Fantasmagorie [1]

Podobno był na przesłuchaniu.
Nie było wcześniej mowy o żadnym wezwaniu, listach poleconych – po prostu wszedł do przegrzanego budynku milicji (zima była wyjątkowo sroga tego roku) i czekał w kolejce pośród innych mniej lub bardziej przerażonych, zmęczonych i znudzonych… Podobno poćwiartował zwłoki, chociaż w trakcie przesłuchania oficer słowem nie wspomniał o tak makabrycznych rzeczach. On wiedział, że poćwiartował, chociaż nie dopuszczał tej myśli do siebie, brzydząc się wręcz gdy tylko coś podsuwało mu ową myśl. Oficer zapewnił z cwaniackim uśmiechem przyklejonym do nie ogolonej mordy, że oni-i-tak-wszystko-wiedzą…

Podobno część zwłok ukrył w foliowych workach w wersalce i w pawlaczu. Nie wiadomo, czy nie mógł spokojnie zasnąć w pustym niemal mieszkaniu; umeblowanie stanowiły przedmioty otrzymane od znajomych i kupione za ostatnie grosze przez matkę. Za ostatnie centy, rzec by można, albowiem na nędzny żywot swojej rodziny matka wydawała ostatnie dolary zarobione w Ameryce.

Być może nawet mógł spokojnie zasnąć w tej dwupokojowej betonowej klitce z kuchnią-kiszką. Podobno miewał problemy gastryczne (Jakże często myślał: nie zrobię sobie dziecka, żeby nie przekazywać tych brudnych genów dalej – dosyć już nocnego rzygania, krwi z odbytu i zgagi wypalającej dziury we flakach!), które wzmogły się tuż po przesłuchaniu.
Słuchał nocami Dwójki w radio i leżąc na wersalce gapił się w okno bez firan. Latarnie odbijały się w brudnych szybach. Wtedy to analizował precyzyjnie ostatnie dni. Podobno robił to na tyle szczegółowo, że przypomniał sobie nawet o nie zakręconej tubce kremu do golenia leżącej po lewej stronie zlewu i o ubraniach, które moczyły się trzeci dzień w wannie (pralki nigdy nie posiadał).
Przyszedł jednak dzień, że musiał wynająć mieszkanie, opuścić je. Podobno stwierdził, że tak będzie najlepiej.

Pośpiesznie pakował kilka swoich osobistych rzeczy w kawowy neseser z ciemnobrązowymi przeszyciami. Resztę postanowił upchać w reklamówki, a większe rzeczy z pawlacza i wersalki postanowił wyrzucić na śmietnik.
Znalazł w wersalce zwinięty chodnik, zakurzoną sztuczną choinkę przewiązaną białą sznurówką, jakieś stare buty i worek foliowy z dziwnie miekką substancją w środku. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek coś takiego wkładał do wnętrza wersalki.

Nie zdążył opróżnić pawlacza, gdy przyszła kobieta, z którą telefonicznie dogadał się co do wynajmu mieszkania. Gdy wyjmował kolejne graty, stojąc na palcach, na czoło kobiety zaczęła kapać jakaś ciecz…
On przeskakiwał już po trzy schody z czwartego piętra, gdy kobieta z obrzydzeniem ścierała rękawem zimowej kurtki lepką, cuchnącą maź.

Podobno ojciec pomagał mu w zakopywaniu worków w lesie. Przypomniał sobie o tym, gdy zdyszany przewrócił się w brzozowym zagajniku i zarył twarzą w świeży śnieg i ściółkę. Ojciec jednak zaprzeczył, spokojnie acz zdecydowanie oznajmił, że taka sytuacja w ogóle nie miała miejsca. Zaprzeczył? Kiedy? Przecież nie widział się z ojcem bardzo, bardzo długo…

*  * *

Dzisiaj znowu ktoś go obudził. Kiedy jednak otworzył oczy, nikogo nie było w pobliżu. Jakiś czeski big band grał wesoły utwór. Big band? Rozejrzał się wokół i nigdzie nie dostrzegł radia. Położył głowę z powrotem na poduszce i pomyślał, że mógłby kogoś zabić, po czym poćwiartować zwłoki i udawać, że takie zdarzenie nigdy nie miało miejsca. Udawać, zwodzić siebie i innych. Dlaczego tak pomyślał? Podobno ludzie myślą czasami o rzeczach, przed którymi się wzbraniają i czują wstręt gdy owe rzeczy pojawiają się na horyzoncie zdarzeń.
Ale o jakim horyzoncie zdarzeń możemy mówić w sytuacji, gdy wszystko dookoła wydaje się nie do końca normalne?
Zacisnął mocno powieki  i zaczął myśleć o wygranej w toto-lotka. Podobno prawdopodobieństwo wygranej jest bardzo, ale to bardzo znikome.

Reklamy

Przesyt

Odczucie przesytu wokół towarzyszy nam od conajmniej kilkunastu lat; cezura czasowa jest w tym przypadku płynna i silnie skorelowana z postępującą degradacją komunikacji międzyludzkiej, która w swej warstwie technologicznej i praktycznej – paradoksalnie – ma nas zbliżać ku sobie. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takich narzędzi komunikacyjnych jak dziś, nigdy wcześniej nie mieliśmy potencjalnego dostępu do tylu źródeł informacji, których obieg jeszcze nigdy nie był tak szybki jak teraz. Pułapka przełomowego XXI wieku.

Stanisław Lem zauważył, że doniosłość owej komunikacyjno-informacyjnej ekspansji w perspektywie rozwoju ludzkości jest w efekcie kontrproduktywna, albowiem wartość wiedzy przyswajanej i multiplikowanej (poprzez wielość źródeł owej wiedzy i poprzez jej internetową choćby dostępność) jest w obecnych czasach bardziej statystyczna, aniżeli merytoryczna. Innymi słowy katalogujemy informacje pęczniejące z sekundy na sekundę, ale ich wartość nie przekłada się na jakościowy, filozoficzny, etyczny czy epistemologiczny progres ludzkości i człowieka jako jednostki.
Lubię wracać myślami do tej konstatacji Lema, bowiem sformułował ją pisarz i futurolog niejako w ramach testamentu dla nas wszystkich, zanim zmarł.

Tutułowy przesyt dotyczy absolutnie wszystkich dziedzin życia i przejawów naszej aktywności. Ponurym paradoksem jest również to, że niedobór czegoś w naszym otoczeniu automatycznie uruchamia wszelkie możliwe siły, by ów „nienormalny” stan zniwelować – poprzez kolejną falę ekspansywnej aktywności w danych dziedzinach. Zatraciliśmy zupełnie zdolność prawidłowego diagnozowania naszych bolączek, a za jedyne skuteczne antidotum uznalismy zaspokajanie potrzeb.
Hibernacja, ucieczka w siebie (czy też ucieczka-w-świat, wgłąb…), urlop od tego zjebanego biegu z przeszkodami, szumnie nazywanego codziennością – wszystkie te reakcje są traktowane jeśli nie jak pomysł wariata (wyskakiwać z pędzącego pociągu?! pozostawić nie ukończony projekt w pracy?! zrezygnować z kupna nowego telewizora?! nie brać kredytu?!), to na pewno jako fanaberia kogoś, komu zapewne się nudzi „w tych zabieganych czasach”…

thumb-2537211-1000x750-c7607e2a0e17d18d8a0f41e1153d9c8af2715739447bd92f3160e8798ecc7e70

Wiecie, co znajduje się na powyższym zdjęciu? To deal między UE, a Kanadą… CETA. Kolejna cichcem przepychana umowa między kapitałem a technokratami z UE, kolejny skurwiały alians korporacji i władzy, zaklepywany baaardzo wysoko ponad naszymi głowami… Pomyślcie o tych wszystkich patałachach z PIS, PO, PSL, Nowoczesnej, pomyślcie który z tych pieprzonych darmozjadów przeczytał choćby połowę tej kobyły? Oczywiście żaden. Nie jest ona zresztą wydrukowana „do czytania”, ona w ogóle nie jest do czytania, z samej swej istoty. Tomiszcze, którego nie uniesie żaden pierdolony unijny biurokrata, to atawizm, estetyczny hołd złożony „starodawnym” ceremoniom podpisywania i pieczętowania umów wszelakich.

Podobne gabaryty mają nasze „prywatne księgi wiedzy”, które codziennym klikaniem w necie powołujemy do życia. Ich wartość jest jednak więcej, niż nędzna. I taką pozostanie. Obecne pokolenie trzydziesto-, czterdziestolatków stoi w rozkroku pomiędzy „archaicznymi” metodami oswajania świata sprzed 10-20 lat, a współczesną orgią statystycznego gromadzenia danych (nie wiedzy!), które w przeważającej części są obrazkami, hologramami, majakami 3D/4D. Ludzie są obecnie bezdennie głupi, ale mają 6GB RAMu w smartfonach. Przestrzeń, której nigdy, przenigdy nie zagospodarowaliby w swoich umysłach czymkolwiek cennym…

Radio

img_20161104_192940

Co tam w eterze piszczy? Cholera, ostatnimi czasy z prawdziwym radiowym eterem mam styczność wyłącznie na flach krótkich; wszelkie inne radiostacje, których słucham codziennie, odpalam albo w cyfrowej technologii DAB+ albo poprzez równie cyfrowy net. Trochę mało romantycznie, ale przyznam, że kiedy słucha się na codzień radia w DAB+, potem nawet FM w jakości stereo brzmi nędznie i płasko.

Medion spisuje się rewelacyjnie! Męczę ten odbiornik niemal 24h/dobę i serio, trudno byłoby mi przestawić się teraz na standardowy odbiornik FM. Bez Mediona jak bez ręki! Będąc poza domem korzystam z aplikacji Polskiego Radia, względnie z aplikacji PC Radio (z uwagi na wszystkie „moje” polskie i ruskie rozgłośnie w jednym miejscu i ze względu na świetny streaming). W robocie niestety jestem skazany na trzeszczące potwory typu RMF, czy Eska Rock – gwałt na uszach, wkurw i porażka…

Pdział na dzień i noc jest u mnie teoretyczny, tryb snu / nie-snu postawiony na głowie, zatem trudno powiedzieć, od czego (radiowo) zaczynam „dzień”. Zwyczajowo jest to Trójkowy Budzik, który często spełnia moje poranne życzenia muzyczne (pozdrowienia dla autorów programu i prowadzącego!). Potem przełączam się na Радио Свобода (Radio Swoboda – dawna Wolna Europa, redakcje: białoruska i rosyjska) i na Эхо Москвы (Echo Moskwy) – obu tych radiostacji słucham później w różnych porach dnia, ze względu na ciekawą antyputinowską publicystykę. Ostatnio równie często gości u mnie radio Коммерсант (Komersant) – podoba mi się spójna ramówka i do bólu informacyjny profil rozgłośni – dla miłośnika radia gadanego, to po prostu bajka!
Chcąc dowiedzieć się tego, „co myśli Kreml” wystarczy na chwilę (dłuzej się nie da, naprawdę…) włączyć Радио России (Radio Rosji), albo bardzo ekspansjonistyczny ostatnimi czasy państwowy projekt medialny stworzony przez putinowski reżim: Radio Sputnik. Sputink, to projekt międzynarodowej platformy medialnej, działający w kilkunastu (kilkudziesięciu?) językach świata, obejmujący strony internetowe i rozgłośnie radiowe – również po polsku. Sputnik, to propagandowa tuba Kremla. Toporna i mimo chęci – chyba mało skuteczna. Warto jednak posłuchać dzień, czy dwa, zapoznać się ze specyficzną – mówiąc łagodnie – optyką Kremla. Kiedyś, gdy bawiłem się już w krótkie fale radiowe, a internet był ciągle luksusem, codziennie słuchałem polskiej redakcji radia Голос России (Głos Rosji). Teraz od czasu do czasu włączam Sputnik i… dziwnym trafem niektóre głosy prowadzących dziwnie kojarzą mi się właśnie z tą starą polską redakcją w Moskwie. Symtomatyczne.

Ponadto dzień mija mi na przełączaniu się z Polskiego Radia 24 na TOK FM i odwrotnie. Zabawnie jest porównywać głosy Dobrej Zmiany i starej Michnikowszczyzny. Publiczne radio tonie pod naporem prawicowej gnojówki. PR 24 stara się być obiektywne, ale niestety ni chu… mu nie wychodzi… TOK FM natomiast obiektywnym być się nie stara i serwuje to, co zawsze serwowało… I tak przełączam się między dżumą, a cholerą…

Jedynki nie słuchałem już baaaardzo długo, zatem nie jestem w stanie powiedzieć, jak tam przebiega proces gnicia mediów „publicznych” (tfu! narodowych!). Czwórki posłucham, gdy grzebiąc w ramówce znajdę jakąś fajną audycję z muzą elektroniczną. Pozostaje zatem moja ukochana Dwójka, wspomniane PR 24 (aaa! zapomniałem dodać! PR 24 od 1 września jest słyszalne nie tylko na DAB+, ale i w paśmie FM, w większych miastach) no i biedna Trójka, którą gwałcą rozmaite Semki, Górscy i inni popaprańcy; mimo to Trójka jakoś się trzyma. Potrzeba jedynie odrobiny cierpliwości w odsiewaniu prawoskrętnych spadochroniarzy.
Nadające w DAB+ Radio Rytm raczej mnie nie bawi, albowiem serwuje się tam „bardziej ambitne” wersje RMF-owych i ZET-kowych hitów z dupy. Radio Dzieciom – nie słuchałem, ale domyślam się, że jest to spoko oferta dla posiadających dzieciaki – lepiej chyba puszczać dzieciom słuchowiska i radiowe bajki, niż tuczyć je telewizyjnymi animowanymi napierdalankami i oczopląsem.

Oprócz tego w czasie czytania słucham mnóstwa rozgłośni netowych z muzyką klasyczną, eksperymentalną, z typowym chillout’em czy ambientem. Ich lista (podobnie jak lista wszelkich innych radiostacji z całego świata) w Medionie sukcesywnie się powiększa , więc mam w czym wybierać.

Zacząłem też leniwie zimowy sezon nasłuchów na falach krótkich, zrobiłem sobie nowe anteny kablowe; po zmianie czasu na zimowy, zmieniło się wiele częstotliwości, ale z pomocą przychodzi rewelacyjna aplikacja na Androida: Shortwave Schedules. W kilka sekund znajdziemy tam każdą radiostację nadającą na falach krótkich i średnich (kryterium wyszukiwania po częstotliwości, czasie nadawania i po języku audycji). Jak zwykle przyda mi się ona przy każdym wyjściem z odbiornikiem globalnym w teren.
Póki co nic się u mnie nie zmieniło: wciąż nasłuchuję na dwóch odbiornikach: Tecsun PL-660 i Degen DE1103

Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu

droga-na-polnoc-osrodek-karta-2016-03-02-0011Kiedy książka ta ukazała się w netowych księgarniach, przemknąłem wzrokiem po kilku zaledwie zdaniach streszczenia i zanim skończyłem czytać pierwszą recenzję, Droga na Północ… już znajdowała się w moim czytniku ebooków. Istnieją takie książki, co do których nie mamy żadnych wątpliwości, że powinniśmy je pochłonąć jak najszybciej, żarłocznie, ze smakiem i satysfakcją. To jest właśnie taka książka!
Teraz żałuję, że kupiłem ebooka, a nie papierową wersję, ale naprawdę chciałem natychmiast zacząć czytać to pokaźne objętościowo – a nade wszystko, treściowo – tomisko.

Droga na Północ, to po prostu monumentalny zbiór tekstów, świadectw osobistych, szkiców historycznych, opowieści reporterskich, fragmentów dzienników i innych form literackich ujmujących w sposób tak całościowy XX-wieczną Norwegię. Znajdziemy w nim głos dawnej historii tego malowniczego, pięknego, dzikiego, biednego i jednego z najmniej dostrzeganych krajów skandynawskich, jakim Norwegia była przez sporą część ubiegłego stulecia. Oczywiście obraz ten nie przypomina Norwegii dziś, co tym bardziej podkreśla doniosłość owej antologii; czytając poszczególne teksty, podróżujemy po osi czasu, poznajemy dzieje, mentalność, wyjątkowość kultury norweskiej. Poznajemy polityczne kulisy i gry, w których Norwegia często była tylko pionkiem (choćby w perspektywie geopolityki – rozpięta pomiędzy Danią, a Szwecją), by w efekcie stać się jednym z najbardziej stabilnych i najbogatszych społeczeństw europejskich.
II Wojna Światowa, późniejszy kryzys, wzloty i upadki socjaldemokratycznego eksperymentu norweskiego, wreszcie wrodzona rozwaga i dalekowzroczność tak dobrze zakorzeniona w kulturze Norwegii – to wszystko otrzymujemy w każdym felietonie, w każdym fragmencie pamiętników, w każdym reportażu, notatce i wspomnieniu z tego wyjątkowego tomu.

Autorkami i autorami poszczególnych tekstów są… wszyscy. Były premier, liderzy partii komunistycznych i socjaldemokratycznych, żona faszysty Quislinga i sam Quisling, norwescy profesorowie, dziennikarze, gospodynie domowe prowadzące dzienniki, dawna arystokracja i nafciarze-pionierzy z pierwszych platform wiertniczych, wreszcie przedstawiciele ludu Samów, ekolodzy… Mógłbym jeszcze długo wymieniać… Egalitaryzm w doborze autorów tekstów jest doprawdy imponujący, co czyni z Drogi na Północ… rewelacyjną formę „norweskiego pamiętnika”. Może Ośrodek Karta (wydawca książki) poszedłby za ciosem i wypuścił w ramach serii Świadectwa kolejne tomy, kolejne antologie literatury faktu innych krajów Europy? Byłby to strzał w dziesiątkę!

Słowo „polecam!” jest zdecydowanie zbyt słabe, gdy mowa o tej książce. To lektura bez wątpienia obowiązkowa dla wszystkich interesujących się współczesnością w najszerszym rozumieniu. Właśnie po to, by… zrozumieć! Książka na piątkę!!!

Quitter

Szok… Udaje mi się niemal codziennie nadrabiać zaległości blogowe i złogi wszelakie z głowy mej niezrówoważonej zamieniać w liter rzędy (inna bajka, że nie są to jakieś perły pośród ludzkich refleksji – ot, zmęczenie materiału dopada stary punkowy łeb…).

Przyznam, że relatywnie regularnie aktualizuję tylko swój profil na Lubimy Czytać (link = logo w prawej kolumnie tego bloga), no i wrzucam zwięzłe strzępy informacji / linków / grafik na Quitter’a, który działa u mnie trochę jak zlew rzeczy, które wyławiam z netowego bagna; wpadajcie więc tam czasami, jeśli tutaj będzie cicho przez dłuższy czas… Sami również możecie założyć sobie konto na Quitterze, czy na jakimkolwiek innym serwerze w ramach wolnej federacji sieci GNU Social. To naprawdę anty-twitter, zarówno w swej zdecentralizowanej strukturze serwerów, jak i pod względem treści – bez mainstreamu, z całą masą niezależnych mediów, inicjatyw i jednostek nie taplających się w głównym ścieku inetu. Wbijajcie na Quitter i zakładajcie swoje konta!

quitter-se1

Linux Mint (Debian based)

Teraz już wiem, jakiego laptopa już nigdy nie kupię. To była moja wielka pomyłka, której nie powtórzę… Lenovo pod Linuksa, to gówno do kwadratu! Pamiętajcie o tym, jeśli chcecie zainstalować ze stajni GNU/Linux cokolwiek innego, niż Ubuntu (czy inne podobne paprochy). Nie wiem, ile Lenovo dostaje kasy od Micro$oftu, ale bez mydła włazi w dupę firmy z Redmont w spsób wręcz niespotykany; Chińczycy stają na głowie, by utrudnić nam – linuksiarzom – postawienie systemów FOSS. Zaczyna się od samego boot’a (pierdolone UEFI), a potem jest już tylko gorzej. Hardware Lenovo jest wyjątkowo odporny na linuksowy upgrade.

Kilka miesięcy temu robiłem rutynowy dist-upgrade mojego Debiana Sid. Z wieloletniego doświadczenia wiem, że świeży, nowy kernel gałęzi niestabilnej cholernie rzadko wysypuje połowę systemu. Wtedy również niewiele się stało, oprócz „drobnego” kwasu w postaci permanentnie migającego ekranu.. Potem siadła obsługa Bluetooth (mniej więcej wtedy, gdy sprawiłem sobie słuchawki bezprzewodowe… hmm…) i kilka innych dupereli… Siedziałem jakiś czas na starym jajku, śledząc w necie łatanie nowego jądra, ale szybko okazało się że nie jestem jedynym idiotą z laptopem Lenovo, który ma podobne problemy pod Linuksem. Ludzie na innych distrach biadolili nad podstawowymi funkcjami, które po aktualizacjach padały i ni chu… nie wstawały…

Z racji roboty, góry książek i chęci z normalnego korzystania z kompa, wkurwiony postawiłem w kilka minut Minta bazującego na Debianie (w kontrze do tych „oficjalnych” bazujących na Srubuntu). Kernel stareńki (co widać na screenie), ale distro stabilne z obsługą tego, czego mi brakowało – bez konfigów dodatkowych; serio nie miałem ani ochoty ani siły na czekanie, łatanie, reconfig… Nie wiem jak długo ten impas trwałby w Sidzie. Formalnie mam teraz Debiana Testing, ale o wiele bardziej uczesanego, niż oryginał, no i wszystko śmiga tak, jak powinno…

Musi mnie kopnąć w dupę konkretna nuda, żebym wziął się za postawienie ładnego i3wm, czy AwesomeWM. Defaultowe menadżery są brzydkie i niepraktyczne, więc póki co zostaję na tym nieszczęsnym Mate

zrzut-ekranu-w-2016-11-03-06-54-30

zrzut-ekranu-w-2016-11-03-06-57-05

Książki

Krótko i zwięźle będzie… Oczywistym jest, że nie napiszę o wszystkim, co przeczytałem przez te miesiące milczenia blogowego, bo jest to po prostu cała góra książek; złapałem się na tym, że znowu kupuję książki „na zapas” – rośnie półka rzeczy do przeczytania, a w Calibre powiększa się biblioteka nieprzeczytanych rzeczy…

Simon Sebag Montefiore – Stalin. Dwór czerwonego cara

stalin-dwor-czerwonego-cara-b-iext25996266Po prostu fenomenalna, potężna praca poświęcona największemu rzeźnikowi XX wieku i jego świcie politycznej. Montefiore nie po raz pierwszy w sposób mistrzowski ukazuje nam rzeczywistość ZSRS i głównych postaci sowieckiego imperium.
Nie jest to książka o samym Staline, a raczej o jego bezpośrednim otoczeniu rodzinno-politycznym, o tej obłędnej, koszmarnej koegzystencji katów z Komitetu Centralnego z Katem Naczelnym. Stalin jest tu ukazany przez pryzmat swoich prywatnych i politycznych decyzji i percepcji tychże przez jego najbliższych współpracowników.
Książka napisana z rozmachem (objętość onieśmiela, choć z każdą kartką chce się czytać jeszcze i jeszcze), dbałością o fakty i wartość historyczną.  Jej podstawowym celem jest zerwanie z sowieckimi mitami, pokutującymi do dziś; z jednej strony w dyskursie historycznym współczesnej Rosji wciąż powtarzana jest bzdura o”niedostatecznym poinformowaniu Stalina przez KC o rzeczywistej sytuacji w ZSRS”, co oczywiście redukuje radykalnie stalinowskie zbrodnie idące w dziesiątki milionów; z drugiej zaś strony Simon Montefiore rozprawia się z kolejnym kłamliwym mitem mówiącym, że Mołotow, Kaganowicz, Beria, Malenkow, Mikojan, Chruszczow i reszta Komitetu Centralnego wykonywała jedynie rozkazy Stalina, zatem ich odpowiedzialność za machinę sowieckiego terroru jest znikoma. Oba mity są oczywiście kłamliwe, a Autor w sposób perfekcyjny rysuje przed nami historyczne tło systemu decyzyjnego na Kremlu, systemu zazębiających się: paranoi samego Stalina i wykonawców jego pleceń (czy też – w innych przypadkach – umiejętnego bojkotowania niektórych zaleceń przy pomocy bezwładnego cielska biurokratycznego jakim za Stalina stał się ZSRS).
Autor umiejętnie wplata we wszystkie wątki historyczne prywatne życie kremlowskich włodarzy (jak dotąd, nikt tak przenikliwie jak Montefiore nie opisał prywatnego życia sowieckich dygnitarzy na czele ze Stalinem i jego rodziną).
To opasłe tomiszcze, to dla interesujących się ZSRS i Rosją prawdziwa gratka! W czasie lektury Dworu czerwonego cara, momentalnie przypomniałem sobie równie świetną książkę Roja A. Medwediewa pt. Ludzie Stalina. Można spokojnie potraktować ją jako „lekturę uzupełniającą” do naprawdę świetnego tomu Simona Montefiore!

Orlando Figes – Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji

i-szepty-zycie-w-stalinowskiej-rosjiKolejny opasły tom historii w najczystszej postaci od wydawnictwa Magnum! To, czego od lat dokonuje Swietłana Aleksijewicz, czyli cierpliwie i wnikliwie opisuje indywidualne losy ludzi w [post]sowieckiej rzeczywistości, tego w obrębie okresu stalinizmu dokonał Orlando Figes. To absolutnie unikalna praca kronikarsko-historyczna spajająca „wielką historię” z losem jednostki i jej miejsca w stalinowskim państwie.
Figes zebrał pokaźną ilość dzienników, wspomnień, listów i innych dokumentów uwieczniających losy poszczególnych jednostek, ludzi z krwi i kości, którzy rzuceni w wir zbrodniczego systemu, próbują jakoś utrzymać się na powierzchni.
Od książki nie sposób się oderwać!
Lektura obowiązkowa!

Steven Lee Myers – Nowy car

nowy-carSolidna objętościowo, solidna w treści. Taka jest biografia Putina autorstwa Myers’a. W ostatnich latach obserwujemy wysyp „sensacyjnych i absolutnie wyjątkowych” książek o rosyjskim dyktatorze. Olbrzymia ich część, to maglowane w nieskończoność znane wątki zanurzone w kryminalno-oligarchicznym sosie, napisane jak lipne artykuły w Super Expresie, czy w Newsweeku.
Nowy car jest przede wszystkim publikacją opartą o bogaty materiał źródłowy; Autor pisząc nawet o znanych historiach (zamach na Dubrowce, Biesłan, Czeczenia itd.), stara się dotrzeć do nowych wątków tych spraw, zamiast nurzać poszczególne etapy życia Putina w sensacyjnych oparach.
Rzeczowo i w zgodzie z warsztatem historyczno-dziennikarskim (Steven Myers był długoletnim korespondentem New York Times’a w Rosji). Polecam Nowego cara zamiast wszelakich  quasi-biografii na dwustu stronach drukiem…

Jenny Nordberg – Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

ch_opczyceWyjątkowa i ważna dla europejskiego czytelnika książka. Można by rzec, że to jedna z niewielu książek podejmująca kwestię gender w Afganistanie. Jakkolwiek w Polsce słowo „gender” jest nie tylko krzywo rozumiane, ale i permanentnie zniekształcane przez prawicowych popaprańców, w tej oto książce mamy do czynienia z esencją dyskursu płci kulturowej w społeczeństwach skrajnie opersyjnych w stounku do kobiet.
Opresyjność owa wymusza reakcje społeczno-kulturowe, które jednak nie są inspirowane przez „import genderowej zarazy” z Zachodu, a stanowią wielowiekowy, stały element kultury afgańskiej (czy szerzej: kultur wielu społeczności Afganistanu i części Pakistanu).
Oto bowiem istnieje zwyczaj basza pucz – kilkuletnia dziewczynka w określonej afgańskiej wspólnocie staje się… chłopcem, co jest nie tylko akceptowane przez ową wpólnotę, ale i rozumiane jako „tabu z konieczności”. Basza pucz, to dziewczynka, która jest wychowywana jak chłopiec (najczęściej w rodzinach, gdzie większość potomstwa stanowią dziewczynki), która ubiera i zachowuje się jak chłopiec i więcej – może uczestniczyć w zwyczajowym życiu chłopców w silnie patriarchalnej kulturze afgańskiej.
Jenny Nordberg fenomenalnie opisuje losy wielu basza pucz, ich rozterki, problemy i rodzącą się świadomość płciową, rodzący się kulturowo-płciowy sprzeciw wobec seksistowskich kodeksów społecznych. Bycie chłopczycą, to jednocześnie ułatwienie i piętrzące się z czasem problemy. To indywidualne traumy, dylematy i trudne osobiste decyzje.
Autorka porusza również niezwykle ważną kwestię: jałowość, a czasami zupełną bezcelowość większości zachodnich programów antydyskryminacyjnych, które przybywają wraz z „feministkami-uzdrwicielkami” z USA i z Europy Zachodniej w samo serce Afganistanu, a ich efektywność jest wprost proporcjonalna do obszaru aktywności zachodnich organizacji; niewiele można zdziałać gnijąc w klimatyzowanych biurach i w ambasadach zachodnich krajów w centrum Kabulu i próbując „na żywca” kopiować rozmaite inicjatywy feministyczne zrozumiałe w naszej kulturze, jednak kompletnie niejasne dla wielu kobiet Afgnistanu.
Chłopczyce z Kabulu – koniecznie trzeba przeczytać!