Ostatnio przeczytane…

Pochłonąłem ostatnio całą górę książek. Pisanie o wszystkich zajęłoby jakieś kilkadziesiąt postów. Chciałbym zatem wybrać te najciekawsze, o których bez wątpienia powiedziałbym: to koniecznie trzeba przeczytać!

Bozidar Jezernik – Naga Wyspa

Doskonała książka dokumentująca ponurą rzeczywistość łagrowej (sic!), titowskiej Jugosławii, w szczególności opisująca koszmar codzienności na jednej z wysp adriatyckich, na której mieścił się najbardziej tajny i przerażający obóz reedukacji. Czysty antystalinowski… stalinizm Tity i trauma uwięzionych. Kolejna wyspa komunistycznego archipelagu…

Thomas Bernhard – Autobiografie

Absolutnie obowiązkowa lektura dla wszystkich zafascynowanych twórczością Bernharda! Autobiografie, to zbiór utworów Autora, które idealnie oddają specyfikę jego pisarstwa. Ani grama dialogów, gęsta, męcząca i drażniąca wręcz, neurotycza proza. Historie pełne powtórzeń i zimnej, introwertycznej analizy autobiograficznej. Zero litości, złudzeń, nadziei. Czysty anarchistyczny introwertyzm. Książka ryjąca w głowie głebokie koleiny. Na bardzo długo… Kto wie, czy nie na zawsze…
Jedno jest pewne: Bernhard, obok Ciorana, Jelinek i Celine’a, pozostaje dla mnie kwintesencją niezgody i rozpadu. Czegoś, co współczesność uważa za wstydliwy balast.

Peter Watts – Ślepowidzenie

Nowatorska twarda fantastyka i oryginalny cyberpunk! Książka w pełni zasługująca na miano fantastyki naukowej z najwyższej półki. Motyw spotkania z obcymi ujęty w zupełnie inny sposób, aniżeli przyzwyczaili nas klasycy gatunku. Wciągająca, wypełniona po brzegi nauką fabuła, która nie pozwala na odłożenie książki – trzeba przeczytać jednym chaustem! Czekam na kolejne części (Ślepowidzenie, to pierwsza część trylogii). Peter Watts po prostu rządzi w niszy hard science fiction. To doskonała odtrutka na wciąż modną plagę quasi-fantasy z głupimi księżniczkami, nierozgarniętymi ogrami i innych nudnymi elfami.

Stanisław Łubieński – Pirat stepowy

Niewielka objętościowo, ale niezwykle interesująca książka, której bohaterem jest anarchista rodem z ukraińskich stepów – Nestor Machno. O ile w środowisku wolnościowym jest to postać dobrze znana i ceniona (szczególnie za odwagę i pryncypialność w walce o wolność zarówno z białymi, jak i czerwonymi okupantami ziem ukraińskich na początku XX wieku), o tyle dla przeciętnego czytalnika będzie to fascynujące spotkanie z rewolucjonistą i buntownikiem, który mimo iż nieco zapomniany na Ukrainie, wywarł wielki wpływ na historię tej ziemi.
Autor podróżuje po zapuszczonych miasteczkach i wioskach związanych z życiem i walką Machny, odwiedza jego rodzinne Hulajpole i stara się uratować od zapomnienia strzępy relacji dotyczących chłopskiej walki o wolność bez państwa i władzy – zarówno władzy kapitału jak i dyktatury bolszewickiej.

image

Piotr Milewski – Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej

Niemal na początku tej urokliwej opowieści snutej przez Milewskiego, odniosłem wrażenie, że sam jadę pociągiem, spotykam w przedziale Autora, a ten zaczyna opowiadać mi o swojej podróży.
To chyba jedna z „najłagodniejszych” podróżniczych książek drogi na temat rozległej Rosji, jaką kiedykolwiek czytałem. Mam na myśli zarówno sposób opisywania bezmiaru pokonywanej drogi, jak i swoistą empatię Autora.
Nie będę tutaj obiektywny, albowiem rzucam się na wszystko, co na wschód od Uralu, niemniej jednak Transsyberyjską… zaliczam do jednej z najbardziej udanyh książek opisujących Syberię i życie ludzi wzdłuż żelaznej drogi małych radości, historycznych tragedii i nadziei na lepsze jutro. Trzeba przeczytać!

Wiktor Jerofiejew – Dobry Stalin

Miałem nadzieję na przeczytanie tej autobiografii Jerofiejewa w oryginale, jednak kilka okoliczności sprawiło, że skusiłem się i kupiłem polski przekład, zanim zdobyłem rosyjskojęzyczną wersję.
Dobry Stalin, jak mniemam, miał być rozliczeniem Wiktora Jerofiejewa, jednego z najbardziej znanych i cenionych współczesnych pisarzy rosyjskich, z jego dzieciństwem i młodością w cieniu ojca – stalinowskiego dyplomaty ZSRS i osobistego tłumacza Stalina. Czy rozliczenie ów udało się Autorowi, pozostanie pewnie kwestią dyskusyjną. Jedno jest pewne – Wiktor Jerofiejew nie pasuje do roli „resortowego dziecka”, a jego dysydencka, a potem „oficjalna” twórczość nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z pisarzem znakomicie punktującym stereotyp „rosyjskiej duszy” i celnie wnikającym w materię codzienności pod komunistycznym butem.
Jak dla mnie, książka warta poświęcenia czasu i uwagi. Czyta się znakomicie.

Michał Książek – Jakuck. Słownik miejsca

Są na świecie miejsca, gdzie słowo: zimno oznacza coś zupełnie innego, niż mogłoby się nam wydawać. Miejsca, gdzie zimno jest osobną kategorią rzeczywistości, ba! – kategorią bytu, immanentną częścią kultury i życia jako takiego. Takim miejscem jest niewątpliwie Jakuck i Jakucja opisywana przez Michała Książka.
W mieście, gdzie zimą temperatury sięgają -50 stopni Celcjusza, Autor spędził kilka lat (wraz z żoną i córką). Zafascynowany historią i kulturą Jakutów, uzbrojony w wiedzę ornitologa i kulturoznawcy, wreszcie, znający język jakucki, Książek oddaje nam w swojej reporterskiej opowieści fascynujący kawałek mroźnej Syberii. Książka jest czymś w rodzaju pamiętnika, historią opowiadaną w rytmie jakuckich pór roku, po brzegi wypełnioną bogactwem jakuckiej mowy. Takie wspomnienia może nakreślić tylko ktoś szaleńczo zafascynowany miejscami, ludźmi i kulturą które opisuje.
Lektura obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych historią i współczesnością narodów dalekiej Syberii!

Ramita Navai – Miasto kłamstw. Cała prawda o Teheranie

Kupiłem tą książkę i pożarłem ją w jeden wieczór. Zachłannie i z pewnym niedosytem, gdy się skończyła.
Od wielu, wielu lat to właśnie Iran i perska kultura fascynują mnie o wiele bardziej, aniżeli okalające ten kraj państwa arabskie. Dlatego też znalazłem na falach krótkich Radio Farda z perską muzyką i zabrałem się do czytania…
Ramita Navai w niezwykle magnetyczny sposób zaciąga nas w najdalsze zaułki Teheranu i pokazuje miasto, o jakim nie mieliśmy zielonego pojęcia. Zachodnie stereotypy nt Iranu, jako szaleńczego państwa ajatollahów, państwa „osi zła”, pękają już po pierwszych kilkunastu stronach. Nic nie jest takie proste, jak się wydaje. Motywem przewodnim książki jeat kłamstwo stanowiące integralny element codzienności w Teheranie. Kłamstwo jako „podszewka” kultury, pozwalające na jako takie funkcjonowanie w islamskiej republice, gdzie moralne obostrzenia w oficjalnym nurcie społecznym są mniej lub bardziej ostentacyjnie omijane lub łamane – w imię świętego spokoju, bogactwa, czy chęci zaczerpnięcia powietrza, w zakurzonej, zróżnicowanej i spauperyzowanej stolicy Iranu.
Miasto kłamstw…, to opowieść o fanatycznych członkach milicji obyczajowej, czających się na prostytutki i nieskromnie ubrane dziewczyny. To historie gorliwych wyznawców islamu i szarych obywateli Teheranu łamiących prawo, palących opium. To narkomani w biednych dzielnicach i dzieci bogaczy chlejących whiskey i pieprzących się na tajnych imprezach w swoich willach. To prawo zwyczajowe i chęć jego złamania. Mułłowie molestujący kobiety i fanatycy oddani islamskiemu państwu. To kurz i bieda w jednej części miasta i kosmiczne wręcz bogactwo z drugiej…
Ramita Navai opisała autentyczne historie życia teherańczyków i zrobiła to po mistrzowsku!
Wspominam teraz wizytę mojego dobrego znajomego z Teheranu, Hamzeha; wiele bym dał, żeby znów posiedzieć z nim przy herbacie i godzinami gadać (czy bardziej – słuchać) o tym jego skrawku perskiego dziedzictwa i codzienności w Iranie. A wszelkie „osie zła” zostawić dla politycznych pojebów z zachodniego świata…

* * *

Uff… wystarczy na dziś! To nie wszystkie knigi, o których chciałem napisać, a te powyżej i tak potraktowałem „po łebkach”.  W przypływach wolnego czasu skrobnę jeszcze o kilkunastu tytułach, które udało mi się połknąć w ostatnim czasie. Kolejne tomy i ebooki czekają w kolejce; do końca stycznia na bank pojadę na chlebie z musztardą – wydałem tyle na książki, że mogę tylko pomarzyć o większych melanżach i wypasach żywnościowych…
To, co aktualnie czytam, rzucam jak zwykle na mój profil na LubimyCzytać.

W kolejce czeka również całkiem pokaźna liczba płyt do zrecenzowania. Mam na myśli szczególnie rosyjską DIY scenę noise, industrial, power electronic…

Ну тогда держитесь,  пока!

Reklamy

Пиздец…

··· reflex #1

Spokojna, jesienna powtarzalność mglistych poranków, kiedy wracam z pracy pustymi niemal ulicami, działa na mnie dziwnie kojąco. Mleczno-szare smugi sunące pomiędzy drzewami ogołoconymi z liści, liżące betonowe kloce. Wyludniona dziura z większością chrapiącą jeszcze w postrzępionych łachmanach marzeń sennych, staje się na chwilę [paradoksalnie] bardziej „ludzka”; tak jakby wzięcie w nawias elementu ludzkiego uwydatniało istotę formy – jak usunięcie kluczowego puzzlle’a uświadamia ów brak i projektuje w umyśle egzemplifikację tegoż. Moją osobistą „aberracją” (czy – jak kto woli – przerysowaniem)  tego poczucia, są setki miast i miasteczek syberyjskich, gdzie drzewa rosną na ulicach, a pozostałości okien wyglądają jak puste oczodoły. Brak człowieka w miejscach stricte ludzkich ma w sobie coś złowieszczego, wywołującego albo niepokój, albo refleksję [w większości przypadków to pierwsze, niestety…].

··· reflex #2

Niebo ma już kolor szpitalnej pościeli, żałobnego, wyblakłego błękitu. Nie zamykam drzwi balkonowych i chłód przyjemnie panoszy się nad podłogą. Oczywiście piję. [Niemal] zawsze coś piję po nocnej zmianie.

Kilka „kroków” wstecz i jestem jeszcze w pracy… 21_11K_ST3_6_1. Tak nazywa się program, nad którym ślęczę całą noc, pilnując by laserowe ścierwo cięło tak jak powinno. Syk, wkłucie, iskry… Gazy (tlen, hel, azot, dwutlenek węgla), rezonator i duch Mendelejewa unoszący się nad tą machiną. Przed niewidzialnym promieniowaniem chronią mnie filtry, jednak  od czasu do czasu włażę do środka, by usunąć „przeszkody” na drodze wiązki laserowej (przeszkody = uprzednio wycięte elementy)… Włazisz tam i od razu w nozdrza wpierdala ci się ten smród. Wysoka temperatura, mgiełka oparów i – po kilku sekundach – słodkawy posmak na języku. Cyberpunk ’90. Kto zaczytywał się tą konwencją w ramach science fiction, zrozumie…

Konserwacja i czyszczenie molocha typu: laser, to spotkanie face to face z całym stadem związków chemicznych, których skład i szkodliwość, to swoista tajemnica poliszynela.  Nakładasz maskę na twarz, kaptur na głowę… Wymieniasz filtry, usuwasz „żużel” [to naprawdę nie to samo co tradycyjny żużel…]. Czujesz przez maskę ten pierdolony posmak na języku… Pył laserowy jest wszędzie. Jest mniejszy, niż cząsteczki pyłu węglowego. Masz je na twarzy, ubraniu, w kieszeniach, pod ubraniem, na skórze… Przez kilka kolejnych dni twoje gluty z nosa są czarne, częściej dopada cię kaszel…

Kroki wstecz anulowane. Za oknem wciąż „szpitalne” niebo. Nie trawię czystej w godzinach rannych. Od zawsze. Otwieram wiśniówkę, względnie portera. W linuksowej konsoli  wstukuję: mocp. Klikam na radio informacyjne (MOC [w linuksie program do odtwarzania muzy]służy mi tylko do słuchania inet-radia). Kilkanaście minut informacji z kraju typu PL wystarczy, by nabrać odruchów wymiotnych… W kolejnym oknie konsoli otwieram ncmpcpp [taki „bardziej minimalistyczny” Winamp w systemach unixowych :D]. Piję i słucham Ionosphere. Space dark ambient. Zimno i międzyplanetarnie. Zapominam na moment o tym, że nie powinienem pić codziennie. Przypominam sobie nagrane przez NASA dźwięki poszczególnych planet, tło fal, które miażdżą absolutnie. Astronomia, alkoholizm, depresja i czarne gluty z nosa. Ot, poranek po pracy…

··· reflex #3

Nie wiem dlaczego, ale od poniedziałku rozmawiam z moją znajomą Katją (Moskwa) wyłącznie o sposobach postrzegania życia w metropoliach i konsekwencjach funkcjonowania w takich miejsach. Mimo, że jej marzeniem jest Jakucja, Czukotka, Kamczatka i Bajkał, z rozbrajającą szczerością (oraz nutą zrezygnowania)  mówi mi, że to nie takie proste, bo praca = Moskwa. Znam Katję wiele lat i rozumiem jej podejście, będące ewidentnym „odpryskiem” Zachodu – w domyśle wszystkiego, co na zachód od Rosji. To nie kompleks (bo Moskwa już dawno jest „europejska” w rozumieniu consume & living – brana jako całość), a pewna „rysa” w głowie + przyzwyczajenie do czegoś, co w stolicy Rosji jest normą, a poza nią – niedoścignionym Rajem, Ideałem, Pewexem. Katja ma dobrą pracę i w Moskwie odnajduje się perfekcyjnie. Metropolia, to miejsce stadnej orgii – w sensie socjologicznym.

Tymczasem czytam o psychologicznych i neurologicznych uwarunkowaniach homo sapiens w kontekście samotności… Naukowcy skanujący mózgi ludzi żyjących w stanie samotności (szeroko pojętej – od sierocińca, po świadomy wybór bycia odludkiem) udowadniają, iż mózgi tychże – z powodu braku więzi emocjonalnych z innymi – aktywują te same obszary, które odpowiedzialne są za ból fizyczny.

Seth Pollak, naukowiec z Uniwersytetu w Wisconsin zajął się badaniem problemu i dowiódł (źródło: ostatni, grudniowy numer Świata Wiedzy), że w wyniku samotności zostają uszkodzone obszary mózgu odpowiedzialne za naukę oraz płaty czołowe (odpowiedzialne m.in. za odczuwanie lęku). Człowiek żyjący w samotności ryzykuje tym, że zmniejsza się jego kora mózgowa… Nie wiem jak bardzo zmniejszył się mój mózg przez ostatnie kilka[naście] lat, ale w/w Katja wysłała mi link do bloga pewnego rosyjskiego podróżnika, gdzie zobaczyłem miejsca, w których mój mózg zapewne doświadczyłby wszystkich „niedogodności” bycia poza stadem. Nieodmiennie wkurza mnie, to autorytatywne: Człowiek jest zwierzęciem stadnym.  Kurwa mać, dla mnie ewidentny dysonans…