Bronisław Wildstein – „Dolina Nicości”

Mam kłopot z tą książką…

Nie, nie chodzi o to, że Wildstein, to dla mnie człowiek z kompletnie innej galaktyki politycznej i jego „wrażliwość publicystyczna” jest mi totalnie obca. Starałem się podejść do tej powieści bez uprzedzeń i własnych zapatrywań na to, co Wildstein wyczynia w przestrzeni publicznej. Zabrałem się zatem do lektury…

Tytuł… Jak dla mnie drażniąco pretensjonalny, przesadnie napuszony – biorąc pod uwagę materię książki. Nigdy jednak nie sugeruję się tytułami książek. Przełykam tą nicość i czytam…

Trzecia RP. Mamy ambitnego dziennikarza śledczego, Wilczyckiego – doświadczonego w swoim fachu, zaznajomionego z koteriami, układzikami na styku władzy, biznesu i postkomuszego bagna.  Odkrywa on pewnego dnia związki z ubecją „osoby na świeczniku” i za wszelką cenę chce on owe rewelacje upublicznić. Oczywiście na drodze stają wpływowe siły „układu” w postaci Wielkiego Redaktora Naczelnego, a w tle prześlizguje się dziennikarzyna-piskorz (niejaki Return), próbujący dramatycznie oczyścić sumienie z niegdysiejszych grzechów współpracy z bezpieką.

Mamy w Dolinie Nicości twarde jak skała relacje biznesowo-polityczne, mamy wszechpotężne siły kłamstwa pod przykrywką „liberalnej demokracji”, mamy poniewieraną prawdę, niejasne [niby] samobójstwa, podejrzane majątki i zakulisowe intrygi w bagnie gnijącej Trzeciej Rzeczpospolitej…

Głupi domyśliłby się, kto jest kim w świecie realnym, gdyby przyłożyć tą wildsteinowską kalkę charakterów z Doliny… Uff… Książka nie tyle rozczarowuje, co nuży i… śmieszy (sic!).

Na czym polega problem? Ano na tym, że postkomunistyczne zombie o nazwie: III RP i współtwórcy tegoż, to naprawdę doskonały temat na powieść! Ten smród okrągłostołowych pogadanek i układów przykryty nadpsutym lukrem „wolności i demokracji”, ta pieprzona mityczna „gruba kreska” – to wszystko nadaje się na wyśmienitą epopeję, na współczesną (gorzką) opowieść o tym kraju nad Wisłą… Niestety Bronisław Wildstein w perfekcyjny sposób spieprzył tą książkę :)

Gdzieś w necie natknąłem się na notkę wychwalającą „niewątpliwe walory literackie” Doliny Nicości. Coż… :D Nie wiem, jak to ująć… Powiem tak: otóż książka ta walorów literackich po prostu nie ma. Żadnych. Postaci w powieści Wildsteina są albo jak ludziki w skali 1:1, wycięte z tektury i przewracające się przy byle podmuchu problemów, refleksji czy dramatycznych decyzji, albo ciosani z grubych kloców drewna; jakby pijanemu dać tępą siekierę… Mam tutaj na myśli charakterologiczne konstrukty, głębię przeżyć bohaterów (czy raczej owej głębi kompletny brak). Duża część książki, to karkołomne zdania oznajmiające, literacko zdychające jak muchy zamknięte w słoiku. Wildstein po prostu nie jest pisarzem i tyle. Jakkolwiek znany jest jego temperament publicystyczny oraz wyrazistość poglądów, to jednak literacko pada na łopatki – nie ratują go ani dialogi, ani sposób, w jaki stara się on budować napięcie w powieści. Im bardziej się „stara”, tym większą kupę serwuje potencjalnemu czytelnikowi.

Autor jest zbyt przewidywalny – decydując się na powieściowe ujęcie wydarzeń, którymi na co dzień zajmuje się jako dziennikarz i publicysta, powinien – jak sądzę – postarać się o większy dystans wobec  namacalnej rzeczywistości. Po to właśnie by – paradoksalnie – ową rzeczywistość przedstawić w interesującej i pociągającej czytelnika formie prozy współczesnej, z nutką kryminału, czy choćby solidnego political fiction. Wildstein nie ma również dystansu do samego siebie; w pewnych momentach książki czekałem tylko na symptomatyczną gwiazdkę i przypis na dole strony informujący: Czytelniku, w tym miejscu mam na myśli siebie – Bronka Wildsteina, nieustraszonego tropiciela łgarstw III RP!  Żenada.

Cóż, nie każdy może być Ziemkiewiczem, panie Wildstein :) A’propos… Rozbawiony i zażenowany Doliną Nicości (podkreślam – w warstwie literackiej; tematyka bowiem jest rewelacyjnym materiałem na niejedną powieść!) pomyślałem sobie, że całkiem prawdopodobną byłaby sytuacja, w której Rafał Ziemkiewicz – jakby nie było, kolega z politycznej piaskownicy Wildsteina – czyta Dolinę… i w głowie układają mu się (jakże mu właściwe) zjadliwe komentarze na temat tej „prozy”.

Podsumowując: Dolina Nicości, to umiejętnie spieprzona książka, dotykająca niezwykle ważkiego i ciekawego literacko tematu. W którymś z wcześniejszych wpisów napisałem, że książka ta jest „niegłupia”… Hmm… no, głupia może nie jest, ale jej wartość literacka jest żadna.

… ale okładka przynajmniej ładna :)

 

Jelena Czyżowa – „Czas kobiet”

Czas-kobiet_Jelena-Czyzowa

Zdawać by się mogło, że padnięty po rowerowej włóczędze (dziś była wręcz modelowa aura spod znaku słonecznego, jesiennego popołudnia – bajkowa pogoda na dwa koła!)  nie ruszę nawet palcem u nogi, ale… energii dodał mi baaardzo miły prezent, jaki otrzymałem od Moniki – Czas kobiet, Jeleny Czyżowej. Polski przekład, to zupełna świeżość. Cholernie ciekawi mnie ta książka i nie mogę doczekać się, gdy zacznę ją czytać. Z tej prostej racji, że pozycję tą mam od kilku godzin, odsyłam do inspirującej i ciekawej recenzji na  blogu Moniki :)

Borys Kagarlicki – „Imperium peryferii. Rosja i system światowy”

391921_d91069c8411c7e89a8a4a7628f63f524

Rzadko zdarza mi się pisać o jakiejś książce, w trakcie jej czytania. Imperium peryferii…, Kagarlickiego, to blisko 500 stron gęstej analizy historyczno-ekonomicznej, które albo łyka się jednym (spooorym!) kęsem, albo brnie się przez poszczególne rozdziały niejako „na raty”… Wybrałem tą drugą opcję z uwagi na brak wolnego czasu i stos innych książek do przeczytania.

Książkę w Polsce wydała KrytPo, zatem możemy spodziewać się – mówiąc oględnie – lewicowego punktu widzenia w spojrzeniu na społeczno-ekonomiczne dzieje Rosji, od czasów pierwszych osadników, do czasów nam współczesnych. Czasokres potężny i zamysł autora ambitny.

Kagarlicki analizuje ekonomiczną historię Rosji, posługując się ideą systemów-światów, operując kategoriami „centrum” i „peryferii” w międzynarodowej cyrkulacji kapitału i kształtowania się stosunków ekonomiczno-społecznych. W jakimś stopniu książka ta jest dla mnie neomarksistowską próbą ujęcia tematu i rewizją pewnych (zarówno rosyjskich XIX-wiecznych jak i radzieckich) wzorców interpretacji i myślenia o zależnościach ekonomicznych w kontekście historii Rosji.

Jak czyta się Imperium peryferii…? Znośnie. Nie mamy tutaj do czynienia z suchą rozprawą ekonomiczną, która wprowadziłaby w śpiączkę każdego przeciętnego człeka niezbyt interesującego się ekonomicznymi analizami. Niemniej ekonomii w tej pracy sporo. Próżno tutaj szukać dysydenckiej publicystyki rosyjskiej (mimo, że sam autor był  dysydentem), jednak bilans pomiędzy ekonomiczną, lewicową nowomową, a tłem historyczno-politycznym sprawia, że książka jest jak najbardziej strawna i ciekawa.

Ostatecznie myślę, że warto wywalić na tą knigę 50 zeta, bo jakkolwiek niszowa to publikacja, pewnie z biegiem lat nabierze większego znaczenia w dyskursie rosyjskim. Co do okładki polskiego wydania – jest efektowna, aczkolwiek bardziej adekwatna, według mnie, byłaby okładka rosyjskiego oryginału

Максим Кантор – „Красный Свет”

maksim_kantor

Yeah! Udało mi się zdobyć Czerwone światło, Maksima Kantora, w oryginale :) Na polskie tłumaczenie przyjdzie zapewne czekać dosyć długo, więc tym bardziej przyjemnie będzie obcować z ta książką po rosyjsku. Mimo, że to dopiero druga książka Kantora (pierwszą był Podręcznik rysowania [Учебник рисования]), zebrała już mnóstwo pozytywnych recenzji.

Co ciekawe, nie wszędzie w Rosji porównuje się Czerwone światło do Mistrza i Małgorzaty, Bułhakowa (co miało miejsce w ostatnim numerze polskich Książek), niemniej sam zamysł, czy choćby bułhakowski klimat, skłaniają do zainteresowania się tym kawałkiem prozy. Wkrótce podzielę się wrażeniami po lekturze…

Czerwone światło mam w formie ebooka. Przyznam, że odkąd używam czytnika, jego pamięć pęcznieje z dnia na dzień, a relatywnie łatwiejszy dostęp do literatury czeskiej, czy rosyjskiej właśnie w wersji elektronicznej sprawia, że niemal każdego dnia rośnie „stos książek” do przeczytania w oryginale. Zdalne kupowanie papierowych rosyjskich książek (dzięki nieocenionej pomocy moich znajomych z Rosji) jest raczej drogą imprezą; ebooki zatem ratują mój robolski portfel.

Generalnie książki w Rosji są drogie, ale mimo tego, poziom czytelnictwa w tym kraju – w porównaniu z Polską – jest (łagodnie rzecz ujmując) jak Ural vs Żuławy Wiślane. W kraju nad Wisłą książka wciąż jest ekscentrycznym i dziwacznym zboczeniem… Cóż…

2013-08-22 06.31.26

Borys Kagarlicki – „Imperium peryferii. Rosja i system światowy”

2013-08-21 14.59.46

Mój nowy, dosyć opasły nabytek… Niebawem więcej nt tej mega-ciekawej książki.

Robert Service – „Szpiedzy i komisarze. Bolszewicka Rosja kontra Zachód”

front

Szpiedzy i komisarze, to dosyć ciekawa praca historyczna opisująca okres bezpośrednio przed i po komuszej rewolucji. Książka jest jednak specyficzna, bo jej kontekst, to nie meandry bolszewickiej ideologii i suchych faktów nt nowej, krwawej zarazy jaka wraz z Leninem i Trockim pojawiła się w Rosji, a raczej „bolszewizm od kuchni”, ukazany z perspektywy polityki i dyplomacji światowej. Robert Service pisze o brytyjskich, francuskich, amerykańskich agentach infiltrujących rosyjskie społeczeństwo i nową – słabą, spanikowaną i momentami bezsilną – władzę sowietów. Opisuje też szczegółowo zjawisko fascynacji „nowym wspaniałym światem”, fascynacji eksplodującej wśród zachodnich intelektualistów, dziennikarzy i działaczy socjalistycznych. Jest to również książka o nowo kształtującej się siatce agenturalnej i o pierwszych szlifach sowieckiego wywiadu.

Jeśli Service pisze o newralgicznych faktach historycznych powiązanych z decyzjami Sownarkomu (masakra buntu kronsztadzkiego 1921 r., pacyfikacja mienszewików, eserowców, wreszcie decyzje Lenina w ramach czerwonego terroru, eskalacja głodu i maksymalnego wyniszczania społecznej tkanki rosyjskiej przez bolszewickich rzeźników, etc…), aktywność białych wojsk stawiających opór na Krymie i w północnej Rosji, czy poszczególne przemiany społeczne w Rosji sowieckiej, czyni to zawsze z punktu widzenia działań dyplomatycznych, agenturalnych i w świetle polityki zagranicznej.

Zbyt wiele wątków historycznych należałoby tutaj wymienić, by jakoś ogarnąć zakres wydarzeń, jakie bada brytyjski historyk w owej pracy. Ja wymieniłbym w szczególności niuanse polityki zagranicznej w trakcie i bezpośrednio po I Wojnie Światowej, szczególnie pomiędzy Francją, Anglią, Niemcami i Rosją… no właśnie, jaką? Już nie carską, ale… czym jest bolszewizm? Co zamierza Sownarkom, co dzieje się w Piotrogrodzie, jak długo potrwa międzynarodowe embargo handlowe z sowiecką władzą i kto pierwszy ów embargo złamie?

Poza tym Service rysuje przed nami antagonizmy wewnątrz bolszewickiej trzody, czyniąc to jednak z perspektywy agenturalnych notatek i pozakulisowych rokowań, o których próżno przeczytać cokolwiek w najbardziej prawicowych i ultra-lewicowych „podręcznikach” historycznych w jakimkolwiek kraju. Mało kto wie – jakkolwiek szokująco to zabrzmi dla kogoś powierzchownie zainteresowanego tematem bolszewickiego terroru –  że Lenin był jedną  z najbardziej ugodowych i kompromisowych postaci pośród pierwszej generacji bolszewików; idzie tutaj o ugodowość dyplomatyczną i handlową (szczególnie, jeśli mówimy o ówczesnym arcywrogu Europy i [carskiej] Rosji – Niemczech).

Biorąc pod uwagę moje osobiste zajawki historyczne, w Szpiegach i komisarzach szczególnie zainteresowała mnie kwestia strategicznej pozycji Archangielska w tamtym okresie, niebagatelna rola wojsk czechosłowackich [przebywających na terenie Rosji] w czasie wybuchu rewolucji październikowej (temat również „liźnięty” w książce Krasnojarsk Zero), ruch robotniczy w USA i znaczący wątek anarchistyczny w kontekście pierwszych reakcji anarchistów w USA na nowo powstały „sowiecki raj” (vide Emma Goldman i Alexander Berkman, którzy dostali konkretną i bolesną nauczkę, tuż po tym, jak stali się pożytecznymi idiotami Lenina, rozumiejąc – niestety po fakcie- że sowieckie społeczeństwo, to terror, nędza i zaprzeczenie jakichkolwiek wolnościowych wartości).

Rober Service popisał się znakomitą wiedzą i historycznym opracowaniem niuansów „rewolucji komunistycznej” w Niemczech (Róża Luxemburg – sowiecka propaganda/kasa vs niemieckie realia – rozczarowanie – klęska), permanentnymi kontaktami „pojedynczych” i podwójnych agentów Wielkiej Brytanii, Francji, czy USA… Generalnie jego książka, to rewolucja bolszewicka z punktu widzenia pieniędzy, rozległych siatek agentów, salonów, mocarstw, romansów, wyrachowania, kalkulacji. Przy pomocy źródeł historycznych Robert Service przedstawił nam jakże znany i prosty fakt: to, co komuś wydaje się ideą, wartością, polityką, poświęceniem, oddaniem, etc., ma zawsze drugie dno: zakulisowe pogadanki, skrytobójcze akcje, szpiegowskie smaczki, indywidualny bądź zbiorowy (zazwyczaj owa „zbiorowość”, to nieliczni beneficjenci) profit.

Pominąłem sporo tematów obecnych w książce – sami przeczytajcie i oceńcie. Dla mnie jedna z wielu wartych przeczytania prac historycznych.

Wacław Radziwinowicz – „Gogol w czasach Google’a” | Гражданская Оборона – Убей в себе Государство!

z13400805Q,-Gogol-w-czasach-Google-a-Książkę Radziwinowicza łyka się w jedno popołudnie – z przyjemnością i z poczuciem niezmarnowania 39 PLN ;) Tom zawiera reportaże i notatkowe obserwacje Autora nt Rosji z okresu: 1998 – 2012. Radziwinowicz, mieszkający w Rosji od wielu lat, rysuje przed czytelnikiem wielopłaszczyznowy i barwny (acz nie zawsze radosny) obraz naszego wschodniego sąsiada. Czyni to w sposób niezwykle ujmujący; jego reportaże są być może dosyć skondensowane (formalnie Gogol w czasach Google’a jest zupełnym przeciwieństwem Krasnojarska Zero), ale nie przemawia to bynajmniej na ich niekorzyść.

Wachlarz tematów, jakie Radziwinowicz bierze na warsztat w swych reportażach, jest imponujący. Nie powiedziałbym, że jest to „Rosja w pigułce” (bo dla mnie musiałaby to być „Rosja w pigule”, a tomów musiałoby być conajmniej kilka), ale dla kogoś, kto o Rosji wie niewiele, lub zgoła nic, jest to pozycja jak najbardziej obowiązkowa! Autor znakomicie ujmuje specyfikę życia w Rosji, jak i w ZSRR; w sumie książka ta jest opowieścią o styku tych dwóch politycznych bytów i ich wpływu na kilka ładnych pokoleń Rosjan: od chłopów, żołdaków, inżynierów, przez aparatczyków z zapomnianych przez boga i Stalina/Putina oblasti, po całe grupy etniczne i rodziny. Tło historyczne każdego reportażu jest dosyć dobrze zarysowane, tak że osoba niezbyt swobodnie czująca się w realiach historyczno-politycznych Rosji/ZSRR, bez problemu umiejscowi poszczególne „opowieści” w przestrzeni. Rozrzut bowiem jest naprawdę spory. Od carskiej Rosji, przez Lenina i początki czerwonego terroru, przez koszmar stalinizmu, odwilż Chruszczowa, gerontokrację Breżniewa/Andropowa, po pierestrojkę, Jelcyna, Putina, „nowych Ruskich” i czasy nam współczesne. Ramy historyczne: od carstwa po Pussy Riot – tak bym to w skrócie ujął. Jednak ta historyczno-polityczna czasoprzestrzeń jest w reportażach Radziwinowicza tłem jedynie. Na tym tle mamy okazję zapoznać się z indywidualnymi dramatami, radościami, porażkami bohaterów reportaży. Część owych reportaży opisuje jednak zjawiska, wzorce i kody kulturowe w Rosji obecne i żywe. Radziwinowicz nie jest podróżnikiem, jest dziennikarzem. Dlatego na próżno u niego szukać gawędziarstwa Hugo-Badera, czy Koperskiego. Ale nie jest to zarzut.

Bardzo spodobał mi się fakt, że Wacław Radziwinowicz opisuje Rosję „po rosyjsku” – uwielbiam, wręcz kocham, rosyjską tradycję i tendencję do używania akronimów (zarówno odnośnie nazw instytucji, stanowisk, jak i zjawisk – w Rosji baaardzo szeroko pojętych), stanowiących integralny składnik zarówno języka jak i kultury rosyjskiej/sowieckiej; bez genseków, zeków, samizdatów,naftkomów i tysiąca innych akronimowych konstrukcji, nie sposób w pełni pojąć Rosji; w ogóle w materii opisowej (w żywej warstwie kulturowej) język rosyjski bije na głowę nie tylko polski i inne języki słowiańskie, ale na mój gust, jest wręcz – nomen omen – pionierski.

Co skołoniłoby mnie do wykrzywienia gęby i powiedzenia: бляяя! po lekturze Gogola w czasach Google’a? Kilka rzeczy. Po pierwsze fakt, że Radziwinowicz – jako dziennikarz – pominął sporo zjawisk współczesnej Rosji. Zabrakło mi np. tekstów szerzej obrazujących opozycyjność wobec walca zarówno sowieckiego, jak i putinowskiego. Znajdziemy w tym tomie reportaże przywołujące heroiczne skądinąd postaci organizacji Memoriał, znajdziemy Hodorkowskiego i Jukos, znajdziemy Bierezowskiego, znajdziemy jakieś mikrony Wysockiego i Okudżawy – innymi słowy, znajdziemy wszystko to, co grzecznie i po linii Wybiórczej jest akceptowalne w ramach „pojednania polsko-rosyjskiego”… Ani słowa o Limonowie, o narodowo-bolszewickiej ekstremie, czy o neonazistowskich akcjach w Pitrze, Moskwie, Krasnodarze, Omsku – o czymś, co od lat jest w rosyjskim dyskursie publicznym obecne (nawet na antenach ulubionych przeze mnie i Radziwinowicza radiostacjach: Ехо Москвы i Радио Свобода)… Żadnego rozwinięcia tematu alternatywnej sceny rockowej i punkrockowej w czasach ZSRR (ni słowa o Grażdańskiej Oboronie! gdzieś tam pojawia się tylko Kino… a reszta?!).

Dlaczego wspomniałem o punkrocku? Ano dlatego, że Radziwinowicz – jako naprawdę dobry dziennikarz, człowiek znający Rosję na wylot – nie zająknął się ni słowem [no dobra, jednym słowem liznął temat…] o alternatywnej młodzieży i jej aktywności zarówno w czasach schyłku komunizmu w ZSRR, jak i bezpośrednio potem. Przecież zawsze można zagłębić się w temat poza zoną Wybiórczej, panie Wacławie! Zaręczam, że jest to diamentowa kopalnia jeśli idzie o reportaże, o przybliżenie Polsce kawałka alternatywy sowieckiej/rosyjskiej! Wiem, że reportaż nie jest formą „życzeniową” ze strony czytelnika – mam na myśli jedynie to, że Rosja eksploracyjnie (w reportażu) jest worem bez dna. Jednym z najpięknieszych worów bez dna na tym łez padole…

Tym bardziej wspominam o tym, bo na okładce opisywanego zbioru reportaży widnieje grupa punków dyskutująca z milicjantem… Ech… Jednak w XXI wieku – w dobie sporów o wyższości e-booków/audiobooków nad papierem – mamy wciąż do czynienia z cynicznym marketingiem wydawców; Przynajmniej wydawnictwo „Czarne” zawsze trafia z okładkami, które są adekwatne odnośnie treści książek… Agora nie trafia.
No i ostatni – symptomatyczny – kwas. Kwas zwany „Wstępem”. Made by Michnik. Mam wrażenie, że Michnik walnął te kilka zdań od niechcenia, pomiędzy jednym, a drugim sztachnięciem się e-papierosem. Jednak Radziwinowicz jest poważnym (i naprawdę cenionym w Rosji) dziennikarzem, dlatego dziwi mnie leniwe, wiejskie imprimatur ze strony Michnika, w dodatku – porażka! – z dwoma wersami z (sic!) Mickiewicza… Michnik niech sobie tam coś popełnia w ramach swoich „błyskotliwych” prologów, byle nie w książkach – ma swoją gazetkę, niech tam się onanizuje, cytując Mickiewicza, Herberta, Miłosza (jego-święta-trójca-gdzie-niepotrzebnego-można-skreślić-albo-połączyć-wszystkich-bez-względu-na-temat). Radziwinowicz obroni się swoimi cennymi reportażami bez „pocałunku diabła” [panie Wacławie, Michnik naprawdę nie nobilituje – taka dygresja od czytelnika]… Wolałbym kilka[naście] stron prologu Jerofiejewa, aniżeli te nędzne, kilkuzdaniowe popłuczyny Michnika…

O wiele lepiej byłoby wykorzystać stronę „Wstępu” na cytat z w/w zespołu:

Убей в себе Государство!

Podsumowując: Gogol w czasach Google’a, to znakomity zbiór reportaży, lektura ciekawa i nie pozwalająca się oderwać w trakcie czytania – jeśli ktoś naprawdę interesuje się Rosją. Rosja bowiem jest przestrzenią niezwykle fascynującą – jeśli ktoś zachłysnął się tym całym syfem pomiędzy Polską, a Rosją (celowo nie piszę ZSRR, bo zapewne w obecnych czasach tylko garsta pamięta i interesuje się tym terytorium, w kontekście historyczno-kulturowym) i rusofilią, ten odbierze tom reportaży Radziwinowicza nie tylko ze zrozumieniem, ale i z autentyczną wdzięcznością… Nie mamy bowiem w Polsce „ruskiego Kapuścińskiego” – mamy natomiast kilku znaczących dziennikarzy, podróżników i rusofilów, ktorzy potrafią ukazać nam Rosję i jej historię bez pierdolonych, debilnych polskich uprzedzeń. bez peanów, za to z rzeczowym punktowaniem zbrodniczej machiny sowieckiej i z rzeczowym otwieraniem furtek i skrzypiących drzwi… Więcej nas z Rosją łączy, aniżeli dzieli!