Christian Eisert – Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata

Zakładam, że mam pecha. Jednak ci, którzy czytali moją recenzję książki, którą popełnił pewien niemiecki goguś w materii bytowania w Moskwie (link tutaj), mogą pomyśleć, że cierpię na jakąś germanofobię. Nic podobnego. Tydzień w Korei Północnej, Christiana Eiserta, to po prostu kupa, na którą nie warto wydawać nawet złotówki. Ta książka, to słabizna, jakkolwiek by jej nie traktować; w żadnym wypadku nie jest to literatura faktu, nie jest to również reportaż. Jeśli można to nazwać „relacją z podróży”, to wolałbym nie marnować paru godzin na coś takiego, nie mówiąc o pieniądzach (znowu wkurw, bo rzuciłem je w błoto)…

Zaczynamy od okładki wydania polskiego. Debilna, biorąc pod uwagę, że za kreskówkowym Kim Dzong Unem kryje się jednak największy zamordyzm tego chorego świata. Byłoby OK, gdyby ta książka była satyrą na reżim północnokoreański; jak rozumiem Autora tejże, chciał on popełnić nieco humorystyczną opowiastkę ze swojej podróży, ale poczucie humoru tego gościa – czytając cierpliwie to coś – jest, łagodnie mówiąc, o kant dupy rozbić. Lipa. Być może niemiecka klasa średnia miała ubaw po pachy w czasie lektury Tygodnia… Ja śmiałem się raczej z dupowatości tego „turysty”, który wyprawia się na drugi koniec świata, do najbardziej strzeżonej rzeźni.

Christian Eisert jest Ossie. Dzieckiem, który wychował się w NRD i liznął skrawki komuszego królestwa Stasi i Honeckera. Dzieckiem w dosłownym znaczeniu tego słowa; zgadnijcie co było motywacją jego wyjazdu do KRLD? Niegdysiejsza wizyta ambasadora tejże w jego komunistycznej szkole i… (sic!!!) skrawek NRD-owskiej gazety, w której w jednym z artykułów o Korei Północnej widnieje zdjęcie basenu-lunaparku, gdzie znajduje się bajeczna zjeżdżalnia w kolorach tęczy. Tą zjeżdżalnię Autor ze wszech miar zapragnął zobaczyć…
Zdjęcie z gazety będące wyrazem nostalgii i chyba swego rodzaju kaprys, sprawiły, że ten duży chłopiec postanowił pojechać do KRLD. Nie wybrał się tam jednak sam! Za towarzyszkę podróży wybrał swoją przyjaciółkę o wietnamskich korzeniach, troszkę ekscentryczkę. I chwała Honeckerowi za to, że nie pojechał tam sam, bo zapewne zaryczałby się w Pjongjangu na śmierć już po kilku dniach. Mimo, że Autor sam pretenduje do roli nadwornego „rozśmieszacza wyprawy”, czytelnik książki od razu skapuje, że to właśnie jego towarzyszka ma jaja i potrafi „zastosować” sarkazm i dobry/czarny/zły humor wtedy gdy jest to konieczne.

O meritum książki nie ma się co rozpisywać, naprawdę. Jest to kompilacja wiedzy z Wikipedii, paru przewodników i kilku książek nt historii obu Korei. Każdy opis jakiegokolwiek faktu historycznego brzmi jak zerżnięty z innego źródła – może gimbusy dowiedzą się czegoś nowego.

Żeby nie było, że jestem gołosłowny i pastwię się nad biednym Christianem Eisertem, przytoczę pokrótce tylko kilka znamiennych przykładów dupowatości Autora i groteskowości jego wyprawy… O wiele więcej podobnych można znaleźć w książce.
Eisert jedzie z przyjaciółką, ale ma żonę (która zostaje w Niemczech), niemniej jednak chce oznajmić czytelnikom, że – wiecie, rozumiecie – z przyjaciółką nic głębszego go nie łączy. Robi to nieporadnie jak nastolatek. Żenada :D
Eisert nie pije, nie pali i nie lubi kawy, co pryncypialnie podkreśla w różnych momentach książki. Autor wsiada do samolotu i ubiera golf + bluzę, gdyż chronicznie nie znosi przeciągów (k***a, przeciągi w samolocie!). Pierwszy jego komentarz na widok lotniska w Pjongjangu: jego budynek wygląda jak warsztat samochodowy w powiatowym niemieckim miasteczku (ach, te cudowne porównania: Niemcy vs świat!).
Aby przybliżyć niezorientowanym czytelnikom (a jakże! Inni zapewne nie czytają tej książki) topograficzne szczegóły, Christian Eisert porównuje Półwysep Koreański do… konika morskiego bez ogonka (sic!), a Japonię do smoka plującego ogniem. Obrazowość przede wszystkim.
Po przybyciu do Pjongjangu i zakwaterowaniu w hotelu doznaje niemal orgazmu, gdyż po trzech dniach podróży może umyć zęby! Wow! Potem zdradza czytelnikom, że w domu zostawił mamie (mamie… jakie to urocze! Ciekawe, co na to żona…) dyspozycje spadkowe w Deutsche Banku i polisę „w razie nieprzewidzianych wypadków” :D Niemiec zamawiający burżujską wycieczkę z „opiekunami” z północnokoreańskiej ubecji, śmiertelnie boi się o to, czy wróci cały do domu. (Aha, potem pisze z hotelu – oczywiście do mamy – maila wcześniej ustalonym szyfrem… Jeeeb! :D Mutti pewnie drży ze strachu…). Eisert nie jest w ciemię bity i zabiera ze sobą pancerny zapas batonów energetycznych  i niemieckiej czekolady, albowiem – trzymajcie się teraz tego, na czym siedzicie :D – znalazł w internecie specjalną formułę, dzięki której obliczył, że dla „podtrzymania podstawowych funckji życiowych” w tak mało niemieckim kraju jak Korea Północna potrzeba 800 kalorii dziennie. Mam nadzieję, że nie dziwicie się, że używam emotikonów w tej recencji :)) Aż chciałoby się napisać staropolskie: ja pierdolę! :D Na widok rowerzystów, którzy do swoich jednośladów mają przytwierdzone tabliczki z numerami, ze śmiertelną powagą Eisert stwierdza, że to „świetny sposób by zidentyfikować rowerowych chuliganów”… Wymiękam…

Podobnych perełek znajdziecie w tej książce o wiele więcej. Ja wiem jedno – nie wyjechałbym z tym kolesiem nawet na weekend poza Berlin, w jakiekolwiek miejsce, gdzie nie można płacić kartą i zanika zasięg (a jak wtedy zadzwonić do mamy???).

Podsumowanie.

Książka-żenada. Dość powiedzieć, że Christian Eisert nie zobaczył w efekcie zjeżdżalni w kolorach tęczy, mimo, że usilnie prosił o trop swoich koreańskich ubeków. Natomiast zabrał ze sobą miniaturkę jakiegoś tam autka na resorach, by zrobić mu fotkę w kraju Kim Dzong Una… Serio, nie da się tego gówna czytać. Autor zrobił pośmiewisko z siebie samego (natomiast szacun dla jego towarzyszki podróży!) i popełnił naprawdę kiepską historyjkę.
Zamiast wydawać kasę na Tydzień w Korei Północnej, kupcie książkę Suki Kim, albo butelkę wina (lub dwie, trzy) i poszperajcie w necie w poszukiwaniu naprawdę wartościowych historii z tego najsmutniejszego kraju świata.

PS: JEDYNA wartościowa rzecz w niniejszej książce, to link do foto-bloga pt. Kim-Jong-Il Looking At Things. To symptomatyczny, a jednak prześmiewczy i groteskowy blog ukazujący Kim Dzong Ila „patrzącego na rzeczy” w czasie swoich chorych inspekcji po kraju…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s