GLORIA VICTIS! [75]

eLD2Z8yxVdk

Pamięci ofiar Powstania w Getcie Warszawskim…

Reklamy

Kubki, kubki, kubki…

poiutryweq

* * *

W międzyczasie postanowiłem odświeżyć swoją norę. Pomalowałem ściany na dwa odcienie szarości, zdarłem wszystkie warstwy farby na suficie, zostawiając goły beton (efekt industrialny – udał się!), wymieniłem linoleum, zamiast nudnego standardowego kinkietu zamontowałem przemysłową lampę z kloszem z grubego szkła i z czarną kratą osłaniającą (jak w piwnicach). Wypierdoliłem wszystkie stare meble + łóżko, stawiając nowy regał, montując nowe półki i szafę + wygodny materac do spania. w oknach czarne rolety, na ścianach trochę grafik monochrome.

Karl Sisson

Praca zabija

Chyba nie ma ogólnej miary zaliczania przez jednostki spektakularnych tąpnięć w życiu, zwłaszcza jeśli chodzi o tak kruchą i kapryśną materię, jaką jest zdrowie. W moich ustach brzmi to cokolwiek niezbyt poważnie, albowiem konsekwentnie, przez wiele lat wydzierając mordę na koncertach: old punks never die! ważyłem sobie lekce fakt, że jestem astmatykiem, chlejącym i żrącym mocno niezdrowe specyfiki.
Zemsta jest brutalna i ma również związek z robotą, która zjebała mi ponad siedem lat życia.
Opuszczając wczoraj szpital i intensywną terapię poczułem i ulgę i olbrzymi kwas, wewnętrzne zdegustowanie. Można powiedzieć, że odratowali mnie w ostatnim momencie i nie będzie w tym grama przesady. Czy się bałem? Cholera, nie wiem. W pewnym momencie miałem wrażenie, że wiozą mnie na salę intensywnej opieki, a ja gapię się na świetlówki w suficie, które synchronicznie gasną, kiedy przejeżdżam kolejne metry; jakbym gasił za sobą wszystkie światła. Było mi zimno i nie miałem czym oddychać. Nie słyszałem krzyków i słów wokół mnie.
Potem tylko szum tlenu (nigdy nie zapomnę tego zapachu, czy raczej owej życiodajności…) i lekkie pieczenie w miejscach, w których kroplówki pompowały we mnie antybiotyki i inne płyny próbujące przywrócić moje ścierwo do jako-takiej używialności.

Wiele razy w przeciągu ostatnich siedmiu lat poświęcałem się, łażąc do pracy z gorączkami i innymi przeziębieniami. Nie inaczej było ostatnio – zrobiłem to dla kumpli, żeby nie musieli ponad normę tyrać za mnie-nieobecnego. Tym razem odporność organizmu była już żadna; gdyby nie szybka reakcja członków rodziny, pewnie było by już po wszystkim.

Nie chciałbym tutaj epatować moralizatorskim pierdoleniem, ale teraz zrozumiałem, że tak naprawdę za zwyczajną pracowniczą solidarnością kryje się zimna kalkulacja kurwy robiącej kapitalizm na barkach innych, kosztem innych, rękoma innych.
W pewnym momencie życia należy powiedzieć sobie basta! i zminić ten pieprzony krąg ekonomicznej eksploatacji i uzależnienia; wyjście z tej czarnej dziury ma swoją cenę i być może zapłaciłem zbyt wiele (i zapewne płacił będę jeszcze długo), ale nie ma już kroku wstecz. Pierdolcie się wszyscy „przedsiębiorcy” ryjący dziury w brzuchach i głowach pracujących na was ludzi!

Jaroslav Rudiš – Cisza w Pradze | smažák, pivo a Nádraží Holešovice…

To nie będzie recenzja. Tak myślę. To będzie moja mała wędrówka; Praga, jakakolwiek by nie była i jakkolwiek by jej nie odbierać – nigdy nie znika, nie sposób jej wymazać z głowy, nawet gdyby bardzo się chciało. A ja bardzo nie chcę…

* * *

Gwiazdy nad Pragą zgasły.
Lato się skończyło.

Tak właśnie kończy się powieść Jaroslava Rudiša, Cisza w Pradze. Czeski, oryginalny tytuł (Potichu) jeszcze dobitniej splata się zarówno z treścią książki, jak i z jej zakończeniem…
Kilka razy miałem okazję kupić/pożyczyć tą książkę w oryginale. Siedziałem na kiblu u znajomego Czecha, a na pralce leżało Potichu. Pomyślałem: mam tłumaczenie, luz. Teraz wiem, że zjebałem sprawę. Powinienem przeczytać, pochłonąć tą książkę po czesku. W pociągu, w busie, w ruchu – byle po czesku. Powieść Rudiša znakomicie nadaje się do metra, do długich przepraw tramwajowo-autobusowych. Tak, by wokół przeszkadzał nam tłum i dźwięki miasta, by niedbale zaznaczać na której stronie skończyło się czytać i znowu zacząć lekturę po kolejnej przesiadce…

Wypełzam z roboty na przedmieściach Pragi. Czwarta popołudniu. Pierwsze dni września. Lato się skończyło. W Pradze.
Autobusowa pętla zapełnia się robolstwem ostatniej kategorii. Wszyscy pracujemy za pośrednictwem agencji. Legalnie i na samym dnie zarobkowej hierarchii. Plusem są wypłaty-tygodniówki czy nawet dniówki oraz to, że to ja sam decyduję, czy przyjdę jutro do pracy, czy nie. Czy będę pracował osiem, dziesięć, czy dwanaście godzin. Miesiąc, czy pięć dni. Idealnie dla squattersa bez adresu (nikt w agencji nie oburza się na brak stałego miejsca zamieszkania)…
Dwadzieścia minut w śmierdzącym benzyną autobusie. Stary węgierski Ikarus-przegubowiec. Siadam jak zwykle strategicznie, pomiędzy drzwiami, by móc dyskretnie wstać i ulotnić się między przystankami, w miejsce, gdzie być może nie dorwie mnie kanar. W sumie z przyzwyczajenia. Autobus wjeżdża w „prawdziwą Pragę”, w jej przedmieścia, w koniuszki palców miasta… Kilka przystanków i już jestem na ostatnim/pierwszym przystanku metra. Černý Most – żółta linia.

Ukončete, prosím, výstup a nástup, dveře se zavírají! – tekst praskiego metra, który nigdy się nie nudzi.

Jadę opustoszałym wagonem metra, zjebany i myślący tylko kawałkiem mózgu. W plecaku opasły II tom Baśni tysiąca i jednej nocy po czesku, jeden z wielu jaki Patrycja znalazła w śmietniku – śmietnikowy prezent. Nie mam siły czytać… Coraz więcej ludzi w wagonie. Zbliża się stacja Florenc. Krzyżówka z czerwoną linią i wielkie przesiadki… Stąd mam tylko dwa przystanki „do domu”, ale wysiadam i jadę w przeciwną stronę – na I.P. Pavlova. Do agentury, po kasę za pracę.
Wracam do metra z koronami w kieszeni, przeciskam się przez tłum urzędasów, gówniarzy z iPhone’ami, przez tłum Prażaków totalnie zobojętniałych na to, co dzieje się wokół. Ktoś czyta Metro, ktoś gapi się w okno… Ślicznie pachnąca dziewczyna obok mnie umawia się z gościem stojącym tyłem. Dneska? Letňany? Oka! Pachnie tak ładnie, że sam czuję jak śmierdzę squatem.
Wysiadam na Nádraží Holešovice. Prawie w domu… Wyłażę z metra i przechodzę przez ulicę Plynární. Środkowy palec do tramwajarza, który jak zwykle ma wyjebane na przechodniów. Kupuję u Wietnamczyka dwa Braniki, czerwone wino w kartonie, tytoń, kawę i papírky Vážka – najpopularniejsze bletki w Czechach. Witam się ze znajomą żulerą pod sklepem. Przebiegam przez ulicę i w budzie obok stacji metra kupuję najlepszy smažák w tej części Pragi: świeża bułka, gruba panierka, ciąąągnąąąący się ser i sos tatrski. Wracam na drugą stronę ulicy, siadam, jem, piję piwo. Zniknął czas. W Holešovicach tym bardziej. Piwo i smażony ser.
(W Pradze kurewsko trudno odczuć brak czasu wokół, brak presji – jak w każdej metropolii. Niemniej istnieją w tym mieście miejsca, gdzie człowiek zaczyna czuć się inaczej, niż dotychczas. Bez porównań z Polską – po prostu inaczej!)

Na squat jeszcze dwa przystanki autobusem. Zimno. Lato się skończyło. Praga troszkę szarzeje… Dopijam piwo i lecę. Piechotą.
Most Barikádníků, to najmniej romantyczny most nad Wełtawą. Siadam pod jego tłustym betonowym cielskiem i otwieram drugie piwo. Na drugim brzegu Wełtawy na kortach fruwają tenisowe piłki… Ostatnie promienie słońca liżą akademik-wieżowiec, Kolej 17. Listopadu. Nasi sąsiedzi. Skręcam fajkę i gapię się w oleisty nurt rzeki. Jest mi dobrze. Jest mi normalnie. Wełtawa wysysa moje zmęczenie, Branik smakuje tak jak powinien. Teraz nie czuję, że śmierdzę squatem. Teraz czuję tylko paczulę.
Letná i Žižkov  – miejsce akcji Ciszy w Pradze, daleko za moimi plecami. Gapię się na zielone wzgórza Troi. Dopijam piwo i przez most wlekę się na squat. Witam się ze wszystkimi i otwieram w kuchni wino w kartonie…

* * *

Czesi w swojej ekspresji, powiedzmy, literacko-filmowej bywają strasznie często nostalgiczni i epatujący samotnością, albo swoistą nieśpieszną zadumą. Książka Jaroslava Rudiša mogłaby równie dobrze nazywać się Samotność w Pradze (brzmi jednak cokolwiek debilnie, biorąc pod uwagę że na podobnym tytule sporo mamony zgarnął polski Paulo Coelho, znany twórca makulatury, niejaki Wiśniewski).
Jest to jednak samotność po brzegi upierdolona hałasem miasta i złowieszczymi trzaskami gdzieś w głębi głowy każdego z bohaterów. Vanda, Petr, Vladimir, Wayne i Hana, to kilka praskich losów splecionych ze sobą w jeden organizm; nie wiedząc o sobie tyle, by przestać czuć się samotnymi, przeciskają się przez krwiobieg Pragi, ocierają o siebie coraz intensywniej. Aż do tego niezapomnianego, cichego końca.

Praga Jaroslava Rudiša, to taka Praga jaką i ja zapamiętałem. Hałaśliwa, śmierdząca, urokliwa w swych zakątkach, których trzeba szukać na własną rękę, bo żaden przewodnik o nich nie napisze. Praga pędząca, wściekająca się na wszelkie przeszkody na jej drodze. Praga wyrzygująca na Most Karola rzesze popapranych turystów nacji wszelakich… Ale Praga, to także Žižkov, dzielnica, w której miasto posiada zupełnie inną gębę.
Rudiš opisuje trwamwajową trasę na Žižkov i widzi za oknem brudnych punków siedzących na skwerach; morze dreadów, irokezów, naszywek… Kto wie, może kiedyś Autor widział nas całą bandą z naszymi squatterskimi psami, gdy włóczymy się po mieście, gdy jedziemy tramwajem na Žižkov, do jednej z setek knajp, gdzie czas rozciąga się jak guma do żucia… My i nasze psy – wszyscy bez smyczy i kagańców…

O tym jak fdisk i rutyna pozbawiły mnie WSZYSTKICH ebooków…

Userom Linuksa i amatorom grzebania w systemie operacyjnym z poziomu linii poleceń i aplikacji typu CLI (command line interface) nie muszę przypominać jak użytecznym i pomocnym jest polecenie fdisk.

fdisk

Niestety fdisk jest też kurewsko niebezpiecznym narzędziem partycjonującym – niebezpiecznym dla dwóch grup userów: dla kompletnych newbies, którzy nie są jeszcze  z linuksowym  terminalem  oswojeni oraz dla tych, którzy większość czynności administracyjnych w obrębie Linuksa wykonują właśnie w konsoli i czynią to do bólu rutynowo.

Trafiła kosa na kamień… Dnia pewnego, grzebiąc w bebechach kolejnego z moich debianoidów, postanowiłem zrobić porządek w partycjach i… pewien w 666%, że wszystko robię dobrze, czyli tak jak zwykle, popełniłem mega-głupi błąd, formatując sobie partycję z ebookami, dokumentami, filmami i innymi takimi…
Jak wielki był mój wkurw, możecie sobie tylko wyobrazić. Jeżeli więc macie dysk podzielony na partycje mniej więcej tej samej wielkości, zwracajcie uwagę na ich numerację (sda3, sda4, sda5 itd.) i pamiętajcie gdzie macie dane i co chcecie formatować/usuwać – zwłaszcza gdy robicie to po raz n-ty, niejako z zamkniętymi oczyma. Rutyna , to zguba!

Trochę pobolał fakt, że poszło się jebać tyle danych, zwłaszcza cała baza Calibre z ebookami, które gromadziłem przez lata. Ból tym bardziej dojmujący, że chodzi o książki – wartość zupełnie niemożliwą do „wyceny” jak meble czy telewizor… Rosyjskie słowo ценность (cennost’)  – „cenność”, o wiele lepiej określa tą niematerialną  wartość.

VDQVGz0cbwU

W tym jednak miejscu swoją pomoc, empatię i troskę wykazała Monika. Nie potraficie wyobrazić sobie mojej radości, gdy za sprawą czyjejś bezinteresowności, w stopniu znacznym odbudowałem to, co sam sobie wykasowałem we flakach kompa! Monika, jesteś kochana!