Zlewy

Wolę czytać, niż pisać…

Nietrudno o taką konstatację w moim przypadku, gdy posty popełniam tutaj raz na sto lat świetlnych. Wygodnie bowiem tłumaczyć swoje lenistwo dość zgrabnym, krótkim zdaniem. Na szczęście to mój blog i mogę nie pisać tak długo, jak tylko mi się zamarzy – komfort życia bez dedlajnu. Taaak, wiem że to tylko moje koślawe wymówki, ale i na nie mogę sobie pozwolić.

Jest jednak jeszcze coś, co dosyć skutecznie zniechęca mnie do wrzucania postów z jakąś relatywną regularnością. Tym czymś jest nieprawdowpodobny nalot „narzędzi internetowych”, których przeznaczenie jest w zasadzie jedno: skondensować informacje/wiedzę  i dostarczyć je w formie lekkostrawnej i znośnej gabarytowo.
Zdarza mi się nie dostrzegać faktu, że doba ma dwadzieścia cztery godziny nawet przy tak znikomym obciążeniu dnia jak w przypadku „pakietu”: dom-praca-książka-sen.

Niemożliwym jest wysłuchanie wszystkich informacji (audycji, słuchowisk…) w interesujących mnie rozgłośniach radiowych i mówię tutaj wyłącznie o tych polskojęzycznych i nie-krótkofalowych. O przeczytaniu choćby 60% tego, co mnie zajmuje, mogę tylko pomarzyć, więc te najciekawsze rzeczy wrzucam w Pocket – „na później”.
Z pomocą przychodzi też Feedly; odsiewam maksymalnie źródła informacji i ich zakres, by nie gwłacić sobie mózgu zbędnym śmieciem; o ile na telefonie przegląd widomości na Feedly jest w miarę bezbolesny, o tyle wersja przeglądarkowa i counter pojawiających się nowości – po wyzerowaniu licznika – puchną w zastraszającym tempie i to przy kilkunastu kanałach RSS. Stary dobry newsbeuter w Linuksie służy mi wyłącznie do śledzenia czytanych przeze mnie blogów – nie zdążyłbym z dodawaniem/usuwaniem RSS-ów…

Kila minut po wyzerowaniu licznika, Feedly ma dla mnie 46 nowych wiadomości, a pod koniec dnia jest ich około 3 tysięcy…

Ten kompletnie pojebany nadmiar informacji degeneruje ludzki umysł, skłania do coraz większej kondensacji tego, co do nas dociera i jeżeli w miarę szybko nie podejmie się decyzji o wyłączeniu machiny info-terroru, można zostać wessanym na wieki wieków. Ja co kilka dni, sukcesywnie czyszczę pamięć krótkotrwałą mojej starzejącej się głowy, bo zwyczajnie w świecie nie wytrzymałbym natłoku gówna. Ale i to czasem nie pomaga.

Stary nawyk obserwowania rzeczywstości, śledzenia wydarzeń, klasyfikowania ich w głowie i wyciągania wniosków (by z czystym umysłem myśl swą przedstawić i zdania swego bronić…) jest już kompletnie anachroniczny. Niestety ciężko jest się wyzbyć tego przyzwyczajenia, co boli, albowiem człowiek stosuje stare metody w nowych czasach. Nie wystarcza samo odsiewanie informacji od chłamu i kupy, ponieważ sama struktura tychże informacji i ich horyzontalny obieg sprawiają, że nie jesteśmy w stanie ogarnąć sensu, kontekstu i wagi niejako za jednym zamachem. „Z pomocą” przychodzą obrazki/obraz będące naczelną formą przekazu (vide youtube, onet, wp, interia itd.), a stąd już o krok od totalnej infantylizacji i informacyjnej śpiączki.

Kolejnym aspektem – po odsianiu i ostrej selekcji – jest waga informacji i jej polityczny wydźwięk. Jako, że żyjemy w przestrzeni uwarunkowanej (czy raczej: uwarunkowywanej) kulturowo, po prostu niemożliwym staje się ucieczka przed lawiną breaking news, zwłaszcza przed wszelkimi informacjami dotyczącymi wydarzeń w zdychającej Europie; zamachy, czy kwestia choćby islamizacji + kilkaset innych „frontów walki” informacją w roli oręża – to wszystko sprawia, że od baaardzo dawna nie mam ochoty na poruszanie tutaj politycznych tematów.
Wydaje mi się jednak, że będę musiał zmienić ów nawyk, albowiem nijak nie ucieknę od polityki oblepiającej jak psie gówno, wszystko wokół…

Reklamy

Spotify

Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z płatną platformą muzyczną, co więcej – nie zamierzałem płacić za dostęp do muzy. Tak się składa, że większość rzygo-wrzasków, które trafiają w mój zboczony gust, znajduję poza oficjalnymi strumieniami, poza mainstreamem, gdzieś baaardzo daleko od komercyjnych zlewów i znanych gwiazdorskich ruchawek.

Dlaczego więc Spotify? Ano pojawiła się możliwość aktywowania konta Spotify Premium za darmo, więc z niej po prostu skorzystałem. W ramach przedłużenia umowy z siecią komórkową dostałem opcję włączenia Spotify Premium na dwa lata za friko.

O samym Spotify pisano i pisze się w necie mnóstwo. Dobrze i źle. Neutralnie i entuzjastycznie. Ja generalnie z własnej woli nie zapłaciłbym 19.90PLN / miesiąc, aby mieć dostęp do wszystkich funkcji Spotify. Najzwyczajniej w świecie potrafiłbym się bez tego obyć. Skoro jednak mogę za darmochę pogrzebać w czeluściach tego serwisu, a przy okazji – w ramach własnego profilu – zapisywać utwory, słuchać ich w trybie offline, tworzyć sobie playlisty, korzystać ze Spotify na trzech urządzeniach i mieć praktycznie „ze sobą” muzę, której słucham w każdym miejscu – dlaczego nie?

Osobiście korzystam z aplikacji Spotify na Linuxa, która jest mega-przejrzysta i pozwala w bardzo szybkim czasie znaleźć to, co akurat nas interesuje (po tagu, artyście, tytule płyty, radiowych playlistach danej kapeli/artysty etc.). W opcji Premium mamy możliwość obserwowania artystów, stacji radiowych wykonawców / gatunków muzycznych, odsłuchiwania wszystkich płyt, zapisywania ich, tworzenia własnych playlist, kolejkowania muzyki, tworzenia folderów itp.

screenshot_2016-11-25-20-23-43-361_com-spotify-music
Na Xiaomi Mi Max mam aplikację pod Androida, która również sprawuje się całkiem spoko i chyba z niej będę najczęściej korzystał. Ponadto w moim internetowym radioodbiorniku Medion – po upgrade’ach – pojawiła się opcja odsłuchiwania aktualnej listy utworów ze Spotify. Obie aplikacje (mobilna i linuksowa) posiadają szybki przełącznik urządzeń, na których możemy słuchać naszej muzyki. Niestety z poziomu Mediona nie jestem w stanie sterować Spotify – radio odtwarza tylko aktualnie wybrany utwór i podaje na wyświetlaczu jego nazwę, nic poza tym. Mimo wszystko bardzo podoba mi się możność odsłuchiwania skolejkowanych utworów w Medionie, zwłaszcza gdy czytam, albo zasypiam – puszczam sobie playlistę z dark ambientem i nie muszę gnić przy laptopie, aby słuchać muzy z głośników…

Co mi się podoba w Spotify? Choćby to, że na dzień dobry znalazłem jakieś 75% DIY muzy, której słucham na co dzień (na screenie poniżej przykład z wycinkiem crust/grindcore kapel, które obserwuję). Świetną rzeczą jest to, że mam „pod ręką” np. wszystkie płyty Napalm Death i nie muszę ich szukać w kompie, nie muszę kopiować ich do telefonu itd.  Przy okazji niszowych projektów dark ambient / experimental / power electronics (żeby wziąć pierwsze z brzegu rzeczy, które muzycznie mnie interesują…) wybieram opcję podobnych artystów i mam z kolei błyskawiczny dostęp do kolejnych ciekawych płyt, których w życiu nie słyszałem. Poza tym, przykładowo, zachce mi się w pracy psłuchać starych kawałków Cannibal Corpse albo Amebix i w kilka sekund mam to, czego chcę.

spotify

Oczywiście w dużej mierze Spotify, to kopalnia dźwięków spod znaku „twardej komerchy”, ale wszelkie Hot Top 50, Greatest Hits i inne nowinki z korporacyjnych wytwórni to kupa, która kompletnie mnie nie interesuje; personalizuję sobie profil tylko z taką muzyką, jakiej słucham (na przykład nic tak nie cieszy jak wszystkie płyty Ryoi’ego Ikedy w jednym miejscu – podobnie rzecz ma się z innymi artystami typu Aoki Takamasa, Pharmakon, Lustmord…).

Jakość dźwięku w opcji Premium jest po prostu bajkowa. Jeśli wezmę pod uwagę możliwość skonfigurowania sobie w Xiaomi rodzaju suchawek jakich używam i pobawię się equalizerem, dźwięk po prostu zabija!

Póki co nie ma się do czego przypieprzyć, choć powtórzę – nie zdecydowałbym się na płacenie za strumieniowy serwis muzyczny jakim jest Spotify (i jemu podobne). Jeśli jednak zrobiła to za mnie sieć komórkowa, to cynicznie korzystam :)

Przesyt

Odczucie przesytu wokół towarzyszy nam od conajmniej kilkunastu lat; cezura czasowa jest w tym przypadku płynna i silnie skorelowana z postępującą degradacją komunikacji międzyludzkiej, która w swej warstwie technologicznej i praktycznej – paradoksalnie – ma nas zbliżać ku sobie. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takich narzędzi komunikacyjnych jak dziś, nigdy wcześniej nie mieliśmy potencjalnego dostępu do tylu źródeł informacji, których obieg jeszcze nigdy nie był tak szybki jak teraz. Pułapka przełomowego XXI wieku.

Stanisław Lem zauważył, że doniosłość owej komunikacyjno-informacyjnej ekspansji w perspektywie rozwoju ludzkości jest w efekcie kontrproduktywna, albowiem wartość wiedzy przyswajanej i multiplikowanej (poprzez wielość źródeł owej wiedzy i poprzez jej internetową choćby dostępność) jest w obecnych czasach bardziej statystyczna, aniżeli merytoryczna. Innymi słowy katalogujemy informacje pęczniejące z sekundy na sekundę, ale ich wartość nie przekłada się na jakościowy, filozoficzny, etyczny czy epistemologiczny progres ludzkości i człowieka jako jednostki.
Lubię wracać myślami do tej konstatacji Lema, bowiem sformułował ją pisarz i futurolog niejako w ramach testamentu dla nas wszystkich, zanim zmarł.

Tutułowy przesyt dotyczy absolutnie wszystkich dziedzin życia i przejawów naszej aktywności. Ponurym paradoksem jest również to, że niedobór czegoś w naszym otoczeniu automatycznie uruchamia wszelkie możliwe siły, by ów „nienormalny” stan zniwelować – poprzez kolejną falę ekspansywnej aktywności w danych dziedzinach. Zatraciliśmy zupełnie zdolność prawidłowego diagnozowania naszych bolączek, a za jedyne skuteczne antidotum uznalismy zaspokajanie potrzeb.
Hibernacja, ucieczka w siebie (czy też ucieczka-w-świat, wgłąb…), urlop od tego zjebanego biegu z przeszkodami, szumnie nazywanego codziennością – wszystkie te reakcje są traktowane jeśli nie jak pomysł wariata (wyskakiwać z pędzącego pociągu?! pozostawić nie ukończony projekt w pracy?! zrezygnować z kupna nowego telewizora?! nie brać kredytu?!), to na pewno jako fanaberia kogoś, komu zapewne się nudzi „w tych zabieganych czasach”…

thumb-2537211-1000x750-c7607e2a0e17d18d8a0f41e1153d9c8af2715739447bd92f3160e8798ecc7e70

Wiecie, co znajduje się na powyższym zdjęciu? To deal między UE, a Kanadą… CETA. Kolejna cichcem przepychana umowa między kapitałem a technokratami z UE, kolejny skurwiały alians korporacji i władzy, zaklepywany baaardzo wysoko ponad naszymi głowami… Pomyślcie o tych wszystkich patałachach z PIS, PO, PSL, Nowoczesnej, pomyślcie który z tych pieprzonych darmozjadów przeczytał choćby połowę tej kobyły? Oczywiście żaden. Nie jest ona zresztą wydrukowana „do czytania”, ona w ogóle nie jest do czytania, z samej swej istoty. Tomiszcze, którego nie uniesie żaden pierdolony unijny biurokrata, to atawizm, estetyczny hołd złożony „starodawnym” ceremoniom podpisywania i pieczętowania umów wszelakich.

Podobne gabaryty mają nasze „prywatne księgi wiedzy”, które codziennym klikaniem w necie powołujemy do życia. Ich wartość jest jednak więcej, niż nędzna. I taką pozostanie. Obecne pokolenie trzydziesto-, czterdziestolatków stoi w rozkroku pomiędzy „archaicznymi” metodami oswajania świata sprzed 10-20 lat, a współczesną orgią statystycznego gromadzenia danych (nie wiedzy!), które w przeważającej części są obrazkami, hologramami, majakami 3D/4D. Ludzie są obecnie bezdennie głupi, ale mają 6GB RAMu w smartfonach. Przestrzeń, której nigdy, przenigdy nie zagospodarowaliby w swoich umysłach czymkolwiek cennym…

Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu

droga-na-polnoc-osrodek-karta-2016-03-02-0011Kiedy książka ta ukazała się w netowych księgarniach, przemknąłem wzrokiem po kilku zaledwie zdaniach streszczenia i zanim skończyłem czytać pierwszą recenzję, Droga na Północ… już znajdowała się w moim czytniku ebooków. Istnieją takie książki, co do których nie mamy żadnych wątpliwości, że powinniśmy je pochłonąć jak najszybciej, żarłocznie, ze smakiem i satysfakcją. To jest właśnie taka książka!
Teraz żałuję, że kupiłem ebooka, a nie papierową wersję, ale naprawdę chciałem natychmiast zacząć czytać to pokaźne objętościowo – a nade wszystko, treściowo – tomisko.

Droga na Północ, to po prostu monumentalny zbiór tekstów, świadectw osobistych, szkiców historycznych, opowieści reporterskich, fragmentów dzienników i innych form literackich ujmujących w sposób tak całościowy XX-wieczną Norwegię. Znajdziemy w nim głos dawnej historii tego malowniczego, pięknego, dzikiego, biednego i jednego z najmniej dostrzeganych krajów skandynawskich, jakim Norwegia była przez sporą część ubiegłego stulecia. Oczywiście obraz ten nie przypomina Norwegii dziś, co tym bardziej podkreśla doniosłość owej antologii; czytając poszczególne teksty, podróżujemy po osi czasu, poznajemy dzieje, mentalność, wyjątkowość kultury norweskiej. Poznajemy polityczne kulisy i gry, w których Norwegia często była tylko pionkiem (choćby w perspektywie geopolityki – rozpięta pomiędzy Danią, a Szwecją), by w efekcie stać się jednym z najbardziej stabilnych i najbogatszych społeczeństw europejskich.
II Wojna Światowa, późniejszy kryzys, wzloty i upadki socjaldemokratycznego eksperymentu norweskiego, wreszcie wrodzona rozwaga i dalekowzroczność tak dobrze zakorzeniona w kulturze Norwegii – to wszystko otrzymujemy w każdym felietonie, w każdym fragmencie pamiętników, w każdym reportażu, notatce i wspomnieniu z tego wyjątkowego tomu.

Autorkami i autorami poszczególnych tekstów są… wszyscy. Były premier, liderzy partii komunistycznych i socjaldemokratycznych, żona faszysty Quislinga i sam Quisling, norwescy profesorowie, dziennikarze, gospodynie domowe prowadzące dzienniki, dawna arystokracja i nafciarze-pionierzy z pierwszych platform wiertniczych, wreszcie przedstawiciele ludu Samów, ekolodzy… Mógłbym jeszcze długo wymieniać… Egalitaryzm w doborze autorów tekstów jest doprawdy imponujący, co czyni z Drogi na Północ… rewelacyjną formę „norweskiego pamiętnika”. Może Ośrodek Karta (wydawca książki) poszedłby za ciosem i wypuścił w ramach serii Świadectwa kolejne tomy, kolejne antologie literatury faktu innych krajów Europy? Byłby to strzał w dziesiątkę!

Słowo „polecam!” jest zdecydowanie zbyt słabe, gdy mowa o tej książce. To lektura bez wątpienia obowiązkowa dla wszystkich interesujących się współczesnością w najszerszym rozumieniu. Właśnie po to, by… zrozumieć! Książka na piątkę!!!

Quitter

Szok… Udaje mi się niemal codziennie nadrabiać zaległości blogowe i złogi wszelakie z głowy mej niezrówoważonej zamieniać w liter rzędy (inna bajka, że nie są to jakieś perły pośród ludzkich refleksji – ot, zmęczenie materiału dopada stary punkowy łeb…).

Przyznam, że relatywnie regularnie aktualizuję tylko swój profil na Lubimy Czytać (link = logo w prawej kolumnie tego bloga), no i wrzucam zwięzłe strzępy informacji / linków / grafik na Quitter’a, który działa u mnie trochę jak zlew rzeczy, które wyławiam z netowego bagna; wpadajcie więc tam czasami, jeśli tutaj będzie cicho przez dłuższy czas… Sami również możecie założyć sobie konto na Quitterze, czy na jakimkolwiek innym serwerze w ramach wolnej federacji sieci GNU Social. To naprawdę anty-twitter, zarówno w swej zdecentralizowanej strukturze serwerów, jak i pod względem treści – bez mainstreamu, z całą masą niezależnych mediów, inicjatyw i jednostek nie taplających się w głównym ścieku inetu. Wbijajcie na Quitter i zakładajcie swoje konta!

quitter-se1

Medion MD87180 | 15 PLN dla Kurskiego

Jako totalny maniak radia, nie wyobrażam sоbie dnia bez kilku, kilkunastu stacji, bez grzebania pomiędzy zakresami, bez wiadomości z kilku zakątków świata. Zasypiam przy radiu (ostatnimi czasy jest to Радио Свобода, rozgłośnie z tradycyjną muzyką perską albo jakiś ambient) i budzę się z radiem (Trójkowy Budzik w PRIII). Śledzę ramówki, skaczę po radiostacjach – innymi słowy mam zdrowego pierdolca na radio jako takie (wyłączając rzecz jasna z tej pasji wszelkie komercyjne quasi-muzyczne śmietniki typu Eska, Zetka, Antyradio i inne gówniane RMF-y) i nie zamierzam rezygnować z tego hobby!

Jako że nie zawsze gniję w necie na laptopie, niejako „rezerwowo” mam podłączonego do prądu Degena DE1103 (choć zwyczajowo i Degena i Tescuna – odbiorniki krótkofalowe – odpalam na akumulatorkach), z którego najczęściej słucham Dwójki i Trójki. Degen, to małe, przenośne radio, ale zakres FM brzmi w nim po prostu bajkowo!

degteInternet nieco rozleniwia i często bywa tak, że zamiast włączyć Tescuna i odsłuchać wieczorem moje ulubione audycje na falach krótkich z Japonii, Tajwanu, Korei Płd, czy z Rumunii, korzystam z netowych streamów i kanałów RSS.

Od dawna interesowałem się największą PR-ową porażką Polskiego Radia (Public Relations | Polskie Radio – zbieżność akronimów przypadkowa, hehe), czyli promocją radia cyfrowego w technolgii DAB+. Sama technologia jest już w wielu krajach Europy standardem (prym wiedzie Norwegia i, jak mi się wydaje, Niemcy), ale w kraju nad Wisłą przerośnięty biurokratycznie moloch czyli Polskie Radio S.A. wziął się za promowanie cyfrowej technologii radiowej od dupy strony. Jak zwykle u nas. O ile na stronach internetowych PR można było coś tam przeczytać o nadawaniu w DAB+, o tyle kampania społeczna w tej materii była po prostu żałosna (tzn. praktycznie w ogóle jej nie było i… nie ma!). Do dziś niewielu wie, że PR nadaje w DAB+, przy okazji wzbogacając eter o stacje nieobecne w analogowej emisji FM (Polskie Radio 24, Radio Dzieciom, Radio Rytm, Radio Poland).

Pokrótce o zaletach Digital Audio Broadcasting: rewelacyjna, cyfrowa  jakość dźwięku, emisja bezszumowa, dodatkowe informacje tekstowe na ekranie radioodbiornika (pogoda, ostrzeżenia, info nt audycji itd.). Jakość dźwięku jest po prostu świetna; słuchając koncertów, czy oper w radiowej Dwójce, można naprawdę cieszyć się audycją w 666%.
Wady? Jest jedna: trzeba zaopatrzyć się w odbiornik wyposażony w moduł DAB+. A póki co nie jest to relatywnie tania impreza. Mam na myśli fakt, że o ile byle radio FM kupimy za kwotę 10-40 PLN, na radioodbiornik cyfrowy trzeba wydać 150-500 PLN. Produkowane są oczywiście w miarę tanie odbiorniki cyfrowe wielkości mp3-playera (np. Sangean DPR-36), ale nie oddają one jakości dźwięku w warunkach domowych. (Na marginesie – dla niewtajemniczonych – Sangean wśród producentów radioodbiorników jest jak iShit – płacisz w dużej mierze za logo, a w środku masz coś, co zaoferuje ci inny producent nawet za połowę ceny od Sangean’a.)

Długo grzebałem w necie w poszukiwaniu odbiornika dla siebie (nie wiedzieć czemu, w sklepach RTV-AGD odbiorniki z DAB+, to wyjątkowa rzadkość) i znalazłem to, czego chciałem: Medion MD87180. Zależało mi na tym, by odbiornik był również radiem internetowym, no i aby gabarytowo nie był jakimś designerskim przegięciem, czy wielkim pudłem.

medion

Medion MD87180, to sześcian o boku 155mm, minimalistyczny, z czytelnym panelem frontowym i ekranem. Głośniki znajdują się po bokach (jest też możliwość podpięcia innego zestawu nagłośnieniowego), radioodbiornik posiada standardową emisję FM oraz cyfrową DAB+, podłączymy do niego każdy pendrive/mp3-player, połączymy się z playlistą na kompie, a radia internetowego posłuchamy podpięci pod LAN, albo przez wi-fi.

Zanim zakupiłem Mediona, spojrzałem na mapy zasięgu cyfrowego Polskiego Radia (zapomniałem dodać, że póki co tylko stacje radia publicznego zdecydowały się w Polsce na cyfryzację – żadna stacja komercyjna jeszcze tego nie zrobiła). Z map wynikało, że moja mieścina znajduje się w wyjątkowo pechowym miejscu.  Zasięg nadajnika DAB+ z Krakowa dochodził do kilku okolicznych miejscowości, a nadajnik z Katowic ledwie „liznął” okolice mojego miasta. Innymi słowy znajduję się w czarnej dupie zasięgu cyfrowego.

Po rozpakowaniu radia, od razu włączyłem tryb DAB i zacząłem skanować częstotliwości, mając nadzieję choćby na dwie, trzy radiostacje… Jakież było moje zdziwienie, kiedy po krótkiej chwili Medion znalazł wszystkie stacje Polskiego Radia (połączyłem się z nadajnikiem katowickim, ale „załapałem się” też na krakowski [Radio Kraków i OFF Radio Kraków] – bez możliwości odsłuchu z uwagi na zbyt słaby zasięg)!
Od razu włączyłem Polskie Radio 24 (nieobecne w eterze analogowym – FM) i jakość dźwięku po prostu mnie zabiła! Podobnie Jedynka, Dwójka, Trójka, Czwórka (ex-Radio BIS) , Radio Dzieciom, Radio Rytm, Radio Katowice, Radio Poland (ex-Polskie Radio dla Zagranicy). Bajka!!!  Jeśli ktoś naprawdę lubi słuchać radia, DAB+ przy pierwszym odsłuchu rozłoży go na łopatki! FM wymięka na starcie.
Przy całkowicie wysuniętej antenie teleskopowej (do której dla pewności dołączyłem antenę kablową 10m, zwyczajowo używaną do FM i fal krótkich) ustawionej w pozycji horyzontalnej (prostopadle do tylnej ścianki radioodbiornika) sygnał cyfrowy jest stabilny i niemal nigdy nie zanika; zdarzały mi się kilkusekundowe „ucieczki” sygnału, ale tylko jednego dnia, gdy ulewa za oknem szalała chyba sześć godzin.
Koncerty, nocne audycje muzyczne i słuchowiska w technologii DAB+, to miód i orzeszki!

Internetowe stacje, to też bajka dla mnie. Łączę się przez wi-fi i mam wszystkie ruskie rozgłośnie zapisane w jednym miejscu, nie muszę każdorazowo odpalać kompa i moc (music on console – konsolowy audio player, w którym zwyczajowo odsłuchuję streamy radiowe z zagranicy), aby ich posłuchać… Menu internetowych rozgłośni podzielone jest gatunkami i poszczególnymi krajami ze wszystkich kontynentów, więc nietrudno się domyśleć, że wybór stacji jest kosmiczny. Setki stacji w stylu ambient/folk/world music doskonale nadają się jako tło do czytania książek.
Medion umożliwia również odsłuch podcastów tych stacji, które je udostępniają, co jest zajebiste, gdy nie zdąży się na audycję w czasie rzeczywistym. Ja np. słucham z podcastów japońskie radio NHK World (redakcja rosyjska).

Za Mediona zapłaciłem niecałe 300PLN; mogłoby być taniej, myślę sobie. Odbiornik katuję niemal 24h/dobę, sprawuje się doskonale. Generalnie polecam odbiorniki wyposażone w DAB+ jeśli naprawdę kochacie radio!

*  *  *

A teraz słów kilka nt haraczu zwanego abonamentem RTV… Od lat wkurwiała mnie każda forma wyłudzania ode mnie kasy na „media publiczne”, które nigdy publicznymi nie były (i, do kurwy nędzy, nie będą, nawet jeśli przemianuje się je na „media narodowe” – nota bene okrutny semantyczny koszmarek!), albowiem są to mass-media stricte partyjne, klanowe i sekciarskie. To biurokratyczno-medialny żłób dla zwycięskich i tylko człowiek z ilością zwojów mózgowych niczym u kury będzie twierdził inaczej.
PISowski anschluss w mediach był błyskawiczny i równie bezczelny jak naloty poprzednich pasożytów postkomuszo-okrągłostołowego salonu. Włączam radiową Trójkę dnia pewnego, a tam red. Lisicki (ten z Do Rzeczy) prowadzi „rozmowę” z jakimś prawicowym gamoniem z rządu; tak cudownie „różnią się w opiniach”, że paw gromadzi mi się już w ustach… Te same „subtelne” zmiany tematyczno-partyjne na antenie Polskiego Radia 24 (które stało się dla mnie w miarę znośną alternatywą dla michnikowszczyzny z TOK FM) i w Jedynce… Ohyda. Jaka „dobra zmiana”, jakie „narodowe media”? Co to za pierdolenie? Ekipa Kaczyńskiego połknęła „publiczne media” jeszcze szybciej i zachłanniej, niż niegdyś świnie z PO, PSL, SLD, LPR.
Telewizji z zasady nie oglądam, ale czytam, słyszę i domyślam się, że na dworze Kurskiego panuje jeszcze większy burdel (ja pierdolę… niedługo Ziemkiewicz będzie również w Radio Dzieciom czytał o Dmowskim), aniżeli w rozgłośniach radiowych.

I ta oto pieprzona banda „będzie robić media narodowe” za 15PLN miesięcznie z mojej kieszeni. Po raz n-ty pierdolona mafia państwowa sięga po moją robotniczą kasę, by powciskać swoich kolesi w odpowiednie miejsca w mediach, zainicjować nowe układziki, zdefraudować miliony na inne pasożytnicze cele, a resztkę rzucić redakcjom telewizyjno-radiowym na pożarcie. Będzie show na żywo, będą kolejne odcinki K jak Kupa, będzie sto ton paszy dla głupiego Polaczka, będzie Pospieszalski, Ziemkiewicz, Gadowski, Wolski, czyli – parafrazując Jerzego Targalskiego – kaczystowskie złogi sfrustrowanej prawicy. W ramach pluralizmu medialnego, rzecz oczywista!
Zamiast mydlić mi oczy tymi bajeczkami o „narodowych mediach”, chciałbym SAM decydować na jakie cele w warstwie medialno-kulturowej idzie moja kasa.  Nie chcę tuczyć TVP1 i TVP2 (nie wspominając o takim oborniku jak TVP Seriale, czy TVP Rozrywka), bo to tam jest siedlisko największego gówna – bez względu na włodarzy w RTV.
Państwo zdziera ze mnie już tyle, że wkurw z tego powodu jest niebotyczny! OK, mieszkam w miejscu, gdzie akurat ten zasrany abonament RTV jest opłacany, ale z jakiej racji – bando prawicowych zjebów i frustratów – chcecie wydębić ode mnie jeszcze to pieprzone 15 zeta???  I tak wiem, że zostanie to wydane nie tak, jakbym tego chciał – jesteście kolejnymi frajerami, którzy przejedzą moje pieniądze, kolejnymi pijawkami, które od nadmiaru mojej krwi będą rzygać na biało-czerwono swoją wyklętą propagandą. A radiowa Dwójka, redakcja Radio Poland czy TVP Kultura znowu dostaną jakiś ochłap, w TVP Historia będę mógł wybierać między Łupaszką, a Dmowskim, albo między Żarynem, a Zychowiczem – w ramach różnorodności.

Amen666