Katarzyna Pawlak – Za Chiny ludowe. Zapiski z codzienności Państwa Środka

Właśnie skończyłem czytać Za Chiny ludowe. Zapiski z codzienności Państwa Środka, Katarzyny Pawlak. Piąta nad ranem, zza otwartego okna pojedyncze dźwięki z wybudzających się betonowych kloców. Piję świeżą yerbę, bombilla parzy nieco wargi, a ja gapię się na okładkę i głupio pytam sam siebie: jak to?! Już? Już się skończyło?

Książkę Katarzyny Pawlak pochłania się z autentyczną łapczywością. Dlaczego? Ano dlatego, że Autorka jest bezkonkurencyjna w umiejętności snucia opowieści o Chinach, o miejscach, w których mieszkała, bądź była przejazdem, w których zatrzymywała się z nieskrywaną niechęcią, albo wręcz przeciwnie – upajała się chwilą i tym, co przeżywa, chcąc, by owa chwila trwała jeszcze i jeszcze. To ostatnie odczucie dało się we znaki i mnie, kiedy przeczytałem (nostalgiczne, nie powiem) zakończenie… Za Chiny ludowe, to wyjątkowa opowieść!

Autorka, studentka w Szanghaju i w Pekinie, świetnie znająca język chiński i – jak można by sądzić zaraz na początku książki, a potem mieć już zupełną pewność – zakochana w Chinach, zabiera nas w podróż zarówno osobistą, jak i wgłąb Chin – tych współczesnych (krzykliwość, tłok, chaos, pęd metropolii) i tych „skansenowych”, gdzie na gwałt produkuje się „starożytne posągi”, „prastare wioski”, „tradycyjne fasady” (do których pielgrzymują rzesze chińskich turystów uzbrojonych w aparaty, spragnionych historii)… Tam gdzie potężne chińskie dziedzictwo jest autentyczne, gdzie jakimś cudem ocalały skrawki baaardzo odległej przeszłości – prowadzeni przez Autorkę – mamy wrażenie, że obcujemy z czymś pozasłownym, wymykającym się, znanym nam, kategoryzacjom.
Katarzyna Pawlak nie ciąga nas za rękaw w kierunku obowiązkowych turystycznych punktów do odfajkowania, nie zasypiamy z nudów przy opisach „ważnych miejsc i ludzi”, żywcem zerżniętych z netu, czy innych książek. W jej książce wszystko żyje, bulgocze pod żywą tkanką szanghajskich ulic, śmierdzi, lepi się, albo wręcz przeciwnie: kojąco szumi i szeleści gdzieś w prowincjach, odległych od Pekinu o lata świetlne.
Za Chiny ludowe obejmuje niezwykle ciekawy i wciągający opis życia i studiów Autorki w Szanghaju i Pekinie oraz jej podróże po Chinach, poza utartymi szlakami (chociaż – jak przekonamy się wielokrotnie w czasie lektury – zaraza zorganizowanych hord turystów dociera do najdalszych prowincji Państwa Środka), zwłaszcza poza ścieżkami, z których raczej nie zboczy pierwszy lepszy zachodni turysta.

Szczegółów jej przeżyć i refleksji nie zdradzę… za Chiny ludowe. Powiem tylko, że każda kartka tej książki, to niezwykła cząstka Chin przekazana nam w niezwykle ciekawy i sympatyczny sposób. Katarzyna Pawlak posiada bowiem bardzo rzadką cechę: jej opowieść o Chinach pozbawiona jest jakiejkolwiek pretensjonalności, próżno w jej książce szukać prostackiego szpanerstwa maskowanego niedanym dowcipem (jak często bywa w rozmaitych „pamiętnikach z podróży” wciskanych nam jako wydawniczy hit), albo śmiesznego mędrkowania. Mimo to, już na początku lektury czujemy, że mamy do czynienia z osobą, która o Chinach wie mnóstwo, a oczytanie, doskonała znajomość języka i – chyba mogę tak napisać – miłość do Chin przekazuje nam, czytelnikom, w sposób po prostu rewelacyjny! Uwielbiam jej język opisowy i fakt, że nim się obejrzę, historia snuta przez Autorkę już wsysa mnie bez reszty – bez względu na to, czy mowa jest o rozsypującym się szanghajskim domu z mikroskopijnymi pokojami, czy o zawiłościach edukacyjnego systemu na chińskich uniwersytetach, czy też o Chińskim Nowym Roku, daleko na prowincji, wśród kompletnie obcych, a przecież tak gościnnych, przyjaznych i szczerych ludzi!

Jak dla mnie – rewelacyjna książka! Z niecierpliwością będę oczekiwał kolejnych historii spod pióra Katarzyny Pawlak!

Reklamy

Yerba mate

Luźny wpis o yerbie…

Jako maniak yerba mate, postanowiłem trochę skrzywić swoje przyzwyczajenia i wrzucić na podniebienie gorycz inną, aniżeli zwyczajowo zdarza mi się pić. Moja „święta trójca”, to Rosamonte z Argentyny (we wszystkich odmianach), Pajarito z Paragwaju (klasyczna – słynny zapychacz bombilli, jednak w mocy i smaku bezkonkurencyjna!) i Playadito Hierbas – cudowna argentyńska yerba z ziołami, której smak zapomnieć tak ciężko jak pierwszy koncert Agathocles :).

Ostatnio jednak wypróbowałem dwie paragwajskie yerby: Indega Especial Elaborada (klasyczna) i Indega Siempre Vive (dosyć mocna, aromatyzowana, z dodatkiem moringi olejodajnej, rozmarynu, nasion anyżu, biedrzeńca oraz mięty pieprzowej).
Pierwsza z nich, to po prostu klasyka ostokrzewu paragwajskiego. Tak powinna smakować mate; poczęstowałbym nią każdego, kto nigdy nie pił yerby. Mocna, średnio aromatyczna (choć pochodzi z tego samego regionu, co mega-mocna Pajarito), długo pozostawiająca posmak na języku, nie zapychająca bombilli. Druga Indega natomiast, to mistrzostwo świata! Siempre Vive, to przepyszna aromatyzowana ziołami mate, intensywna w smaku, „odporna” na wielokrotne zalania (mój rekord: dziesięć pełnych zalań matero przy pełnym smaku naparu), moringa i mięta pieprzowa wyraźnie wyczuwalne. Świetnie smakuje z dodatkiem świeżego soku z cytryny.

Nie wiem, dlaczego ostatnimi czasy smakuje mi mate z ziołowymi dodatkami. Od wieeeeeeelu lat piłem wyłącznie klasyczne gatunki, czasami robiąc sobie jednorazowe calabaza ze skórki grejpfruta albo z jabłka (co po trzecim, czwartym zalaniu daje fajne efekty smakowe). Teraz jednak testuję smakowe mate i powiem Wam, że przez ostatnie lata ominęło mnie wiele ciekawych smaków. Częstując nowicjuszy jakąkolwiek mate, niemal zawsze patrzyłem na te skrzywione twarze, bez słów mówiące: jeeeeb! jakie to goooorzkie, co za syyyyf!
To prawda. Yerba mate, to gorycz. Ale i smak, wiele smaków! Z biegiem czasu nauczyłem się rozróżniać poszczególne plantacje, chociaż do dziś nie jestem super-ekspertem w tej materii. Niemniej czasami naprawdę można rozpoznać skąd pochodzi to, co widzisz w matero. Wystarczy spojrzeć na listki i/lub gałązki. Pierwszy łyk i już wszystko jasne.

 Union Hierbas del Litoral (fota powyżej), to coś dla newbies. Ktoś się „boi” goryczy mate – wtedy powinien spróbować tej yerby! Pyszna mate z gałązkami i listkami, o [po]smaku pomarańczowym (szkoda, że sztucznie aromatyzowana), z dodatkiem naturalnych ziół, z wyraźnym akcentem mięty pieprzowej. Można pić, pić, pić!
Jeden z moich znajomych z Argentyny polecił mi coś, co w ojczyźnie yerba mate pije się codziennie hektolitrami: La Merced. Nigdy w życiu nie miałem do czynienia z tą marką, więc postanowiłem spróbować. Jako, że lubię palone mate, na pierwszy rzut poszło La Merced Barbacua… Jeb! Brylant! Gałązki i listki (mało pyłu) jeszcze przed zalaniem pachną przecudownie! Po pierwszym zalaniu aromat mistrzowski, smak perfekcyjnie „tytoniowej mate”, tak jak być powinno z palonymi gatunkami. Niczego więcej: kwintesencja yerba mate i dymno-tytoniowy posmak. Niebo w gębie!

Yerba doskonale odzwyczaja od kawy, pobudza stopniowo, a nie skokowo – jak kawa. Jest baaardzo moczopędna i wywala z organizmu sporo syfu. Można pić ją nawet przed snem, bez obaw o bezsenną noc. Poza tym – może to tylko moje osobiste odczucie – wyczula kubki smakowe: zarówno w obrębie goryczy poszczególnych gatunków yerba mate, jak i innych smaków. Ma 666 witamin i nie wypłukuje magnezu z organizmu. Pijcie osrokrzew paragwajski! :)

Christian Eisert – Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata

Zakładam, że mam pecha. Jednak ci, którzy czytali moją recenzję książki, którą popełnił pewien niemiecki goguś w materii bytowania w Moskwie (link tutaj), mogą pomyśleć, że cierpię na jakąś germanofobię. Nic podobnego. Tydzień w Korei Północnej, Christiana Eiserta, to po prostu kupa, na którą nie warto wydawać nawet złotówki. Ta książka, to słabizna, jakkolwiek by jej nie traktować; w żadnym wypadku nie jest to literatura faktu, nie jest to również reportaż. Jeśli można to nazwać „relacją z podróży”, to wolałbym nie marnować paru godzin na coś takiego, nie mówiąc o pieniądzach (znowu wkurw, bo rzuciłem je w błoto)…

Zaczynamy od okładki wydania polskiego. Debilna, biorąc pod uwagę, że za kreskówkowym Kim Dzong Unem kryje się jednak największy zamordyzm tego chorego świata. Byłoby OK, gdyby ta książka była satyrą na reżim północnokoreański; jak rozumiem Autora tejże, chciał on popełnić nieco humorystyczną opowiastkę ze swojej podróży, ale poczucie humoru tego gościa – czytając cierpliwie to coś – jest, łagodnie mówiąc, o kant dupy rozbić. Lipa. Być może niemiecka klasa średnia miała ubaw po pachy w czasie lektury Tygodnia… Ja śmiałem się raczej z dupowatości tego „turysty”, który wyprawia się na drugi koniec świata, do najbardziej strzeżonej rzeźni.

Christian Eisert jest Ossie. Dzieckiem, który wychował się w NRD i liznął skrawki komuszego królestwa Stasi i Honeckera. Dzieckiem w dosłownym znaczeniu tego słowa; zgadnijcie co było motywacją jego wyjazdu do KRLD? Niegdysiejsza wizyta ambasadora tejże w jego komunistycznej szkole i… (sic!!!) skrawek NRD-owskiej gazety, w której w jednym z artykułów o Korei Północnej widnieje zdjęcie basenu-lunaparku, gdzie znajduje się bajeczna zjeżdżalnia w kolorach tęczy. Tą zjeżdżalnię Autor ze wszech miar zapragnął zobaczyć…
Zdjęcie z gazety będące wyrazem nostalgii i chyba swego rodzaju kaprys, sprawiły, że ten duży chłopiec postanowił pojechać do KRLD. Nie wybrał się tam jednak sam! Za towarzyszkę podróży wybrał swoją przyjaciółkę o wietnamskich korzeniach, troszkę ekscentryczkę. I chwała Honeckerowi za to, że nie pojechał tam sam, bo zapewne zaryczałby się w Pjongjangu na śmierć już po kilku dniach. Mimo, że Autor sam pretenduje do roli nadwornego „rozśmieszacza wyprawy”, czytelnik książki od razu skapuje, że to właśnie jego towarzyszka ma jaja i potrafi „zastosować” sarkazm i dobry/czarny/zły humor wtedy gdy jest to konieczne.

O meritum książki nie ma się co rozpisywać, naprawdę. Jest to kompilacja wiedzy z Wikipedii, paru przewodników i kilku książek nt historii obu Korei. Każdy opis jakiegokolwiek faktu historycznego brzmi jak zerżnięty z innego źródła – może gimbusy dowiedzą się czegoś nowego.

Żeby nie było, że jestem gołosłowny i pastwię się nad biednym Christianem Eisertem, przytoczę pokrótce tylko kilka znamiennych przykładów dupowatości Autora i groteskowości jego wyprawy… O wiele więcej podobnych można znaleźć w książce.
Eisert jedzie z przyjaciółką, ale ma żonę (która zostaje w Niemczech), niemniej jednak chce oznajmić czytelnikom, że – wiecie, rozumiecie – z przyjaciółką nic głębszego go nie łączy. Robi to nieporadnie jak nastolatek. Żenada :D
Eisert nie pije, nie pali i nie lubi kawy, co pryncypialnie podkreśla w różnych momentach książki. Autor wsiada do samolotu i ubiera golf + bluzę, gdyż chronicznie nie znosi przeciągów (k***a, przeciągi w samolocie!). Pierwszy jego komentarz na widok lotniska w Pjongjangu: jego budynek wygląda jak warsztat samochodowy w powiatowym niemieckim miasteczku (ach, te cudowne porównania: Niemcy vs świat!).
Aby przybliżyć niezorientowanym czytelnikom (a jakże! Inni zapewne nie czytają tej książki) topograficzne szczegóły, Christian Eisert porównuje Półwysep Koreański do… konika morskiego bez ogonka (sic!), a Japonię do smoka plującego ogniem. Obrazowość przede wszystkim.
Po przybyciu do Pjongjangu i zakwaterowaniu w hotelu doznaje niemal orgazmu, gdyż po trzech dniach podróży może umyć zęby! Wow! Potem zdradza czytelnikom, że w domu zostawił mamie (mamie… jakie to urocze! Ciekawe, co na to żona…) dyspozycje spadkowe w Deutsche Banku i polisę „w razie nieprzewidzianych wypadków” :D Niemiec zamawiający burżujską wycieczkę z „opiekunami” z północnokoreańskiej ubecji, śmiertelnie boi się o to, czy wróci cały do domu. (Aha, potem pisze z hotelu – oczywiście do mamy – maila wcześniej ustalonym szyfrem… Jeeeb! :D Mutti pewnie drży ze strachu…). Eisert nie jest w ciemię bity i zabiera ze sobą pancerny zapas batonów energetycznych  i niemieckiej czekolady, albowiem – trzymajcie się teraz tego, na czym siedzicie :D – znalazł w internecie specjalną formułę, dzięki której obliczył, że dla „podtrzymania podstawowych funckji życiowych” w tak mało niemieckim kraju jak Korea Północna potrzeba 800 kalorii dziennie. Mam nadzieję, że nie dziwicie się, że używam emotikonów w tej recencji :)) Aż chciałoby się napisać staropolskie: ja pierdolę! :D Na widok rowerzystów, którzy do swoich jednośladów mają przytwierdzone tabliczki z numerami, ze śmiertelną powagą Eisert stwierdza, że to „świetny sposób by zidentyfikować rowerowych chuliganów”… Wymiękam…

Podobnych perełek znajdziecie w tej książce o wiele więcej. Ja wiem jedno – nie wyjechałbym z tym kolesiem nawet na weekend poza Berlin, w jakiekolwiek miejsce, gdzie nie można płacić kartą i zanika zasięg (a jak wtedy zadzwonić do mamy???).

Podsumowanie.

Książka-żenada. Dość powiedzieć, że Christian Eisert nie zobaczył w efekcie zjeżdżalni w kolorach tęczy, mimo, że usilnie prosił o trop swoich koreańskich ubeków. Natomiast zabrał ze sobą miniaturkę jakiegoś tam autka na resorach, by zrobić mu fotkę w kraju Kim Dzong Una… Serio, nie da się tego gówna czytać. Autor zrobił pośmiewisko z siebie samego (natomiast szacun dla jego towarzyszki podróży!) i popełnił naprawdę kiepską historyjkę.
Zamiast wydawać kasę na Tydzień w Korei Północnej, kupcie książkę Suki Kim, albo butelkę wina (lub dwie, trzy) i poszperajcie w necie w poszukiwaniu naprawdę wartościowych historii z tego najsmutniejszego kraju świata.

PS: JEDYNA wartościowa rzecz w niniejszej książce, to link do foto-bloga pt. Kim-Jong-Il Looking At Things. To symptomatyczny, a jednak prześmiewczy i groteskowy blog ukazujący Kim Dzong Ila „patrzącego na rzeczy” w czasie swoich chorych inspekcji po kraju…

Suki Kim – Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit

Jedna z najważniejszych (wydanych w Polsce) książek nt Korei Północnej w tym roku, a może i w ostatnich latach. Książka nie tylko świetnie napisana, ale i bardzo wartościowa. Poza tym jest zwyczajnie budującą opowieścią, mikroskopijnym okruchem nadziei na to, że na północy półwyspu koreańskiego jakakolwiek zmiana zacznie się w głowach tych z pozoru uprzywilejowanych, młodych ludzi, których uczyła Suki Kim.

Autorka, urodzona w Korei Południowej, szybko wyemigrowała z rodzicami do USA, otrzymując tam obywatelstwo. Mimo tego, że mieszkała po drugiej stronie oceanu, z dala od rodzinnego domu, nauczyła się koreańskiego i zachowała głęboki szacunek do koreańskich tradycji (w obu Koreach więzi rodowe i rodzinne są podstawą ich tożsamości). Matka Suki Kim zachowała całą traumę konfliktu koreańskiego i koszmar wojny, przekazując córce w dramatycznych opowieściach to, co spotkało jej rodzinę. Kim, jak się okazało, miała krewnych również po drugiej, komunistycznej, stronie tej najbardziej ze strzeżonych granicy na świecie.

Kiedy tylko pojawiła się okazja, by wraz z protestancką misją nauczycieli wyjechać do Pjongjangu i uczyć tam angielskiego dzieci północnokoreańskiej elity, Suki Kim od razu zgłosiła swój akces i została przyjęta. Oczywiście ukryła przed misją i ambasadą Korei Płn., że jest niewierzącą reporterką.
Kim przybyła do skoszarowanej, świeżo postawionej szkoły na przedmieściach stolicy. Szaro, betonowo, z drutem kolczastym wokół szkoły i czegoś w rodzaju kampusu. Jej zadaniem było uczenie języka angielskiego 19-20-letnich synów pochodzących z północnokoreańskiej elity aparatu państwowego i armii. Wszystkie zajęcia surowo obserwowane przez bezpieczniaków, każdy temat do zatwierdzenia przez górę (łącznie z obrazkami wykorzystywanymi w słownych grach i zabawach edukacyjnych), bezwzględna dyscyplina i przyporządkowanie do grup w zależności od poczynionych postępów w nauce. Kontakty: student-nauczyciel ograniczone do niezbędnego minimum, żadnego „kroku w bok” poza „program nauczania”, żadnych pozaedukacyjnych relacji (kampus dzień i noc patrolowały uzbrojone dziewczyny-strażniczki[sic!]).

W takiej atmosferze Suki Kim przeżyła kilka semestrów, starając się maksymalnie wykorzystać ten czas na próbach zrozumienia i porozumienia. Z biegiem czasu staje się ulubioną wykładowczynią, a jej wyjątkowa umiejętność przekazywania mikroskopijnych okruchów ze świata zewnętrznego sprawia, że studenci powoli i z niemałym strachem otwierają się na swoją nauczycielkę, jednocześnie odsłaniając przerażającą pustkę kryjącą się nie tylko za quasi-wiedzą, jaką gwałci ich reżim Kim Dzong Una, ale i za fasadą nędznej propagandy.
Dlaczego książka jest wyjątkowa? Bo wyjątkowe jest środowisko, w jakim przyszło Autorce uczyć języka, jak i ona sama i jej reporterski warsztat jest pełen wyjątkowości. Suki Kim umiejętnie łączy osobistą refleksję z reporterskim talentem, przez co Pozdrowienia…, nie śmierdzą kolejną plastikową publikacją o Korei Północnej. Poza tym jest Koreanką i łatwiej jest jej pewne zawiłe, a czasem przerażające aspekty reżimowej rzeczywistości dostrzec, ale i zgłębić i czytelnie przekazać.

Lektura jak najbardziej obowiązkowa! Ponadto zachęcam do poszperania w necie i do przeczytania / obejrzenia wywiadów z tą niezwykle skromną, ale i utalentowaną reporterką!

i3wm | debian

Chyba na dobre zżyłem się z i3wm. Fajnie mi się pracuje z tym menadżerem okien; myślałem, że AwesomeWM zawsze będzie u mnie na pierwszym miejscu, ale i3 wygrało swoją prostotą i szybkością konfigu. Powoli dłubię sobie w konfiguracji dwm – ten menadżer również wydaje się fajną alternatywą dla Awesome…

Padraic Kenney – Budowanie Polski Ludowej. Robotnicy a komuniści 1945-1950

 

Książka ta zapewne umknęłaby mi w morzu wydawniczych nowości, gdyby nie radiowa audycja na jej temat. Po wysłuchaniu opinii, postanowiłem ją kupić. Przyznam, że zaciekawiła mnie symptomatyczna dychotomia zawarta w podtytule: „robotnicy i komuniści”; pomyślałem, że Autor potraktował temat solidnie, jeśli – słusznie skądinąd – oddzielił dwa byty: klasę robotniczą (mającą przed wojną bogate tradycje strajkowe i spory instynkt samoorganizacji – [o czym później]) od „komunistów” – decydenckiej grupy „spadochroniarzy” ze stalinowskiej Moskwy pełniącej w istocie rolę posłanników okupanta, jakim faktycznie był ZSRS.
Nie mniej interesujący wydał mi się okres, na jakim skupił się Autor, a więc lata 1945-1950: czas, gdy reżim komunistyczny nie tylko zakorzeniał się strukturalnie na ziemiach polskich (łącznie z ziemiami odzyskanymi, potraktowanymi dość obszernie w w/w książce), ale i  rozkręcał swoją machinę opresji – głównie przeciwko klasie robotniczej właśnie.

Padraic Kenney opisuje relacje: robotnicy vs komuniści, ale z założenia robi to wybiórczo. Pomimo tego jego książka wydaje się jedną z pierwszych w tym zakresie na oficjalnym rynku wydawniczym (nie licząc drugoobiegowych i niszowych publikacji lewicowych i anarchistycznych po 1989 roku).
Dlaczego wybiórczo? Autor postanowił na ową relację spojrzeć przez pryzmat dwóch bardzo istotnych miast w historii powojennej Polski: Łodzi i Wrocławia. Wybór tych miast nie jest przypadkowy. Łódź, jako potężny ośrodek przemysłowy (w czasach zaborów jak i  po odzyskaniu niepodległości, aż do czasów powojennych) ze świadomą swoich praw klasą robotniczą i tradycją strajkową, jest wyborem oczywistym (tym bardziej że po wojnie Warszawa leżała w gruzach, a komunistyczny aparat i administracja przeniosły się właśnie do Łodzi). Wrocław natomiast – wielkie miasto odzyskane na ziemiach często nazywanych polskim Dzikim Zachodem, dla komunistów przestrzeń do zaanektowania przede wszystkim propagandowo i organizacyjnie, ale i przemysłowo.
W obu tych miastach relacje robotników z aparatem komunistycznym były diametralnie różne i to właśnie decydyje o wyjątkowości książki Kenny’ego.

Autor, sięgając do polskich archiwów w Łodzi, opisuje bardzo rozwiniętą świadomość klasową robotników przemysłu tekstylnego w 1945 roku i w latach kolejnych. Nic dziwnego. Łódź pod tym względem zawsze wyróżniała się na tle innych polskich miast, posiadając bogatą i długą tradycję ruchu robotniczego. Oczywiście miasto nie zawdzięcza tego ani KPP, ani prostalinowskim strukturom politycznym; w Łodzi „rządzi” PPS i syndykaliści, co jest solą w oku komuchów, którzy zaczynają dopiero wnikać w środowiska robotnicze. Padraic Kenney szczegółowo opisuje akcje strajkowe łódzkich robotników, którzy dosyć szybko zdali sobie sprawę, że KPP nie jest żadnym emisariuszem sprawy robotniczej, a kolejną machiną opresji żerującą na ich ciężkiej pracy. Bardzo istotną kwestią jest permanentne dążenie do osłabienia tradycji (anarcho)syndykalistycznej w fabrykach; autentyczna samoorganizacja w łódzkich fabrykach po wojnie była modelowo realizowana właśnie na gruncie anarchosyndykalizmu, kiedy to robotnicy po wojnie sami wracali do fabryk, w których pracowali, przejmowali je, dokonywali niezbędnych napraw i sami ruszali z produkcją, szukając na własną rękę kooperacji – bez państwa, aparatu partyjnego i bezpieczniackiego.
Komuniści robili wszystko, by „złapać za ryj” krąbrne i skore do buntów pracownice przemysłu włókienniczego i przede wszystkim opanować newralgiczne dla siebie punkty: rady zakładowe i związki zawodowe.

Wrocław natomiast jest przykładem diametralnie innej organizacji powojennej klasy robotniczej. Miasto wyrwane spod wpływu Niemiec, zniszczone z leżącym na łopatkach przemysłem (nigdy nie rozwiniętym tak jak na Śląsku, czy w Łodzi właśnie), z olbrzymią ilością ludności napływowej (głównie ze wsi i z całej Polski, gdzie ziemie odzyskane były traktowane jak „eldorado” i obietnica lepszego startu po zawierusze wojennej). Tutaj KPP mierzy się głównie z szabrownictwem, analfabetyzmem wśród robotników, uruchamianiem starych zakładów i tworzeniem nowej industrialnej tkanki miasta. Wrocław nie posiada jednolitego środowiska robotniczego, a sami robotnicy często porzucają pracę i szukają nowych możliwości zarobkowych w zdewastowanym mieście. Te i inne czynniki sprawiają, że we Wrocławiu strajk jest rzadkością, a eskalacja opresji ze strony struktur bezpieczeństwa – większa.

W oparciu o te dwa miasta, Padraic Kenney analizuje kilka ważnych aspektów tytułowej relacji: robotnicy-komuniści. Po pierwsze szeroko (zwłaszcza w przypadku Łodzi) opisuje on rewolucję w samych fabrykach i sukcesywne wyjaławianie środowiska robotniczego na rzecz totalnej nad nim kontroli. Po drugie opisuje zmiany w samej KPP i jej zaciekłą walkę o wpływy z o wiele bardziej doświadczoną (i cieszącą się większym zaufaniem wśród robotników) PPS – aż do chwili spacyfikowania i wchłonięcia tej ostatniej („zjednoczenie” i powstanie PZPR). Po trzecie Kenney skupia się na takich kwestiach jak powojenna retoryka klasowa, współzawodnictwo pracy (jako kolejne narzędzie podporządkowania sobie klasy robotniczej), robotnicza i socjalno-bytowa świadomość pracujących kobiet (szczególnie interesujący i wcześniej nie podejmowany temat w publikacjach historycznych tego typu!) i rozziew pomiędzy tradycją przedwojennego pokolenia robotników, a młodym, w większości napływowym elementem „nowej klasy robotniczej”.

Budowanie Polski Ludowej jest publikacją wyjątkową, ale i problematyczną. Autor niestety uległ dziwnej tendencji do „łagodzenia” obrazu nowej władzy w 1945 roku. Dlaczego? Ano bagatelizuje on aktywność służby bezpieczeństwa bezpośrednio po przejęciu władzy przez KPP – zarówno w społeczeństwie jak i w fabrykach. Na próżno szukać w książce aktywności ubecji i jej brutalnych metod działania już na starcie „ludowej ojczyzny”. Jakkolwiek słusznie Padraic Kenney zauważa, iż stalinowskie represje nie zaczęły się przecież w 1945, „spychając” niejako epicentrum stalinizmu poza ramy 1945-1950, skrzętnie pomija on wszelkie zwiastuny owego zamordyzmu (którego zapowiedzi były przecież immanentnie wplecione w system decyzyjny partii, a sam Autor podaje szereg przykładów tegoż), zaledwie dwa, trzy razy przebąkując gdzieś na marginesie, że nie neguje on zasadniczo faktu, że to, co działo się przed rokiem 1950 było jasnym preludium do stalinizmu w wersji hard w latach późniejszych.
Książka w ogóle jest niezwykle „łagodną” publikacją; Autor nie jest Polakiem (co w przypadku historyka jest tylko in plus w interesującym nas dyskursie) więc nie znajdziemy w tej książce typowo polskich: wichury antysowieckiej, czy mydlin quasi-lewicowych obrońców spod znaku: owszem, były zbrodnie i represje, ale przecież odbudowano Polskę! Mimo tego, podczas lektury daje się odczuć lekki powiew michnikowszczyzny i tego typowego relatywizowania a’la Gazeta Wybiórcza, nawet jeśli owym relatywizowaniem jest po prostu niepisanie o pewnych faktach.

Podsumowując… Budowanie Polski Ludowej, to pozycja godna uwagi, albowiem jest świetnie udokumentowaną publikacją historyczną, gdzie mamy możliwość zapoznania się z jednostkowymi i grupowymi portretami robotników bezpośrednio po wojnie. Podczas lektury obserwujemy sukcesywne tłumienie wszelkich buntowniczych odruchów klasy robotniczej przez aparat partyjny, który za wszelką cenę pragnie przejąć kontrolę nad wszystkim, co daje robotnikom możność owocnej walki o swoje prawa i lepsze położenie socjalno-bytowe. Ponadto w książce znajdziemy bogato udokumentowaną walkę KPP vs PPS w latach powojennych, aż do czasu spacyfikowania i wchłonięcia PPS.
Można tylko żałować, że Autor nie podjął się poszerzenia obszaru badawczego o Śląsk – mielibyśmy wtedy dzieło naprawdę monumentalne! No i oczywiście drażni nieco owa łagodność ocen w stosunku do pierwszych lat działania aparatu komunistycznego w Polsce. Jedna, czy dwie ciche deklaracje Kenny’ego, że nie neguje on opresyjności tego systemu, to nie tylko stanowczo za mało – to poważna luka w tej pracy historycznej w kontekście samych faktów.

Åsne Seierstad – Księgarz z Kabulu

Fenomenalna literatura faktu! Księgarz…, to jedna z tych książek, które czyta się z pragnieniem, aby nigdy się nie kończyły. Åsne Seierstad w sposób mistrzowski wniknęła w codzienne życie Afgańczyków i równie perfekcyjnie oddała klimat trudnej (eufemizm!) rzeczywistości Afganistanu. Po lekturze mogę spokojnie zaliczyć Seierstad do grona tych, którzy mistrzowsko ukazują nam Afganistan; dla mnie Księgarz z Kabulu, to książka kalibru Modlitwy o deszcz, Wojciecha Jagielskiego – pierwsza liga reportażu przyprawionego literacko tak, jak lubię!

Autorka – norweska dziennikarka wojenna i przenikliwa obserwatorka ludzkich tragedii w miejscach, gdzie nawet Allah mówi: nara! –  przez jakiś czas mieszkała z afgańską rodziną w Kabulu. Zapragnęła opisać codzienność ludzi, dla których koszmar wojny, to nie jednorazowa trauma, ale przekleństwo przekazywane jak w sztafecie, z pokolenia na pokolenie, obłędna karma, immanentny składnik codzienności…
Było to bezpośrednio po „pokonaniu” Talibów przez Sojusz Północny. Rodzina, która zgodziła się na ten swoisty eksperyment, to – w naszej zachodniej nomenklaturze – kabulska klasa średnia (jakkolwiek debilnie brzmi to w odniesieniu do realiów tak różnych od tych w naszej części świata!). Na jej czele stoi Sułtan – człowiek o szerokich horyzontach, oczytany, wykształcony, nade wszystko w życiu kochający książki i prowadzący w Kabulu kilka sklepików zawalonych po sufity starymi manuskryptami, książkami wszelkiej maści: od traktatów religijnych, po „oświecone” komunistyczne manifesty z czasów „wizyty” wojsk ZSRS w Afganistanie. Seierstad za jego zgodą zamieszkuje w jego domu, wraz z jego dwiema żonami, dziećmi, wnukami i krewnymi. Afgański dom, pełen ludzi, których indywidualne historie wymykają się codziennemu spojrzeniu na ten nędzny kawałek suchej i niegościnnej ziemi, historie które łamiąc stereotypowe postrzeganie Afganistanu i Afgańczyków – paradoksalnie – po brzegi wypełnione są tą ciężką zawiesiną tradycji, historii, krwi i przemocy.

Pył unoszący się nad afgańskimi wzgórzami i smród  uryny w ciasnych uliczkach Kabulu mieszają się ze łzami kobiet łajanych przez Sułtana. Kochając książki i wolność jaką niesie ich treść w tym kraju pełnym analfabetów, Sułtan jest bezlitośnie wpleciony w brutalny wzór prawa szariatu i twardej ręki, którą (choćby i symbolicznie) czują jego żony, dzieci i krewni.
Książka Åsne Seierstad, to również głos, jęk, płacz i okruchy radości kobiet afgańskich, ich rozterki, codzienna walka o przetrwanie. To śmierdzące, duszne powietrze pod burką i miliony igieł tabu wbijane w zmęczone ciała młodych dziewcząt i starzejących się matron.

Dlaczego Księgarz z Kabulu jest wyjątkową książką? Ano dlatego, że Seierstad nie raczy nas taniochą i sensacją wpychaną nam nachalnie ostatnimi czasy. To nie jest kolejna opowieść walnięta od reporterskiego szablonu, ani gówniane ckliwe opowiastki z kolorowymi okładkami, z których gapią się na nas urocze perskie/arabskie oczęta w hidżabie (kolejna quasi-literacka zmora, po zalewie historyjkami o wampirach, mgłach i innych klonach Chorego Portiera). Narracja w Księgarzu…, to zarówno literacki kunszt i rzetelność w obrębie faktografii. Historia opisana przez Åsne Seierstad broni się sama, albowiem nie jest zgwałcona przez zachodnie stereotypy, choć – co nie mniej ważne! – Autorka odważnie mierzy się z bestialstwem wielu zwyczajów zakorzenionych w kulturze afgańskiej.

Książka, którą trzeba przeczytać!