Yerba mate

Luźny wpis o yerbie…

Jako maniak yerba mate, postanowiłem trochę skrzywić swoje przyzwyczajenia i wrzucić na podniebienie gorycz inną, aniżeli zwyczajowo zdarza mi się pić. Moja „święta trójca”, to Rosamonte z Argentyny (we wszystkich odmianach), Pajarito z Paragwaju (klasyczna – słynny zapychacz bombilli, jednak w mocy i smaku bezkonkurencyjna!) i Playadito Hierbas – cudowna argentyńska yerba z ziołami, której smak zapomnieć tak ciężko jak pierwszy koncert Agathocles :).

Ostatnio jednak wypróbowałem dwie paragwajskie yerby: Indega Especial Elaborada (klasyczna) i Indega Siempre Vive (dosyć mocna, aromatyzowana, z dodatkiem moringi olejodajnej, rozmarynu, nasion anyżu, biedrzeńca oraz mięty pieprzowej).
Pierwsza z nich, to po prostu klasyka ostokrzewu paragwajskiego. Tak powinna smakować mate; poczęstowałbym nią każdego, kto nigdy nie pił yerby. Mocna, średnio aromatyczna (choć pochodzi z tego samego regionu, co mega-mocna Pajarito), długo pozostawiająca posmak na języku, nie zapychająca bombilli. Druga Indega natomiast, to mistrzostwo świata! Siempre Vive, to przepyszna aromatyzowana ziołami mate, intensywna w smaku, „odporna” na wielokrotne zalania (mój rekord: dziesięć pełnych zalań matero przy pełnym smaku naparu), moringa i mięta pieprzowa wyraźnie wyczuwalne. Świetnie smakuje z dodatkiem świeżego soku z cytryny.

Nie wiem, dlaczego ostatnimi czasy smakuje mi mate z ziołowymi dodatkami. Od wieeeeeeelu lat piłem wyłącznie klasyczne gatunki, czasami robiąc sobie jednorazowe calabaza ze skórki grejpfruta albo z jabłka (co po trzecim, czwartym zalaniu daje fajne efekty smakowe). Teraz jednak testuję smakowe mate i powiem Wam, że przez ostatnie lata ominęło mnie wiele ciekawych smaków. Częstując nowicjuszy jakąkolwiek mate, niemal zawsze patrzyłem na te skrzywione twarze, bez słów mówiące: jeeeeb! jakie to goooorzkie, co za syyyyf!
To prawda. Yerba mate, to gorycz. Ale i smak, wiele smaków! Z biegiem czasu nauczyłem się rozróżniać poszczególne plantacje, chociaż do dziś nie jestem super-ekspertem w tej materii. Niemniej czasami naprawdę można rozpoznać skąd pochodzi to, co widzisz w matero. Wystarczy spojrzeć na listki i/lub gałązki. Pierwszy łyk i już wszystko jasne.

 Union Hierbas del Litoral (fota powyżej), to coś dla newbies. Ktoś się „boi” goryczy mate – wtedy powinien spróbować tej yerby! Pyszna mate z gałązkami i listkami, o [po]smaku pomarańczowym (szkoda, że sztucznie aromatyzowana), z dodatkiem naturalnych ziół, z wyraźnym akcentem mięty pieprzowej. Można pić, pić, pić!
Jeden z moich znajomych z Argentyny polecił mi coś, co w ojczyźnie yerba mate pije się codziennie hektolitrami: La Merced. Nigdy w życiu nie miałem do czynienia z tą marką, więc postanowiłem spróbować. Jako, że lubię palone mate, na pierwszy rzut poszło La Merced Barbacua… Jeb! Brylant! Gałązki i listki (mało pyłu) jeszcze przed zalaniem pachną przecudownie! Po pierwszym zalaniu aromat mistrzowski, smak perfekcyjnie „tytoniowej mate”, tak jak być powinno z palonymi gatunkami. Niczego więcej: kwintesencja yerba mate i dymno-tytoniowy posmak. Niebo w gębie!

Yerba doskonale odzwyczaja od kawy, pobudza stopniowo, a nie skokowo – jak kawa. Jest baaardzo moczopędna i wywala z organizmu sporo syfu. Można pić ją nawet przed snem, bez obaw o bezsenną noc. Poza tym – może to tylko moje osobiste odczucie – wyczula kubki smakowe: zarówno w obrębie goryczy poszczególnych gatunków yerba mate, jak i innych smaków. Ma 666 witamin i nie wypłukuje magnezu z organizmu. Pijcie osrokrzew paragwajski! :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s