Zlewy

Wolę czytać, niż pisać…

Nietrudno o taką konstatację w moim przypadku, gdy posty popełniam tutaj raz na sto lat świetlnych. Wygodnie bowiem tłumaczyć swoje lenistwo dość zgrabnym, krótkim zdaniem. Na szczęście to mój blog i mogę nie pisać tak długo, jak tylko mi się zamarzy – komfort życia bez dedlajnu. Taaak, wiem że to tylko moje koślawe wymówki, ale i na nie mogę sobie pozwolić.

Jest jednak jeszcze coś, co dosyć skutecznie zniechęca mnie do wrzucania postów z jakąś relatywną regularnością. Tym czymś jest nieprawdowpodobny nalot „narzędzi internetowych”, których przeznaczenie jest w zasadzie jedno: skondensować informacje/wiedzę  i dostarczyć je w formie lekkostrawnej i znośnej gabarytowo.
Zdarza mi się nie dostrzegać faktu, że doba ma dwadzieścia cztery godziny nawet przy tak znikomym obciążeniu dnia jak w przypadku „pakietu”: dom-praca-książka-sen.

Niemożliwym jest wysłuchanie wszystkich informacji (audycji, słuchowisk…) w interesujących mnie rozgłośniach radiowych i mówię tutaj wyłącznie o tych polskojęzycznych i nie-krótkofalowych. O przeczytaniu choćby 60% tego, co mnie zajmuje, mogę tylko pomarzyć, więc te najciekawsze rzeczy wrzucam w Pocket – „na później”.
Z pomocą przychodzi też Feedly; odsiewam maksymalnie źródła informacji i ich zakres, by nie gwłacić sobie mózgu zbędnym śmieciem; o ile na telefonie przegląd widomości na Feedly jest w miarę bezbolesny, o tyle wersja przeglądarkowa i counter pojawiających się nowości – po wyzerowaniu licznika – puchną w zastraszającym tempie i to przy kilkunastu kanałach RSS. Stary dobry newsbeuter w Linuksie służy mi wyłącznie do śledzenia czytanych przeze mnie blogów – nie zdążyłbym z dodawaniem/usuwaniem RSS-ów…

Kila minut po wyzerowaniu licznika, Feedly ma dla mnie 46 nowych wiadomości, a pod koniec dnia jest ich około 3 tysięcy…

Ten kompletnie pojebany nadmiar informacji degeneruje ludzki umysł, skłania do coraz większej kondensacji tego, co do nas dociera i jeżeli w miarę szybko nie podejmie się decyzji o wyłączeniu machiny info-terroru, można zostać wessanym na wieki wieków. Ja co kilka dni, sukcesywnie czyszczę pamięć krótkotrwałą mojej starzejącej się głowy, bo zwyczajnie w świecie nie wytrzymałbym natłoku gówna. Ale i to czasem nie pomaga.

Stary nawyk obserwowania rzeczywstości, śledzenia wydarzeń, klasyfikowania ich w głowie i wyciągania wniosków (by z czystym umysłem myśl swą przedstawić i zdania swego bronić…) jest już kompletnie anachroniczny. Niestety ciężko jest się wyzbyć tego przyzwyczajenia, co boli, albowiem człowiek stosuje stare metody w nowych czasach. Nie wystarcza samo odsiewanie informacji od chłamu i kupy, ponieważ sama struktura tychże informacji i ich horyzontalny obieg sprawiają, że nie jesteśmy w stanie ogarnąć sensu, kontekstu i wagi niejako za jednym zamachem. „Z pomocą” przychodzą obrazki/obraz będące naczelną formą przekazu (vide youtube, onet, wp, interia itd.), a stąd już o krok od totalnej infantylizacji i informacyjnej śpiączki.

Kolejnym aspektem – po odsianiu i ostrej selekcji – jest waga informacji i jej polityczny wydźwięk. Jako, że żyjemy w przestrzeni uwarunkowanej (czy raczej: uwarunkowywanej) kulturowo, po prostu niemożliwym staje się ucieczka przed lawiną breaking news, zwłaszcza przed wszelkimi informacjami dotyczącymi wydarzeń w zdychającej Europie; zamachy, czy kwestia choćby islamizacji + kilkaset innych „frontów walki” informacją w roli oręża – to wszystko sprawia, że od baaardzo dawna nie mam ochoty na poruszanie tutaj politycznych tematów.
Wydaje mi się jednak, że będę musiał zmienić ów nawyk, albowiem nijak nie ucieknę od polityki oblepiającej jak psie gówno, wszystko wokół…

Przesyt

Odczucie przesytu wokół towarzyszy nam od conajmniej kilkunastu lat; cezura czasowa jest w tym przypadku płynna i silnie skorelowana z postępującą degradacją komunikacji międzyludzkiej, która w swej warstwie technologicznej i praktycznej – paradoksalnie – ma nas zbliżać ku sobie. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takich narzędzi komunikacyjnych jak dziś, nigdy wcześniej nie mieliśmy potencjalnego dostępu do tylu źródeł informacji, których obieg jeszcze nigdy nie był tak szybki jak teraz. Pułapka przełomowego XXI wieku.

Stanisław Lem zauważył, że doniosłość owej komunikacyjno-informacyjnej ekspansji w perspektywie rozwoju ludzkości jest w efekcie kontrproduktywna, albowiem wartość wiedzy przyswajanej i multiplikowanej (poprzez wielość źródeł owej wiedzy i poprzez jej internetową choćby dostępność) jest w obecnych czasach bardziej statystyczna, aniżeli merytoryczna. Innymi słowy katalogujemy informacje pęczniejące z sekundy na sekundę, ale ich wartość nie przekłada się na jakościowy, filozoficzny, etyczny czy epistemologiczny progres ludzkości i człowieka jako jednostki.
Lubię wracać myślami do tej konstatacji Lema, bowiem sformułował ją pisarz i futurolog niejako w ramach testamentu dla nas wszystkich, zanim zmarł.

Tutułowy przesyt dotyczy absolutnie wszystkich dziedzin życia i przejawów naszej aktywności. Ponurym paradoksem jest również to, że niedobór czegoś w naszym otoczeniu automatycznie uruchamia wszelkie możliwe siły, by ów „nienormalny” stan zniwelować – poprzez kolejną falę ekspansywnej aktywności w danych dziedzinach. Zatraciliśmy zupełnie zdolność prawidłowego diagnozowania naszych bolączek, a za jedyne skuteczne antidotum uznalismy zaspokajanie potrzeb.
Hibernacja, ucieczka w siebie (czy też ucieczka-w-świat, wgłąb…), urlop od tego zjebanego biegu z przeszkodami, szumnie nazywanego codziennością – wszystkie te reakcje są traktowane jeśli nie jak pomysł wariata (wyskakiwać z pędzącego pociągu?! pozostawić nie ukończony projekt w pracy?! zrezygnować z kupna nowego telewizora?! nie brać kredytu?!), to na pewno jako fanaberia kogoś, komu zapewne się nudzi „w tych zabieganych czasach”…

thumb-2537211-1000x750-c7607e2a0e17d18d8a0f41e1153d9c8af2715739447bd92f3160e8798ecc7e70

Wiecie, co znajduje się na powyższym zdjęciu? To deal między UE, a Kanadą… CETA. Kolejna cichcem przepychana umowa między kapitałem a technokratami z UE, kolejny skurwiały alians korporacji i władzy, zaklepywany baaardzo wysoko ponad naszymi głowami… Pomyślcie o tych wszystkich patałachach z PIS, PO, PSL, Nowoczesnej, pomyślcie który z tych pieprzonych darmozjadów przeczytał choćby połowę tej kobyły? Oczywiście żaden. Nie jest ona zresztą wydrukowana „do czytania”, ona w ogóle nie jest do czytania, z samej swej istoty. Tomiszcze, którego nie uniesie żaden pierdolony unijny biurokrata, to atawizm, estetyczny hołd złożony „starodawnym” ceremoniom podpisywania i pieczętowania umów wszelakich.

Podobne gabaryty mają nasze „prywatne księgi wiedzy”, które codziennym klikaniem w necie powołujemy do życia. Ich wartość jest jednak więcej, niż nędzna. I taką pozostanie. Obecne pokolenie trzydziesto-, czterdziestolatków stoi w rozkroku pomiędzy „archaicznymi” metodami oswajania świata sprzed 10-20 lat, a współczesną orgią statystycznego gromadzenia danych (nie wiedzy!), które w przeważającej części są obrazkami, hologramami, majakami 3D/4D. Ludzie są obecnie bezdennie głupi, ale mają 6GB RAMu w smartfonach. Przestrzeń, której nigdy, przenigdy nie zagospodarowaliby w swoich umysłach czymkolwiek cennym…

Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu

droga-na-polnoc-osrodek-karta-2016-03-02-0011Kiedy książka ta ukazała się w netowych księgarniach, przemknąłem wzrokiem po kilku zaledwie zdaniach streszczenia i zanim skończyłem czytać pierwszą recenzję, Droga na Północ… już znajdowała się w moim czytniku ebooków. Istnieją takie książki, co do których nie mamy żadnych wątpliwości, że powinniśmy je pochłonąć jak najszybciej, żarłocznie, ze smakiem i satysfakcją. To jest właśnie taka książka!
Teraz żałuję, że kupiłem ebooka, a nie papierową wersję, ale naprawdę chciałem natychmiast zacząć czytać to pokaźne objętościowo – a nade wszystko, treściowo – tomisko.

Droga na Północ, to po prostu monumentalny zbiór tekstów, świadectw osobistych, szkiców historycznych, opowieści reporterskich, fragmentów dzienników i innych form literackich ujmujących w sposób tak całościowy XX-wieczną Norwegię. Znajdziemy w nim głos dawnej historii tego malowniczego, pięknego, dzikiego, biednego i jednego z najmniej dostrzeganych krajów skandynawskich, jakim Norwegia była przez sporą część ubiegłego stulecia. Oczywiście obraz ten nie przypomina Norwegii dziś, co tym bardziej podkreśla doniosłość owej antologii; czytając poszczególne teksty, podróżujemy po osi czasu, poznajemy dzieje, mentalność, wyjątkowość kultury norweskiej. Poznajemy polityczne kulisy i gry, w których Norwegia często była tylko pionkiem (choćby w perspektywie geopolityki – rozpięta pomiędzy Danią, a Szwecją), by w efekcie stać się jednym z najbardziej stabilnych i najbogatszych społeczeństw europejskich.
II Wojna Światowa, późniejszy kryzys, wzloty i upadki socjaldemokratycznego eksperymentu norweskiego, wreszcie wrodzona rozwaga i dalekowzroczność tak dobrze zakorzeniona w kulturze Norwegii – to wszystko otrzymujemy w każdym felietonie, w każdym fragmencie pamiętników, w każdym reportażu, notatce i wspomnieniu z tego wyjątkowego tomu.

Autorkami i autorami poszczególnych tekstów są… wszyscy. Były premier, liderzy partii komunistycznych i socjaldemokratycznych, żona faszysty Quislinga i sam Quisling, norwescy profesorowie, dziennikarze, gospodynie domowe prowadzące dzienniki, dawna arystokracja i nafciarze-pionierzy z pierwszych platform wiertniczych, wreszcie przedstawiciele ludu Samów, ekolodzy… Mógłbym jeszcze długo wymieniać… Egalitaryzm w doborze autorów tekstów jest doprawdy imponujący, co czyni z Drogi na Północ… rewelacyjną formę „norweskiego pamiętnika”. Może Ośrodek Karta (wydawca książki) poszedłby za ciosem i wypuścił w ramach serii Świadectwa kolejne tomy, kolejne antologie literatury faktu innych krajów Europy? Byłby to strzał w dziesiątkę!

Słowo „polecam!” jest zdecydowanie zbyt słabe, gdy mowa o tej książce. To lektura bez wątpienia obowiązkowa dla wszystkich interesujących się współczesnością w najszerszym rozumieniu. Właśnie po to, by… zrozumieć! Książka na piątkę!!!

jutub szit…

Podkład:
~ WitchHunt, Wolvhammer, Agnosy, Atrament, Warcry, Серпень, Skin Contact;
~ DIY destylat 65% + DIY sok malinowy;
~ e-liquid’s: Extreme Mint, Red Cloud, Black Grain Espresso.

Ludzie często odwiedzający youtube zauważyli zapewne jakiś czas temu, że w polskim baraku jutubowym (w dalszej części posta będę spolszczał ową nazwę i jej pochodne – dla wygody) trwa wojna między jutuberami, a publiką i sami zainteresowani podzielili się na rozmaite frakcje. Nihil novi sub sole..
Aby ugryźć ten temat, pokusiłem się o głębszą wycieczkę w gąszcz jutubowych kanałów. Mówiąc kolokwialnie, jest ich od zajebania i większość, to (merytorycznie, artystycznie, zjawiskowo) kompletna kupa gówna, jakim z upodobaniem tuczy się gimbaza. Na palcach jednej ręki policzyłbym tych polskich jutuberów, których warto obejrzeć więcej niż kilka razy. Cała reszta, to jakieś totalnie gówniane wynurzenia nastolatek nt. mody, lizania się z kolegami ze szkoły, nt paczek z AliExpress, czy po prostu autorskie kanały gogusiów utuczonych na subach, lajkach, kontraktach reklamowych, występujących w nie swoich szmatach, z upodobaniem walących autografami na prawo i lewo na rozmaitych eventach…

Kalka nie-internetowego mainstreamu przeniknęła już na dobre do jutuba i co najgorsze: jutuberzy z czołówki, choćby nie wiem jak wielki shit produkowali na swoich kanałach (nie oszukujmy się, spora ich część, to gówniarzeria kreująca się na quasi-autorytety od quasi-problemów), naprawdę pokochali nowy smród wokół siebie; ten wulgarny glamour unosi się na „spotkaniach z fanami”, ta kiepsko udawana skromność w stylu: jestem na jutubie głównie dla ludzi i pasji… Konsumeryzm w delikatne rączki dzieciaków włożył młoty pneumatyczne, by orać nasze mózgi  infantylizmem, generując jednocześnie w ich łbach poczucie bycia sławnym, a co za tym idzie „odpowiedzialnym” przed swoimi „widzami”.

Socjologicznie spełnieni w tej chorej koegzystencji: jutuber-widz, pozostają tylko ci pierwsi (a przecież – słychać gdzieś obok skamlanie – internety obiecywały egalitaryzm!), aczkolwiek poziom owego spełnienia zależy w gruncie rzeczy od ilości kompleksów i dziecinnych wyobrażeń o tym, czym jest ta magiczna sława. Widz otrzymuje rolę kibola swojego jutubera, podbija lajki, hejtuje wrogów. Schemat nie jest ani nowy, ani skomplikowany. Internetowy plebs spija gówniane resztki konfliktów i fejmu jakiegoś frustrata.
Obejrzałem ostatnio dokument pt. Zawód YouTuber. Cyniczny uśmieszek nie znikał z mojej twarzy aż do napisów końcowych. Oglądałem tych biednych przebierańców produkujących się, by wyjaśnić po co, dlaczego, w jakim celu zostali jutuberami… To smutne, że w 40-milionowym kraju ta garstka liźnięta jęzorem internetowego fejmu ma do zaoferowania swoim potencjalnym odbiorcom chujowo brzmiące historyjki, i jedno wielkie NIC. Film prezentował wybranych jutuberów ze świecznika (a uwierzcie, że autentyczny obraz tego środowiska – z punktu widzenia odbiorcy – kreuje „klasa średnia” tego środowiska) i tylko jeden człowiek będący jego bohaterem dał radę. „Dał radę”, czyli nie pomylił twarzy z dupą, będąc jednocześnie częścią tego środowiska… Był nim AdBuster. Sami zresztą obejrzyjcie ten film…
Mimo, że zakończenie – wydawać by się mogło – jest refleksyjne, każdy w miarę rozsądny widz zobaczy prawdziwych graczy i zwycięzców w tym środowisku. To oczywiście Google, mega-korporacja i właściciel zlewu pt. youtube oraz pierdolone agencje promocyjne, w których zamienia się tych biednych „sławnych” jutuberów w grzeczne dziwki kapitalistycznego rynku i jego żelaznych wymogów.. Więcej żelu na grzywkę! Więcej światła w kadrze!

Do kurwy nędzy, żyjemy w rzeczywistości, której w żaden sposób nie odzwierciedla internet; net jest krzywym zwierciadłem, w którym odbijają się skrzywione oczekiwania skrzywionych ludzi. Truizm! Dla wielu ludzi stwierdzenie: żyjemy w rzeczywistości jest tożsame z tym zlewozmywakiem internetów. Inna rzeczywistość jest niejako wchłaniana do zony internetowych wojenek…

Właśnie… Na wstępie tego posta wspomniałem o wojence. Wpiszcie sobie na youtube frazę: Ator vs Gimper. W miarę szybko ogarniecie o co kaman. Jeszcze szybciej zdacie sobie sprawę jaka to gnojówka i żenada. Przedwcześnie podstarzały, żonaty quasi-moralizator i gówniarz robiący fejm na dzieciakach, oboje mający niewiele ważnego do powiedzenia.
Kurwa, takie właśnie żenujące przykłady jutubowej aktywności zaśmiecają nam głowy. Tymczasem w polskim jutubie jest to temat numer jeden. Gdzieś obok pracowite jutuberki wymyślają nowy mejkap na nowy odcinek swoich wynurzeń, Człowiek Warga kręci nowy odcinek Z Dupy, codziennie cała rzesza ludzików pracowicie układa puzzle swojej jutubowej karierki, przybija piąteczki z małymi gimnazjalnymi rączkami na eventach, napierdala selfie z dzieciarnią, po drodze mamrocząc coś o odpowiedzialności za widza i poziomie filmików…

* * *

Chciałem dzisiaj jeszcze o dwóch kwestiach, ale są zbyt pojemne, by wrzucać je w jednym poście. Pierwsza, mianowicie, to alternatywy dla youtube, zarówno w materii samej platformy medialnej, jak i merytorycznego poziomu i jakości przekazu. Temat-rzeka, który jest o niebo smaczniejszy, niż jutubowe rzygi.

Druga kwestia, to polskie środowiska prawicowe na youtube i ich obecna percepcja po zmianie władzy na-długo-oczekiwaną. Poświęciłem prawie rok na codzienne śledzenie „opozycyjnych mediów” na jutubie, wgapiałem się w prawicę wyklętą, słuchałem podziemnych, walczących, popierających, łapałem Ziemkiewicza i jemu podobnych na żenadnej hipokryzji…
Niejako siłą rozpędu konfrontowałem ich spuściznę z różowymi pluszakami z KrytPo na czele z Sierakowskim – czołowym misiem lewicowej michnikowszczyzny (prawicowa publikuje w TygPo); to chyba jedyny przedstawiciel tego żłobu, który nie obrazi się za nazwanie go lewicą laicką :D

Przyjdzie czas na oba tematy. Póki co, rzeczywistość przegania nas na każdym kroku. Zamachy w Brukseli… Kto wie, pewnie prędzej napiszę o islamskim raku i o islamskim zagrożeniu dla nas wszystkich. Ktoś, kto twierdzi, że brzmi to dziwnie z ust anarchisty, albo źle rozumie hasło: No Borders No Nations!, albo nie zna hasła: No Gods No Masters!

Porady polskie

Włażę do knajpy. Wczesny poranek, a ja po całej nocy na nogach, toczę się w kierunku baru. Siadam na tym idiotycznym stołku (będącym gwarantem, że barman nie będzie patrzył na ciebie jak na kmiota o wzroście 130 cm) i czekam… Nade mną plazma wyrzygująca mecz jakiejś zapomnianej ligi chuj-wie-skąd. Oglądam się za siebie, w półmrok drewnianych stolików. Kilku roboli, sączących piwo jak ja, -po, oraz kilku pijących jak na wyścigach – przed robotą…

Wyjmuję filtry, skręcam jeden. Wyjmuję bibułkę, tytoń… Dziad obok gapi się, jakbym przed momentem rozebrał papierosa na części pierwsze, a teraz próbował go złożyć w „palącą się całość”; nie wierzy, że mi się uda i nie wpadnie na to, że robię tą fajkę od podstaw – jak w czasie wojny, czy innej okupacji… Ku jego zdziwieniu, wychodzi papieros, którego zapalam i zaciągam się aromatycznym Turnerem. Przyłazi wreszcie barman. Mina pt.: wiem, że u mnie można palić mimo zakazu, ale i tak nie zapytałeś – mnie, szefa!   Zamawiam setkę i piwo. Patrzę, z jaką perfekcją nie dolewa tych paru mililitrów, jakby celebrował te 85 ml w kieliszku i kalkulował, ile wódki zaoszczędzi nie lejąc całej sety.

Wódka rozłazi się po kościach ciepłym strumieniem. Rozgrzewa flaki i pobudza nieco. Pierwszy łyk piwa i fajka… Na plazmowym boisku niewiele się dzieje, bo komentator gada, jakby miał zaraz zasnąć, zupełnie jakby też tyrał na nockę i nad ranem musiał jeszcze komentować mecz ligi chuj-wie-skąd. Jego monotonny głos przerwany przez rubaszny śmiech za moimi plecami, przy jednym ze stolików. Uświadomiłem sobie, że wchodząc tutaj, wyłączyłem kompletnie percepcję ludzi przy tych nędznie oświetlonych stolikach…

– No, kurwa, jak to czterdzieści?! – słyszę inny głos, należący do kogoś młodszego.

– Chłopie, więcej nie trzeba! Ja tak robię od lat i to działa! – tym razem głos kogoś, kto śmiał się przed momentem.

– Ja to bym nie mógł… – eksperckim tonem mówi młodszy głos.

– Eeee, pierdolisz! Normalnie, odrywasz mniej, niż pół metra papieru i się podcierasz! Zawsze wystarczy! Moja stara mnie nauczyła oszczędności – znowu ten sam śmiech – Jakbyś był żonaty, to bys wiedział co to jest. Baba cię zawsze zjebie, że coś marnujesz. Skąd ja to znam, kuuuuurwa! Ech… nauczysz się jeszcze młody, zobaczysz…

Ekspert od strajtaśmy milknie, a ja słyszę dwie siorbiące piwo gęby, dźwięk odkładanych kufli i podwójne westchnienie niejako pieczętujące słowa tego ostatniego. Takie barowe amen. Niech tak się stanie…

 

***

 

Robię jakieś mikro-zakupy, kasuję  sie przy dźwiękach potwierdzających skanowanie kodu, po raz 666 odmawiam „jednorazóweczki na bułeczki” (Aaaaa, bo pan ekolooog, zapomniałam! – słyszę zza kasy, patrząc na porozumiewawczo-rozbawioną twarz ekspedientki…), płacę i wyłażę ze sklepu. Telefon. Dzwoni znajomy i mówi, żebym poczekał na niego pod tym sklepem, bo właśnie idzie w tamtym kierunku, a przecież Piweczko by można jebnąć!, jak słyszę trzaskający, lekko zmodulowany głos w słuchawce. Czekam więc…

Tuż obok sklepu dwie facjaty. Wełniane swetry, czapki… Jeden w gumofilcach, drugi w czymś kozakopodobnym. Dwie zmęczone gęby lustrujące moje dziury w uszach i kolczyk w nosie. Potem skan całej mojej postaci i utrata zainteresowania (z kwaśnymi minami), na rzecz kolejnego sztachnięcia się szlugami… Starszemu, pod wielkim brzuchem, wisi torebka – kasa fiskalna handlu ulicznego. Opiera się o aluminiową konstrukcję obleczoną zgniłozieloną gumową płachtą. W środku woda i stado pływających na boku karpi…

Znajomy będzie za jakieś pięć minut. Do ulicznych biznesmenów podchodzi starsza kobieta w zielonym płaszczu, z dwiema płóciennymi siatkami w dłoniach.

– Po ile rybki? – pyta.

– Trzynaście, proszę pani – ożywia się młodszy, a starszy gasi peta gumową podeszwą, łapiąc się za torebeczkę.

– A świeże chociaż i zdrowe? – pyta pani, gapiąc się martwym wzrokiem na niemal równie martwe karpie.

– No a jakże! – stary wtrąca się w biznesową dyskusję – Jeszcze dzisiaj odławiane, droga pani!

– To ja bym dwa wzięła, ale takie żeby mułem nie śmierdziały – pani odwraca głowę od tej gumowej mordowni…

– Nasze?! Mułem?! Pani droga! – stary się ożywia, a młody łapie za siatkę.

Młody wyławia dwie ryby, kładąc je (jeszcze) żywe na starą, komunistyczną wagę sklepową koloru beznadziejnej szarości. Ryby nie mają sił się szamotać, ale jednak poruszają się. Młody – jakby wykonywał tajną misję – dokłada ciężarki po drugiej stronie. Czeka, aż „rybki” się poruszą, a język wagi poleci kawałek w prawą stronę… Odwraca się tyłem do starszej pani (a bokiem do mnie – stojącym tuż obok wejścia do skelpu) i kładzie „rybki” na rozkładanym stoliku, na którym dogorywa wzór szachownicy… Dwa uderzenia gumowym młotkiem. Kilka kropel krwi…

Starsza pani trzyma już w dłoni portfel. Ma dokładnie tak samo smutną twarz, gdy podchodziła do „stoiska”. Stary, jakby przewidując reakcję, ożywia się.

– Bo pani rozumie, martwa ryba, już po kilku godzinach traci cały smak! – mówi – Ja w rybach robię całe życie, to wiem. Włókna obumierają, normalnie.

Kobieta patrzy na niego, bez zbędnych emocji w oczach. Ale sprzedawca nie daje za wygraną:

– Jak włókno obumrze, to jest kaplica! Ja to wiem! Ryby muszą być w smak! Znaczy się,  żywiutka, wiadomo, że lepsza – uśmiecha się do płacącej pani.

Młody ładuje martwe karpie do reklamówki, a starsza kobieta się ożywia.

– Żadnych plastików nie chcę – nadstawia płócienną torbę.

Ryby lądują w torbie. Stary wydaje resztę.

– Jak sobie pani je oporządzi zaraz w domu, to będzie cycuś malina! – dodaje stary na odchodnym.

Pani odchodzi…

Dogaszam fajkę i widzę kumpla po drugiej stronie ulicy, który przełazi nie-po-pasach. Odwracam się do tego starego i pytam:

– Zawsze ciśniecie ludziom takie brednie, sadyści?

Ten wmurowany, młody – gęba przestraszona (Odezwał się ten kosmita! – pewnie sobie myśli…).

– Do roboty byście się wzięli, a nie! – desperacko rzuca stary.

Witam się z kumplem. Idziemy na piwo. Po robocie.

***

„Mądrości” ludu w tym kraju jest mnóstwo. W każdej dziedzinie i okoliczności. W każdej sprawie, w każdym problemie. Codziennie, niezmiennie, mix tradycji, alkoholu, przyzwyczajeń i tej oczywistości: no jakże inaczej?! u nas?! w Polsce?! To niepodobna, naśmiewać się z doświadczeń i przekonań RODAKÓW! Jak to?! Nie trzeba nawiązywać do „najgłębszych tradycji naszego polskiego narodu” – wystarczy wyjść na ulicę, do knajpy, gdziekolwiek. Tam zawsze króluje „wiara przodków” (w cokolwiek – w srajtaśmę, „karpiki”, honor, maryję, marszałka, smoleńsk, ekonomię…). W warstwie kulturowej zawsze można przykryć to lukrem przyśpiewek, strojów regionalnych, programów kulinarnych (jak przyrządzić „karpika”…), w warstwie społecznej można to wyjaśnić tak czy owak… W warstwie, która mnie interesuje, wyjaśnić tego niepodobna…. To chory kraj. Zgwałcony przez maryjkę, jezuska, stalinizm, martyrologię, endecję, esbecję i inne – obecnie święcące triumfy „siły polskie” (antypolskie? :D).

W obu historiach miałem ochotę się wyrzygać…