Kategorie
→ film

Já, Olga Hepnarová (reż. Petr Kazda, Tomáš Weinreb) 2016 – czeski Bernhard

Zabawne, jak postmoczarowski nacjonalizm (taaak, w 2018 mamy jeszcze do czynienia z podobnymi ścierwojadami, niestety) pomógł mi w odkryciu fenomenalnej polskiej aktorki w fenomenalnym czeskim filmie!
Autorytarno-nacjonalistyczną gwiazdeczką youtube’a jest niejaki Wojciech Olszański vel Aleksander Jabłonowski; jak mawiają popaprańcy z Młodzieży Wszechpolskiej, „kawalerzysta na rowerze”, mundurowy przebieraniec, twórca Polskiego Frontu Narodowego (kurwa, ile to całe prawicowe neonaziolstwo miało tych frontów, zliczyć nie sposób…), proputinowski pojeb wydzierający mordę przed kamerą. Tyle o skrzywionym intelektualnie fanatyku.
Wgniotło mnie w ziemię, gdy dowiedziałem się, że jest on ojcem niejakiej Michaliny Olszańskiej, młodej, cholernie zdolnej i pięknej aktorki, która zagrała główną rolę w rewelacyjnym czeskim filmie biograficznym: Já, Olga Hepnarová. Cóż, starych się nie wybiera. Ojciec nadający się do Tworek, córka natomiast – ogromny talent akorski, wyrazista gra, nieszablonowe podejście do roli/ról i po prostu niepowtarzalna, zjawiskowa uroda! Dawno temu zachwycałem się teatralnymi i filmowymi rolami Romy Gąsiorowskiej, którą po prostu uwielbiałem. Teraz jestem gotów podobnie zachwycać się talentem Michaliny Olszańskiej!

Olga Hepnarová istniała naprawdę. Mieszkała w Pradze. Przeciskała się z bólem z jednego dnia w drugi, obca w obcym świecie, w kolczastej rzeczywistości sama stała się oschła i niedostępna. Chora? Nazbyt wrażliwa? Naiwna? Okrutna?
W 1973 roku Hepnarová jadąc ciężarówką, zjechała na chodnik i na przystanku tramwajowym zabiła osiem osób, raniąc wielu innych. Jako ostatnia kobieta w Czechosłowacji została skazana na śmierć. Wyrok wykonano.

Olga, to mizantropka czystej wody. Świadoma swojej mizantropii, mniej lub bardziej świadomie pielęgnująca ową przemożną niechęć do ludzi. Kompletnie niedopasowana do społecznej układanki, funkcjonująca na marginesie komunistycznego marazmu lat 70-tych ubiegłego wieku. Kilkanaście pierwszych scen i moje pierwsze odczucia od razu kierują się w stronę mistrza rozpadu: Tomasa Bernharda; Hepnarová mogłaby być modelową bohaterką którejś z książek, czy sztuk Bernharda! To skojarzenie nie daje mi spokoju do końca filmu – głównie za sprawą rewelacyjnej gry Michaliny Olszańskiej.
Hepnarová pochodzi z „dobrej rodziny”, nie ma przyjaciół, nie poddaje się zuniformizowanej rzeczywistości komunistycznego państwa, w potocznym ujęciu nie jest kobieca i nie potrafi przyciągnąć do siebie innych; nawet gdy odkrywa, że jest lesbijką, nie potrafi stworzyć spójnej relacji z innymi dziewczynami. Podejmuje się brudnych, uważanych za męskie zajęć (np. praca w składzie opon samochodowych), zostaje kierowcą ciężarówki. Jest brudna i śmierdzi olejem, nie integruje się z kolektywem, zbyt dużo pije i pali. Zalicza ośrodek zamknięty. Wyprowadza się z domu, zamieszkując na daczy, bez prądu i wody.

Rozpad osobowości Olgi został perfekcyjnie ujęty przez reżyserów. Czarno-biała konwencja filmu i jego swoisty minimalizm uwypukla każdą jedną „wadę”, każdą zadrę w życiu dziewczyny, która wybrała samotność i dezintegrację. Depresyjne stany z dnia na dzień pochłaniają Hepnarovą coraz bardziej.
W jej monologach ukryta jest głęboka wściekłość, chęć zemsty na ludziach „z zewnątrz” – za ich znieczulicę, bierność i umiłowanie owej indolencji. Kluczowa scena, gdy Olga Hepnarová tłumaczy przed sądem, dlaczego zabiła na przystanku tramwajowym niewinnych ludzi, robi kolosalne wrażenie! W czeskim oryginale scena ta wręcz miażdży (oglądałem film po czesku, bez polskich napisów)!

Sama historia, jak i konwencja filmu sprawiają, że ciężar gry bez wątpienia spoczywa na barkach głównej bohaterki; przekonujące zagranie neurotycznej samotniczki, która zamiast samobójstwa wybiera na zimno przemyślane zabójstwo niewinnych, przypadkowych ludzi, nie jest rzeczą prostą. Jest to olbrzymia praca i tutaj Michalina Olszańska była po prostu bezkonkurencyjna!

Film absolutnie obowiązkowy! Bardzo refleksyjna historia bez happy endu, gęsta i pełna zgorzknienia. Czeskie kino ma w tej materii sporo do powiedzenia (przykład pierwszy z brzegu, to rewelacyjny film: Powrót idioty) – nie inaczej jest i w tym przypadku, mimo że jest to koprodukcja polsko-czesko-słowacka (ciekawostka: na Filmwebie wyczytałem, że film był kręcony w Nowej Rudzie, Kłodzku i Wrocławiu).
W 2016 roku Michalina Olszańska otrzymała Czeskiego Lwa za główną rolę kobiecą w filmie Já, Olga Hepnarová.

Kategorie
→ książki

Mikołaj Mirowski – Rewolucja permanentna Lwa Trockiego. Między teorią a praktyką

p975Książka do bólu naukowo-badawcza; Autor niewolniczo niemal trzyma się tytułu (oraz tytułów poszczególnych rozdziałów) i nie zbacza z obranej drogi nawet na krok (chciałoby się rzec – jak wzorowy członek IV Międzynarodówki). Książka opisuje zjawisko rewolucji permanentnej jako naczelnej kategorii filozofii Trockiego i jej praktycznych „odprysków” w politycznej działalności Trockiego i trockistów.

Język analityczno-badawczy, naukowa systematyka podejmowania kolejnych kwestii, żadnych fajerwerków, żadnych ciekawostek historycznych – tylko suche fakty z pism Trockiego i analiza jego myśli we wspomnianym „rzeczywistym odprysku”.
Pozycja ewidentnie dla zainteresowanych myślą lewicową przełomu XIX i XX wieku oraz dla trockistów-onanistów, którzy uwielbiają polemizować nad dwoma akapitami cytatów swojego mistrza, by zaraz potem stworzyć trzy wzejemnie zwalczające się rewolucyjno-robotnicze-komórki-czwartej-międzynarodówki.

Pestka po zgniłej wisience na torcie: książka zaopatrzona jest we Wstęp niejakiego Adama Michnika, co nie ma najmniejszego znaczenia, podobnie jak jego zakalcowate słów kilka o Trockim napisane na-odpierdol-się (to chyba znak firmowy wszystkich Wstępów popełnianych przez Michnika); że ten człowiek w ogóle cokolwiek jeszcze pisze… Uff…

 

Kategorie
→ książki

Padraic Kenney – Budowanie Polski Ludowej. Robotnicy a komuniści 1945-1950

 

Książka ta zapewne umknęłaby mi w morzu wydawniczych nowości, gdyby nie radiowa audycja na jej temat. Po wysłuchaniu opinii, postanowiłem ją kupić. Przyznam, że zaciekawiła mnie symptomatyczna dychotomia zawarta w podtytule: „robotnicy i komuniści”; pomyślałem, że Autor potraktował temat solidnie, jeśli – słusznie skądinąd – oddzielił dwa byty: klasę robotniczą (mającą przed wojną bogate tradycje strajkowe i spory instynkt samoorganizacji – [o czym później]) od „komunistów” – decydenckiej grupy „spadochroniarzy” ze stalinowskiej Moskwy pełniącej w istocie rolę posłanników okupanta, jakim faktycznie był ZSRS.
Nie mniej interesujący wydał mi się okres, na jakim skupił się Autor, a więc lata 1945-1950: czas, gdy reżim komunistyczny nie tylko zakorzeniał się strukturalnie na ziemiach polskich (łącznie z ziemiami odzyskanymi, potraktowanymi dość obszernie w w/w książce), ale i  rozkręcał swoją machinę opresji – głównie przeciwko klasie robotniczej właśnie.

Padraic Kenney opisuje relacje: robotnicy vs komuniści, ale z założenia robi to wybiórczo. Pomimo tego jego książka wydaje się jedną z pierwszych w tym zakresie na oficjalnym rynku wydawniczym (nie licząc drugoobiegowych i niszowych publikacji lewicowych i anarchistycznych po 1989 roku).
Dlaczego wybiórczo? Autor postanowił na ową relację spojrzeć przez pryzmat dwóch bardzo istotnych miast w historii powojennej Polski: Łodzi i Wrocławia. Wybór tych miast nie jest przypadkowy. Łódź, jako potężny ośrodek przemysłowy (w czasach zaborów jak i  po odzyskaniu niepodległości, aż do czasów powojennych) ze świadomą swoich praw klasą robotniczą i tradycją strajkową, jest wyborem oczywistym (tym bardziej że po wojnie Warszawa leżała w gruzach, a komunistyczny aparat i administracja przeniosły się właśnie do Łodzi). Wrocław natomiast – wielkie miasto odzyskane na ziemiach często nazywanych polskim Dzikim Zachodem, dla komunistów przestrzeń do zaanektowania przede wszystkim propagandowo i organizacyjnie, ale i przemysłowo.
W obu tych miastach relacje robotników z aparatem komunistycznym były diametralnie różne i to właśnie decydyje o wyjątkowości książki Kenny’ego.

Autor, sięgając do polskich archiwów w Łodzi, opisuje bardzo rozwiniętą świadomość klasową robotników przemysłu tekstylnego w 1945 roku i w latach kolejnych. Nic dziwnego. Łódź pod tym względem zawsze wyróżniała się na tle innych polskich miast, posiadając bogatą i długą tradycję ruchu robotniczego. Oczywiście miasto nie zawdzięcza tego ani KPP, ani prostalinowskim strukturom politycznym; w Łodzi „rządzi” PPS i syndykaliści, co jest solą w oku komuchów, którzy zaczynają dopiero wnikać w środowiska robotnicze. Padraic Kenney szczegółowo opisuje akcje strajkowe łódzkich robotników, którzy dosyć szybko zdali sobie sprawę, że KPP nie jest żadnym emisariuszem sprawy robotniczej, a kolejną machiną opresji żerującą na ich ciężkiej pracy. Bardzo istotną kwestią jest permanentne dążenie do osłabienia tradycji (anarcho)syndykalistycznej w fabrykach; autentyczna samoorganizacja w łódzkich fabrykach po wojnie była modelowo realizowana właśnie na gruncie anarchosyndykalizmu, kiedy to robotnicy po wojnie sami wracali do fabryk, w których pracowali, przejmowali je, dokonywali niezbędnych napraw i sami ruszali z produkcją, szukając na własną rękę kooperacji – bez państwa, aparatu partyjnego i bezpieczniackiego.
Komuniści robili wszystko, by „złapać za ryj” krąbrne i skore do buntów pracownice przemysłu włókienniczego i przede wszystkim opanować newralgiczne dla siebie punkty: rady zakładowe i związki zawodowe.

Wrocław natomiast jest przykładem diametralnie innej organizacji powojennej klasy robotniczej. Miasto wyrwane spod wpływu Niemiec, zniszczone z leżącym na łopatkach przemysłem (nigdy nie rozwiniętym tak jak na Śląsku, czy w Łodzi właśnie), z olbrzymią ilością ludności napływowej (głównie ze wsi i z całej Polski, gdzie ziemie odzyskane były traktowane jak „eldorado” i obietnica lepszego startu po zawierusze wojennej). Tutaj KPP mierzy się głównie z szabrownictwem, analfabetyzmem wśród robotników, uruchamianiem starych zakładów i tworzeniem nowej industrialnej tkanki miasta. Wrocław nie posiada jednolitego środowiska robotniczego, a sami robotnicy często porzucają pracę i szukają nowych możliwości zarobkowych w zdewastowanym mieście. Te i inne czynniki sprawiają, że we Wrocławiu strajk jest rzadkością, a eskalacja opresji ze strony struktur bezpieczeństwa – większa.

W oparciu o te dwa miasta, Padraic Kenney analizuje kilka ważnych aspektów tytułowej relacji: robotnicy-komuniści. Po pierwsze szeroko (zwłaszcza w przypadku Łodzi) opisuje on rewolucję w samych fabrykach i sukcesywne wyjaławianie środowiska robotniczego na rzecz totalnej nad nim kontroli. Po drugie opisuje zmiany w samej KPP i jej zaciekłą walkę o wpływy z o wiele bardziej doświadczoną (i cieszącą się większym zaufaniem wśród robotników) PPS – aż do chwili spacyfikowania i wchłonięcia tej ostatniej („zjednoczenie” i powstanie PZPR). Po trzecie Kenney skupia się na takich kwestiach jak powojenna retoryka klasowa, współzawodnictwo pracy (jako kolejne narzędzie podporządkowania sobie klasy robotniczej), robotnicza i socjalno-bytowa świadomość pracujących kobiet (szczególnie interesujący i wcześniej nie podejmowany temat w publikacjach historycznych tego typu!) i rozziew pomiędzy tradycją przedwojennego pokolenia robotników, a młodym, w większości napływowym elementem „nowej klasy robotniczej”.

Budowanie Polski Ludowej jest publikacją wyjątkową, ale i problematyczną. Autor niestety uległ dziwnej tendencji do „łagodzenia” obrazu nowej władzy w 1945 roku. Dlaczego? Ano bagatelizuje on aktywność służby bezpieczeństwa bezpośrednio po przejęciu władzy przez KPP – zarówno w społeczeństwie jak i w fabrykach. Na próżno szukać w książce aktywności ubecji i jej brutalnych metod działania już na starcie „ludowej ojczyzny”. Jakkolwiek słusznie Padraic Kenney zauważa, iż stalinowskie represje nie zaczęły się przecież w 1945, „spychając” niejako epicentrum stalinizmu poza ramy 1945-1950, skrzętnie pomija on wszelkie zwiastuny owego zamordyzmu (którego zapowiedzi były przecież immanentnie wplecione w system decyzyjny partii, a sam Autor podaje szereg przykładów tegoż), zaledwie dwa, trzy razy przebąkując gdzieś na marginesie, że nie neguje on zasadniczo faktu, że to, co działo się przed rokiem 1950 było jasnym preludium do stalinizmu w wersji hard w latach późniejszych.
Książka w ogóle jest niezwykle „łagodną” publikacją; Autor nie jest Polakiem (co w przypadku historyka jest tylko in plus w interesującym nas dyskursie) więc nie znajdziemy w tej książce typowo polskich: wichury antysowieckiej, czy mydlin quasi-lewicowych obrońców spod znaku: owszem, były zbrodnie i represje, ale przecież odbudowano Polskę! Mimo tego, podczas lektury daje się odczuć lekki powiew michnikowszczyzny i tego typowego relatywizowania a’la Gazeta Wybiórcza, nawet jeśli owym relatywizowaniem jest po prostu niepisanie o pewnych faktach.

Podsumowując… Budowanie Polski Ludowej, to pozycja godna uwagi, albowiem jest świetnie udokumentowaną publikacją historyczną, gdzie mamy możliwość zapoznania się z jednostkowymi i grupowymi portretami robotników bezpośrednio po wojnie. Podczas lektury obserwujemy sukcesywne tłumienie wszelkich buntowniczych odruchów klasy robotniczej przez aparat partyjny, który za wszelką cenę pragnie przejąć kontrolę nad wszystkim, co daje robotnikom możność owocnej walki o swoje prawa i lepsze położenie socjalno-bytowe. Ponadto w książce znajdziemy bogato udokumentowaną walkę KPP vs PPS w latach powojennych, aż do czasu spacyfikowania i wchłonięcia PPS.
Można tylko żałować, że Autor nie podjął się poszerzenia obszaru badawczego o Śląsk – mielibyśmy wtedy dzieło naprawdę monumentalne! No i oczywiście drażni nieco owa łagodność ocen w stosunku do pierwszych lat działania aparatu komunistycznego w Polsce. Jedna, czy dwie ciche deklaracje Kenny’ego, że nie neguje on opresyjności tego systemu, to nie tylko stanowczo za mało – to poważna luka w tej pracy historycznej w kontekście samych faktów.

Kategorie
→ książki

„Resortowe dzieci. Służby”

Upał za oknem nareszcie zelżał… Po kilkunastu godzinach w temperaturze 30+ (zarówno w laserowym shicie jak i na zewnątrz), pokryta szronem flaszka samogonu wyjęta z zamrażarki wygląda mega-kojąco! W tle na zmianę kanadyjski Legion666, Humanicide i Krigshot i czeska Anaalia… Blackened crust/gore/grind rzeźnia i lekki powiew powietrza – recenzja wieczorową porą…

Resortowe dzieci. Służby… Cegła. Żółta cegła. Blisko tysiąc stron kolejnego (drugiego już – po Mediach)  tomu z serii Resortowe dzieci, popełnionego przez trio: Targalski – Kania – Marosz. Postanowiłem kupić kolejną część odysei prawicowych węszycieli komuszych złogów w III RP, albowiem pierwsza część w dosyć przystępny politycznie sposób ukazała, iżi rodzinne oraz okołorodzinne koneksje rodem z komunistycznego reżimu nie tylko pomagają w karierze zawodowej, ale i utrwalają to, o co tak usilnie walczyła michnikowszczyzna – postkomunistyczny consensus i patologiczne status quo w dyskursie społeczno-politycznym. Co prawda obecnie (ściślej – po wyborach prezydenckich i po relatywnym sukcesie Kukiza) Wybiórcza i przyjaciele w lekkim zamotaniu pierdolą tak krzywe bzdury, że pękać ze śmiechu można każdego dnia (znowu – polecam poranki w radiu TOK FM, TVN24, Politykę… długo nie da się tego łykać, ale… warto spróbować) niemniej właśnie w podobnych sytuacjach doskonale widoczna jest mentalność tego środowiska.

Tom poświęcony służbom specjalnym konstrukcyjnie jest bliźniaczo podobny do tego nt ludzi mediów. Czyli mamy sylwetkę człowieka w kontekście współczesnych wydarzeń społeczno-politycznych, po czym Autorzy sięgają do dokumentów i faktów z przeszłości, ukazujących komunistyczny rodowód delikwenta /-tki. W 99% przypadków mamy do czynienia z rodzinną „tradycją” umacniania ludowej ojczyzny w strukturach MBP, MON, WSW, UB i SB. Ten sam schemat powtarzany jest w przypadku męża / żony bohatera danego rozdziału, względnie w stosunku do dzieci, które dzięki wtykom starych, panoszą się obecnie w biznesie, czy – po linii rodzinnej – w służbach.

Po 1989 i później, po stworzeniu w „wolnej i demokratycznej” RP struktur WSI, UOP-u (a potem ABW i AW), spora część komuchów wysługujących się sowieckiej machinie – po „pozytywnej weryfikacji” – przeszła automatycznie na etaty w służbach „niepodległej” Polski. Maleńki wycinek tychże mamy na okładce książki: ryje doskonale znane z medialnych ruchawek w jedynie słusznych gazetach i telewizjach. Profesjonaliści, fachowcy, legendy – różnie się ich określa… Wszyscy bez wyjątku z komuszym rodowodem, z ojcami i dziadkami w służbie jednego z najkrwawszych reżimów…
Grubo przed Okrągłym Stołem, ekipa Jaruzela (m.in. na czele z Cioskiem i Rakowskim) tworzyła nie tylko scenariusze podzielenia się władzą z „konstruktywną opozycją” (jak nazywano kolesi z otoczenia Kuronia, Mazowieckiego, Geremka i Michnika), ale i próbowała – przewidując rozjeb tego kalekiego systemu – dostosować operacyjną strategię służb do nowych (w domyśle – zbliżających się) warunków ekonomicznych. Przy aprobacie Kiszczaka i innych czołowych zbrodniarzy, oficjalnie i na niejawnych etatach, agenci komunistycznych służb specjalnych (oraz bohaterowie Resortowych dzieci) zaczęli tworzyć spółki polonijne, mniej lub bardziej fikcyjne biznesy, gdzie pod przykryciem inwigilowano politycznie niewygodnych partnerów, albo gdzie (po prostu) wyprowadzało się kasę „socjalistycznej ojczyzny” na prywatne konta.
Ciekawym wątkiem tej książki jest Komorowski, prezydent ex, człek zżyty z kumplami z WSI  na zabój. Warto zapoznać się ze szczegółowymi (naprawdę szczegółowymi!) informacjami na temat tego gościa i jego rzekomej transparentności w życiu publicznym / opozycyjnym.
Powtórzę to, co napisałem przy okazji recenzji Resortowych dzieci nt mediów: cały ten Frondowski projekt wydawniczy uznałbym za kolejne popłuczyny prawicowych frustratów (tym bardziej, że Targalski – współautor serii – nie jest jakimś diamentem błyszczącym, o czym przekona się każdy, kto – idąc metodą Autorów – pogrzebie w jego życiorysie), gdyby nie fakt, że jednak cykl ten jest naprawdę rzetelny pod względem faktograficznym. Naprawdę. Można stroić kwaśne miny i krzywić ryje, jak czynią to Blumsztajn, Paradowska, Wielowieyska, Lis, oraz kilku bohaterów „żółtej cegły” (oni krzywią ryje z… kamienną twarzą, jak na samca-agenta przystało) – nie zmieni to jednak faktu, że rodzinne koneksje i tradycje, czasem świadomie podtrzymywane w kolejnym pokoleniu, czasem siedzące za skórą, wyłażą w tzw. „wolnej” Polsce. Ludzie Kiszczaka nie spalili wszystkich akt; mania inwigilacji, żądza prześladowań była tak ogromna, że papier – który, jak wiadomo, przyjmie wszystko – nie kłamie. Są dokumenty, wnioski o przyjęcie do służby, wiernopoddańcze onanizmy ku chwale PRL i ZSRR. Są podpisy, fakty.
Nienawidzę apelować do kogokolwiek, zwłaszcza, gdy idzie o historyczny syf za paznokciami „wolnej Polski”, ale tutaj chciałbym zasugerować entuzjastom obecnego porządku, aby skusili się i przeczytali tą cegłę. Czyta się długo i nuda wkrada się w sam proces zaznajamiania się z treścią (co jednak wychodzi na dobre, albowiem poznajemy krok po kroku, wraz z dokumentami i niepodważalnymi faktami, o co kaman), ale lektura włazi „w krew”.

Wiem, brzmi to cholernie dziwnie z ust anarchisty; po prostu ubolewam nad faktem, że środowisko wolnościowe (względnie radykalna, wolnościowa, nieautorytarna lewica [hehehhe, dygresja: brzmi to zabawnie w czasach, gdy nawet popaprańcy z Sejmu, w stylu Rozenka czy „ultra-lewicowej” Nowickiej, to lewacy]) nie potrafi wyjść na zewnątrz ze swoją (jeszcze bardziej radykalną) krytyką III RP, jako struktury quasi-wolnej. Co bardziej nierozgarnięty i tępawy również mnie nazwie lewakiem, co zrobić… :)

Kwas, porażka i skandal w związku z „żółtą cegłą”!

Fronda, super-katolski głos w nielicznych domach i głowach, niszowe wydawnictwo z bajdurzeniami o duchu świętym, miłosierdziu i tym podobnym idiotyzmom, dała dupy! Otóż wydała 920 stron w sposób mega-skandaliczny! Oglądałem na youtube kilka spotkań autorskich, gdzie wydawca z Frondy onanizował się wzrostem sprzedaży (między słowami?), całe prawicowe towarzystwo klaskało, a nikt z sekty nie zwrócił uwagi na to, że… w XXI wieku nie klei się takiej ilości stron!
Płacisz za książkę, otwierasz ją, czytasz… Dochodzisz do strony 390. albo 510. i to wszystko się rozkleja!
Ja naprawdę pamiętam pismo Fronda, pamiętam Lewą Nogą i pamiętam Mać Pariadkę w małym formacie… Po prostu pamiętam te czasy! Panowie z Frondy!!! Czas przeznaczyć zysk z serii Resortowe dzieci na to, by książka nie rozpadała się w czasie czytania!
Ja oddam swój egzemplarz Resortowych dzieci. Media, za darmo komukolwiek, kto zamieni się ze mną za jakąś ciekawą historyczną książkę (względnie literatura faktu).  Albo oddam komuś, kto naprawdę chciałby przeczytać, a nie stać go na kupno – tylko koszty wysyłki! Piszcie!
Po prostu nie nabijajcie kabzy ludziom którzy, wydali gruby tom po amatorsku! Ja swój oddam / zamienię!

Kategorie
→ książki

Robert Service – „Towarzysze. Komunizm od początku do upadku. Historia zbrodniczej ideologii”

image

Mam problem z tą książką. Sam jej tytuł jak i objętość sugerują, że mamy do czynienia z monumentalnym dziełem historycznym. Ktoś, kto wie niewiele lub zgoła nic nt historii komunizmu, może tą książkę właśnie tak potraktować. Robert Service podjął się dosyć ambitnego zadania, ale czy mu podołał? Moim zdaniem nie do końca.

Towarzysze… rzeczywiście opisują dzieje powstania marksizmu, rozmaitych szkół filozoficznych odnoszących się do idei Marksa i Engelsa, czy też negujących dokonania tychże i proponujących odmienne rozwiązania na rzecz klasy robotniczej. Service rzeczywiście szczegółowo opisuje historię rodzącego się leninizmu i konfrontacji bolszewików z innymi odłamami ruchu komunistycznego na arenie europejskiej i światowej – zarówno przed jak i po Rewolucji Październikowej. Wreszcie, książka w dosyć bogaty sposób ujmuje problem krajów satelickich w stosunku do ZSRS po II Wojnie Światowej.

Pierwszym zauważalnym w czasie lektury problemem są proporcje. Ponad 40% książki poświęcone jest ZSRS i rozmaitym konotacjom leninowsko-stalinowskiego imperium z krajami Europy Wschodniej, Zachodniej i USA. Owszem, rozpiętość zagadnień poruszanych przez Autora jest pokaźna (tło historyczno-ekonomiczne za czasów Marksa, perspektywa geopolityczna i dynamika rozwoju myśli lewicowej, uwarunkowania socjologiczne etc.), niemniej przez połowę książki ma się wrażenie typu: hmm… gdzieś już to słyszałem/czytałem. Wrażenie to pogłębia się w miarę zagłębiania się w książkę. Nieuchronnie dochodzimy do wniosku, że Service opisuje barwną i bogatą – z punktu widzenia historycznego – materię, ale (niestety) czyni to „po łebkach”.
Wracając do tego, co napisałem na początku: książka Roberta Service’a będzie na pewno nieocenionym źródłem wiedzy i faktów nt komunizmu dla tych wszystkich, którzy tematykę tą liznęli zaledwie w szkole, a chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej.

Innym problemem – dla polskiego czytelnika, jak sądzę – będzie fakt, że Towarzysze… napisani są z okcydentalną manierą. Nie jest to zarzut, biorąc pod uwagę to, że Service jest przecież historykiem anglosaskim. Jednak, gdy opisuje on wydarzenia w komunistycznej Polsce, czy Czechosłowacji daje się wyczuć powierzchowność tegoż opisu. Możemy jednak usprawiedliwić Autora, albowiem książka nie jest wyłącznym studium nt historii komunizmu w naszej części Europy.
Warto nadmienić, że Service dosyć przyzwoicie opisał ruch komunistyczny w Jugosławii i na Węgrzech oraz meandry działalności satelickich i służalczych wobec ZSRS partii komunistycznych we Włoszech Wielkiej Brytanii i Francji. Zabrakło głębszej analizy lewicowej partyzantki w Grecji i znaczenia rewolucyjnych sił (tych pro- jak i antystalinowskich) w czasie wojny domowej w Hiszpanii w 1936 roku.

Jeśli chodzi o inne części świata, Service poszedł jeszcze dalej w swojej wybiórczości. Wyjątkiem wydają się maoistyczne Chiny – tutaj Autor rzeczywiście bogato opisał kontekst historyczny i ideowy działalności Mao. Skromnie nadmienił o Wietnamie, Laosie, Korei i generalnie o ruchu komunistycznym w Azji Południowo-Wschodniej, czy w Australii. Podobnie rzecz ma się z Kambodżą i zbrodniami Pol Pota – w tym wypadku mamy zaledwie kilka akapitów.
Brakuje mi głębszych analiz lewicowych ruchów w Ameryce Południowej (z wyjątkiem Kuby – dosyć rzetelny opis) i USA.

Service analizując opozycję komunistyczną w stosunku do bolszewizmu i stalinizmu, nie wyszedł poza szablon i najwięcej uwagi poświęcił socjalistom i socjaldemokratom. Nie rozwinął kwestii trockizmu, teologii wyzwolenia, czy anarchizmu.

Podsumowując… To moja druga (po Szpiegach i komisarzach) książka Roberta Service’a. Książka niewątpliwie wartościowa pod względem historycznym, napisana przystępnym i przejrzystym językiem. Zakres tematyczny olbrzymi i chyba zbyt ambitny; tytuł sugeruje monograficzne dzieło historyczne, które zawiera jednak luki.
Z drugiej strony, czytelnik nie zaznajomiony z historią komunizmu i jego zbrodniczej roli w historii światowej, znajdzie w Towarzyszach… mnóstwo wartościowej wiedzy w tej materii. Dlatego też książka ta jest jak najbardziej godna polecenia zainteresowanym tą tematyką.
Nie polecam jej jedynie tym, którzy chcieliby pogłębić swoją wiedzę o komunizmie w Polsce. Tutaj czytelnika spotka rozczarowanie, albowiem materiał w tej kwestii jest żałośnie mały.