bałtyckiego – chorej fanaberii Stalina, która pochłonęła rzesze istnień ludzkich, dając jednocześnie podwaliny pod zorganizowany system unicestwiania człowieka: gułagi. Ponurym symbolem związanym z Biełomorami i ludobójstwem władzy radzieckiej jest film Czekista (1992), Aleksandra Rogożkina. Funkcjonariusz ЧеКа w tym filmie metodycznie zabija tysiące ludzi, wiecznie z papierosem w ustach… Kto nie widział tego wstrząsającego, porażającego monotonią śmierci obrazu, gdzie decyzja: расстрел! pada setki razy na godzinę, a  niedopałek papierosa pada w kałużę krwi dopiero co rozstrzelanych w kazamatach CzeKa, powinien koniecznie obejrzeć ten film! To jeden z najwybitniejszych obrazów rosyjskiej kinematografii…
Uważam za typową radziecką aberrację nazywanie papierosów na cześć budowy kanału, na którego dnie spoczywają setki tysięcy istnień ludzkich. Taki jednak był ZSRS, a jaka jest Rosja teraz… to już temat na tysiące trudnych i wciągających zarazem historii…

Książki…

Powyższe tytuły, to tylko najświeższe rzeczy, jakie czekają na przeczytanie i recenzje. Oprócz tego, łeb, czytnik i półki pęcznieją od mnóstwa innych książek – czasu brak, w pracy wkurw i rozdrażnienie… Chciałbym ogarnąć to wszystko w najbliższym czasie…

Upał i wrzaski

Przewiew, chłód, lodówka, wiatr, lód, piwo, zimna wódka, prysznic, wentylator, woda, cień, Якутск, Магадан… Te i kilka innych słów kołatają się od dwóch tygodni w mojej przegrzanej, zmęczonej głowie. Mimochodem człowieka dopada wkurw, rozdrażnienie, agresja wręcz, gdy bezsilnie ucieka się od tego piekła, a skutki są i tak żałosne…
W domu nędzny wentylatorek, śmiesznie mały – z uporem mieli galaretowatą zawiesinę, stwarzając jedynie pozory chłodu na metrze sześciennym wokół siebie; jedyna nadzieja w przeciągu, który co jakiś czas przynosi małą falę chłodniejszego powietrza. W pracy jeszcze większa porażka – syk laserów, smród stali i aluminium, 45°C nad głową…

30_07K_ST3_10_1 | steel #10 | laser CO2, He, N | nozzle: 1.7 | head 7.5”

W takich warunkach człowiek marzy o lodowatym prysznicu, a nie o nowych książkach. Wiadomości czytane w necie rozmazują się na ekranie, jak fantasmagoria, a mózg skołowany zwalnia obroty… Zbliżająca się burza budzi nadzieję na przynajmniej godzinę ulgi, a w efekcie przypomina słabe pierdnięcie między chmurami i kolejne godziny smażenia się w cieniu…

Mniej więcej o 19-tej moje otoczenie zaczyna przypominać szklarnię nocą. Betonowy kloc oddaje ciepło, powietrzny glut wisi nad głową. Zamiast grindowych rzygów – power electronics i noise. Dźwięki te chyba najlepiej oddają atmosferę wyczerpania i wkurwienia po całym dniu w piekarniku. Ostatnio często słucham Pharmakon – dzielnej, hałasującej dziewczyny z Nowego Jorku, której kompozycje urywają jaja i inne części ciała!

Margaret Chardiet (tak brzmi jej prawdziwe imię i nazwisko) tworzy rozwalający DIY noise / power electronics z naprawdę pierwszej półki – każdy jej kawałek jest kwintesencją tych gatunków i naprawdę sporo domorosłych „tfurców” sceny noise może zwinąć swoje kable, ewentualnie powiesić się na nich, gdy na horyzoncie pojawia się Pharmakon. To dźwięk agresywny, przemyślany i brutalny. Elektronika, w której próżno szukać ozdobników i smaczków (bo tych akurat noise i power electronics nie potrzebują) – jest za to mnóstwo emocji i brudu, w których zapewne zakochają się niegrzeczne dziewczynki i chłopcy. Wokal Pharmakon nie oszczędza naszych uszu i w tej dźwiękowej kategorii jest po prostu mistrzowski!!! Przestery tylko tam, gdzie to naprawdę konieczne, wspaniały wrzask, a w tle gęsto i brudno. Rozmawiałem z kilkoma maniakami takiej muzy i okazało się, że nie tylko mnie twórczość Pharmakon kojarzy się z BDSM w warstwie dźwiękowo-nastrojowej :)

A w „mojej” crust/grind-piaskownicy mielę ostatnio kilka ciekawych hord, które może nie nowe, ale doskonale działają na uszy spragnione wyjebów w dobrym wydaniu.

Pierwszą z nich jest polski Norylsk. Koincydencja: Norylsk (w oryginale:  Норильск), to jedno z moich ulubionych miast rosyjskich i myślę, że taka nazwa na kapelę grindcore’ową jest po prostu rewelacyjna. Biorąc pod uwagę samo położenie Norylska i jego klimat (dosłownie i w przenośni) – ekstrem! Wszystko pasuje!

Norylsk, to technicznie świetnie zagrany grindcore z social-politik tekstami. Muzycznie nie ma się do czego przyczepić – grind as fuck! Mnie osobiście drażnią wokalowe wstawki a’la Dead Infection (bo tego typu kapele, to jednak nie moja bajka), ale wszystko inne – rzeźnia! Doskonały grind-wypierdol made in Poland! Polecam!

Innym ciekawym rzygiem jest rosyjski Minaret. Ostatnie lata na DIY scenie HC/punk, to wysyp wielu kapel, które zwyczajowo wrzuca się do wora z napisem: neocrust. Mnie ta etykietka strasznie wkurwia (nie od dziś zresztą…), ale naprawdę dużo kapel grających wrzask tego typu daje radę i jest po prostu rewelacyjna! Dla mnie Minaret, to świetnie zagrane (i nagrane) screamo, które pozostaje na długo w głowie. Mam wrażenie, że momentami jest to hałas podobny do białoruskiej kapeli Киста, jednak bardziej agresywny, mniej hardcore’owy, bardziej blackened crust/emo violence. Technicznie świetnie zgrane, wokal po prostu wyjebany!!! Jak dla mnie – delicje!!! Link do ostatniej płyty: Криминальная Россия (Bandycka Rosja) → tutaj.

Kolejna super banda z Rosji – Moro Moro Land. Miałem okazję poznać chłopaków osobiście na jednym z gigów i oprócz tego, że grają rewelacyjny blackened crust / screamo, są naprawdę sympatycznymi, młodymi kolesiami, poważnie podchodzącymi do tego, co grają.

Kiedy słucha się ich muzy, od razu czuje się zaangażowanie i to, że tworząc swoje kawałki, kolesie wkładają w to wiele pracy i emocji. Są cholernie szczerzy. Szczególnie słychać i widać to na koncertach. Zapewne nie raz zawitają gdzieś w nasze okolice (sam widziałem ich w Czechach). Poza tym chciałbym zrobić im mini-trasę po Polsce.

I jeszcze jedno – Nirvana, to nie moja para kaloszy – mówiąc najłagodniej. Ale poniższy cover Something in the way, to po prostu mistrzostwo świata i …  sami posłuchajcie!

* * *

Gdzieś tam z tyłu przepoconego mózgu mam kilka innych tematów, ale dziś nie chce mi się już ich tutaj wydalać… O książkach będzie następnym razem, o polityce w krzywym kraju nad Wisłą również. Na koniec pełne zanurzenie z Periskop.

Periskop, to projekt dark ambient/sea ambient. Każda z kompozycji, to kolejny kawałek zimnej morskiej przestrzeni; wydawać by się mogło, że przy tych zjebanych upałach, to jakaś ulga: zanurzyć się w morzu. Nic podobnego :) Tutaj zanurzenia są na tyle głębokie, że nie ma mowy o uldze. Włączcie wyobraźnię i sami sprawdźcie!

* * *

Gdy pracuję nocą, czasem kopnie mnie szczęście i niebo podaruje małe kłębowisko chmur nad ranem… Powietrze śmierdzi cudownie ozonem i burza powoli sunie w moją stronę. Wtedy choć na moment jest znośnie. Chcę kilka miesięcy chłodu w monochromie… Bez kolorów, bez słońca, bez cielska upału…

* * *

Jak widać, tutaj rzadko się udzielam. Zwyczajowo siedzę w ruskim necie, ale jeśli coś ciekawego, albo prozaicznego znajdę, wrzucam linki na Quittera, względnie jakieś swoje pojebane reflexy na 160 znaków… Obrazkowo, politycznie, estetycznie itp. jestem na Diasporze*.

666