Książki…

To straszne, że nie mogę czytelniczym apetytem ogarnąć choćby dziesiątej części książek, jakie kupuję, wypożyczam, gromadzę, czytam, przeglądam, wącham, wymieniam, konwertuję, przekładam na półkach… Jest to ból znany każdemu, kto bez książek – najogólniej rzecz ujmując – czuje się do dupy, względnie – nie czuje się wcale.
Poniżej wrzucę tylko garstkę moich wrażeń nt tego, co przeczytałem w ostatnich miesiącach, choć będzie to i tak maleńka część wszystkich pochłoniętych książek…

Robert D. Kaplan – Na wschód do Tatarii. Podróże po Bałkanach, Bliskim Wschodzie i Kaukazie

Tytuł mówi sporo o zawartości tego tłuściutkiego tomu (ponad 500 stron)… Twórczość dziennikarsko-reporterska Kaplana jest mi znana, więc wiedziałem, czego się spodziewać. Na Wschód od Tatarii, to solidna dawka eseistycznej wiedzy o tym regionie świata, który wydaje się kluczowym w próbach rozwikłania obecnych problemów w Syrii, Iraku, ogólnie – na Bliskim Wschodzie. Robert Kaplan opisywał swoją relację z podróży po Bałkanach, Turcji, Syrii, Izraelu kilkanaście lat temu. Siła tej książki polega na tym, że czyta się ją z poczuciem autentycznego uznania dla Autora, albowiem posiada on gigantyczną wiedzę w materii geopolityki czy antropologii kulturowej obszarów, jakie opisuje. Można się z Kaplanem nie zgadzać w ogólnych ramach okcydentalistycznej maniery ujmowania problemów globalnych, ale nie można odmówić mu specyficznego instynktu politycznego; czytamy jego książkę w 2016 roku i zauważamy swoistą ciągłość pomiędzy rzeczywistością tu i teraz, a  tym, co on sam dostrzegał i przewidywał w chwili pisania tej książki.
Lektura absolutnie obowiązkowa!

Ilona Wiśniewska – Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Niezwykle urokliwa opowieść o najdalej na północ wysuniętym miejscu świata, gdzie jeszcze mieszkają ludzie. Mieszkają, tworząc unikalną społeczność, do której wielu chciałoby należeć, choć nie każdemu się udaje, nie każdemu wychodzi… Spitsbergen, bo o nim mowa, to absolutnie wyjątkowa, surowa i ekstremalna ziemia, a przekonała się o tym Autorka, która mieszkała tam wiele lat i z perspektywy swojego doświadczenia opisała swoje arktyczne przeżycia.
Ilona Wiśniewska pisze o Spitsbergenie bardzo naturalnie i osobiście. Dzięki temu otrzymujemy zajmującą, interesującą książkę, zamiast kolejnej sztucznej opowiastki turystycznej. W trakcie lektury czujemy, że Wiśniewska jest po prostu częścią tamtejszego ekosystemu, a to, co (i jak!) widzi wokół przekazuje nam w taki sposób, że w każdym introwertyku odzywa się zew: spakować plecak i ruszać choćby jutro – odkrywać Svalbard!
Na Spitsbergenie człowiek musi radzić sobie w morderczym uścisku przyrody i warunków atmosferycznych. Zapewne dlatego więzi międzyludzkie są tam tak różne od naszych, „kontynentalnych”, a każdy samotnik jest jak wyciosany z lodu i owiany arktycznym wichrem. Autorce udało się perfekcyjnie uchwycić różnice w charakterach mieszkańców tej największej wyspy w archipelagu Svalbard. Ludzie starają się tam za wszelką cenę stworzyć znośne warunki bytowania, które rekompensują im ekstremalne wrażenia pogodowe przez okrągły rok i… udaje im się to. Ale Spitsbergen, to coś więcej, aniżeli „lodowa samotnia dla brodatych Wikingów”; mieszają tam przedstawiciele połowy kuli ziemskiej z obywatelami Tajlandii i Iranu włącznie.
Wiśniewska krok po kroku szyje nam patchwork Spitsbergenu. Siedzi w ciepłym, norweskim domku niemal na czubku kuli ziemskiej, za oknem trzaska mróz, a ona szyje kolorową opowieść krainy jakże różnej od znanego nam świata.
Jej reportaż jest trochę jak pamiętnik, a trochę jak ciepła opowieść kogoś bliskiego. Białe… czyta się po prostu fenomenalnie! Oszczędziłem Wam szczegółów tej fascynującej opowieści, by nie psuć Wam wieczoru, kiedy napijecie się gorącej herbaty i usiądziecie w fotelu, aby przeczytać tą książkę. Zakochacie się w niej (lub w Spitsbergenie) . Jestem pewien!

Szczepan Twardoch – Drach

To świetna książka. Ciężko mi się „rozpędzić”, by rozwinąć to pierwsze, bardzo niekonkretne zdanie. Chciałbym zachwycić się Drachem tak, jak Morfiną – wcześniejszą powieścią Twardocha, ale odbieram ją jakoś spokojniej.
Nie mam śląskich korzeni, ale Śląsk jest mi niezwykle bliski (bliższy kulturowo w warstwie gwary, mentalności, terytoriów i przyjaźni, aniżeli moje autentyczne góralskie pochodzenie, którego nie kultywuję i… nie lubię); kiedy zacząłem czytać Dracha, cieszyłem się jak dzieciak z dwóch powodów: po pierwsze Autor wplata w powieść całe mnóstwo dialogów po śląsku, a po drugie terytorialnie jego wielopokoleniowa epopeja toczy się w tej części Śląska, którą znam i lubię najbardziej (najogólniej rzecz ujmując – Gliwice i okolice). Dość powiedzieć, że wielokrotnie czułem się tak, jakby Twardoch przenosił mnie w miejsca, w których już byłem, chociaż tym razem widziałem to wszystko w sepii i monochromie jego opowieści.
Najłatwiej moglibyśmy powiedzieć, że Drach, to saga rodzinna zanurzona w narracji, która pozwala nam patrzeć na losy bohaterów przez czasoprzestrzenny kalejdoskop, gdzie obie wojny światowe, marazm komunizmu i czasy nam współczesne wnikają w życie kilku pokoleń jednocześnie, a my patrzymy na to z góry (od środka?) – na ten mały wycinek polsko-śląsko-niemieckiej ziemi, na małą ojczyznę, na małe-wielkie śmierci i afekty, na ludzką historię rozumianą jako ciągłość, ale ciągłość przewrotną, chwiejną, gdzie los, kula z karabinu, uniesienie, zawał serca, butelka wina zmieniają wszystko, literalnie wszystko.
Świniobicie opisane na początku powieści i sarny obecne w każdej jej części, to mistrzowskie alegorie, metafizyczne nici jakimi Twardoch zszywa ten ołowiany, rozorany historycznie i kulturowo Śląsk. Chociaż nie – nie Twardoch spaja tą historię. Ziemia ją spaja. Wilgotna, czarna ziemia – świadek wszystkiego, co w Drachu opisane. W ziemi węgiel, a na ziemi gruby i familoki. W ziemi krew i pokoleniowe szepty.
… a ja stoję na Pszczyńskiej w Gliwicach i na przystanku łapię stopa („wracasz z Hanysowa do Gorolewa” – mówi mi kumpel). Mijam Przyszowice, Mikołów, a przede mną Tychy i Bieruń… Za plecami mam tą część Śląska, którą tak bardz lubię… To tam ziemia wciąż opowiada historię, którą w Drachu opisał Szczepan Twardoch…

Rafał A. Ziemkiewicz – Jakie piękne samobójstwo

Za tą książkę zabierałem się wielokrotnie już kilka lat temu, ale dopiero teraz udało mi się ją połknąć. Jak napisałem gdzieś wcześniej, mam słabość do Ziemkiewicza. Światopoglądowo pozabijalibyśmy się pewnie na setkach społeczno-politycznych pól bitewnych, bo jego endecko-konserwatywny rys nijak się ma do mojego anarchizmu… Ale Ziemkiewicz – co rzadkie w tym kraju nad Wisłą, bez względu na polityczne zapatrywania – potrafi pisać i jego warsztat publicystyczny jest po prostu dobry. A czytać wroga, który potrafi powiedzieć o co mu chodzi, to sama przyjemność.
Wartość tej książki upatrywałbym głównie w jej bezkompromisowym dążeniu do zatarcia fałszywych kolein w naszych umysłach, którymi to koleinami od stuleci płynie ta sama – fałszywa z gruntu – narracja: Polak kurczowo trzyma się mitologii klęski i to na niej buduje swoją rzekomą wielkość, a z tejże wydumanej wielkości narodowej próbuje (z miernym skutkiem) wyciskać jakieś resztki patriotyzmu, które im mniejsze… tym większe (sic!). Ziemkiewicz ukazuje naburmuszonego i obrażonego na cały świat Polaka, którego (znowu… uff…) zdradzono! W czasie zaborów, w czasie II Wojny Światowej itd. My przelewamy krew, bohatersko umieramy, wybebeszamy się ku chwale ojczyzny i wszechświata, a nas znowu ktoś robi w bambuko!
Autor dosyć trafnie punktuje ową filozofię klęski, podaje jej przyczyny i próbuje otwarcie nazwać to, czego z uwagi na oficjalną formę interpretacji historycznej, nazywać (na nowo) „nie wypada”. Na warsztat bierze II Wojnę Światową, punktując głupią, wg Ziemkiewicza, politykę Becka i wyrachowanie aliantów wobec Polski, jako mięcha wojennego dla Hitlera (i potem dla Stalina), który atakując najpierw Polskę, daje Francji i Anglii cenny czas na dozbrojenie się i stworzenie strategii wojennej. Nie pozostawia na „naszych sprzymierzeńcach” suchej nitki, podobnie jak celnie punktuje niektóre debilne decyzje taktyczne polskiego dowództwa.
Rysując perspektywę aliansu z Hitlerem przed wrześniem 1939 roku (przeciwko Sowietom, rzecz jasna), Ziemkiewicz wpisuje się w nurt historii alternatywnej, która jednym wydaje się spekulatywnie interesująca, a u innych powoduje palpitacje serca.
Nie chcę dotykać innych szczegółów tej książki, wychodząc z założenia, że sami zechcecie się z nimi zaznajomić. Dla mnie Jakie piękne samobójstwo, to publikacja celna w warstwie krytycznej, natomiast w warstwie patriotyczno-przyszłościowej, to już nie moja para kaloszy… Mimo wszystko – można przeczytać w któryś z leniwych wieczorów.

CDN…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s