Książki

Krótko i zwięźle będzie… Oczywistym jest, że nie napiszę o wszystkim, co przeczytałem przez te miesiące milczenia blogowego, bo jest to po prostu cała góra książek; złapałem się na tym, że znowu kupuję książki „na zapas” – rośnie półka rzeczy do przeczytania, a w Calibre powiększa się biblioteka nieprzeczytanych rzeczy…

Simon Sebag Montefiore – Stalin. Dwór czerwonego cara

stalin-dwor-czerwonego-cara-b-iext25996266Po prostu fenomenalna, potężna praca poświęcona największemu rzeźnikowi XX wieku i jego świcie politycznej. Montefiore nie po raz pierwszy w sposób mistrzowski ukazuje nam rzeczywistość ZSRS i głównych postaci sowieckiego imperium.
Nie jest to książka o samym Staline, a raczej o jego bezpośrednim otoczeniu rodzinno-politycznym, o tej obłędnej, koszmarnej koegzystencji katów z Komitetu Centralnego z Katem Naczelnym. Stalin jest tu ukazany przez pryzmat swoich prywatnych i politycznych decyzji i percepcji tychże przez jego najbliższych współpracowników.
Książka napisana z rozmachem (objętość onieśmiela, choć z każdą kartką chce się czytać jeszcze i jeszcze), dbałością o fakty i wartość historyczną.  Jej podstawowym celem jest zerwanie z sowieckimi mitami, pokutującymi do dziś; z jednej strony w dyskursie historycznym współczesnej Rosji wciąż powtarzana jest bzdura o”niedostatecznym poinformowaniu Stalina przez KC o rzeczywistej sytuacji w ZSRS”, co oczywiście redukuje radykalnie stalinowskie zbrodnie idące w dziesiątki milionów; z drugiej zaś strony Simon Montefiore rozprawia się z kolejnym kłamliwym mitem mówiącym, że Mołotow, Kaganowicz, Beria, Malenkow, Mikojan, Chruszczow i reszta Komitetu Centralnego wykonywała jedynie rozkazy Stalina, zatem ich odpowiedzialność za machinę sowieckiego terroru jest znikoma. Oba mity są oczywiście kłamliwe, a Autor w sposób perfekcyjny rysuje przed nami historyczne tło systemu decyzyjnego na Kremlu, systemu zazębiających się: paranoi samego Stalina i wykonawców jego pleceń (czy też – w innych przypadkach – umiejętnego bojkotowania niektórych zaleceń przy pomocy bezwładnego cielska biurokratycznego jakim za Stalina stał się ZSRS).
Autor umiejętnie wplata we wszystkie wątki historyczne prywatne życie kremlowskich włodarzy (jak dotąd, nikt tak przenikliwie jak Montefiore nie opisał prywatnego życia sowieckich dygnitarzy na czele ze Stalinem i jego rodziną).
To opasłe tomiszcze, to dla interesujących się ZSRS i Rosją prawdziwa gratka! W czasie lektury Dworu czerwonego cara, momentalnie przypomniałem sobie równie świetną książkę Roja A. Medwediewa pt. Ludzie Stalina. Można spokojnie potraktować ją jako „lekturę uzupełniającą” do naprawdę świetnego tomu Simona Montefiore!

Orlando Figes – Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji

i-szepty-zycie-w-stalinowskiej-rosjiKolejny opasły tom historii w najczystszej postaci od wydawnictwa Magnum! To, czego od lat dokonuje Swietłana Aleksijewicz, czyli cierpliwie i wnikliwie opisuje indywidualne losy ludzi w [post]sowieckiej rzeczywistości, tego w obrębie okresu stalinizmu dokonał Orlando Figes. To absolutnie unikalna praca kronikarsko-historyczna spajająca „wielką historię” z losem jednostki i jej miejsca w stalinowskim państwie.
Figes zebrał pokaźną ilość dzienników, wspomnień, listów i innych dokumentów uwieczniających losy poszczególnych jednostek, ludzi z krwi i kości, którzy rzuceni w wir zbrodniczego systemu, próbują jakoś utrzymać się na powierzchni.
Od książki nie sposób się oderwać!
Lektura obowiązkowa!

Steven Lee Myers – Nowy car

nowy-carSolidna objętościowo, solidna w treści. Taka jest biografia Putina autorstwa Myers’a. W ostatnich latach obserwujemy wysyp „sensacyjnych i absolutnie wyjątkowych” książek o rosyjskim dyktatorze. Olbrzymia ich część, to maglowane w nieskończoność znane wątki zanurzone w kryminalno-oligarchicznym sosie, napisane jak lipne artykuły w Super Expresie, czy w Newsweeku.
Nowy car jest przede wszystkim publikacją opartą o bogaty materiał źródłowy; Autor pisząc nawet o znanych historiach (zamach na Dubrowce, Biesłan, Czeczenia itd.), stara się dotrzeć do nowych wątków tych spraw, zamiast nurzać poszczególne etapy życia Putina w sensacyjnych oparach.
Rzeczowo i w zgodzie z warsztatem historyczno-dziennikarskim (Steven Myers był długoletnim korespondentem New York Times’a w Rosji). Polecam Nowego cara zamiast wszelakich  quasi-biografii na dwustu stronach drukiem…

Jenny Nordberg – Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

ch_opczyceWyjątkowa i ważna dla europejskiego czytelnika książka. Można by rzec, że to jedna z niewielu książek podejmująca kwestię gender w Afganistanie. Jakkolwiek w Polsce słowo „gender” jest nie tylko krzywo rozumiane, ale i permanentnie zniekształcane przez prawicowych popaprańców, w tej oto książce mamy do czynienia z esencją dyskursu płci kulturowej w społeczeństwach skrajnie opersyjnych w stounku do kobiet.
Opresyjność owa wymusza reakcje społeczno-kulturowe, które jednak nie są inspirowane przez „import genderowej zarazy” z Zachodu, a stanowią wielowiekowy, stały element kultury afgańskiej (czy szerzej: kultur wielu społeczności Afganistanu i części Pakistanu).
Oto bowiem istnieje zwyczaj basza pucz – kilkuletnia dziewczynka w określonej afgańskiej wspólnocie staje się… chłopcem, co jest nie tylko akceptowane przez ową wpólnotę, ale i rozumiane jako „tabu z konieczności”. Basza pucz, to dziewczynka, która jest wychowywana jak chłopiec (najczęściej w rodzinach, gdzie większość potomstwa stanowią dziewczynki), która ubiera i zachowuje się jak chłopiec i więcej – może uczestniczyć w zwyczajowym życiu chłopców w silnie patriarchalnej kulturze afgańskiej.
Jenny Nordberg fenomenalnie opisuje losy wielu basza pucz, ich rozterki, problemy i rodzącą się świadomość płciową, rodzący się kulturowo-płciowy sprzeciw wobec seksistowskich kodeksów społecznych. Bycie chłopczycą, to jednocześnie ułatwienie i piętrzące się z czasem problemy. To indywidualne traumy, dylematy i trudne osobiste decyzje.
Autorka porusza również niezwykle ważną kwestię: jałowość, a czasami zupełną bezcelowość większości zachodnich programów antydyskryminacyjnych, które przybywają wraz z „feministkami-uzdrwicielkami” z USA i z Europy Zachodniej w samo serce Afganistanu, a ich efektywność jest wprost proporcjonalna do obszaru aktywności zachodnich organizacji; niewiele można zdziałać gnijąc w klimatyzowanych biurach i w ambasadach zachodnich krajów w centrum Kabulu i próbując „na żywca” kopiować rozmaite inicjatywy feministyczne zrozumiałe w naszej kulturze, jednak kompletnie niejasne dla wielu kobiet Afgnistanu.
Chłopczyce z Kabulu – koniecznie trzeba przeczytać!

Anna Wojtacha – Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji

zabijemy-albo-pokochamy-anna-wojtacha-okladka-wydawnictwo-znak-2015-03-13-530x756Fajnie napisana, zawadiacka książka Anny Wojtachy, wybijająca się spośród wielu reporterskich obrazów z Rosji. Książka, po którą należy sięgnąć, choćby z uwagi na jej nieszblonowość.
Podobnie jak Autorka, lubię podróżować sam, aby nikt marudzący obok mnie nie dekoncentrował mnie w szwendaniu się po świecie, niemniej jednak w pewnej chwili, w czasie lektury pomyślałem, że… taka laska jak Wojtacha, to wymarzony towarzysz podróży! Taaak, zniżyłem się do tak karygodnego spoufalania się z Autorką (dziennikarką, reporterką wojenną), albowiem nie jest to kolejna „panienka z okienka”, która pisze o konfliktach i dalekich krajach z pokoju hotelowego, nie brudząc sobie rączek ciężką reporterską robotą. Anna Wojtacha, to włóczęga z krwi i kości, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. Gdy trzeba rzuci bluzgiem, gdy trzeba wypije szklankę wódki (albo dwie… albo trzy…), zamiast stylowych knajpek woli speluny z tanim i pysznym jedzeniem i z „prawdziwymi” ludźmi, przekima się w namiocie, spróbuje żarcia ze śmietnika. Wszystko nie po to, by „poświęcić się” na ołtarzu trudu reportera, ale po prostu dlatego, że ona taka jest. Bezpośrednia, odważna i – jak mówi wielu bohaterów jej książki – pyskata do bólu.

Jej historie z Rosji są historiami – jak ja je nazywam – uczestniczącymi. Wojtacha nie jest beznamiętnym obserwatorem, nie stoi sztywno z dyktafonem przed bohaterem swojego reportażu. To, co opisuje dzieje się również z jej aktywnym uczestnictwem. Bez względu na to, czy pisze o seksie ze swoim facetem (nota bene snajperem ze Specnazu, w którym zakochała się po uszy w pociągu kolei transsyberyjskiej – ona, reporterka w Czeczenii, zdeklarowana przeciwniczka Putina i wojen czeczeńskich, w łóżku ze specnazowcem…), o robotnikach w syberyjskiej tajdze, o szarości Irkucka, czy o przygodach swojej przyjaciółki-prostytutki w Moskwie – wszystko to opisuje z perspektywy osoby zaangażowanej w daną historię.

Anna Wojtacha pisze bezpośrednio i ciekawie, a najważniejsze jest to, że trzyma się ona z daleka od wszelkich szablonowych sztuczek dziennikarskich, gdy mowa o Rosji. Nie znajdziemy więc w tej książce taniego pierdolenia o „rosyjskiej duszy”, ale znajdziemy w niej ludzi złamanych przez życie w tym kraju. Wojtacha pisze bardzo emocjonalnie (o wiele bardziej, niż np. Krystyna Kurczab-Redlich), ale nie zniekształca to samej istoty jej rosyjskich reportaży, nie odbija się ujemnie na bohaterach tychże.

Jest oczywiste, że kocha ona Rosję. To, co uderza mnie w tej książce najbardziej, to odczucie, którego niejeden raz doświadczyłem osobiście w kontaktach z moimi przyjaciółmi z Rosji. Rosję można znienawidzić albo pokochać, bądź balansować pomiędzy tymi skrajnościami… Jednak wcale nie jest oczywiste, czy Rosja pokocha nas… Nie jest to, wbrew pozorom, smutna konstatacja. To po prostu stwierdzenie faktu. Taka jest Rosja.

… a Wy powinniście przeczytać tą książkę!

Andreï Makine – Francuski testament

Дело в том, что Шарлотта как бы сохраняла свою экстерриториальность под русским небом. Жестокая история огромной империи, с ее голодом, революциями, гражданскими войнами, не имела к ней отношения… У нас, русских, выбора не было. Но она? Глядя на Россию глазами Шарлотты, они не узнавали свою страну, потому что то был взгляд иностранки, иногда наивной, но зачастую более проницательной, чем они сами. В глазах Шарлотты отражался тревожный, полный стихийных откровений мир — непривычная Россия, которую им нужно было познать…

makineOdłożyłem książkę i machinalnie, bez zastanowienia zacząłem szukać rosyjskiego przekładu… Chciałem otrzeć się choćby o kilka akapitów po rosyjsku. Ten powyższy okruch i kilkanaście innych jakie znalazłem zachwyciły mnie; pomyślałem: przeczytam jeszcze raz Francuski testament po rosyjsku! Muszę!
Od raz zdałem sobie jednak sprawę, że po tej lekturze znajdą się i tacy, którym przemknie przed głowę myśl: muszę to przeczytać po francusku! Myśl, która wwierci się w głowę na długo. Na bardzo długo.

Gdzieś na kartach swej powieści, Andreï Makine pisze: Tłumacz prozy jest niewolnikiem autora, tłumacz poezji – jego rywalem. Jeśli tak jest w rzeczywistości, Małgorzata Hołyńska, autorka polskiego przekładu, uporała się mistrzowsko z niewolniczymi kajdanami. Warto o tym wspomnieć już na początku, albowiem język sam w sobie jest istotną kategorią w tej powieści. To dzięki niemu popełniłem w głowie rzadką myśl (trawiony niechęcią do pojęć nieostrych, abstrakcyjnych): ta książka jest piękna!

Kluczem do Francuskiego testamentu jest sam Autor i jego… no właśnie, co? Rozdarcie? Dwoistość w percepcji rzeczywistości, czy wręcz przeciwnie: próba scalenia dwóch (jakże odmiennych!) światów?
Makine urodził się w Krasnojarsku, choć jest… pisarzem francuskim. Tyle wystarczy komuś, kto jeszcze nie czytał tej książki. Zagłębiając się w lekturze, odkrywamy misternie opisane i niezwykle sugestywnie oddane światy, w które zaplątany jest główny bohater i jego babka Charlotte.
Książka spina klamrą wspomnień początek i koniec XX wieku. Francję i Rosję. Rewolucje i wojny. Carstwo i republikę. Stalina i Pola Elizejskie. Gułagi i paryskie place skąpane w słońcu.

C360_2016-02-14-05-10-46-216

Efemeryczny, wyśniony, wydumany, zachowany pod powiekami Paryż. Francja utkana opowieściami tak sugestywnymi, że realny marazm stalinowskiego terroru dzieje się gdzieś obok. Nie na długo jednak. Odległa Francja staje się przekleństwem, blizną w Kraju Rad, w ojczyźnie Dostojewskiego i Mandelsztama. (Kiedy Andreï Makine opisuje wszystkie krwawe zadry rosyjskiej duszy, przez moment wydaje mi się pretensjonalny, gdy wyczuwam w jego prozie ukąszenia w/w mistrzów… Wybaczam mu ową pretensjonalność dziesiątki razy w czasie lektury. Wy też mu ją wybaczycie.)

Charlotte i jej wnuk, to jakby niechcący splecione istnienia, podmuchy przeszłości wyławiane na drugim końcu świata. Paryscy komunardzi odtwarzani w stepowej scenerii ZSRS; wrażliwość i wyobraźnia kreują tutaj niepowtarzalną więź. Ulotna francuskość jaką Charlotte zaraża młodego Andrieja, chcąc nie chcąc, ociera się o szorstką, sowiecką rzeczywistość. W walizce z wycinkami z francuskich gazet z początku wieku tkwi jeszcze stara, porwana fotografia kobiety w brudnej, łagrowej kufajce…

C360_2016-02-14-05-20-06-304

We Francuskim testamencie uderza balast wiecznych powrotów i dramtyzm wydarzeń, w których wybór jako taki definiuje człowieka na nowo – nietzscheańskie koło zdarzeń wstrząsane co rusz kirkegaardowskim albo-albo – oto, co znajdziemy w tej książce. Wszystko, co pomiędzy, to jeden z najpiękniejszych kawałków współczesnej prozy.
Słowo: polecam! wydaje mi się śmiesznie płytkie. Ta książka jest wspaniała i trzeba ją przeczytać! Dla mnie, lubującego się raczej w „brudniejszych” częściach literatury wyzutej z piękna i pięknem raczej rzygającej, była to jedna z najbardziej inspirujących literackich wędrówek!

Potrzebuję czasu, by sięgnąć po rosyjski przekład. Czas sprawi, że Francuski testament po rosyjsku będzie smakować jeszcze wyborniej!

P.S.: Jak wiadomo, książka, to najwspanialszy prezent – zawsze, bez wyjątku. Ja powyższą otrzymałem od Moniki – wielkie dzięki, moja droga, za Francuski testament!

Москва приехала!

yerba

Leniwa sobota z yerbą i z książkami… Nadrabiam zaległości w lekturach po mocno wyczerpującym tygodniu, który jednak miał swój baaardzo miły akcent. Jak powszechnie wiadomo, życie to dziwka i raczej nie rozpieszcza pełzających po tym łez padole. Bywa, że kumoterstwo, kolesiostwo i rozmaite układziki w obrębie małej grupy, jaką jest środowisko robolskie, biorą górę nad pracowniczą solidarnością; skutek – przynajmniej dla mnie – jest taki, że wylatuję na gorsze stanowisko z przyczyn tak mętnych, że aż nie chce mi się o tym myśleć. Pierdolony oportunizm i polaczkowata mentalność wciąż drążą w ludzkich łbach dziury, niestety…

Pozytywnym akcentem tego tygodnia była jednak wizyta moich znajomych z Moskwy, którzy w drodze do Amsterdamu zatrzymali się u mnie na dwa dni. Z racji odległości i jebniętych politycznych uwarunkowań, rzadko zdarzają się takie odwiedziny, więc każda wizyta z Rosji cieszy tym bardziej! Nastja, Ilja, Liosza i Danił po nocy na warszawskim squacie (Ignacy, dzięki raz jeszcze za pomoc!!!) i hardkorowej jeździe z Krakowa, dotarli w moją leśną głuszę. Mimo zmęczenia moich gości, nie było mowy o jakimkolwiek śnie, więc po kolacji zabalowaliśmy nieco przy polskiej wódce i piwie, do rana niemal gadając o milionie różnych rzeczy, o kontrastach i podobieństwach, o wszystkim, co po obu stronach nowej, unijno-rosyjskiej, żelaznej kurtyny… Jak zwykle budującym akcentem jest to nasze anarodowe (czy nawet antynarodowe) poczucie wzajemnego zrozumienia w ramach DIY HC/punk sceny. Dzięki temu nie ma mowy o jakimś „szoku kulturowym”, jaki przeżywają co niektórzy zbytnio przyspawani do narodowych wzorców, przyzwyczajeń, odbijający rzeczywistość przez kalkę kulturowych mikro-kodów (vide pewien sfrustrowany Niemiec piszący o Moskwie).

Dość powiedzieć, że były to dwa baaardzo miłe i budujące dni z ludźmi, z którymi więcej nas łączy, aniżeli dzieli. Żadna polityczna świnia wymachująca biało-czerwoną szabelką, czy krasnym sztandarem wojny ojczyźnianej nie jest w stanie zniszczyć przestrzeni, gdzie ludzie z Polski i Rosji swobodnie porozumiewają się, a nić tego porozumienia jest o wiele trwalsza i – mam wrażenie – cechująca się większą szczerością, niż to, co my obecnie uważamy za „naturalne”, czyli dosyć powszechne kontakty z ludźmi i kulturą Zachodu. Mam na myśli to, że zapominamy o swojej „wschodniości”. Doskonale zrozumie mnie każdy, kto mieszka na linii Suwałki – Białystok – Biała Podlaska – Lublin – Sanok.
OK, jestem rusofilem, ale właśnie dlatego cieszą mnie wizyty moich rosyjskich przyjaciół, bo konfrontuję swoje rusofilstwo z rzeczywistością, w jakiej oni są codziennie zanurzeni, przez co nie tylko unikam idealizowania Rosji jako takiej i gdy słyszę od nich: жить в России сейчас это польный пиздец!, wiem skąd takie gorzkie słowa.

Ruska ekipa pojechała do Berlina, a potem do Amsterdamu, a ja zostałem ze wspaniałymi wspomnieniami i już zacząłem za nimi tęsknić. Na „osuszenie łez” otrzymałem mały zapas Biełomorów, o które zwyczajowo proszę, gdy ktoś z Rosji przyjeżdża do mnie. Od wieeelu lat mam zwyczaj próbowania najtańszych (zazwyczaj bezfiltrowych) papierosów z każdego kraju, w jakim bywam; z racji tego, że w Rosji jeszcze nie byłem, Biełomory przywożą mi znajomi (w Polsce niemal niedostępne). Są one nie tylko specyficzne, jako papierosy (filter – będący po prostu tekturową rurką pustą w środku – to ¾ długości papierosa), ale posiadają swoją historię – krwawą i ponurą. W Polsce fajki te znane są głównie z radzieckich filmów, w których robotnicy, inżynierowie, oprychy, KGB-iści i artyści dzierżą między palcami papierosa z charakterystycznie „zmiętym” filtrem. Biełomory palił też wilk w słynnej radzieckiej bajce „Ja ci pokażę!” (Ну, погоди!). Sama nazwa Беломорканал  odnosi się oczywiście do Kanału Białomorsko-Bałtyckiego – chorej fanaberii Stalina, która pochłonęła rzesze istnień ludzkich, dając jednocześnie podwaliny pod zorganizowany system unicestwiania człowieka: gułagi. Ponurym symbolem związanym z Biełomorami i ludobójstwem władzy radzieckiej jest film Czekista (1992), Aleksandra Rogożkina. Funkcjonariusz ЧеКа w tym filmie metodycznie zabija tysiące ludzi, wiecznie z papierosem w ustach… Kto nie widział tego wstrząsającego, porażającego monotonią śmierci obrazu, gdzie decyzja: расстрел! pada setki razy na godzinę, a  niedopałek papierosa pada w kałużę krwi dopiero co rozstrzelanych w kazamatach CzeKa, powinien koniecznie obejrzeć ten film! To jeden z najwybitniejszych obrazów rosyjskiej kinematografii…
Uważam za typową radziecką aberrację nazywanie papierosów na cześć budowy kanału, na którego dnie spoczywają setki tysięcy istnień ludzkich. Taki jednak był ZSRS, a jaka jest Rosja teraz… to już temat na tysiące trudnych i wciągających zarazem historii…

Jak widzicie i jak oceniacie konflikt na wschodzie Ukrainy? | część I

Jakiś czas temu zadałem moim znajomym i przyjaciołom z Rosji i Ukrainy tytułowe pytanie (w oryginale brzmi ono: Как вы видите и как вы оцениваете конфликт на востоке Украины?). O moich motywach związanych z tym projektem napisałem szerzej tutaj, zatem nie będę się rozpisywał na ten temat.
Poniżej znajdziecie pierwszą część odpowiedzi. Kolejna czeka na przetłumaczenie. Ponadto nie dotarły do mnie odpowiedzi od wszystkich, tak więc będą kolejne części, zamieszczane w osobnych postach.
Nie segregowałem poszczególnych odpowiedzi pod kątem pochodzenia ich Autorów, czy pod kątem poglądów.

* * *

Jak widzicie i jak oceniacie konflikt na wschodzie Ukrainy?


Rosja nie powinna ingerować w sprawy Ukrainy, jeszcze w okresie wydarzeń na Majdanie. Uważam, że rząd rosyjski podejmuje podłe i nielegalne działania. Przy czym ja nie popieram żadnej ze stron. Jako obywatelce Federacji Rosyjskiej, jest mi wstyd za swój kraj – przed Ukrainą i innymi państwami.

Anastazja, 19 lat, studentka – Moskwa

***

Wojna w Donbasie… Trudno jednoznacznie ocenić, kto tutaj ma rację, a kto jest winien. Trudno również mówić o tym wszystkim bez propagandy, gdy obie strony wbijają ją w ludzkie głowy. Wypowiem się jako człowiek, który na początku popierał autonomię, a więc oddzielenie od Ukrainy (nota bene, do tej pory popieram tą ideę) – jestem rozczarowany. Czy rozczarowało mnie to, że jest mi źle bez Ukrainy? Nie, w żadnym wypdaku.Jestem rozczarowany tym, co robi Ukraina, aby nas odzyskać.Nie pozostało nawet jedno miasto nie zniszczone pociskami, a kontrolowane przez separatystów. Czy można było tego uniknąć? Oczywiście, tak.
Ukraina, aby nie stracić nas tak, jak utraciła Krym, mogła rozwiązać problem dyplomatycznie, a nie na drodze siłowej, gdy wszystko zaczęło się w Słowiańsku. Ale tego nie zrobiła. Nie zrobiła tego również wtedy gdy odpierała zastępy pospolitego ruszenia udające się do Doniecka. Czy liczyli na szybkie oczyszczenie Donbasu z milicji ludowych, jak zrobili to w północnej części donieckiej i ługańskiej prowincji? Być może. Ale czy po wszystkim, co się stało można wykorzenić separatystyczne tendencje w tym regionie? Nie. Nawet jeśli Ukraina wygra, odzyska nasze ziemie, separatyzm będzie wciąż żywy, albowiem wielu mieszkańców regionu odniosło takie, czy inne obrażenia – ktoś stracił dom, ktoś inny bliskich, a jeszcze inni żyją po prostu na skraju nędzy i śmierci głodowej, licząc grosz do grosza, ponieważ Ukraina przestała wypłacać pensje i emerytury, mimo że jest to obowiązek tego państwa – przecież ci wszyscy ludzie pracowali NA Ukrainie.
Czy Rosja jest winna w tym konflikcie? Tak, bez wątpienia, choć sama wojna jest jej nie na rękę. Jak myślicie, opłaca się Rosji dostarczać olbrzymie ilości prowiantu, pomocy, gazu – za darmo? Nie sądzę. Domyślam się, dla kogo ta wojna jest korzystna, kto czerpie z niej profity, ale ludzie sami powinni do tego dojść.
Podsumowując – ta wojna zabiła olbrzymią ilość ukraińskich patriotów. Zabiła ich nie tylko fizycznie, ale i moralnie – tak wielu ludzi stąd kochało Ukrainę! Ale to, co robi teraz to państwo, co mówią jego przedstawiciele i w jaki sposób chcą nas odzyskać – wszystko to zabija nawet najbardziej żarliwy patriotyzm.

Aleksandr, 22 lata, student – Donbas

***

Cóż, można powiedzieć, że ani Rosja, ani USA nie zaprzestają wojennych działań już od wielu lat. Z tej perspektywy interesy, których trzeba bronić poprzez działania wojenne, pojawiają się to tu, to tam. Dla mnie wygląda to na podtrzymywanie armii w permanentym stanie gotowości. Żołnierze, którzy ciągle siedzą w swoich koszarach, wiele nie zdziałają. Rosja wraz z Ameryką „ocierają się” o siebie prawie wszędzie (przynajmniej tam gdzie znajdują się / stacjonują rosyjskie wojska), ale do otwartych starć nigdy nie dochodzi.Najpewniej jest to stroszenie piórek i demonstrowanie siły, a nie otwarta wrogość. Wszystko w celu podtrzymania patriotycznej histerii w obu krajach. To moja teoria.
Czeczenia zechce wyjść ze składu Rosyjskiej Federacji – rozpoczniemy wojenne działania. Północna Osetia zapragnie przyłączenia do Rosji (nikt przecież nie puszcza separartystów, ot tak)? Zaczniemy działania wojenne. Na Ukrainie mieszkańcy kilku miast uważają się za Rosjan? Rozwiążemy problem na drodze wojny i będziemy pomagać, wysyłając żołnierzy i broń.
W sumie nie uważam, by sytuacja na Ukrainie była czymś wyjątkowym. W mojej opinii jest to po prostu naturalna konsekwencja polityki zagranicznej Rosji. Skończy się wojna na Ukrainie – być może zaczną gnębić Rosjan na Białorusi. Albo w krajach nadbałtyckich. W rzeczy samej, tam od dawna Rosjanie czują się niesprawiedliwie traktowani, a ani działań wojskowych, ani referendów – do tej pory – tam nie było. I nikogo to nie obchodzi i nie będzie obchodzić – dopóki nie przyjdzie ich kolej.

Aleksiej, 25 lat, finansista – Irkuck

***

Urodziłam się na terytorium Rosji, do niedawna jednak mieszkałam na Ukrainie. Kocham oba te kraje. Chciałoby się wierzyć, że na Ukrainie wszystko pójdzie ku lepszemu. Ale raczej nie z obecnymi władzami…
Wielu zapomniało od czego zaczął się obecny koszmar na Ukrainie. Wszystko zaczęło się od Majdanu. Ludzie walczyli za swoje przekonania, pragnąc lepszego życia. Ale naiwnych bardzo łatwo wykorzystać do zaspokojenia egoistycznych interesów. Tą naiwność właśnie wykorzystał obecny rząd Ukrainy. W czasie zamieszek i przewrotu, napchali sobie kieszenie pieniędzmi i aby niejako „ukryć łupy” i odwrócić uwagę, zaczęli wojnę na wschodzie. Przy tym wszystkim próbują jeszcze nastawiać ludzi przeciwko sobie, antagonizować społeczeństwo. I, niestety, udaje im się to. O środkach masowego przekazu nawet nie chcę wspominać – jedno wielkie łgarstwo, aż mdli!
Moja znajoma żyła w Ługańsku i gdy wraz z rodziną wyjeżdżali z miasta, bardziej obawiali się ukraińskiej gwardii narodowej, niż milicji ludowych. Oto „zbawcza armia Ukrainy”.
Należy podtrzymywać i wspierać przyjazne relacje z sąsiednimi krajami. Zamiast zabierać ludziom ostatnie pieniądze (które i tak zdobywają z wielkim trudem i są to po prostu grosze) oraz przeznaczać je dla armii, lepiej przeznaczyć te środki na gospodarczą odbudowę kraju. Ponadto chcę powiedzieć, że nie wszyscy chłopcy z gwardii narodowej służą w niej dobrowolnie. Wielu nie ma wyboru.
Powiem wam, że na Ukrainie życie nie było może słodkie, ale teraz jest to już dramatyczna walka o przetrwanie. Ludzie są zdesperowani. Jeszcze trochę i znowu wybuchnie rewolucja, „za chleb, masło i życie”!
Martwi również postawa wielu Ukraińców w stosunku do Rosjan. Oceniać człowieka na podstawie tego, w jakim kraju on wyrósł jest tak samo głupio, jak oceniać smak cukierka po jego opakowaniu. W każdym kraju jest mnóstwo dobrych i pomocnych, jak również wściekłych i okrutnych ludzi. Można być przeciwko polityce danego rządu, ale być przeciwko jakiejś nacji jest po prostu szczytem głupoty. Jak powiedział Schopenhauer: „Najmniej wartościowym rodzajem dumy, jest duma narodowa”. Nie oceniajcie ludzi po ich narodowości, a zwróćcie uwagę na człowieczeństwo! I niech każdy zacznie od siebie!
Wszystkim ciepła i pokoju!

Anna, 24 lata, marzycielka-realistka – Ufa

***

Co powiedzieć o tym, co się u nas dzieje? Co można powiedzieć o tym, o czym mówią wszyscy, ale nikt tak naprawdę nie rozumie o co chodzi? Ludzie pogodzili się ze swoim losem. A przecież my w gruncie rzeczy jesteśmy takimi samymi ludźmi jak w innych częściach Ukrainy: i u nas żyją ci, którzy kochają język, tradycję i kulturę swojego kraju (nawet teraz), są i tacy, którzy bardziej identifikują się z zagranicznymi tradycjami – czy to z Europą, czy z Rosją. Jest jednak coś, co nas różni: u nas poczucie bycia częścią Małej Ojczyzny jest o wiele bardziej rozwinięte, niż poczucie bycia częścią całej Ukrainy u wielu innych. Wydaje mi się, że dlatego to wszystko się zaczęło.Nikt nie byłby w stanie walczyć o nasze miasta tak, jak my. Żaden region nie byłby skłonny do tego powstania bardziej, niż Donbas. Dotychczas milczeliśmy. A teraz nadszedł nas czas – czas by przemówić.

Natalia, 20 lat, studentka – Donieck

***

Co ja sądzę na temat sytuacji na wschodzie Ukrainy? Istnieje kilka grup lokalnej „elity” wywodzącej się z mafijnego światka oligarchów i zwyczajnych bandytów, niedobitków z Czeczenii i z Naddniestrza, lubiących zabijać, terroryzujących miejscową ludność i próbujących bawić się w politykę, przy mniej lub bardziej jawnej pomocy Moskwy. Jest też władza centralna w Kijowie, która walczy z separatystami metodami wojennymi, takimi jakich swojego czasu używała Rosja w Czeczenii. Są rosyjskie media, które pokazują to wszystko jako ludobójstwo na ukraińskiej ludności, przy okazji nazywając wszystkich banderowcami i faszystami. Są i ukraińskie środki masowego przekazu podtrzymujące stan permanentnej histerii. Jest Unia Europejska ze swoimi sankcjami nałożonymi na Rosję, za Krym i południowo-wschodnią część Ukrainy – z sankcjami, które są dotkliwe dla prostych ludzi. Jest wreszcie miejscowa ludność, troszcząca się o siebie, nie słuchająca żadnej ze stron, uciekająca od wojny, opuszczająca rodzinne domy, zrujnowane przez bomby.
Mam krewnych pod Mariupolem, czyli tam, gdzie wciąż toczą się walki, gdzie trwa wojna – jak więc mam się odnieść do tej wojny? Wojna, to potworne monstrum, narzędzie  służące bogaceniu się kapitalistów, machina niosąca prostym ludziom ból, cierpienie, głód i śmierć. Najbardziej na świecie nienawidzę wszelkiej władzy, która podtrzymuje ogień tego konfliktu. Mam nadzieję, że wkrótce nadejdzie taki dzień, kiedy ludzie łącząc się  w potężnym zrywie, rozwalą władzę w Rosji, na Ukrainie i w innych krajach i zrobią wszystko, by na świecie nie było już wojen…

Nikos, 32 lata, pracownik biurowy – Moskwa

***

Jakie jest moje zdanie w sprawie konfliktu na Ukrainie? To proste. Podobnie jak większość moich przyjaciół i znajomych uważam, że gdyby nie pan Obama, wszystkiego można było by uniknąć; bez wątpienia w ogóle by się to nie zaczęło. Jesteśmy przecież bratnimi narodami i z jakiegoś trudnego do zrozumienia powodu, walczymy ze sobą! Ciężko mi ułożyć to sobie w głowie. Oczywiście sam naród ukraiński nie jest winien, winne są władze i rząd, który najwyraźniej całkowicie zatracił samodzielność w pogoni za UE. Wstyd i hańba dla Poroszenki, który robi po prostu potworne rzeczy.
Sama osobiście rozmawiałam z uciekinierami, a moi sąsiedzi przygarnęli jedną rodzinę z Ługańska. Ci ludzie są naprawdę przerażeni i po prostu nie wiedzą jak dalej żyć. Przecież tam, w ich Ojczyźnie mieli wszystko, a teraz muszą zaczynać wszystko od zera.
To, co dzieje się na Ukrainie jest po prostu niedopuszczalne w XXI wieku.

Oksana, 21 lat, studentka – Stawropol

***

Uważam, że nie istnieje coś takiego jak konflikt w małej, czy dużej skali. Jeśli ucierpiał przynajmniej jeden człowiek, to już jest tragedia. Dlatego też gdyby nie egoistyczne cele tych, których można nazwać „rządem”, każdy żyłby długo i szczęśliwie. To, co dzieje się na wschodzie Ukrainy, to totalna degradacja społeczeństwa. Nie jesteśmy w stanie porozumieć się co do pokoju. Pokoju! Jak więc mamy dalej funkcjonować, współistnieć? Z tego też powodu skala konfliktu jest ogromna. Sutyacja jest tym bardziej przykra, że ludzie w swoich opiniach są bardzo radykalni. Ze skrajności w skrajność – tak powiem. Mało kto chce spojrzeć na to wszystko z dwóch stron. Większość widzi albo orła, albo reszkę.

Tatjana, 18 lat, studentka – Charków

* * *

Rozpocząłem tłumaczenia części odpowiedzi, jakie do mnie napłynęły. Na pewno nie zmieszczę wszystkiego w jednym wpisie. Poza tym wciąż czekam na odpowiedzi z wielu miejsc. Mam nadzieję, że uporam się z tłumaczeniami do końca tygodnia…