Upał i wrzaski

Przewiew, chłód, lodówka, wiatr, lód, piwo, zimna wódka, prysznic, wentylator, woda, cień, Якутск, Магадан… Te i kilka innych słów kołatają się od dwóch tygodni w mojej przegrzanej, zmęczonej głowie. Mimochodem człowieka dopada wkurw, rozdrażnienie, agresja wręcz, gdy bezsilnie ucieka się od tego piekła, a skutki są i tak żałosne…
W domu nędzny wentylatorek, śmiesznie mały – z uporem mieli galaretowatą zawiesinę, stwarzając jedynie pozory chłodu na metrze sześciennym wokół siebie; jedyna nadzieja w przeciągu, który co jakiś czas przynosi małą falę chłodniejszego powietrza. W pracy jeszcze większa porażka – syk laserów, smród stali i aluminium, 45°C nad głową…

30_07K_ST3_10_1 | steel #10 | laser CO2, He, N | nozzle: 1.7 | head 7.5”

W takich warunkach człowiek marzy o lodowatym prysznicu, a nie o nowych książkach. Wiadomości czytane w necie rozmazują się na ekranie, jak fantasmagoria, a mózg skołowany zwalnia obroty… Zbliżająca się burza budzi nadzieję na przynajmniej godzinę ulgi, a w efekcie przypomina słabe pierdnięcie między chmurami i kolejne godziny smażenia się w cieniu…

Mniej więcej o 19-tej moje otoczenie zaczyna przypominać szklarnię nocą. Betonowy kloc oddaje ciepło, powietrzny glut wisi nad głową. Zamiast grindowych rzygów – power electronics i noise. Dźwięki te chyba najlepiej oddają atmosferę wyczerpania i wkurwienia po całym dniu w piekarniku. Ostatnio często słucham Pharmakon – dzielnej, hałasującej dziewczyny z Nowego Jorku, której kompozycje urywają jaja i inne części ciała!

Margaret Chardiet (tak brzmi jej prawdziwe imię i nazwisko) tworzy rozwalający DIY noise / power electronics z naprawdę pierwszej półki – każdy jej kawałek jest kwintesencją tych gatunków i naprawdę sporo domorosłych „tfurców” sceny noise może zwinąć swoje kable, ewentualnie powiesić się na nich, gdy na horyzoncie pojawia się Pharmakon. To dźwięk agresywny, przemyślany i brutalny. Elektronika, w której próżno szukać ozdobników i smaczków (bo tych akurat noise i power electronics nie potrzebują) – jest za to mnóstwo emocji i brudu, w których zapewne zakochają się niegrzeczne dziewczynki i chłopcy. Wokal Pharmakon nie oszczędza naszych uszu i w tej dźwiękowej kategorii jest po prostu mistrzowski!!! Przestery tylko tam, gdzie to naprawdę konieczne, wspaniały wrzask, a w tle gęsto i brudno. Rozmawiałem z kilkoma maniakami takiej muzy i okazało się, że nie tylko mnie twórczość Pharmakon kojarzy się z BDSM w warstwie dźwiękowo-nastrojowej :)

A w „mojej” crust/grind-piaskownicy mielę ostatnio kilka ciekawych hord, które może nie nowe, ale doskonale działają na uszy spragnione wyjebów w dobrym wydaniu.

Pierwszą z nich jest polski Norylsk. Koincydencja: Norylsk (w oryginale:  Норильск), to jedno z moich ulubionych miast rosyjskich i myślę, że taka nazwa na kapelę grindcore’ową jest po prostu rewelacyjna. Biorąc pod uwagę samo położenie Norylska i jego klimat (dosłownie i w przenośni) – ekstrem! Wszystko pasuje!

Norylsk, to technicznie świetnie zagrany grindcore z social-politik tekstami. Muzycznie nie ma się do czego przyczepić – grind as fuck! Mnie osobiście drażnią wokalowe wstawki a’la Dead Infection (bo tego typu kapele, to jednak nie moja bajka), ale wszystko inne – rzeźnia! Doskonały grind-wypierdol made in Poland! Polecam!

Innym ciekawym rzygiem jest rosyjski Minaret. Ostatnie lata na DIY scenie HC/punk, to wysyp wielu kapel, które zwyczajowo wrzuca się do wora z napisem: neocrust. Mnie ta etykietka strasznie wkurwia (nie od dziś zresztą…), ale naprawdę dużo kapel grających wrzask tego typu daje radę i jest po prostu rewelacyjna! Dla mnie Minaret, to świetnie zagrane (i nagrane) screamo, które pozostaje na długo w głowie. Mam wrażenie, że momentami jest to hałas podobny do białoruskiej kapeli Киста, jednak bardziej agresywny, mniej hardcore’owy, bardziej blackened crust/emo violence. Technicznie świetnie zgrane, wokal po prostu wyjebany!!! Jak dla mnie – delicje!!! Link do ostatniej płyty: Криминальная Россия (Bandycka Rosja) → tutaj.

Kolejna super banda z Rosji – Moro Moro Land. Miałem okazję poznać chłopaków osobiście na jednym z gigów i oprócz tego, że grają rewelacyjny blackened crust / screamo, są naprawdę sympatycznymi, młodymi kolesiami, poważnie podchodzącymi do tego, co grają.

Kiedy słucha się ich muzy, od razu czuje się zaangażowanie i to, że tworząc swoje kawałki, kolesie wkładają w to wiele pracy i emocji. Są cholernie szczerzy. Szczególnie słychać i widać to na koncertach. Zapewne nie raz zawitają gdzieś w nasze okolice (sam widziałem ich w Czechach). Poza tym chciałbym zrobić im mini-trasę po Polsce.

I jeszcze jedno – Nirvana, to nie moja para kaloszy – mówiąc najłagodniej. Ale poniższy cover Something in the way, to po prostu mistrzostwo świata i …  sami posłuchajcie!

* * *

Gdzieś tam z tyłu przepoconego mózgu mam kilka innych tematów, ale dziś nie chce mi się już ich tutaj wydalać… O książkach będzie następnym razem, o polityce w krzywym kraju nad Wisłą również. Na koniec pełne zanurzenie z Periskop.

Periskop, to projekt dark ambient/sea ambient. Każda z kompozycji, to kolejny kawałek zimnej morskiej przestrzeni; wydawać by się mogło, że przy tych zjebanych upałach, to jakaś ulga: zanurzyć się w morzu. Nic podobnego :) Tutaj zanurzenia są na tyle głębokie, że nie ma mowy o uldze. Włączcie wyobraźnię i sami sprawdźcie!

* * *

Gdy pracuję nocą, czasem kopnie mnie szczęście i niebo podaruje małe kłębowisko chmur nad ranem… Powietrze śmierdzi cudownie ozonem i burza powoli sunie w moją stronę. Wtedy choć na moment jest znośnie. Chcę kilka miesięcy chłodu w monochromie… Bez kolorów, bez słońca, bez cielska upału…

* * *

Jak widać, tutaj rzadko się udzielam. Zwyczajowo siedzę w ruskim necie, ale jeśli coś ciekawego, albo prozaicznego znajdę, wrzucam linki na Quittera, względnie jakieś swoje pojebane reflexy na 160 znaków… Obrazkowo, politycznie, estetycznie itp. jestem na Diasporze*.

666

Reklamy

Agnosy | Reido

Dziś dwa miłe dla [d]ucha wyjeby – nic przesadnie nowego, ale jak najbardziej warte posłuchania!

Agnosy – Past the point of no return

agnosy

Rewelacyjna płyta!!! Można było jednak być pewnym, że Agnosy nie zawiedzie, albowiem w składzie tej kapeli grają ludzie z Health Hazard, czy Doom, zatem wszelkie rekomendacje dla lubiących crustowe wymioty, są zbędne.

Ciężki, mocarny metal/crust walec ze świetnymi gitarami i punkowym brudem! Doskonale zagrany kawałek brytyjskiego hałasu po linii Amebix, Extinction of Mankind. Nie warto jednak brnąć w porównania, bo Agnosy samo w sobie jest mega-dobrym kawałem crusta – „polecam!”, to za mało powiedziane!

Reido – -11

reido

Reido, to skład z Białorusi, który wgniata w ziemię świetną płytą: -11. Ciężki, monumentalny sludge, w którym nie brakuje nic z mocy tego depresyjnego gatunku muzy. Na pierwszy rzut ucha Reido kojarzy się z mixem starego Godflesh’a i Counterblast… ale to tylko pozory.  -11, to oryginalna (jak dla mnie) i przemyślana płyta, w której nie ma krzty nadziei, której dźwięki wysysają ostatnie krople energii. Potężny wokal dopełnia dzieła. Osiem kawałków sludge’owej miazgi – obowiązkowe dla wszystkich entuzjastów takiego grania!

Distress (Россия) – gig w Pradze

Nagäf – absolutne odkrycie z Kolumbii

Jeb! Ta kapela mnie rozpierdoliła, zmieliła, wyrzyagała i wysrała!!!

W Kolumbii gra się wyjebany blackened crust as fuck! Nagäf jest bezkonkurencyjny w tej kwestii! Kapela dla wszystkich, którzy lubią Ictus i podobne wrzaski. Tragedy może się uczyć…

Nagäf, to melancholia i wyjeb. Monumentalny, smutny walec + blackened crustpunk/metal, który zakopie cię za życia… Nagäf, to anarchiści.

666% DIY – download tutaj

Skitsystem ··· Skrivet I Blod, Ristat I Sten (Napisane Krwią, Wyrzeźbione w Kamieniu)

Prozaiczny, fizyczny wypierdol po 12-godzinnej orgii z azotem, tlenem, helem i bryzgającymi laserowymi iskrami… Porter z Okocimia i szwedzki brud…

Zgromadziłem sobie w ostatnim czasie kilka newralgicznych tematów kulturowo-biznesowo-egzystencjalnych, albowiem stwierdziłem, że po lekturze polskich tygodników (jakimś przewrotnym sposobem, czeskie i rosyjskie mary medialne są dla mnie bardziej przyswajalne w warstwie informacyjnej), warto byłoby zrobić coś w stylu subiektywnego przeglądu rzeczy ważnych, co niniejszym zostawiam sobie na jutro, albowiem jutro nastąpi czas 4-dniowego wyzwolenia się spod kieratu pracy najemnej…

P.S.: Zdrowy człowiek bez astmy potrafi zaciągnąć się helem (siarczyście, że tak powiem) cztery razy, wydobywając z siebie zmodulowane dźwięki przy pomocy strun głosowych. Człowiek z astmą potrafi zrobić to tylko dwa razy. W obu przypadkach skutkami ubocznymi są chwilowe trudności w oddychaniu oraz zatracenie równowagi i nieprawidłowa praca błędnika. Potwierdzone praktycznie z użyciem helu przemysłowego. (EDIT: hel – podobnie jak wszelkie inne gazy używane w laserach – mają najwyższą klasę czystości, sięgającą 99,0001%)

Omnia hora mortis finiuntur

Obejrzałbym dziś Antychrysta. Po raz n-ty. Albo Drzwi obok. Czasem dopada mnie chęć na te patologiczne obrazy, na skrzywiony ludzki ochłap, na to, co najbardziej chore w gatunku zwanym homo sapiens… Lubię obserwować ludzi w sytuacjach, gdy zachowują się jak muchy zamknięte w słoiku, gdy miotają się histerycznie tylko po to, by opaść z sił po jakimś czasie, by popaść w letarg zwiastujący koniec. Skrajne emocje, to krzywe zwierciadło, ale – podobnie jak Bernhard – uważam, że pewne rzeczy należy przerysować i wyolbrzymić, by wydobyć z nich najbardziej esencjonalny syf.

Powracam w myślach do Śmierci na kredyt, Celine’a. Czytałem tę książkę zimą na squacie, pod śpiworami, przy świeczkach. Żadna inna francuska książka nie pierdolnęła mną o glebę jak ta właśnie. Do dziś czuję smród uliczek uwalonych moczem, krwią, zawieszonych w przestrzeni pełnej mgły. Profanum, to sfera gdzie nie spotkasz Paulo Coleho i Janusza Wiśniewskiego. Żadnych nędznych pisarczyków, żadnych ckliwych obrazków i pastelowego gówna.  Czasami mam wrażenie, że w jakiś sposób celebruję ohydę (a przynajmniej to, co w powszechnej percepcji nią jest) i rozkład. Gdybym miał wydziarać sobie gardło – miejsce dosyć znamienne, nie z uwagi na widoczność – zapewne byłaby to sentencja: Omnia hora mortis finiuntur – wszystko kończy się wraz ze śmiercią.

Apokaliptyczne wizje końca nie robią na mnie wrażenia. Patrzę na śmierć zawsze z perspektywy życia, a finalnie interesuje mnie moment śmierci, nie jej – jakże łatwy do przewidzenia – efekt. Kiedyś moja przyjaciółka Olga zauważyła, że w chwilach, gdy ocieram się o coś na kształt szczęścia, chętnie podejmuję temat śmierci, jakby była to moja psychologiczna reakcja na coś miłego. Ale tak nie jest. Rozgraniczam te dwie płaszczyzny i nie definiuję jednej drugą. Olga zapewne się myliła, bo akurat tej nocy piliśmy wódkę, a ja wsłuchiwałem się w odgłosy moskiewskiej nocy za jej oknem :)

Martyrdöd – Utanförskapet