Kategorie
→ reflex

Как я провёл этим летом.

Idąc nieco za ciosem poprzedniego wpisu, wrzucam zwiastun filmu oraz jego stronę domową.

Kategorie
→ reflex
Wieje halny. Pozbawia mnie ostatnich liści na ciemnym balkonie i wierci we łbie dziury wielkości pięści. Głuchy rechot powietrza za kawałkiem źle wytopionego szkła moduluje i kłóci się z sykiem FOUNDATION HOPE…
Inwentaryzuję wspomnienia o ludziach, którzy zniknęli, albo których sam zniknąłem i wydmuchując wraz z dymem papierosowym echa dzisiejszej rozmowy z Mary, przywołuję na pierwszy, mroźny i czysty plan monotonię obłędu z Как я провёл этим летом, klatka po klatce. Kilka mikroskopijnych drobin popiołu unosi się i wpada do kubka z zieloną herbatą…
Uwielbiam pierścienie wokół Saturna. Ten gazowy potwór otoczony jest miazgą kosmicznych skał i lodu, których piękno jawi się dopiero ze znacznej odległości. Grawitacja Saturna jak i tłoczące się w obrębie pierścieni odłamki, to wielki odkurzacz Układu Słonecznego przyciągający swoje kolejne ofiary: księżyce asteroidy i zbłąkane ciała [prawie] niebieskie.
Inwentaryzacja, którą niedbale i na kolanie prowadzę, to właśnie taki proces – bezlitosnej symbiozy grawitacji i destrukcji, po którym w kompletnej próżni zdarza mi się oglądać opalizujące szczątki ofiar, względnie szczątki siebie.
Nigdy nie chciałbym być w skórze bohaterów wspomnianego wyżej, genialnego (i bez wątpienia najwspanialszego w ostatnich latach) rosyjskiego filmu, choć coś grawitacyjnie wypruwającego mój zdrowy rozsądek, pcha mnie ku pustce bezlitosnego braku orientacji, co oznacza ni mniej, ni więcej to, iż jednak tego pragnę. By rozpaść się na kawałki, by rozpaść innych w promieniu najbliższych kilku oddechów zasyfionych astmą.
Dopiero w zakneblowanej ciszą próżni daje się odczuć potworność i (sic!) piękno śmierci i rozpadu, które stanowią budulec dla nowych tworów, opalizujących jeśli nie byciem, to na pewno trwaniem.
Kategorie
→ reflex

Niespodzianka

Jakże miło dziś było usłyszeć głos Mad! Swoją drogą w takie jesienne wieczory i noce jak dziś, często zdarzało nam się gadać do późna o rzeczach wszelakich. Gdy w Wiśle nie było jeszcze zimowej czapy wokół, a droga stopem ze Skoczowa lizana była przez zachodzące słońce…
Nie mam pojęcia, dlaczego akurat ten utwór NEUROSIS kojarzy mi się z czasem spędzanym w Wiśle i nie wiem dlaczego automatycznie niemal przywołałem go po dzisiejszej naszej rozmowie. Ten song nie ma żadnego specjalnego znaczenia, ale fakt, oboje lubimy NEUROSIS…
Spokojna rozmowa o  „wszystkim w pigułce” – cholernie tego potrzebowałem, zwłaszcza po długim okresie mijania się w przestrzeni. Tak jak teraz potrzebuję rozgryźć tą pigułkę, by wydobyć jej zawartość.
Dzięki, Mad!
Kategorie
→ reflex

Kontrast następczy

http://listen.grooveshark.com/songWidget.swf
Nic nie znajduje swojego miejsca w obrębie nas i naszych zamierzeń. Uchwycenie faktu, że to, czego pragniemy dosyć często dyfuzyjnie ściera się z tym, od czego uciekamy, jest nie tyle trudne, co raczej bolesne. Jak definiować ów ból i gdzie go lokalizować, jest kwestią, jak mi się wydaje, luźną, jak luźne są więzy łączące nas czasem rozsądkiem. Wyciosanie ze spróchniałego kawałka człowieka czegoś, co choćby w niewielkim stopniu przypominałoby istotę pozbawioną obaw, fobii i szaleństwa, to wysiłek dla nie lada upartych maniaków.
Samozadowolenie życiowe, rozwieszone jak kolorowe szmaty suszace się na słońcu, być może i nadaje skrawkowi naszej przestrzeni jakiegoś tam uroku, ale tkwi w tym swego rodzaju sztuczność, jakbyśmy umawiali się sami ze sobą, że to tylko tak na chwilę, na czas beztroskich uniesień zawodowych, egzystencjalnych, duchowych, czy jak je tam nazwać. Tkwi coś dziwnego w nieuchronności ludzkiego staczania się w rozpacz; immanentna obawa, samospełniająca się przepowiednia poruszająca się po tej samej krzywiznie – wciąż i niezmiennie. Naniesienie tego wszystkiego na mapę indywidualnych doświadczeń sprawia, że wychodzimy poza siebie w refleksyjnych paroksyzmach. Na ile to kwestia świadomego wyboru, a na ile nieumiejętność tresowania szczęścia (czy raczej tego, co za tym kalekim słowem kryje sie w formie skrawków)?

Łapię się momentami na ocierających się o obsesję próbach transpolacji własnych wyobrażeń o spokoju, na przestrzenie tak różne i tak nieludzkie, że skłania mnie to do zastanowienia się, czy aby naprawdę jestem skłonny wniknąć niejako bez szemrania w nurt  codziennych, drobiazgowo przeżuwanych zdarzeń, które służą tylko do przetrawienia i wysrania kolejnego „normalnego” dnia. Normalność w potocznym ujęciu jawi mi się, jako bezmiar patologii przypieczętowanej granitową płytą nagrobka z jakimś firmowym symbolem religijnym (do wyboru, do koloru), gdy już zdarzy się komuś zdechnąć. Biegunowo odmienna nie-normalność, to dla mnie obszar raczej wzbudzający ciekawość, aniżeli dystans i przerażenie.  Pokusa wniknięcia w zupełnie inny wymiar myślenia o sobie i świecie wzbudza szaleńczą wirówkę, pełną sprzeczności i dysonansów. Najzwyczajniej w świecie wkurwia mnie niemal wszystko, co człowiek pluszowo tuli do siebie w trakcie przepraw z życiem. Świadomość własnego kalectwa stymuluje we mnie ciągłe „rozlewanie się”, wielokierunkowość obłędnych wycieczek poprzez dźwięk, myśl i uczynek (czy jego brak). Wyprowadzam się na manowce, nakazuję sobie gubić siebie, żeby otrzeć się o kolejny teren bezludny. Lubię to. Lubię swoje chore przekonanie o tym, iż świat zupełnie bez powodu leci ze mną w kulki tylko dlatego, że zdarzyło mi się urodzić. Nie ma w tym grama żałości, ani kawałeczka rozczarowania. Dławię się i duszę w tym gąszczu sprzeczności i oślizłych powidoków kreowanych w każdej minucie.

Czasami z niejakim zdziwieniem spoglądam na życie innych i obserwując ich patenty na odcinanie życiowych kuponów, myślę sobie: tak się da! Jednocześnie za surrealistyczne uznaję zarówno ich życie jak i ową myśl. Wystarczy wtedy ruszyć choćby powieką, by znaleźć się w zupełnie innym „miejscu”, z zupełnie innym zestawem klocków do zabawy. Wyraźnie lepiej czuję się w otoczeniu nieokreśloności; dark ambient, to nie tylko muzyka. To dźwiękowe sale tortur, ale i zorze polarne w mroźne noce. To pale, z nabitymi na nie naszymi porażkami, ale i piękno pustki, której nigdy wcześniej się nie zaznało. To przestrzeń rzeźbiona tępym dłutem, jak autostrada bólu wzdłuż kręgosłupa. To wyrwa w pieprzonej, narkotycznej wizji normalności.
Kategorie
→ reflex

NASA – Voyager Recordings

http://listen.grooveshark.com/widget.swf
Kategorie
→ reflex

www.polskieradio.pl – "zmiany" (oby na lepsze)…

Z radością powitałem fakt, że mogę wreszcie słuchać mojej ulubionej radiowej Dwójki na kompie. Taaaa, wiem, że dla wielu z Was, to oczywista oczywistość i nie ma się czym podniecać: słuchanie publicznego radia w internecie, to kwestia kliknięcia i basta. Owszem, tak rzecz się ma, gdy używa się jedynie słusznego systemu operacyjnego o monopolistycznej nazwie Windows. Polskie Radio udostępnia transmisję internetową poprzez niepraktyczną maszkarę pt. Windows Media Player, w związku z czym tacy nieszczęśni użytkownicy Linuksa jak ja, byli, delikatnie rzecz ujmując, w dupie.
Teraz na stronie PR łaskawie udostępniono transmisję również w odtwarzaczu flash, w związku z czym mam dostęp do wszystkich programów PR. Mógłbym oczywiście słychać ich poprzez tradycyjny odbiornik, niemniej jest to zwykłe marnotrawstwo energii, gdy jednocześnie robi się coś na komputerze.
Od jakiegoś czasu stronę PR jest wyświetlana w wersji beta. Wcześniejszy jej wystrój nie powalał na kolana i był mocno sztampowy. Obecnie strona jest niemal przeładowana rozmaitymi odnośnikami, ale paradoksalnie, jej struktura jest mocno praktyczna i ułatwia nawigację.
Ciekawym rozwiązaniem jest fakt, że po kliknięciu na ramówkę ukazuje się nam tabela ze wszystkimi pięcioma programami PR. Po lewej stronie mamy tabelę z kategoriami audycji („informacje”, „filozofia”, „wywiad”, „muzyka”, „teatr” itd.); po zaznaczeniu którejś z nich, podświetlają się nam w ramówce audycje wszystkich pięciu programów w danej kategorii – niewątpliwie wygodne. Po uruchomieniu odtwarzacza flash otwiera się również cały „rozkład jazdy” programu, którego słuchamy wraz z zaznaczoną aktualnie emitowana audycją.
Innym „gadżetem” jest Moje Polskie Radio – miejsce, gdzie możemy wybrać ulubioną audycję i słuchać tylko jej.
Mam nadzieję, że te zmiany na stronie pociągną być może konkretne zmiany w strukturze PR, jej (w wielu przypadkach koszmarnie tendencyjnych) audycjach i że te polityczne świnie zrozumieją wreszcie sens określenia „media z misją publiczną”…
Kategorie
→ reflex

UDFy-38135539

Jak doniosły ośrodki astronomiczne, naukowcom udało się wyznaczyć odległość najdalej położonej, znanej nam galaktyki (UDFy-38135539). Jej redshift wynosi z=8.55; jest ona dla nas widoczna 600 milionów lat po Wielkim Wybuchu.
Słowo: daleko wydaje się być głębokim nieporozumieniem, czymś koszmarnie nieadekwatnym w odniesieniu do przestrzeni, o jakiej się nam nie śniło… Próbuję usilnie zrozumieć mechanizm, jaki zachodzi w mojej głowie, próbuję go oswoić w kontekście odnalezienia proporcji (jakbym naiwnie wierzył, że to właśnie wytyczenie proporcji ratuje człowieka przed szaleństwem). Zastanawiam się mianowicie, skąd bierze się fascynacja skalą makro i jej odniesienie do mikro-życia na kształt z grubsza ludzki.
Słuchając ostatnio zmagań w konkursie chopinowskim (pieprzyć krytyków! Юлианна Авдеева zagrała przepięknie!) i odgrzewając co nieco dzieła Pendereckiego (o kótrym zapomniałem przez lata…), zanurzyłem się w czymś skrajnie różnym od moich dotychczasowych „potknięć”  o rozmaite interpretacyjne wariacje, jakie zdarzało mi się popełniać w głowie podczas słuchania muzyki. Zbliżenie się do jakieś mocno umownej granicy pomiędzy dźwiękiem, jako językiem, a symboliczną zawartością tegoż niejako automatycznie sprawiło, że przed oczyma stanęły mi astronomiczne analizy linii widma, które przesuwały się w czerwoną jego stronę. Idiotyczne, można by rzecz – wszak nie ma w tym jakiejś żelaznej konsekwencji czy związku, a „kosmiczne” interpretacje choćby Hymnu do św. Adalberta, Pendereckiego, niechybnie zaprowadziłyby mnie w jakiś podejrzanej reputacji zaułek metafizyki. Ta moja dziwna paralela w zasadzie należy do gatunku refleksyjnych i nie widzę istotnego powodu, by przesadnie się o niej rozpisywać. Mimo wszystko jest to dla mnie pewne novum.
Muzyka, jak mi się wydaje, może stać się czymś w rodzaju palety barw, z której można wybrać akurat te odcienie, które najbardziej pasują do nakreślenia tych przepastnych odległości pomiędzy jednym, a drugim człowiekiem. Wymiar życia i śmierci przeniesiony na makro-skalę, opleciony nieodmiennie kolczastym krzewem ludzkich zależności, wydaje się śmiesznie nieistotny, zabawnie miałki. Dziwne, ale w Dies Irae, z Requiem for my friend, Preisnera „słyszę” tą niewyobrażalną odległość pomiędzy ziemskimi teleskopami, a galaktyką  UDFy-38135539. Nie jest to żadna przewrotna reminiscencja „boskiej wielkości” z mojej strony, czy coś na kształt ludycznych quasi-mądrości Wojtyły, typu: czas ucieka – wieczność czeka. Piękno w oswajaniu tych proporcji makro i mikro bywa zabójczo urokliwe. Zwłaszcza ponad niebiosami, w zimnej przestrzeni kosmicznej…
Kategorie
→ linux / free software → reflex

/home/lukaso/obrazy/moje_grafiki/linux_anti_police.jpg

Lukaso, anty (C), januaro ’10
Kategorie
→ linux / free software → reflex

Linux pod każdą strzechą? Hmm…

Ostatnimi czasy, przy okazji dyskusji nad kontrowersyjnym artykułem na www.jakilinux.org naszły mnie refleksje natury, hmm… marketingowej :) Autor tegoż artykułu próbuje forsować tezę o konieczności wypracowania takiego modelu desktopowej wersji Linuxa, który przebije się przez gąszcz komercyjnych rozwiązań (czytaj: gąszcz macek Windowsa i innych większych konkurentów) tylko wtedy, gdy zapewni się określone warunki. Nie będę wnikał teraz w szczgółowe propozycje zawarte w artykule (każdy/-a może przeczytać tekst sam – jest zlinkowany powyżej). Dość powiedzieć, że artykuł 10 rad jak uczynić z Linuksa najpopularniejszy system desktopowy jest raczej grafomańską reklamą Google i zbiorem stereotypów, czy też zwykłych kłamstw nt. Linuxa. Kilka mniejszych pomysłów jest godna uwagi, ale generalnie podejście autora wydaje się mocno marketingową gumą do żucia dla… no właśnie, dla kogo?
Tekst należałoby przeczytać, by wyrobić sobie zdanie w kwestiach, jakie są w nim poruszane – mocno zachęcam (łącznie z komentarzami czytelników). Moje podejście do filozofii open source i samego Linuxa jest odmienne od tego prezentowanego dosyć bufoniasto w w/w artykule.
1. Niby dlaczego mamy tworzyć dystrybucję na siłę wciskaną początkującym jako najpopularniejszy system desktopowy?

  Nie rozumiem (i tutaj zgadzam się z kilkoma komentatorami w/w tekstu), w jakim celu społeczność Linuxa wraz z firmami patronującymi poszczególnym rozwiązaniom desktopowym (jak np. Cannonical i Ubuntu) mieliby wypruwać sobie flaki, by wciskać potencjalnym neofitom takiego Linuxa, który wprost lśni od atrakcyjności (np. pod kątem stabilności – pomijając atrakcyjność graficzną)? Zgadza się, Ubuntu jako jedna z wiodących dystrybucji Linuxa na świecie mogłaby zmienić cykl wydawniczy np. na roczny, kosztem poprawienia stabilności dystrybucji, ale to nie oznacza, że należałoby stworzyć jakąś mega-dystrybucję skupioną wyłącznie na jednym celu: dotrzeć na jak największą ilość biurek – nieważne, jak – ważne, by tego dokonać.

2. Marketing zamiast konkretów. Po co?

 Autor artykułu sugeruje, by tworząc takiego „super-linuxa” nie informować potencjalnie zainteresowanych o tym, że nasz system ma jądro Linuxa. Innymi słowy – nie mów, że twój Linux, to Linux, bo odstraszysz tych, którzy od kołyski tuczeni propagandą Microsoftu nie wybiorą twojego systemu. Tak właśnie czyni obecnie Google.

A’propos – małe pytanie: kto z milionów użytkowników PC-tów z Windowsem wie, że Google wypuści swój własny system operacyjny? Ktoś tam wie. Drugie pytanie: kto z tych użytkowników zdaje sobie sprawę, że nowy system Google – ChromeOS – jest po prostu Linuxem (jego jądro jest jądrem linuxowym)? Jestem przekonany, że garstka.

Takie podejście – pomijając fakt, że jest kurewsko nieuczciwe – jest wg mnie po prostu głupie. Ktoś, kto na siłę chce zunifikować Linuxa i marzy o „wielkiej dystrybucji dla wszystkich”, wpada na takie właśnie pomysły, a co za tym idzie, traktuje swoich potencjalnych użytkowników jak tępe bydło – innymi słowy, robi dokładnie to, co robi Windows; przedstawiamy ci nasz nowy super-system operacyjny, jest super, bo jest  innowacyjny i super! Działa, więc jest super.

3. Linux – w wielości siła!

 Należę do tych użytkowników Linuxa, którzy widzą zalety rozdrobnienia poszczególnych projektów i dystrybucji opartych na jądrze linuxowym przeważają nad wadami tegoż. Nawet ktoś, kto wcześniej nie miał do czynienia z Linuxem, wchodząc np. na www.distrowatch.com może dostać oczopląsu, gdy zobaczy, że Linux, to nie jakiś jeden „anty-Windows” zapakowany w pudełeczko i rozdawany/sprzedawany maniakom, lecz projekt, w ramach którego rozwijane i tworzone są setki dystrybucji dla ludzi, którzy mają różne gusta i potrzeby. Tu tkwi istota rzeczy! Pieprzony Windows jest dla każdego,  podczas gdy Linux, to jądro, wokół którego tworzone są distra dla użytkowników z różnymi potrzebami. Tutaj nie wejdziesz do jednej zagrody, w której oferuje ci się wszystko w jednym, uniwersalnie, kompaktowo, super-atrakcyjnie! Sam decydujesz, jakie distro wybrać, bo masz konkretne potrzeby i oczekiwania, więc potrzebujesz systemu, który TO TY WYBIERZESZ/STWORZYSZ! 

Wiemy od dawna, że ludzie przyzwyczajeni do dawania im gotowych rozwiązań na talerzu, bez wolności wyboru, akceptują byle gówno jako coś koniecznego i z biegiem czasu uznają to za niezawodne, nawet gdy tak nie jest. Dlatego też Linux jest dla ludzi, którzy SAMI decydują, czego oczekują od systemu, który będą używać. Mnogość dystrybucji umożliwia taki wybór, a możliwości konfiguracyjne wprawią w migrenę i zawał serca każdego użytkownika Windowsa.

4. Stabilność.

 Stabilność, to ważna cecha, zwałszcza dla tych, którzy chcą używać kompa w codziennej pracy biurowo-domowej i nie bawi ich grzebanie we flakach systemu, by konfigurować, ulepszać, poprawiać. Chcą mieć system sprawdzony, nie sypiący się przy upgrade’ach etc. Demonizowanie Linuxa, jako rzekomo niestabilnego i nieprzewidywalnego systemu jest bezcelowe. Znam naprawdę zielonych użytkowników Linuxa, dla których takie kwestie jak repozytoria, środowisko X-ów, konsola, to czarna magia, a jednak z powodzeniem korzystają na codzień z Linuxa. Innymi słowy, nie trzeba być maniakiem, by być użytkownikiem tego systemu. Pomoc znajomych, fora internetowe wystarczą, by skonfigurować swojego Linuxa tak, by nie grzebiąc w nim, cieszyć się ze stabilnej pracy!

Istnieją rzecz jasna dystrybucje dla wyjadaczy, którzy rozkładają swój system na części pierwsze i permenentnie w nim grzbią, dla których stabilna wersja systemu jest po prostu nudna. Korzystają oni z wersji testowych, łażą po cienkiej linii, by sprawdzać możliwości nowych aplikacji i źle się czują, gdy w kompie wszystko jest dopieszczone i niezmienne. To właśnie dzięki takim ludziom, Linux się rozwija! Ktoś, kto marudzi, że Linux jest „trudny i w ogóle dziwny” zapomina, że to dzieki takim maniakom i zapalonym testerom ten system staje się stabilny – paradoksalnie!

Podsumowując. Dla mnie Linux, to narzędzie o potężnych możliwościach, system, który mogę sam dopasować do własnych potrzeb, a nie produkt, który wcisnąć można każdemu, tak jak chciałby autor artykułu. Początkujący użytkownicy – jestem tego pewien na 666%! – mogą znaleźć dla siebie taką dystrybucję, która tylko zachęci ich do przygody z Linuxem – bez marketingowych sztuczek i jednego super-systemu dla wszystkich. Parafrazując autora tekstu:
Różnorodność, głupcze! 
Kategorie
→ linux / free software → reflex

Christopher Negus – "Linux. Biblia. Edycja 2007". Tomisko dla początkujących (i nie tylko).

Będąc pewnego dnia w jednym z antykwariatów w Gdyni, natknąłem się na potężne tomisko, którego tytuł od razu zwrócił moją uwagę. Linux. Biblia. Edycja 2007. Przejrzałem tą 968-stronicową księgę i od razu nabrałem ochoty, by ją kupić. Cena o 40 zł. niższa od tej na okładce, ale fakt pozostawał faktem: 80 zeta, to dla mnie majątek! Po żmudnych kalkulacjach i dylematach finansowych, kupiłem ją ostatecznie nastepnego dnia.

Christopher Negus napisał rewelacyjny poradnik dla wszystkich tych, którzy jeszcze nie wiedzą o co kaman w Linuxie oraz dla tych, którzy stawiają już pierwsze kroki w świecie tego systemu. Mamy więc w Biblii… historię Linuxa, również w kontekście rozwoju innych projektów takich jak GNU, Unix, czy Windows.Nieco publicystyczny początek książki wprowadza czytelnika w specyfikę systemu Linux.
Negus po kolei tłumaczy komponenty systemu i czyni to w sposób bardzo przystępny. Opisuje powłokę i sposoby pracy w niej, tłumaczy system plików linuxowych, ociera się o wstęp do korzystania z edytora vim. W kolejnym rozdziale opisane jest środowisko graficzne Linuxa. Później autor przedstawia Linuxa w praktyce: podstawowa administracja, tworzenie kont użytkowników, polecenia, konfiguracja sprzętu, montowanie systemu plików, dysków, etc. Czas na opisanie połączenia z internetem i pokaźny rozdział nt. bezpieczeństwa w Linuxie.
Autor nastepnie opisuje poszczególne dystrybucje Linuxa: Fedora, Red Hat, Debian, OpenSUSE, Knoppix, Yellow Dog, Gentoo, Slackware, Linspire/Freespire, Mandriva i Ubuntu.W kolejnych rozdziałach dowiadujemy się o wykorzystaniu Linuxa jako zapory sieciowej, czy routera. Pokrótce skupia się na aplikacjach audio/video, internetowych, graficznych, tekstowych. Dwa ostatnie – cholernie ciekawe! – elementy tej księgi, to serwery w Linuxie oraz programowanie.
Linux. Biblia. Edycja 2007, to niezwykła publikacja dla fascynatów Linuxa. Jest w niej wszystko, co powinien wiedzieć każdy decydujący się na przygodę z tym systemem operacyjnym. Dowiedziałem się wielu rzeczy nt. administrowania Linuxem; wiedza, jak wygląda Linux „od kuchni” jest bezcenna. Atutem tej książki jest to, że zgromadzono w niej elementarne informacje, które nie wyczerpując tematu, dostarczają nam bazy pod dalsze działania linuxowe. Szczerze polecam Biblię… każdemu stawiającemu pierwsze kroki w Linuxie. Zawiera ona na tyle uniwersalne i elementarne informacje (na ponad 900 stronach!), że 2007 w tytule nie jest kwestią in minus.(Może ukazała się zaktualizowana edycja?).
Dodać warto, że do książki dodane są płyty: CD i DVD z dystrybucjami w wersjach instalacyjnych i liveCD. Dystrybucji jest kilkanaście, ale dosyć przestarzałych, ze starymi kernelami; początkujący mogą jednak zobaczyć „na żywo” Linuxa.
Oczywiście zniechęcającą i wkurwiającą potencjalnego czytelnika/-czkę jest cena. Dla mnie zdecydowanie faszystowsko wysoka :/ Jednak zauważyłem, że wszystkie książki z Heliona są cholernie drogie. Niestety.
Christopher Negus – Linux. Biblia. Edycja 2007, Wydawnictwo Helion.