Przesyt

Odczucie przesytu wokół towarzyszy nam od conajmniej kilkunastu lat; cezura czasowa jest w tym przypadku płynna i silnie skorelowana z postępującą degradacją komunikacji międzyludzkiej, która w swej warstwie technologicznej i praktycznej – paradoksalnie – ma nas zbliżać ku sobie. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takich narzędzi komunikacyjnych jak dziś, nigdy wcześniej nie mieliśmy potencjalnego dostępu do tylu źródeł informacji, których obieg jeszcze nigdy nie był tak szybki jak teraz. Pułapka przełomowego XXI wieku.

Stanisław Lem zauważył, że doniosłość owej komunikacyjno-informacyjnej ekspansji w perspektywie rozwoju ludzkości jest w efekcie kontrproduktywna, albowiem wartość wiedzy przyswajanej i multiplikowanej (poprzez wielość źródeł owej wiedzy i poprzez jej internetową choćby dostępność) jest w obecnych czasach bardziej statystyczna, aniżeli merytoryczna. Innymi słowy katalogujemy informacje pęczniejące z sekundy na sekundę, ale ich wartość nie przekłada się na jakościowy, filozoficzny, etyczny czy epistemologiczny progres ludzkości i człowieka jako jednostki.
Lubię wracać myślami do tej konstatacji Lema, bowiem sformułował ją pisarz i futurolog niejako w ramach testamentu dla nas wszystkich, zanim zmarł.

Tutułowy przesyt dotyczy absolutnie wszystkich dziedzin życia i przejawów naszej aktywności. Ponurym paradoksem jest również to, że niedobór czegoś w naszym otoczeniu automatycznie uruchamia wszelkie możliwe siły, by ów „nienormalny” stan zniwelować – poprzez kolejną falę ekspansywnej aktywności w danych dziedzinach. Zatraciliśmy zupełnie zdolność prawidłowego diagnozowania naszych bolączek, a za jedyne skuteczne antidotum uznalismy zaspokajanie potrzeb.
Hibernacja, ucieczka w siebie (czy też ucieczka-w-świat, wgłąb…), urlop od tego zjebanego biegu z przeszkodami, szumnie nazywanego codziennością – wszystkie te reakcje są traktowane jeśli nie jak pomysł wariata (wyskakiwać z pędzącego pociągu?! pozostawić nie ukończony projekt w pracy?! zrezygnować z kupna nowego telewizora?! nie brać kredytu?!), to na pewno jako fanaberia kogoś, komu zapewne się nudzi „w tych zabieganych czasach”…

thumb-2537211-1000x750-c7607e2a0e17d18d8a0f41e1153d9c8af2715739447bd92f3160e8798ecc7e70

Wiecie, co znajduje się na powyższym zdjęciu? To deal między UE, a Kanadą… CETA. Kolejna cichcem przepychana umowa między kapitałem a technokratami z UE, kolejny skurwiały alians korporacji i władzy, zaklepywany baaardzo wysoko ponad naszymi głowami… Pomyślcie o tych wszystkich patałachach z PIS, PO, PSL, Nowoczesnej, pomyślcie który z tych pieprzonych darmozjadów przeczytał choćby połowę tej kobyły? Oczywiście żaden. Nie jest ona zresztą wydrukowana „do czytania”, ona w ogóle nie jest do czytania, z samej swej istoty. Tomiszcze, którego nie uniesie żaden pierdolony unijny biurokrata, to atawizm, estetyczny hołd złożony „starodawnym” ceremoniom podpisywania i pieczętowania umów wszelakich.

Podobne gabaryty mają nasze „prywatne księgi wiedzy”, które codziennym klikaniem w necie powołujemy do życia. Ich wartość jest jednak więcej, niż nędzna. I taką pozostanie. Obecne pokolenie trzydziesto-, czterdziestolatków stoi w rozkroku pomiędzy „archaicznymi” metodami oswajania świata sprzed 10-20 lat, a współczesną orgią statystycznego gromadzenia danych (nie wiedzy!), które w przeważającej części są obrazkami, hologramami, majakami 3D/4D. Ludzie są obecnie bezdennie głupi, ale mają 6GB RAMu w smartfonach. Przestrzeń, której nigdy, przenigdy nie zagospodarowaliby w swoich umysłach czymkolwiek cennym…

Radio

img_20161104_192940

Co tam w eterze piszczy? Cholera, ostatnimi czasy z prawdziwym radiowym eterem mam styczność wyłącznie na flach krótkich; wszelkie inne radiostacje, których słucham codziennie, odpalam albo w cyfrowej technologii DAB+ albo poprzez równie cyfrowy net. Trochę mało romantycznie, ale przyznam, że kiedy słucha się na codzień radia w DAB+, potem nawet FM w jakości stereo brzmi nędznie i płasko.

Medion spisuje się rewelacyjnie! Męczę ten odbiornik niemal 24h/dobę i serio, trudno byłoby mi przestawić się teraz na standardowy odbiornik FM. Bez Mediona jak bez ręki! Będąc poza domem korzystam z aplikacji Polskiego Radia, względnie z aplikacji PC Radio (z uwagi na wszystkie „moje” polskie i ruskie rozgłośnie w jednym miejscu i ze względu na świetny streaming). W robocie niestety jestem skazany na trzeszczące potwory typu RMF, czy Eska Rock – gwałt na uszach, wkurw i porażka…

Pdział na dzień i noc jest u mnie teoretyczny, tryb snu / nie-snu postawiony na głowie, zatem trudno powiedzieć, od czego (radiowo) zaczynam „dzień”. Zwyczajowo jest to Trójkowy Budzik, który często spełnia moje poranne życzenia muzyczne (pozdrowienia dla autorów programu i prowadzącego!). Potem przełączam się na Радио Свобода (Radio Swoboda – dawna Wolna Europa, redakcje: białoruska i rosyjska) i na Эхо Москвы (Echo Moskwy) – obu tych radiostacji słucham później w różnych porach dnia, ze względu na ciekawą antyputinowską publicystykę. Ostatnio równie często gości u mnie radio Коммерсант (Komersant) – podoba mi się spójna ramówka i do bólu informacyjny profil rozgłośni – dla miłośnika radia gadanego, to po prostu bajka!
Chcąc dowiedzieć się tego, „co myśli Kreml” wystarczy na chwilę (dłuzej się nie da, naprawdę…) włączyć Радио России (Radio Rosji), albo bardzo ekspansjonistyczny ostatnimi czasy państwowy projekt medialny stworzony przez putinowski reżim: Radio Sputnik. Sputink, to projekt międzynarodowej platformy medialnej, działający w kilkunastu (kilkudziesięciu?) językach świata, obejmujący strony internetowe i rozgłośnie radiowe – również po polsku. Sputnik, to propagandowa tuba Kremla. Toporna i mimo chęci – chyba mało skuteczna. Warto jednak posłuchać dzień, czy dwa, zapoznać się ze specyficzną – mówiąc łagodnie – optyką Kremla. Kiedyś, gdy bawiłem się już w krótkie fale radiowe, a internet był ciągle luksusem, codziennie słuchałem polskiej redakcji radia Голос России (Głos Rosji). Teraz od czasu do czasu włączam Sputnik i… dziwnym trafem niektóre głosy prowadzących dziwnie kojarzą mi się właśnie z tą starą polską redakcją w Moskwie. Symtomatyczne.

Ponadto dzień mija mi na przełączaniu się z Polskiego Radia 24 na TOK FM i odwrotnie. Zabawnie jest porównywać głosy Dobrej Zmiany i starej Michnikowszczyzny. Publiczne radio tonie pod naporem prawicowej gnojówki. PR 24 stara się być obiektywne, ale niestety ni chu… mu nie wychodzi… TOK FM natomiast obiektywnym być się nie stara i serwuje to, co zawsze serwowało… I tak przełączam się między dżumą, a cholerą…

Jedynki nie słuchałem już baaaardzo długo, zatem nie jestem w stanie powiedzieć, jak tam przebiega proces gnicia mediów „publicznych” (tfu! narodowych!). Czwórki posłucham, gdy grzebiąc w ramówce znajdę jakąś fajną audycję z muzą elektroniczną. Pozostaje zatem moja ukochana Dwójka, wspomniane PR 24 (aaa! zapomniałem dodać! PR 24 od 1 września jest słyszalne nie tylko na DAB+, ale i w paśmie FM, w większych miastach) no i biedna Trójka, którą gwałcą rozmaite Semki, Górscy i inni popaprańcy; mimo to Trójka jakoś się trzyma. Potrzeba jedynie odrobiny cierpliwości w odsiewaniu prawoskrętnych spadochroniarzy.
Nadające w DAB+ Radio Rytm raczej mnie nie bawi, albowiem serwuje się tam „bardziej ambitne” wersje RMF-owych i ZET-kowych hitów z dupy. Radio Dzieciom – nie słuchałem, ale domyślam się, że jest to spoko oferta dla posiadających dzieciaki – lepiej chyba puszczać dzieciom słuchowiska i radiowe bajki, niż tuczyć je telewizyjnymi animowanymi napierdalankami i oczopląsem.

Oprócz tego w czasie czytania słucham mnóstwa rozgłośni netowych z muzyką klasyczną, eksperymentalną, z typowym chillout’em czy ambientem. Ich lista (podobnie jak lista wszelkich innych radiostacji z całego świata) w Medionie sukcesywnie się powiększa , więc mam w czym wybierać.

Zacząłem też leniwie zimowy sezon nasłuchów na falach krótkich, zrobiłem sobie nowe anteny kablowe; po zmianie czasu na zimowy, zmieniło się wiele częstotliwości, ale z pomocą przychodzi rewelacyjna aplikacja na Androida: Shortwave Schedules. W kilka sekund znajdziemy tam każdą radiostację nadającą na falach krótkich i średnich (kryterium wyszukiwania po częstotliwości, czasie nadawania i po języku audycji). Jak zwykle przyda mi się ona przy każdym wyjściem z odbiornikiem globalnym w teren.
Póki co nic się u mnie nie zmieniło: wciąż nasłuchuję na dwóch odbiornikach: Tecsun PL-660 i Degen DE1103

Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu

droga-na-polnoc-osrodek-karta-2016-03-02-0011Kiedy książka ta ukazała się w netowych księgarniach, przemknąłem wzrokiem po kilku zaledwie zdaniach streszczenia i zanim skończyłem czytać pierwszą recenzję, Droga na Północ… już znajdowała się w moim czytniku ebooków. Istnieją takie książki, co do których nie mamy żadnych wątpliwości, że powinniśmy je pochłonąć jak najszybciej, żarłocznie, ze smakiem i satysfakcją. To jest właśnie taka książka!
Teraz żałuję, że kupiłem ebooka, a nie papierową wersję, ale naprawdę chciałem natychmiast zacząć czytać to pokaźne objętościowo – a nade wszystko, treściowo – tomisko.

Droga na Północ, to po prostu monumentalny zbiór tekstów, świadectw osobistych, szkiców historycznych, opowieści reporterskich, fragmentów dzienników i innych form literackich ujmujących w sposób tak całościowy XX-wieczną Norwegię. Znajdziemy w nim głos dawnej historii tego malowniczego, pięknego, dzikiego, biednego i jednego z najmniej dostrzeganych krajów skandynawskich, jakim Norwegia była przez sporą część ubiegłego stulecia. Oczywiście obraz ten nie przypomina Norwegii dziś, co tym bardziej podkreśla doniosłość owej antologii; czytając poszczególne teksty, podróżujemy po osi czasu, poznajemy dzieje, mentalność, wyjątkowość kultury norweskiej. Poznajemy polityczne kulisy i gry, w których Norwegia często była tylko pionkiem (choćby w perspektywie geopolityki – rozpięta pomiędzy Danią, a Szwecją), by w efekcie stać się jednym z najbardziej stabilnych i najbogatszych społeczeństw europejskich.
II Wojna Światowa, późniejszy kryzys, wzloty i upadki socjaldemokratycznego eksperymentu norweskiego, wreszcie wrodzona rozwaga i dalekowzroczność tak dobrze zakorzeniona w kulturze Norwegii – to wszystko otrzymujemy w każdym felietonie, w każdym fragmencie pamiętników, w każdym reportażu, notatce i wspomnieniu z tego wyjątkowego tomu.

Autorkami i autorami poszczególnych tekstów są… wszyscy. Były premier, liderzy partii komunistycznych i socjaldemokratycznych, żona faszysty Quislinga i sam Quisling, norwescy profesorowie, dziennikarze, gospodynie domowe prowadzące dzienniki, dawna arystokracja i nafciarze-pionierzy z pierwszych platform wiertniczych, wreszcie przedstawiciele ludu Samów, ekolodzy… Mógłbym jeszcze długo wymieniać… Egalitaryzm w doborze autorów tekstów jest doprawdy imponujący, co czyni z Drogi na Północ… rewelacyjną formę „norweskiego pamiętnika”. Może Ośrodek Karta (wydawca książki) poszedłby za ciosem i wypuścił w ramach serii Świadectwa kolejne tomy, kolejne antologie literatury faktu innych krajów Europy? Byłby to strzał w dziesiątkę!

Słowo „polecam!” jest zdecydowanie zbyt słabe, gdy mowa o tej książce. To lektura bez wątpienia obowiązkowa dla wszystkich interesujących się współczesnością w najszerszym rozumieniu. Właśnie po to, by… zrozumieć! Książka na piątkę!!!

Quitter

Szok… Udaje mi się niemal codziennie nadrabiać zaległości blogowe i złogi wszelakie z głowy mej niezrówoważonej zamieniać w liter rzędy (inna bajka, że nie są to jakieś perły pośród ludzkich refleksji – ot, zmęczenie materiału dopada stary punkowy łeb…).

Przyznam, że relatywnie regularnie aktualizuję tylko swój profil na Lubimy Czytać (link = logo w prawej kolumnie tego bloga), no i wrzucam zwięzłe strzępy informacji / linków / grafik na Quitter’a, który działa u mnie trochę jak zlew rzeczy, które wyławiam z netowego bagna; wpadajcie więc tam czasami, jeśli tutaj będzie cicho przez dłuższy czas… Sami również możecie założyć sobie konto na Quitterze, czy na jakimkolwiek innym serwerze w ramach wolnej federacji sieci GNU Social. To naprawdę anty-twitter, zarówno w swej zdecentralizowanej strukturze serwerów, jak i pod względem treści – bez mainstreamu, z całą masą niezależnych mediów, inicjatyw i jednostek nie taplających się w głównym ścieku inetu. Wbijajcie na Quitter i zakładajcie swoje konta!

quitter-se1

Linux Mint (Debian based)

Teraz już wiem, jakiego laptopa już nigdy nie kupię. To była moja wielka pomyłka, której nie powtórzę… Lenovo pod Linuksa, to gówno do kwadratu! Pamiętajcie o tym, jeśli chcecie zainstalować ze stajni GNU/Linux cokolwiek innego, niż Ubuntu (czy inne podobne paprochy). Nie wiem, ile Lenovo dostaje kasy od Micro$oftu, ale bez mydła włazi w dupę firmy z Redmont w spsób wręcz niespotykany; Chińczycy stają na głowie, by utrudnić nam – linuksiarzom – postawienie systemów FOSS. Zaczyna się od samego boot’a (pierdolone UEFI), a potem jest już tylko gorzej. Hardware Lenovo jest wyjątkowo odporny na linuksowy upgrade.

Kilka miesięcy temu robiłem rutynowy dist-upgrade mojego Debiana Sid. Z wieloletniego doświadczenia wiem, że świeży, nowy kernel gałęzi niestabilnej cholernie rzadko wysypuje połowę systemu. Wtedy również niewiele się stało, oprócz „drobnego” kwasu w postaci permanentnie migającego ekranu.. Potem siadła obsługa Bluetooth (mniej więcej wtedy, gdy sprawiłem sobie słuchawki bezprzewodowe… hmm…) i kilka innych dupereli… Siedziałem jakiś czas na starym jajku, śledząc w necie łatanie nowego jądra, ale szybko okazało się że nie jestem jedynym idiotą z laptopem Lenovo, który ma podobne problemy pod Linuksem. Ludzie na innych distrach biadolili nad podstawowymi funkcjami, które po aktualizacjach padały i ni chu… nie wstawały…

Z racji roboty, góry książek i chęci z normalnego korzystania z kompa, wkurwiony postawiłem w kilka minut Minta bazującego na Debianie (w kontrze do tych „oficjalnych” bazujących na Srubuntu). Kernel stareńki (co widać na screenie), ale distro stabilne z obsługą tego, czego mi brakowało – bez konfigów dodatkowych; serio nie miałem ani ochoty ani siły na czekanie, łatanie, reconfig… Nie wiem jak długo ten impas trwałby w Sidzie. Formalnie mam teraz Debiana Testing, ale o wiele bardziej uczesanego, niż oryginał, no i wszystko śmiga tak, jak powinno…

Musi mnie kopnąć w dupę konkretna nuda, żebym wziął się za postawienie ładnego i3wm, czy AwesomeWM. Defaultowe menadżery są brzydkie i niepraktyczne, więc póki co zostaję na tym nieszczęsnym Mate

zrzut-ekranu-w-2016-11-03-06-54-30

zrzut-ekranu-w-2016-11-03-06-57-05

Książki

Krótko i zwięźle będzie… Oczywistym jest, że nie napiszę o wszystkim, co przeczytałem przez te miesiące milczenia blogowego, bo jest to po prostu cała góra książek; złapałem się na tym, że znowu kupuję książki „na zapas” – rośnie półka rzeczy do przeczytania, a w Calibre powiększa się biblioteka nieprzeczytanych rzeczy…

Simon Sebag Montefiore – Stalin. Dwór czerwonego cara

stalin-dwor-czerwonego-cara-b-iext25996266Po prostu fenomenalna, potężna praca poświęcona największemu rzeźnikowi XX wieku i jego świcie politycznej. Montefiore nie po raz pierwszy w sposób mistrzowski ukazuje nam rzeczywistość ZSRS i głównych postaci sowieckiego imperium.
Nie jest to książka o samym Staline, a raczej o jego bezpośrednim otoczeniu rodzinno-politycznym, o tej obłędnej, koszmarnej koegzystencji katów z Komitetu Centralnego z Katem Naczelnym. Stalin jest tu ukazany przez pryzmat swoich prywatnych i politycznych decyzji i percepcji tychże przez jego najbliższych współpracowników.
Książka napisana z rozmachem (objętość onieśmiela, choć z każdą kartką chce się czytać jeszcze i jeszcze), dbałością o fakty i wartość historyczną.  Jej podstawowym celem jest zerwanie z sowieckimi mitami, pokutującymi do dziś; z jednej strony w dyskursie historycznym współczesnej Rosji wciąż powtarzana jest bzdura o”niedostatecznym poinformowaniu Stalina przez KC o rzeczywistej sytuacji w ZSRS”, co oczywiście redukuje radykalnie stalinowskie zbrodnie idące w dziesiątki milionów; z drugiej zaś strony Simon Montefiore rozprawia się z kolejnym kłamliwym mitem mówiącym, że Mołotow, Kaganowicz, Beria, Malenkow, Mikojan, Chruszczow i reszta Komitetu Centralnego wykonywała jedynie rozkazy Stalina, zatem ich odpowiedzialność za machinę sowieckiego terroru jest znikoma. Oba mity są oczywiście kłamliwe, a Autor w sposób perfekcyjny rysuje przed nami historyczne tło systemu decyzyjnego na Kremlu, systemu zazębiających się: paranoi samego Stalina i wykonawców jego pleceń (czy też – w innych przypadkach – umiejętnego bojkotowania niektórych zaleceń przy pomocy bezwładnego cielska biurokratycznego jakim za Stalina stał się ZSRS).
Autor umiejętnie wplata we wszystkie wątki historyczne prywatne życie kremlowskich włodarzy (jak dotąd, nikt tak przenikliwie jak Montefiore nie opisał prywatnego życia sowieckich dygnitarzy na czele ze Stalinem i jego rodziną).
To opasłe tomiszcze, to dla interesujących się ZSRS i Rosją prawdziwa gratka! W czasie lektury Dworu czerwonego cara, momentalnie przypomniałem sobie równie świetną książkę Roja A. Medwediewa pt. Ludzie Stalina. Można spokojnie potraktować ją jako „lekturę uzupełniającą” do naprawdę świetnego tomu Simona Montefiore!

Orlando Figes – Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji

i-szepty-zycie-w-stalinowskiej-rosjiKolejny opasły tom historii w najczystszej postaci od wydawnictwa Magnum! To, czego od lat dokonuje Swietłana Aleksijewicz, czyli cierpliwie i wnikliwie opisuje indywidualne losy ludzi w [post]sowieckiej rzeczywistości, tego w obrębie okresu stalinizmu dokonał Orlando Figes. To absolutnie unikalna praca kronikarsko-historyczna spajająca „wielką historię” z losem jednostki i jej miejsca w stalinowskim państwie.
Figes zebrał pokaźną ilość dzienników, wspomnień, listów i innych dokumentów uwieczniających losy poszczególnych jednostek, ludzi z krwi i kości, którzy rzuceni w wir zbrodniczego systemu, próbują jakoś utrzymać się na powierzchni.
Od książki nie sposób się oderwać!
Lektura obowiązkowa!

Steven Lee Myers – Nowy car

nowy-carSolidna objętościowo, solidna w treści. Taka jest biografia Putina autorstwa Myers’a. W ostatnich latach obserwujemy wysyp „sensacyjnych i absolutnie wyjątkowych” książek o rosyjskim dyktatorze. Olbrzymia ich część, to maglowane w nieskończoność znane wątki zanurzone w kryminalno-oligarchicznym sosie, napisane jak lipne artykuły w Super Expresie, czy w Newsweeku.
Nowy car jest przede wszystkim publikacją opartą o bogaty materiał źródłowy; Autor pisząc nawet o znanych historiach (zamach na Dubrowce, Biesłan, Czeczenia itd.), stara się dotrzeć do nowych wątków tych spraw, zamiast nurzać poszczególne etapy życia Putina w sensacyjnych oparach.
Rzeczowo i w zgodzie z warsztatem historyczno-dziennikarskim (Steven Myers był długoletnim korespondentem New York Times’a w Rosji). Polecam Nowego cara zamiast wszelakich  quasi-biografii na dwustu stronach drukiem…

Jenny Nordberg – Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

ch_opczyceWyjątkowa i ważna dla europejskiego czytelnika książka. Można by rzec, że to jedna z niewielu książek podejmująca kwestię gender w Afganistanie. Jakkolwiek w Polsce słowo „gender” jest nie tylko krzywo rozumiane, ale i permanentnie zniekształcane przez prawicowych popaprańców, w tej oto książce mamy do czynienia z esencją dyskursu płci kulturowej w społeczeństwach skrajnie opersyjnych w stounku do kobiet.
Opresyjność owa wymusza reakcje społeczno-kulturowe, które jednak nie są inspirowane przez „import genderowej zarazy” z Zachodu, a stanowią wielowiekowy, stały element kultury afgańskiej (czy szerzej: kultur wielu społeczności Afganistanu i części Pakistanu).
Oto bowiem istnieje zwyczaj basza pucz – kilkuletnia dziewczynka w określonej afgańskiej wspólnocie staje się… chłopcem, co jest nie tylko akceptowane przez ową wpólnotę, ale i rozumiane jako „tabu z konieczności”. Basza pucz, to dziewczynka, która jest wychowywana jak chłopiec (najczęściej w rodzinach, gdzie większość potomstwa stanowią dziewczynki), która ubiera i zachowuje się jak chłopiec i więcej – może uczestniczyć w zwyczajowym życiu chłopców w silnie patriarchalnej kulturze afgańskiej.
Jenny Nordberg fenomenalnie opisuje losy wielu basza pucz, ich rozterki, problemy i rodzącą się świadomość płciową, rodzący się kulturowo-płciowy sprzeciw wobec seksistowskich kodeksów społecznych. Bycie chłopczycą, to jednocześnie ułatwienie i piętrzące się z czasem problemy. To indywidualne traumy, dylematy i trudne osobiste decyzje.
Autorka porusza również niezwykle ważną kwestię: jałowość, a czasami zupełną bezcelowość większości zachodnich programów antydyskryminacyjnych, które przybywają wraz z „feministkami-uzdrwicielkami” z USA i z Europy Zachodniej w samo serce Afganistanu, a ich efektywność jest wprost proporcjonalna do obszaru aktywności zachodnich organizacji; niewiele można zdziałać gnijąc w klimatyzowanych biurach i w ambasadach zachodnich krajów w centrum Kabulu i próbując „na żywca” kopiować rozmaite inicjatywy feministyczne zrozumiałe w naszej kulturze, jednak kompletnie niejasne dla wielu kobiet Afgnistanu.
Chłopczyce z Kabulu – koniecznie trzeba przeczytać!

Medion MD87180 | 15 PLN dla Kurskiego

Jako totalny maniak radia, nie wyobrażam sоbie dnia bez kilku, kilkunastu stacji, bez grzebania pomiędzy zakresami, bez wiadomości z kilku zakątków świata. Zasypiam przy radiu (ostatnimi czasy jest to Радио Свобода, rozgłośnie z tradycyjną muzyką perską albo jakiś ambient) i budzę się z radiem (Trójkowy Budzik w PRIII). Śledzę ramówki, skaczę po radiostacjach – innymi słowy mam zdrowego pierdolca na radio jako takie (wyłączając rzecz jasna z tej pasji wszelkie komercyjne quasi-muzyczne śmietniki typu Eska, Zetka, Antyradio i inne gówniane RMF-y) i nie zamierzam rezygnować z tego hobby!

Jako że nie zawsze gniję w necie na laptopie, niejako „rezerwowo” mam podłączonego do prądu Degena DE1103 (choć zwyczajowo i Degena i Tescuna – odbiorniki krótkofalowe – odpalam na akumulatorkach), z którego najczęściej słucham Dwójki i Trójki. Degen, to małe, przenośne radio, ale zakres FM brzmi w nim po prostu bajkowo!

degteInternet nieco rozleniwia i często bywa tak, że zamiast włączyć Tescuna i odsłuchać wieczorem moje ulubione audycje na falach krótkich z Japonii, Tajwanu, Korei Płd, czy z Rumunii, korzystam z netowych streamów i kanałów RSS.

Od dawna interesowałem się największą PR-ową porażką Polskiego Radia (Public Relations | Polskie Radio – zbieżność akronimów przypadkowa, hehe), czyli promocją radia cyfrowego w technolgii DAB+. Sama technologia jest już w wielu krajach Europy standardem (prym wiedzie Norwegia i, jak mi się wydaje, Niemcy), ale w kraju nad Wisłą przerośnięty biurokratycznie moloch czyli Polskie Radio S.A. wziął się za promowanie cyfrowej technologii radiowej od dupy strony. Jak zwykle u nas. O ile na stronach internetowych PR można było coś tam przeczytać o nadawaniu w DAB+, o tyle kampania społeczna w tej materii była po prostu żałosna (tzn. praktycznie w ogóle jej nie było i… nie ma!). Do dziś niewielu wie, że PR nadaje w DAB+, przy okazji wzbogacając eter o stacje nieobecne w analogowej emisji FM (Polskie Radio 24, Radio Dzieciom, Radio Rytm, Radio Poland).

Pokrótce o zaletach Digital Audio Broadcasting: rewelacyjna, cyfrowa  jakość dźwięku, emisja bezszumowa, dodatkowe informacje tekstowe na ekranie radioodbiornika (pogoda, ostrzeżenia, info nt audycji itd.). Jakość dźwięku jest po prostu świetna; słuchając koncertów, czy oper w radiowej Dwójce, można naprawdę cieszyć się audycją w 666%.
Wady? Jest jedna: trzeba zaopatrzyć się w odbiornik wyposażony w moduł DAB+. A póki co nie jest to relatywnie tania impreza. Mam na myśli fakt, że o ile byle radio FM kupimy za kwotę 10-40 PLN, na radioodbiornik cyfrowy trzeba wydać 150-500 PLN. Produkowane są oczywiście w miarę tanie odbiorniki cyfrowe wielkości mp3-playera (np. Sangean DPR-36), ale nie oddają one jakości dźwięku w warunkach domowych. (Na marginesie – dla niewtajemniczonych – Sangean wśród producentów radioodbiorników jest jak iShit – płacisz w dużej mierze za logo, a w środku masz coś, co zaoferuje ci inny producent nawet za połowę ceny od Sangean’a.)

Długo grzebałem w necie w poszukiwaniu odbiornika dla siebie (nie wiedzieć czemu, w sklepach RTV-AGD odbiorniki z DAB+, to wyjątkowa rzadkość) i znalazłem to, czego chciałem: Medion MD87180. Zależało mi na tym, by odbiornik był również radiem internetowym, no i aby gabarytowo nie był jakimś designerskim przegięciem, czy wielkim pudłem.

medion

Medion MD87180, to sześcian o boku 155mm, minimalistyczny, z czytelnym panelem frontowym i ekranem. Głośniki znajdują się po bokach (jest też możliwość podpięcia innego zestawu nagłośnieniowego), radioodbiornik posiada standardową emisję FM oraz cyfrową DAB+, podłączymy do niego każdy pendrive/mp3-player, połączymy się z playlistą na kompie, a radia internetowego posłuchamy podpięci pod LAN, albo przez wi-fi.

Zanim zakupiłem Mediona, spojrzałem na mapy zasięgu cyfrowego Polskiego Radia (zapomniałem dodać, że póki co tylko stacje radia publicznego zdecydowały się w Polsce na cyfryzację – żadna stacja komercyjna jeszcze tego nie zrobiła). Z map wynikało, że moja mieścina znajduje się w wyjątkowo pechowym miejscu.  Zasięg nadajnika DAB+ z Krakowa dochodził do kilku okolicznych miejscowości, a nadajnik z Katowic ledwie „liznął” okolice mojego miasta. Innymi słowy znajduję się w czarnej dupie zasięgu cyfrowego.

Po rozpakowaniu radia, od razu włączyłem tryb DAB i zacząłem skanować częstotliwości, mając nadzieję choćby na dwie, trzy radiostacje… Jakież było moje zdziwienie, kiedy po krótkiej chwili Medion znalazł wszystkie stacje Polskiego Radia (połączyłem się z nadajnikiem katowickim, ale „załapałem się” też na krakowski [Radio Kraków i OFF Radio Kraków] – bez możliwości odsłuchu z uwagi na zbyt słaby zasięg)!
Od razu włączyłem Polskie Radio 24 (nieobecne w eterze analogowym – FM) i jakość dźwięku po prostu mnie zabiła! Podobnie Jedynka, Dwójka, Trójka, Czwórka (ex-Radio BIS) , Radio Dzieciom, Radio Rytm, Radio Katowice, Radio Poland (ex-Polskie Radio dla Zagranicy). Bajka!!!  Jeśli ktoś naprawdę lubi słuchać radia, DAB+ przy pierwszym odsłuchu rozłoży go na łopatki! FM wymięka na starcie.
Przy całkowicie wysuniętej antenie teleskopowej (do której dla pewności dołączyłem antenę kablową 10m, zwyczajowo używaną do FM i fal krótkich) ustawionej w pozycji horyzontalnej (prostopadle do tylnej ścianki radioodbiornika) sygnał cyfrowy jest stabilny i niemal nigdy nie zanika; zdarzały mi się kilkusekundowe „ucieczki” sygnału, ale tylko jednego dnia, gdy ulewa za oknem szalała chyba sześć godzin.
Koncerty, nocne audycje muzyczne i słuchowiska w technologii DAB+, to miód i orzeszki!

Internetowe stacje, to też bajka dla mnie. Łączę się przez wi-fi i mam wszystkie ruskie rozgłośnie zapisane w jednym miejscu, nie muszę każdorazowo odpalać kompa i moc (music on console – konsolowy audio player, w którym zwyczajowo odsłuchuję streamy radiowe z zagranicy), aby ich posłuchać… Menu internetowych rozgłośni podzielone jest gatunkami i poszczególnymi krajami ze wszystkich kontynentów, więc nietrudno się domyśleć, że wybór stacji jest kosmiczny. Setki stacji w stylu ambient/folk/world music doskonale nadają się jako tło do czytania książek.
Medion umożliwia również odsłuch podcastów tych stacji, które je udostępniają, co jest zajebiste, gdy nie zdąży się na audycję w czasie rzeczywistym. Ja np. słucham z podcastów japońskie radio NHK World (redakcja rosyjska).

Za Mediona zapłaciłem niecałe 300PLN; mogłoby być taniej, myślę sobie. Odbiornik katuję niemal 24h/dobę, sprawuje się doskonale. Generalnie polecam odbiorniki wyposażone w DAB+ jeśli naprawdę kochacie radio!

*  *  *

A teraz słów kilka nt haraczu zwanego abonamentem RTV… Od lat wkurwiała mnie każda forma wyłudzania ode mnie kasy na „media publiczne”, które nigdy publicznymi nie były (i, do kurwy nędzy, nie będą, nawet jeśli przemianuje się je na „media narodowe” – nota bene okrutny semantyczny koszmarek!), albowiem są to mass-media stricte partyjne, klanowe i sekciarskie. To biurokratyczno-medialny żłób dla zwycięskich i tylko człowiek z ilością zwojów mózgowych niczym u kury będzie twierdził inaczej.
PISowski anschluss w mediach był błyskawiczny i równie bezczelny jak naloty poprzednich pasożytów postkomuszo-okrągłostołowego salonu. Włączam radiową Trójkę dnia pewnego, a tam red. Lisicki (ten z Do Rzeczy) prowadzi „rozmowę” z jakimś prawicowym gamoniem z rządu; tak cudownie „różnią się w opiniach”, że paw gromadzi mi się już w ustach… Te same „subtelne” zmiany tematyczno-partyjne na antenie Polskiego Radia 24 (które stało się dla mnie w miarę znośną alternatywą dla michnikowszczyzny z TOK FM) i w Jedynce… Ohyda. Jaka „dobra zmiana”, jakie „narodowe media”? Co to za pierdolenie? Ekipa Kaczyńskiego połknęła „publiczne media” jeszcze szybciej i zachłanniej, niż niegdyś świnie z PO, PSL, SLD, LPR.
Telewizji z zasady nie oglądam, ale czytam, słyszę i domyślam się, że na dworze Kurskiego panuje jeszcze większy burdel (ja pierdolę… niedługo Ziemkiewicz będzie również w Radio Dzieciom czytał o Dmowskim), aniżeli w rozgłośniach radiowych.

I ta oto pieprzona banda „będzie robić media narodowe” za 15PLN miesięcznie z mojej kieszeni. Po raz n-ty pierdolona mafia państwowa sięga po moją robotniczą kasę, by powciskać swoich kolesi w odpowiednie miejsca w mediach, zainicjować nowe układziki, zdefraudować miliony na inne pasożytnicze cele, a resztkę rzucić redakcjom telewizyjno-radiowym na pożarcie. Będzie show na żywo, będą kolejne odcinki K jak Kupa, będzie sto ton paszy dla głupiego Polaczka, będzie Pospieszalski, Ziemkiewicz, Gadowski, Wolski, czyli – parafrazując Jerzego Targalskiego – kaczystowskie złogi sfrustrowanej prawicy. W ramach pluralizmu medialnego, rzecz oczywista!
Zamiast mydlić mi oczy tymi bajeczkami o „narodowych mediach”, chciałbym SAM decydować na jakie cele w warstwie medialno-kulturowej idzie moja kasa.  Nie chcę tuczyć TVP1 i TVP2 (nie wspominając o takim oborniku jak TVP Seriale, czy TVP Rozrywka), bo to tam jest siedlisko największego gówna – bez względu na włodarzy w RTV.
Państwo zdziera ze mnie już tyle, że wkurw z tego powodu jest niebotyczny! OK, mieszkam w miejscu, gdzie akurat ten zasrany abonament RTV jest opłacany, ale z jakiej racji – bando prawicowych zjebów i frustratów – chcecie wydębić ode mnie jeszcze to pieprzone 15 zeta???  I tak wiem, że zostanie to wydane nie tak, jakbym tego chciał – jesteście kolejnymi frajerami, którzy przejedzą moje pieniądze, kolejnymi pijawkami, które od nadmiaru mojej krwi będą rzygać na biało-czerwono swoją wyklętą propagandą. A radiowa Dwójka, redakcja Radio Poland czy TVP Kultura znowu dostaną jakiś ochłap, w TVP Historia będę mógł wybierać między Łupaszką, a Dmowskim, albo między Żarynem, a Zychowiczem – w ramach różnorodności.

Amen666