RTL R820T2 & SDR

rtl

Jakiś czas temu sprawiłem sobie tuner DVB-T/FM/DAB oparty na chipsecie R820T2, dzięki czemu mogę bawić się w nasłuch radiowy przy pomocy laptopa, czy smartfona (krótkie fale, CB-radio, komunikaty specjalne, pasmo lotnicze, FM i wiele innych…) – możliwości tego cacka o wielkości zapalniczki są naprawdę imponujące!

Niebawem zrobię jakiś mały przegląd użyteczności tunera RTL R820T2 pod Linuxem, m.in. przy użyciu programu gqrx (interfejs SDR [Software Defined Radio] oparty o pakiety gnuradio) oraz RF Analyzer (analizator widma radiowego w pasmach AM, FM, w modulacji SSB) pod Androidem (na Galaxy S3)…

Reklamy

Anna Wojtacha – Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji

zabijemy-albo-pokochamy-anna-wojtacha-okladka-wydawnictwo-znak-2015-03-13-530x756Fajnie napisana, zawadiacka książka Anny Wojtachy, wybijająca się spośród wielu reporterskich obrazów z Rosji. Książka, po którą należy sięgnąć, choćby z uwagi na jej nieszblonowość.
Podobnie jak Autorka, lubię podróżować sam, aby nikt marudzący obok mnie nie dekoncentrował mnie w szwendaniu się po świecie, niemniej jednak w pewnej chwili, w czasie lektury pomyślałem, że… taka laska jak Wojtacha, to wymarzony towarzysz podróży! Taaak, zniżyłem się do tak karygodnego spoufalania się z Autorką (dziennikarką, reporterką wojenną), albowiem nie jest to kolejna „panienka z okienka”, która pisze o konfliktach i dalekich krajach z pokoju hotelowego, nie brudząc sobie rączek ciężką reporterską robotą. Anna Wojtacha, to włóczęga z krwi i kości, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. Gdy trzeba rzuci bluzgiem, gdy trzeba wypije szklankę wódki (albo dwie… albo trzy…), zamiast stylowych knajpek woli speluny z tanim i pysznym jedzeniem i z „prawdziwymi” ludźmi, przekima się w namiocie, spróbuje żarcia ze śmietnika. Wszystko nie po to, by „poświęcić się” na ołtarzu trudu reportera, ale po prostu dlatego, że ona taka jest. Bezpośrednia, odważna i – jak mówi wielu bohaterów jej książki – pyskata do bólu.

Jej historie z Rosji są historiami – jak ja je nazywam – uczestniczącymi. Wojtacha nie jest beznamiętnym obserwatorem, nie stoi sztywno z dyktafonem przed bohaterem swojego reportażu. To, co opisuje dzieje się również z jej aktywnym uczestnictwem. Bez względu na to, czy pisze o seksie ze swoim facetem (nota bene snajperem ze Specnazu, w którym zakochała się po uszy w pociągu kolei transsyberyjskiej – ona, reporterka w Czeczenii, zdeklarowana przeciwniczka Putina i wojen czeczeńskich, w łóżku ze specnazowcem…), o robotnikach w syberyjskiej tajdze, o szarości Irkucka, czy o przygodach swojej przyjaciółki-prostytutki w Moskwie – wszystko to opisuje z perspektywy osoby zaangażowanej w daną historię.

Anna Wojtacha pisze bezpośrednio i ciekawie, a najważniejsze jest to, że trzyma się ona z daleka od wszelkich szablonowych sztuczek dziennikarskich, gdy mowa o Rosji. Nie znajdziemy więc w tej książce taniego pierdolenia o „rosyjskiej duszy”, ale znajdziemy w niej ludzi złamanych przez życie w tym kraju. Wojtacha pisze bardzo emocjonalnie (o wiele bardziej, niż np. Krystyna Kurczab-Redlich), ale nie zniekształca to samej istoty jej rosyjskich reportaży, nie odbija się ujemnie na bohaterach tychże.

Jest oczywiste, że kocha ona Rosję. To, co uderza mnie w tej książce najbardziej, to odczucie, którego niejeden raz doświadczyłem osobiście w kontaktach z moimi przyjaciółmi z Rosji. Rosję można znienawidzić albo pokochać, bądź balansować pomiędzy tymi skrajnościami… Jednak wcale nie jest oczywiste, czy Rosja pokocha nas… Nie jest to, wbrew pozorom, smutna konstatacja. To po prostu stwierdzenie faktu. Taka jest Rosja.

… a Wy powinniście przeczytać tą książkę!

W chmurze…

Taaa, wciąż chmurzę. Przywykłem do specyficznego „dymu” z e-papierosa, bawię się smakami liquidów i miksuję je, szwendam się czasem po forach dla wapujących no i zdarza mi się być na bieżąco z nowinkami.
Nie zmieniałem w ostatnim czasie sprzętu. Wciąż mam moda Eleaf iStick (30-watowy) z atomizerem KangerTech GeniTank Mega oraz baterię Vapros Nunchaku z clearomizerem KangerTech EMOW (fota poniżej)

20160222_000306

Plusem jest to, że i GeniTank i EMOW pracują na tej samej grzałce, odpada zatem ciągłe kupowanie różnego rodzaju grzałek (co miało miejsce, gdy w Nunchaku miałem wkręcony clearomizer V-Spot, którego nota bene nikomu nie polecam!). Jeśli chodzi o oporność, najczęściej wapuję na grzałkach 1.5Ω, chociaż zdarza mi się (zwłaszcza na iSticku) używać grzałek 1.2Ω i 1.0Ω. Należę raczej do tych, którzy wapując, po prostu dostarczają do uzależnionego organizmu nikotynę w różnych wariantach smakowych (co jest, jak dla mnie, najfajniejsze w wapowaniu!), a więc zastępują tradycyjne fajki e-jaraniem. Proste.
Nie należę do bandy subomowych szpanerów łażących z analogowymi modami i wydmuchujących mega-chmury na grzałkach 0.15Ω. Widać jak na dłoni, że producenci sprzętu dla vapersów doskonale wyczuli jak bardzo gadżeciarskie jest to hobby, a tym samym lukratywny biznes. Nowości i quasi-nowości (nie mówiąc o klonach) na rynku jest tak dużo, że dzieciaki dostają autentycznego pierdolca na punkcie coraz to nowszych modów i atomizerów.

Idzie jednak o to, aby zaopatrzyć się w stosunkowo niedrogi i niezawodny mod i najzwyczajniej w świecie cieszyć się chmurzeniem, smakiem i bezawaryjnością tego, z czego chmurzymy.
Ja mogę powiedzieć, że jestem w 100% zadowolony z iStick’a 30W. Od chwili kupienia go, nie zdarzyła się żadna awaria, mod nigdy mi się nie przegrzał, a bateria nie traci potencjału przy wielokrotnym ładowaniu. Przy wapowaniu z grzałkami 1.8Ω-1.0Ω, moc 30W w zupełności wystarcza. Jedynym minusem (błahostka w sumie) Eleaf iStick jest fakt, że wykonano go z mega-śliskiego materiału – gdyby nie silikonowe etui, rozwaliłbym tego moda już milion razy. Nawet trzymając go w dłoni, bez wapowania, ma się wrażenie, że zaraz wyśliźnie się z dłoni.

GeniTank Mega od KangerTecha również sprawuje się całkiem dobrze. Doskonale zgrywa się z iStickiem, jest dosyć pojemny i daje spore chmury. Szkoda tylko, że Chińczycy w ostatnich miesiącach sporo kombinują przy grzałce, wciąż coś zmieniając w jej budowie. Kiedyś grzałka była wyposażona w cztery małe otworki i jej żywotność osiągała jakieś 2 tygodnie. Teraz grzałka posiada dwa duże otwory (jeden z nich widoczny na zdjęciu poniżej), co według mnie jest lepszym rozwiązaniem; do grzałki szybciej dostaje się liquid, a jej żywostność to mniej więcej 3 tygodnie.

20160222_000608

KangerTech powinien popracować nad jakością uszczelek w grzałkach, albowiem w GeniTanku – raz, dwa razy w miesiącu – zdarzają się małe wycieki do kanału powierznego, atomizer bulgocze i ogólnie syfiasto się wapuje. Problemu tego zupełnie nie ma w clearomizerze EMOW – jest on super-szczelny i jeszcze nigdy nie zanotowałem przecieku.

Jak sprawuje się bateria Vapros Nunchaku? Powiem krótko – w swojej klasie rewelacyjnie! To najlepsza na rynku bateria o tradycyjnym „cygarowym” kształcie, z pojemnością 2000mAh i regulacją mocy (6W-18W). Jest tak dobra, że zastanawiam się, czy nie kupić sobie kolejnej, gdy ta, którą mam padnie wreszcie ze starości. Nie oszczędzam tej baterii, zwłaszcza w pracy i wiem, że może wytrzymać i upadki i pył i syf wszelaki.  Minusem są rzecz jasna rozmiary i chyba tylko to. Jeśli ktoś z jakiegoś powodu nie chce moda i lubi baterie o tradycyjnym kształcie, niech bez zastanowienia kupuje Nunchaku!

Co do smaków, to zacząłem przełamywać się w stronę tych owocowych (sic!). Z zasady nie lubię słodkiego (nie słodzę niczego, nie lubię ciastek itp. rzeczy). Jednak wciąż najczęściej wapuję „świętą trójcę”: miętę/menthol, kawę i liquidy tytoniowe. Moje ostatnie odkrycie, to cztery aromaty, które ostatnio chmurzę non-stop, jak wariat. Są przepyszne i smakują tak jak powinny: kawa smakuje kawą, mięta jest… miętowa, a tytoń po prostu rewelka! Wszystkie cztery na focie poniżej…

C360_2016-02-18-14-58-00-497

True Tabacco smakuje jak mieszanka amerykańskich tytoni (tych jaśniejszych raczej) i baaardzo przyjemnie drapie gardło (czego nie da się powiedzieć o aromatach Virginii – one gardło wyżerają). Coffee od Atmos Lab, to czarna, niezbyt mocna kawa – bardzo aromatyczna chmura, nie zostawia słodkawego posmaku na podniebieniu (jak np. Coffee od Flavor West, który to aromat jest mega-słodki i smakuje jak kawa z mlekiem). Cool Mint z kolei jest miksem mięty i mentholu spotykanego w tradycyjnych fajkach. Smak i zapach są o wiele intensywniejsze, niż np. w polskim odpowiedniku tego aromatu z firmy Inawera o nazwie Mix Miętowy. Red Cloud od firmy Aqua, to dla mnie absolutna bajka smakowo-zapachowa! To bez wątpienia najlepszy aromat, na jaki natknałem się przez ostatnie 8-9 miesięcy. Wapuję Czerwoną Chmurę non-stop i sam nie wiem, do czego mógłbym porównać ten tytoniowy smak. Przy zaciągnięciu się, najpierw „atakuje” nas świetny, słodkawo-wędzony aromat, a nieco później odczuwamy na podniebieniu rewelacyjny, „gęsty” tytoniowy smak. Mistrzostwo świata! Z firmy Aqua polecam też aromaty: RY5 oraz Revolution.

Rozczarowania? Niewątpliwie aromaty z polskiej firmy Inawera. Testowałem ich naprawdę wiele i na palcach jednej ręki policzę te naprawdę dobre: Świeża Mięta, Menthol, Mix Miętowy, Kawa i Czekolada. Sporo aromatów owocowych smakuje jak jabole (śmierdzą okutnie chemią i smakują jak tanie wina – wiem, bo wypiłem ich w życiu całkiem sporo), a perełki typu Rum, Camel, czy Orzech Laskowy, to mikstury po których momentalnie mam ochotę puścić pawia. Może jednak coś się zmieni i Inawera poprawi jakość swoich aromatów, bo np. bazy ma naprawdę świetne! Korzystam od początku z baz Inawery: VPG Power Smoke 12mg/18mg i VPG 70-30 12mg i złego słowa o nich nie powiem.

* * *

Tytułem zakończenia nadmienię jedynie, że pomimo chmurzenia jestem palaczem hybrydowym; zdarza mi się zapalić skręta z moich ulubionych tytoni: Turner i Tilbury (zware shag) i z uporem maniaka – jak Świętego Graala – szukam aromatów, które są choćby w połowie podobne do zapachu ciemnego tytoniu Kentucky (czyli takiego, jaki znajduje się w w/w mieszankach), do tego specyficznego „wędzonego” smaku… Jeśli ktoś znajdzie taki aromat/liquid, niech koniecznie da mi znać!

Andreï Makine – Francuski testament

Дело в том, что Шарлотта как бы сохраняла свою экстерриториальность под русским небом. Жестокая история огромной империи, с ее голодом, революциями, гражданскими войнами, не имела к ней отношения… У нас, русских, выбора не было. Но она? Глядя на Россию глазами Шарлотты, они не узнавали свою страну, потому что то был взгляд иностранки, иногда наивной, но зачастую более проницательной, чем они сами. В глазах Шарлотты отражался тревожный, полный стихийных откровений мир — непривычная Россия, которую им нужно было познать…

makineOdłożyłem książkę i machinalnie, bez zastanowienia zacząłem szukać rosyjskiego przekładu… Chciałem otrzeć się choćby o kilka akapitów po rosyjsku. Ten powyższy okruch i kilkanaście innych jakie znalazłem zachwyciły mnie; pomyślałem: przeczytam jeszcze raz Francuski testament po rosyjsku! Muszę!
Od raz zdałem sobie jednak sprawę, że po tej lekturze znajdą się i tacy, którym przemknie przed głowę myśl: muszę to przeczytać po francusku! Myśl, która wwierci się w głowę na długo. Na bardzo długo.

Gdzieś na kartach swej powieści, Andreï Makine pisze: Tłumacz prozy jest niewolnikiem autora, tłumacz poezji – jego rywalem. Jeśli tak jest w rzeczywistości, Małgorzata Hołyńska, autorka polskiego przekładu, uporała się mistrzowsko z niewolniczymi kajdanami. Warto o tym wspomnieć już na początku, albowiem język sam w sobie jest istotną kategorią w tej powieści. To dzięki niemu popełniłem w głowie rzadką myśl (trawiony niechęcią do pojęć nieostrych, abstrakcyjnych): ta książka jest piękna!

Kluczem do Francuskiego testamentu jest sam Autor i jego… no właśnie, co? Rozdarcie? Dwoistość w percepcji rzeczywistości, czy wręcz przeciwnie: próba scalenia dwóch (jakże odmiennych!) światów?
Makine urodził się w Krasnojarsku, choć jest… pisarzem francuskim. Tyle wystarczy komuś, kto jeszcze nie czytał tej książki. Zagłębiając się w lekturze, odkrywamy misternie opisane i niezwykle sugestywnie oddane światy, w które zaplątany jest główny bohater i jego babka Charlotte.
Książka spina klamrą wspomnień początek i koniec XX wieku. Francję i Rosję. Rewolucje i wojny. Carstwo i republikę. Stalina i Pola Elizejskie. Gułagi i paryskie place skąpane w słońcu.

C360_2016-02-14-05-10-46-216

Efemeryczny, wyśniony, wydumany, zachowany pod powiekami Paryż. Francja utkana opowieściami tak sugestywnymi, że realny marazm stalinowskiego terroru dzieje się gdzieś obok. Nie na długo jednak. Odległa Francja staje się przekleństwem, blizną w Kraju Rad, w ojczyźnie Dostojewskiego i Mandelsztama. (Kiedy Andreï Makine opisuje wszystkie krwawe zadry rosyjskiej duszy, przez moment wydaje mi się pretensjonalny, gdy wyczuwam w jego prozie ukąszenia w/w mistrzów… Wybaczam mu ową pretensjonalność dziesiątki razy w czasie lektury. Wy też mu ją wybaczycie.)

Charlotte i jej wnuk, to jakby niechcący splecione istnienia, podmuchy przeszłości wyławiane na drugim końcu świata. Paryscy komunardzi odtwarzani w stepowej scenerii ZSRS; wrażliwość i wyobraźnia kreują tutaj niepowtarzalną więź. Ulotna francuskość jaką Charlotte zaraża młodego Andrieja, chcąc nie chcąc, ociera się o szorstką, sowiecką rzeczywistość. W walizce z wycinkami z francuskich gazet z początku wieku tkwi jeszcze stara, porwana fotografia kobiety w brudnej, łagrowej kufajce…

C360_2016-02-14-05-20-06-304

We Francuskim testamencie uderza balast wiecznych powrotów i dramtyzm wydarzeń, w których wybór jako taki definiuje człowieka na nowo – nietzscheańskie koło zdarzeń wstrząsane co rusz kirkegaardowskim albo-albo – oto, co znajdziemy w tej książce. Wszystko, co pomiędzy, to jeden z najpiękniejszych kawałków współczesnej prozy.
Słowo: polecam! wydaje mi się śmiesznie płytkie. Ta książka jest wspaniała i trzeba ją przeczytać! Dla mnie, lubującego się raczej w „brudniejszych” częściach literatury wyzutej z piękna i pięknem raczej rzygającej, była to jedna z najbardziej inspirujących literackich wędrówek!

Potrzebuję czasu, by sięgnąć po rosyjski przekład. Czas sprawi, że Francuski testament po rosyjsku będzie smakować jeszcze wyborniej!

P.S.: Jak wiadomo, książka, to najwspanialszy prezent – zawsze, bez wyjątku. Ja powyższą otrzymałem od Moniki – wielkie dzięki, moja droga, za Francuski testament!

Jeden procent…

W ramach swej mafijnej działalności, państwo pobiera pieprzony haracz tytułem faktu, że ośmielamy się żyć, sprzedając własną siłę roboczą. Jak co roku możemy „łaskawie” odliczyć 1% od owego haraczu i przeznaczyć tą kwotę na działalność organizacji pożytku publicznego…

Rozmaite są pryncypia, inicjatywy, działania, które można i warto wesprzeć. Co więcej – warto je wspierać nie tylko przez wspomniany 1%; tuż obok nas ktoś czyni dla tego chorego i zmęczonego świata więcej, niż my. Jeśli sami robimy niewiele, pomoc finansowa dla aktywistów wszelakich jest o niebo lepsza, niż kolejna cegiełka na rzecz kolejnego „domu bożego”, czy udawanie, że bez naszej pomocy wartościowe i potrzebne działania będą kontynuowane niejako siłą rozpędu…

96006Dlaczego wspieram Pracownię na rzecz Wszystkich Istot? Powodów jest mnóstwo. Wymienię te najważniejsze dla mnie…
Pracownia, jedna z najstarszych i najbardziej aktywnych organizacji ekologicznych w Polsce, działając w obrębie całego kraju (oraz poza jego granicami – przy okazji wsparcia akcji globalnych), jest jednocześnie dla mnie lokalną: jej siedziba jest tuż „za miedzą” – ode mnie (Beskid Mały) do siedziby PNRWI w Bystrej jest rzut beretem (no, dwoma beretami). Ponadto Pracownia przez cały okres swojej działalności dba o lokalną przyrodę, rzekłbym, pryncypialnie.
PNRWI nie jest kolejną kanapową grupką „ekologów” nałogowo ślących do władz „groźne petycje” i tylko na tym koncentrującą się w działalności ekologicznej. To dzięki akcjom bezpośrednim (jak np. ta na rzecz Rospudy) i bezkompromisowym działaniom czynnym Pracownia zyskała szacunek jako grupa potrafiąca skupić ludzi wokół odważnych akcji w obronie Matki Ziemi. Bo często chore prawa i paragrafy należy złamać i wywalić na śmietnik, gdy chodzi o przyrodnicze dziedzictwo i to, co stanowi o przyszłości nas wszystkich!

323384602Głęboka ekologia – to Pracownia jako pierwsza zaczęła propagować te idee w Polsce na szerszą skalę. Nasz związek z Ziemią, to nie tylko „rozsądna gospodarka przestrzenna”, ale unikalna więź w warstwie ontologicznej i metafizycznej. Tego od wielu, wielu lat uczy Pracownia na swoich warsztatach i w codziennej działalności. Ludzie Pracowni, to nie „ekologiczne urzędasy” – oni (podobnie jak i my – choć często o tym zapominamy!) są częścią przyrody, którą chronią.
Dzikie Życie – miesięcznik, który uwielbiam i namiętnie czytam od czasów szkoły średniej (i cholernie tęsknię za starym, „gazetowym” formatem pisma!). Jest to źródło mega-ciekawych informacji z frontu walki o przyrodę, miejsce gdzie przeczytamy o filozofii głębokiej ekologii, ale i o wszelkich istotnych działaniach na rzecz dzikiej przyrody. Obecnie najczęściej czytam Dzikie Życie w wersji elektronicznej (zazwyczaj na czytniku w formacie .mobi), oszczędzając papier.

323403902Pracownia na rzecz Wszystkich Istot jest organizacją doskonale znającą się na tym, w co się angażuje, nigdy nie traci zapału w swych działaniach i jest do bólu konsekwentna (jak np. w przypadku działań uniemożliwiających nielegalną rozbudowę narciarskiego ośrodka „Czarny Groń” w moim Andrychowie). To czyni ją nie tylko wiarygodną, ale i wartą permanentnego wsparcia, zwłaszcza teraz, gdy ministrem ochrony środowiska w rządzie PIS (uff… po raz drugi) został dziad lubujący się raczej w kompletnej dewastacji przyrody, aniżeli w jej aktywnej ochronie. Poza tym jest myśliwym, a pogłowie tych delikwentów wciąż jest w Polsce wysokie – niestety!

Jest więc wiele do zrobienia w materii ochrony dzikiego życia. Ja wspieram PNRWI w tej walce!

Lenovo G70, UEFI, Debian – maxymalny wkurw…

Całkiem niedawno postanowiłem się nagrodzić i sprawiłem sobie lapka w miejsce starego stacjonarnego kompa, który miał już chyba z 9 lat (!). Pogrzebałem, poczytałem i wybór padł na Lenovo G70. Wszystko ładnie, pięknie, parametry takie, jakie chciałem mieć, jakie w zupełności mi wystarczają, wygląd i 1 TB na twardzielu – jest OK, pomyślałem sobie… Kupiłem oczywiście laptopa bez systemu, by nawet symbolicznie nie wydawać ni grosza na windows shit.

Laptop na stole, instalka Debian GNU/Linux w kieszeni DVD, instalacja niemal na pamięć – czysta rutyna. Po instalacji restart laptopa i… dupa. Migające logo Lenovo, jakby sprzęt chciał się bootować, a nie mógł…
Restartuję jeszcze raz, z jednoczesnym wejściem do BIOSa i… okazuje się, że nie mam BIOSa :) Mam UEFI. Pierdolone UEFI…

UEFI (Unified Extensible Firmware Interface), to alternatywa dla BIOSa, interfejs tu i ówdzie zachwalany, coraz częściej obecny w nowych kompach. Tymczasem UEFI, to totalne gówno, kolejny kaganiec potentatów, którzy twierdzą, że ich cacko służy ochronie tzw. własności intelektualnej twórców sprzętu komputerowego. Ni mniej, ni więcej, jest to próba odcięcia oprogramowania free software na rynku globalnym, ograniczenie wolności wyboru pomiędzy otwartoźródłowym rozwiązaniom, a korporacyjnym gównem molochów typu Windows i Apple.

Nie będę tutaj opisywał, jak uporałem się z UEFI i jednak zainstalowałem Debiana tak, by bootował się bez kłopotu z każdym uruchomieniem laptopa (aczkolwiek służę poradą wszystkim, którym potrzebna taka wiedza – piszcie!); dość powiedzieć, że trwało to kilka godzin i na przyszłość wiem, że instalując Debiana na jakimkolwiek sprzęcie z UEFI, po aktualizacji repozytoriów, a przed restartem kompa, warto zmienić repo na unstable/sid, jeśli chce się uniknąć w przyszłości smutnego komunikatu: kernel panic!

Dla mnie to i tak oczywiste posunięcie – od lat korzystam tylko z niestabilnej gałęzi Debiana…
Teraz wszystko śmiga genialnie, ale ilość bluzgów, jakie wykrzykiwałem w trakcie potyczek z UEFI była doprawdy imponująca! Poniżej screeny aktualnego desktopu u mnie.

i3_cln1

i3wm – clear

i3_dirt1

i3wm – dirty [1]

i3_dirt2

i3wm – dirty [2]

Moje dotfiles (raczej aktualizowane na bieżąco) na pastebinTUTAJ