pix|terror

Przeprowadzek ciąg dalszy… To chyba ostatnie z moich netowych miejsc, które chciałem opuścić – mowa o Flickr. Wszystkie moje graficzne shity przeniosłem tutaj

.

Reklamy

Min skatt…

mój flickr
Uwielbiam niepokój tkwiący w dźwięku transformatorów, szczególnie nocą, gdy dym papierosowy ucieka mi w stronę szumiącej samochodami ulicy. Dźwięk elektrycznych ładunków wprawia moje flaki w drżenie, a jego jednostajność sprawia, że wrażenie złowrogiego mruczenia roznosi się echem w całym moim łbie.
Ostatnie dni przyniosły mi spory zstrzyk… hmm… nie chcę tego nazywać. Nie muszę. Nie tutaj. Czuję się kurewsko dobrze – nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem się właśnie tak jak teraz.
Staram się nie prowadzić przesadnie żywiołowych batalii z czasem, choć strasznie często biegunowość mojej percepcji tej oślizłej świni doprowadza mnie do szału. Czekam na moment kiedy będę mógł spojrzeć za siebie i powiedzieć, że coś nareszcie nabiera kształtu. Dokładnie takiego jaki chcę. Do jakiego tęsknię.
Nienawidzę tylko rosyjskiej biurokracji…

Ты должен обхитрить время…

Okazuje się, że w ciasnej czasoprzestrzennej pętli, zawroty głowy stają się czymś (nomen omen) przywiązanym do rzeczywistości jak dzień i noc. U mnie dobowy wycinek codzienności nie ma jakiegokolwiek znaczenia, pokrętny „porządek dnia” jest czymś z gruntu obcym, trudnym do przyswojenia nie tylko ze względu na bezsenność. Wydaje mi się, że moja batalia z czasem toczy się na biegunie, gdzie nachylenie osi ziemskiej gratisowo dorzuca długą, klaustrofobiczną noc polarną; dzień staje się wtedy najbardziej przeklętym bądź wyczekiwanym elementem zapychającym dziury w głowie.
Dążenie do równowagi – jakże dziwnie brzmi ten fetysz współczesności (pojmowany na miliony sposobów, zawsze z tą samą pluszową wyściółką ezoterycznych zachwytów nad „nieodgadnionym”). Równowaga, to bajka poza moim zasięgiem, mgliste „coś” z eterycznym desygnatem, jak wodne zwidy na pustyni, jak prześciganie własnych myśli i torowanie im drogi w pełnych gówna koleinach…
W przeszłości jeszcze potrafiłem nadawać bieg zdarzeniom w moim życiu przy użyciu instrumentów, które umożliwiały mi balansowanie na śliskiej linie; ot atrapa równowagi jakoś działała, chwiejność mojego dążenia ku końcowi (bo tym, i tylko tym jest życie jako takie) nie zamieniała się w świst updadków większych, niż może znieść głowa rozjebana do cna „złym zorganizowaniem sobie siebie”. Teraz czuję jakby atomy i cząsteczki zastrajkowały i w ramach protestu przestały się poruszać – czym jest bezruch w tym gównianym mikro-kosmosie, jakim jest jednostkowe życie?
To, czego chcę znajduje się 2200 uderzeń łbem w mur ode mnie. To czego chcę jest czymś pozbawionym pewności, że to naprawdę to. Nie dlatego, że się waham, ale dlatego iż mikro-świat z jakim chciałbym się zetknąć, to kompletnie inna orbita, inne noce polarne, inne połączenia nerwowe przybite gwoździami do innych powierzchni. To wreszcie lata świetlne w sosie czarnej materii. Nie wystarczy wsiąść do śmierdzącego potem przedziału w pociągu sunącym nieustępliwie w linii prostej. Nie wystarczy „zaplanować sobie ruchu” pomiędzy sobą samym, a czymś zwanym  celem, po czym już na miejscu nerwowo przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu patentu na przetrwanie.
Tęsknię do chaosu. Nie mam sił na jakiekolwiek porządkowanie, na kawałek choćby uczesanego trawnika przed moją ruderą zwaną codziennością. Nie wiem, czy to dobrze, że nie piję tyle co kiedyś. Wkurwia mnie zadawanie sobie samemu tych idiotycznych pytań. Ktoś ważny dla mnie powiedział mi niedawno: Ты должен обхитрить время – обгони себя и никогда больше не смотри в прошлое. Niczego bardziej nie pragnę w tym momencie…

Trochę nowych shitów…

Kilka nowych grafik i takich tam… → mój flickr

/home/lukaso/obrazy/grafiki/skull.jpg