Grzebałkowska w dwóch odsłonach

W jednym poście o dwóch książkach Magdaleny Grzebałkowskiej. Jedna nieco mnie rozdrażniła i zaintrygowała (mimo wszystko), a co do drugiej – mogę się tylko rozpływać w pochwałach. Pierwszą książką jest 1945. Wojna i pokój, drugą natomiast: Beksińscy. Portret podwójny.

Jako że obie pozycje dosyć długo czekały na półce, starałem się unikać dluższych i bardziej wnikliwych analiz i opinii na ich temat, by nie psuć sobie lektury. Niemniej jednak – zupełnie przypadkowo – miałem okazję wysłuchać dwóch radiowych wywiadów z Autorką, co jeszcze bardziej wyostrzyło mój apetyt na obie książki. Skończyłem więc czytać którąś tam z kolei historyczną pracę nt. bolszewizmu we wczesnym ZSRS, udało mi się pochłonąć dwa numery Nowej Fantastyki i sporą ilość literatury faktu. Zabrałem się za Grzebałkowską…

*  * *

1945. Wojna i pokój

257188_1945-wojna-i-pokoj_584Ogólna koncepcja, w oparciu o którą powstała ta książka od razu mi się spodobała. Magdalena Grzebałkowska rusza śladem szabrowników, przesiedleńców, wojennych sierot – na Ziemie Odzyskane, by tam dowiedzieć się czegoś o tym, czym dla obecnie żyjących tam ludzi był 1945 rok – li tylko końcem wojny? początkiem nowego, szczęśliwego życia? utrapieniem i tesknotą za utraconym?

Atutem –  z punktu widzenia miłośnika reportażu i literatury faktu – jest to, że czytelnik styka się z konkretnymi, indywidualnymi przeżyciami, że poszczególne losy opisywane przez Autorkę, choć nawleczone na nić historii przez duże „H”, pozostają mikro-świadectwem ludzi, do których udało się Grzebałkowskiej dotrzeć. I już na wstępie można powiedzieć, że wszystkie te historie i wspomnienia są unikalnymi i jak najbardziej godnymi naszej uwagi. Problem pojawia się w samej narracji, w sposobie opowiadania tych historii i w konstrukcji książki. Gdyby nie ów problem, sypałbym tutaj ochami! i achami! nad talentem Autorki.

Na czym polega zgrzyt? Ano na tym, że – przykro to pisać – 1945… jest książką, w której wykorzystano niemal żywcem kalki z dyskursu michnikowszczyzny. Taaa… wiem, że książka wyszła nakładem Biblioteki Gazety Wybiórczej, wiem że Magdalena Grzebałkowska jest reporterką tej gazety… Mógłbym zatem zadać [sobie] retoryczne pytanie: po cholerę się czepiasz? Wszak widać, słychać i czuć, że to maniera tego środowiska dziennikarskiego. Wiadomo wszak z jakiego kałamarza Autorka czerpała inkaust, by książkę swą napisać, bla bla bla…

Nadmieniam o tym nie bez powodu. Wydaje mi się, że to kurewsko smutne, gdy cholernie utalentowani i kumaci dziennikarze / reporterzy płci obojga, tuczeni przez lata quasi-moralizatorksimi sztuczkami Michnika nie potrafią (nie chcą?) wyrwać się spod wpływu tej zbankrutowanej koncepcji dziennikarsko-publicystycznej.
Jako anarchista nie mogę być posądzany o sprzyjanie prawicowej ekstremie, więc podchodzę do konstrukcji książki Grzebałkowskiej bez uprzedzeń, a jednak odczuwam  w trakcie lektury ową subtelną dysproporcję i chęć wygładzania granic pomiędzy ofiarami i katami, pomiędzy czymś intuicyjnie pojmowanym jako dobre i złe (intuicyjne – albowiem nie wierzę w istnienie obiektywnych kategorii prawdy, dobra, piękna, ogólnie wszelkich kategorii [meta]językowo będących abstrakcyjnymi, bez desygnatów).

Każda z historii, do której dokopała się Autorka zasługuje na uwagę i pewnie o każdej można by napisać osobną książkę. Los człowieka zgwałconego przez wojnę (w jakże wielu przypadkach również dosłownie, a nie w przenośni!), tułającego się bez dobytku i nadziei na nowy dom, nowe życie, na gorący posiłek dziś i jutro, na spokój w przyszłości. Los wczorajszych panów, a dziś ofiar rozpaczliwej, wściekłej, bezsilnej zemsty ze strony poniżonych i napadniętych… Jakże często milczenie wobec kłopotliwych wątków, postrzępionych wydarzeń, wobec traumy wojny i – gdzieś podskórnie – ciągłej niepewności, czy ten koszmar kiedykolwiek się powtórzy…

To wszystko znajdziemy w książce 1945. Wojna i pokój. To, i wiele innych emocji, obrazów, zanikających wraz z biegiem czasu. Nie wątpię, że napisanie tej książki kosztowało Grzebałkowską wiele pracy i doceniam ów wysiłek. Naprawdę. Nie mogę jedynie przejść obojętnie obok wspomnianej dysproporcji w przedstawianiu powojennych losów. To dziwne uczucie podczas lektury: niby wszystko jest OK, aczkolwiek gdzieś pojawiają się te swędzące myśli, związane z makiawelicznym prestidigitatorstwem moralnym a’la Michnik, a to już kompletnie mi się nie podoba. Zwłaszcza gdy idzie o tak monstrualnie ważną kwestię jak II Wojna Światowa i jej następstwa.

Beksińscy. Portret podwójny

beksinscy-portret-podwojny-magdalena-grzebalkowskaMoje pierwsze spotkanie z Beksińskim, to podstawówka i jakieś podłej jakości reprodukcje w quasi-albume, w bibliotecznej czytelni. Wtedy był to swoisty szok, lecz podszyty nie obrzydzeniem, a raczej zaciekawieniem.
Nietrudno sobie wyobrazić, że gdy za gówniarza odkryłem szwedzki death metal, a potem crust punk, grindcore i kapele spod znaku AMEBIX (czyli ogólnie mówiąc to, co do dziś towarzyszy mi w warstwie muzycznej każdego dnia), sztuka Zdzisława Beksińskiego pasowała jak ulał do klimatu tej muzy, tych tekstów… Nigdy wcześniej nie zagłębiałem się w historię jego twórczości, a o Tomku Beksińskim słyszałem kilka razy (mimo, że słuchałem już Trójki, choć jego audycji – nigdy), jednak nie była to wiedza potrzebna mi w życiu…

Magdalena Grzebałkowska napisała wybitną, ciekawą i niezwykle sugestywną biografię ojca i syna. Z racji braku czasu, czytałem tą książkę na raty i za każdym razem wściekałem się, gdy musiałem przerywać lekturę. Tytułowy podwójny portret został mistrzowsko pokazany nam – czytelnikom. Odniosłem wrażenie, że Autorka zabiera nas do Sanoka i Warszawy i po cichu otwiera przed nami kolejne drzwi, abyśmy sami mogli zobaczyć jak żyją Beksińscy… Nie jest to bowiem sensacyjna wiwisekcja, a raczej stonowana opowieść o rodzinie dysfunkcyjnej (a jaka rodzina nie jest dysfunkcyjna? Nie ma takiej!). Ta książka napisana jest taktowanie, ale i odważnie; Autorka nie bawi się z nami w chowanego, nie „cenzuruje” niewygodnych reakcji, dziwnych przyzwyczajeń ojca, histerycznych wybuchów syna czy stoickiego, toksycznego tak naprawdę, spokoju Zofii – matki i żony, kobiety niezastąpionej w tej rodzinie.
W czasie zagłębiania się w pokręcone losy sanockiej rodziny, która w efekcie wylądowała na warszawskim blokowisku, przychodzi taki moment, kiedy – nawet mimowolnie – nachodzi nas ochota by… ocenić i Zdzisława i Tomasza. Ocenić, porównać, przeprowadzić analizę, wydać wyrok… Powodów dla takie operacji mamy naprawdę sporo. Beksiński junior od dziecka niemal owładnięty myślami samobójczymi, jedynak wychowywany w zupełnej swobodzie, pośród gęstej atmosfery obrazów ojca, który z kolei sam boryka się z własnymi dylematami, fobiami, psychozami.

Grzebałkowska mistrzowsko ukazała nam poszczególne cechy charakterów tych dwóch mężczyzn, którzy – każdy na swój sposób – do końca bronili się przed „normalnością codzienności”, którzy żyli niejako obok, nie pasując do społecznej układanki w [post]komunistycznym bagnie (nota bene sam Tomasz Beksiński często powtarzał, że wolałby urodzić się sto lat wcześniej).
Ogromne wrażenie zrobiła na mnie psychologiczna konstrukcja Zdzisława Beksińskiego, jego sposób pojmowania własnej sztuki, samego siebie w kontekście rodzinnym i egzystencjalnym. Nie mniej ciekawie Autorka naszkicowała postać Tomka, który charakterologicznie tak różny od ojca, jest jednak integralną częścią tej rodzinnej układanki.

Magdalena Grzebałkowska, opierając się na bardzo bogatych materiałach źródłowych (Beksiński senior, jako entuzjasta nowoczesnej techniki audio/video nagrywał codzienne życie swojej rodziny na kamarze VHS, prowadził też audio-dziennik) w sposób naprawdę perfekcyjny ujęła delikatne i wyjątkowe więzi rodzinne Beksińskich, podobnie jak świetnie oddała atmosferę sensacji wokół postaci Beksińskich i ich działalności (ojciec – artysta, grafik, malarz, rysownik; syn – tłumacz filmowy, prezenter radiowej Trójki).

Śmierć, integralny element w tej opowieści, została potraktowana poważnie, acz bez zadęcia i atmosfery katolskiego oburzenia społecznej tłuszczy, dla której wszystko było jasne: młody Beksiński wielokrotne próbował się zabić (w efekcie z pozytywnym skutkiem), albowiem stary Beksiński malował makabryczne, straszne obrazy pełne trupów, rozkładu i rozpaczy.
Tymczasem Magdalena Grzebałkowska zrobiła naprawdę wszystko, by rzetelnie, poważnie i odpowiedzialnie ukazać nam losy tej niezwykłej rodziny.

To jedna z najważniejszych książek ostatnich lat w Polsce. Absolutnie lektura obowiązkowa!

Reklamy

Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu

droga-na-polnoc-osrodek-karta-2016-03-02-0011Kiedy książka ta ukazała się w netowych księgarniach, przemknąłem wzrokiem po kilku zaledwie zdaniach streszczenia i zanim skończyłem czytać pierwszą recenzję, Droga na Północ… już znajdowała się w moim czytniku ebooków. Istnieją takie książki, co do których nie mamy żadnych wątpliwości, że powinniśmy je pochłonąć jak najszybciej, żarłocznie, ze smakiem i satysfakcją. To jest właśnie taka książka!
Teraz żałuję, że kupiłem ebooka, a nie papierową wersję, ale naprawdę chciałem natychmiast zacząć czytać to pokaźne objętościowo – a nade wszystko, treściowo – tomisko.

Droga na Północ, to po prostu monumentalny zbiór tekstów, świadectw osobistych, szkiców historycznych, opowieści reporterskich, fragmentów dzienników i innych form literackich ujmujących w sposób tak całościowy XX-wieczną Norwegię. Znajdziemy w nim głos dawnej historii tego malowniczego, pięknego, dzikiego, biednego i jednego z najmniej dostrzeganych krajów skandynawskich, jakim Norwegia była przez sporą część ubiegłego stulecia. Oczywiście obraz ten nie przypomina Norwegii dziś, co tym bardziej podkreśla doniosłość owej antologii; czytając poszczególne teksty, podróżujemy po osi czasu, poznajemy dzieje, mentalność, wyjątkowość kultury norweskiej. Poznajemy polityczne kulisy i gry, w których Norwegia często była tylko pionkiem (choćby w perspektywie geopolityki – rozpięta pomiędzy Danią, a Szwecją), by w efekcie stać się jednym z najbardziej stabilnych i najbogatszych społeczeństw europejskich.
II Wojna Światowa, późniejszy kryzys, wzloty i upadki socjaldemokratycznego eksperymentu norweskiego, wreszcie wrodzona rozwaga i dalekowzroczność tak dobrze zakorzeniona w kulturze Norwegii – to wszystko otrzymujemy w każdym felietonie, w każdym fragmencie pamiętników, w każdym reportażu, notatce i wspomnieniu z tego wyjątkowego tomu.

Autorkami i autorami poszczególnych tekstów są… wszyscy. Były premier, liderzy partii komunistycznych i socjaldemokratycznych, żona faszysty Quislinga i sam Quisling, norwescy profesorowie, dziennikarze, gospodynie domowe prowadzące dzienniki, dawna arystokracja i nafciarze-pionierzy z pierwszych platform wiertniczych, wreszcie przedstawiciele ludu Samów, ekolodzy… Mógłbym jeszcze długo wymieniać… Egalitaryzm w doborze autorów tekstów jest doprawdy imponujący, co czyni z Drogi na Północ… rewelacyjną formę „norweskiego pamiętnika”. Może Ośrodek Karta (wydawca książki) poszedłby za ciosem i wypuścił w ramach serii Świadectwa kolejne tomy, kolejne antologie literatury faktu innych krajów Europy? Byłby to strzał w dziesiątkę!

Słowo „polecam!” jest zdecydowanie zbyt słabe, gdy mowa o tej książce. To lektura bez wątpienia obowiązkowa dla wszystkich interesujących się współczesnością w najszerszym rozumieniu. Właśnie po to, by… zrozumieć! Książka na piątkę!!!

Książki

Krótko i zwięźle będzie… Oczywistym jest, że nie napiszę o wszystkim, co przeczytałem przez te miesiące milczenia blogowego, bo jest to po prostu cała góra książek; złapałem się na tym, że znowu kupuję książki „na zapas” – rośnie półka rzeczy do przeczytania, a w Calibre powiększa się biblioteka nieprzeczytanych rzeczy…

Simon Sebag Montefiore – Stalin. Dwór czerwonego cara

stalin-dwor-czerwonego-cara-b-iext25996266Po prostu fenomenalna, potężna praca poświęcona największemu rzeźnikowi XX wieku i jego świcie politycznej. Montefiore nie po raz pierwszy w sposób mistrzowski ukazuje nam rzeczywistość ZSRS i głównych postaci sowieckiego imperium.
Nie jest to książka o samym Staline, a raczej o jego bezpośrednim otoczeniu rodzinno-politycznym, o tej obłędnej, koszmarnej koegzystencji katów z Komitetu Centralnego z Katem Naczelnym. Stalin jest tu ukazany przez pryzmat swoich prywatnych i politycznych decyzji i percepcji tychże przez jego najbliższych współpracowników.
Książka napisana z rozmachem (objętość onieśmiela, choć z każdą kartką chce się czytać jeszcze i jeszcze), dbałością o fakty i wartość historyczną.  Jej podstawowym celem jest zerwanie z sowieckimi mitami, pokutującymi do dziś; z jednej strony w dyskursie historycznym współczesnej Rosji wciąż powtarzana jest bzdura o”niedostatecznym poinformowaniu Stalina przez KC o rzeczywistej sytuacji w ZSRS”, co oczywiście redukuje radykalnie stalinowskie zbrodnie idące w dziesiątki milionów; z drugiej zaś strony Simon Montefiore rozprawia się z kolejnym kłamliwym mitem mówiącym, że Mołotow, Kaganowicz, Beria, Malenkow, Mikojan, Chruszczow i reszta Komitetu Centralnego wykonywała jedynie rozkazy Stalina, zatem ich odpowiedzialność za machinę sowieckiego terroru jest znikoma. Oba mity są oczywiście kłamliwe, a Autor w sposób perfekcyjny rysuje przed nami historyczne tło systemu decyzyjnego na Kremlu, systemu zazębiających się: paranoi samego Stalina i wykonawców jego pleceń (czy też – w innych przypadkach – umiejętnego bojkotowania niektórych zaleceń przy pomocy bezwładnego cielska biurokratycznego jakim za Stalina stał się ZSRS).
Autor umiejętnie wplata we wszystkie wątki historyczne prywatne życie kremlowskich włodarzy (jak dotąd, nikt tak przenikliwie jak Montefiore nie opisał prywatnego życia sowieckich dygnitarzy na czele ze Stalinem i jego rodziną).
To opasłe tomiszcze, to dla interesujących się ZSRS i Rosją prawdziwa gratka! W czasie lektury Dworu czerwonego cara, momentalnie przypomniałem sobie równie świetną książkę Roja A. Medwediewa pt. Ludzie Stalina. Można spokojnie potraktować ją jako „lekturę uzupełniającą” do naprawdę świetnego tomu Simona Montefiore!

Orlando Figes – Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji

i-szepty-zycie-w-stalinowskiej-rosjiKolejny opasły tom historii w najczystszej postaci od wydawnictwa Magnum! To, czego od lat dokonuje Swietłana Aleksijewicz, czyli cierpliwie i wnikliwie opisuje indywidualne losy ludzi w [post]sowieckiej rzeczywistości, tego w obrębie okresu stalinizmu dokonał Orlando Figes. To absolutnie unikalna praca kronikarsko-historyczna spajająca „wielką historię” z losem jednostki i jej miejsca w stalinowskim państwie.
Figes zebrał pokaźną ilość dzienników, wspomnień, listów i innych dokumentów uwieczniających losy poszczególnych jednostek, ludzi z krwi i kości, którzy rzuceni w wir zbrodniczego systemu, próbują jakoś utrzymać się na powierzchni.
Od książki nie sposób się oderwać!
Lektura obowiązkowa!

Steven Lee Myers – Nowy car

nowy-carSolidna objętościowo, solidna w treści. Taka jest biografia Putina autorstwa Myers’a. W ostatnich latach obserwujemy wysyp „sensacyjnych i absolutnie wyjątkowych” książek o rosyjskim dyktatorze. Olbrzymia ich część, to maglowane w nieskończoność znane wątki zanurzone w kryminalno-oligarchicznym sosie, napisane jak lipne artykuły w Super Expresie, czy w Newsweeku.
Nowy car jest przede wszystkim publikacją opartą o bogaty materiał źródłowy; Autor pisząc nawet o znanych historiach (zamach na Dubrowce, Biesłan, Czeczenia itd.), stara się dotrzeć do nowych wątków tych spraw, zamiast nurzać poszczególne etapy życia Putina w sensacyjnych oparach.
Rzeczowo i w zgodzie z warsztatem historyczno-dziennikarskim (Steven Myers był długoletnim korespondentem New York Times’a w Rosji). Polecam Nowego cara zamiast wszelakich  quasi-biografii na dwustu stronach drukiem…

Jenny Nordberg – Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

ch_opczyceWyjątkowa i ważna dla europejskiego czytelnika książka. Można by rzec, że to jedna z niewielu książek podejmująca kwestię gender w Afganistanie. Jakkolwiek w Polsce słowo „gender” jest nie tylko krzywo rozumiane, ale i permanentnie zniekształcane przez prawicowych popaprańców, w tej oto książce mamy do czynienia z esencją dyskursu płci kulturowej w społeczeństwach skrajnie opersyjnych w stounku do kobiet.
Opresyjność owa wymusza reakcje społeczno-kulturowe, które jednak nie są inspirowane przez „import genderowej zarazy” z Zachodu, a stanowią wielowiekowy, stały element kultury afgańskiej (czy szerzej: kultur wielu społeczności Afganistanu i części Pakistanu).
Oto bowiem istnieje zwyczaj basza pucz – kilkuletnia dziewczynka w określonej afgańskiej wspólnocie staje się… chłopcem, co jest nie tylko akceptowane przez ową wpólnotę, ale i rozumiane jako „tabu z konieczności”. Basza pucz, to dziewczynka, która jest wychowywana jak chłopiec (najczęściej w rodzinach, gdzie większość potomstwa stanowią dziewczynki), która ubiera i zachowuje się jak chłopiec i więcej – może uczestniczyć w zwyczajowym życiu chłopców w silnie patriarchalnej kulturze afgańskiej.
Jenny Nordberg fenomenalnie opisuje losy wielu basza pucz, ich rozterki, problemy i rodzącą się świadomość płciową, rodzący się kulturowo-płciowy sprzeciw wobec seksistowskich kodeksów społecznych. Bycie chłopczycą, to jednocześnie ułatwienie i piętrzące się z czasem problemy. To indywidualne traumy, dylematy i trudne osobiste decyzje.
Autorka porusza również niezwykle ważną kwestię: jałowość, a czasami zupełną bezcelowość większości zachodnich programów antydyskryminacyjnych, które przybywają wraz z „feministkami-uzdrwicielkami” z USA i z Europy Zachodniej w samo serce Afganistanu, a ich efektywność jest wprost proporcjonalna do obszaru aktywności zachodnich organizacji; niewiele można zdziałać gnijąc w klimatyzowanych biurach i w ambasadach zachodnich krajów w centrum Kabulu i próbując „na żywca” kopiować rozmaite inicjatywy feministyczne zrozumiałe w naszej kulturze, jednak kompletnie niejasne dla wielu kobiet Afgnistanu.
Chłopczyce z Kabulu – koniecznie trzeba przeczytać!

Anna Wojtacha – Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji

zabijemy-albo-pokochamy-anna-wojtacha-okladka-wydawnictwo-znak-2015-03-13-530x756Fajnie napisana, zawadiacka książka Anny Wojtachy, wybijająca się spośród wielu reporterskich obrazów z Rosji. Książka, po którą należy sięgnąć, choćby z uwagi na jej nieszblonowość.
Podobnie jak Autorka, lubię podróżować sam, aby nikt marudzący obok mnie nie dekoncentrował mnie w szwendaniu się po świecie, niemniej jednak w pewnej chwili, w czasie lektury pomyślałem, że… taka laska jak Wojtacha, to wymarzony towarzysz podróży! Taaak, zniżyłem się do tak karygodnego spoufalania się z Autorką (dziennikarką, reporterką wojenną), albowiem nie jest to kolejna „panienka z okienka”, która pisze o konfliktach i dalekich krajach z pokoju hotelowego, nie brudząc sobie rączek ciężką reporterską robotą. Anna Wojtacha, to włóczęga z krwi i kości, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. Gdy trzeba rzuci bluzgiem, gdy trzeba wypije szklankę wódki (albo dwie… albo trzy…), zamiast stylowych knajpek woli speluny z tanim i pysznym jedzeniem i z „prawdziwymi” ludźmi, przekima się w namiocie, spróbuje żarcia ze śmietnika. Wszystko nie po to, by „poświęcić się” na ołtarzu trudu reportera, ale po prostu dlatego, że ona taka jest. Bezpośrednia, odważna i – jak mówi wielu bohaterów jej książki – pyskata do bólu.

Jej historie z Rosji są historiami – jak ja je nazywam – uczestniczącymi. Wojtacha nie jest beznamiętnym obserwatorem, nie stoi sztywno z dyktafonem przed bohaterem swojego reportażu. To, co opisuje dzieje się również z jej aktywnym uczestnictwem. Bez względu na to, czy pisze o seksie ze swoim facetem (nota bene snajperem ze Specnazu, w którym zakochała się po uszy w pociągu kolei transsyberyjskiej – ona, reporterka w Czeczenii, zdeklarowana przeciwniczka Putina i wojen czeczeńskich, w łóżku ze specnazowcem…), o robotnikach w syberyjskiej tajdze, o szarości Irkucka, czy o przygodach swojej przyjaciółki-prostytutki w Moskwie – wszystko to opisuje z perspektywy osoby zaangażowanej w daną historię.

Anna Wojtacha pisze bezpośrednio i ciekawie, a najważniejsze jest to, że trzyma się ona z daleka od wszelkich szablonowych sztuczek dziennikarskich, gdy mowa o Rosji. Nie znajdziemy więc w tej książce taniego pierdolenia o „rosyjskiej duszy”, ale znajdziemy w niej ludzi złamanych przez życie w tym kraju. Wojtacha pisze bardzo emocjonalnie (o wiele bardziej, niż np. Krystyna Kurczab-Redlich), ale nie zniekształca to samej istoty jej rosyjskich reportaży, nie odbija się ujemnie na bohaterach tychże.

Jest oczywiste, że kocha ona Rosję. To, co uderza mnie w tej książce najbardziej, to odczucie, którego niejeden raz doświadczyłem osobiście w kontaktach z moimi przyjaciółmi z Rosji. Rosję można znienawidzić albo pokochać, bądź balansować pomiędzy tymi skrajnościami… Jednak wcale nie jest oczywiste, czy Rosja pokocha nas… Nie jest to, wbrew pozorom, smutna konstatacja. To po prostu stwierdzenie faktu. Taka jest Rosja.

… a Wy powinniście przeczytać tą książkę!

Katarzyna Pawlak – Za Chiny ludowe. Zapiski z codzienności Państwa Środka

Właśnie skończyłem czytać Za Chiny ludowe. Zapiski z codzienności Państwa Środka, Katarzyny Pawlak. Piąta nad ranem, zza otwartego okna pojedyncze dźwięki z wybudzających się betonowych kloców. Piję świeżą yerbę, bombilla parzy nieco wargi, a ja gapię się na okładkę i głupio pytam sam siebie: jak to?! Już? Już się skończyło?

Książkę Katarzyny Pawlak pochłania się z autentyczną łapczywością. Dlaczego? Ano dlatego, że Autorka jest bezkonkurencyjna w umiejętności snucia opowieści o Chinach, o miejscach, w których mieszkała, bądź była przejazdem, w których zatrzymywała się z nieskrywaną niechęcią, albo wręcz przeciwnie – upajała się chwilą i tym, co przeżywa, chcąc, by owa chwila trwała jeszcze i jeszcze. To ostatnie odczucie dało się we znaki i mnie, kiedy przeczytałem (nostalgiczne, nie powiem) zakończenie… Za Chiny ludowe, to wyjątkowa opowieść!

Autorka, studentka w Szanghaju i w Pekinie, świetnie znająca język chiński i – jak można by sądzić zaraz na początku książki, a potem mieć już zupełną pewność – zakochana w Chinach, zabiera nas w podróż zarówno osobistą, jak i wgłąb Chin – tych współczesnych (krzykliwość, tłok, chaos, pęd metropolii) i tych „skansenowych”, gdzie na gwałt produkuje się „starożytne posągi”, „prastare wioski”, „tradycyjne fasady” (do których pielgrzymują rzesze chińskich turystów uzbrojonych w aparaty, spragnionych historii)… Tam gdzie potężne chińskie dziedzictwo jest autentyczne, gdzie jakimś cudem ocalały skrawki baaardzo odległej przeszłości – prowadzeni przez Autorkę – mamy wrażenie, że obcujemy z czymś pozasłownym, wymykającym się, znanym nam, kategoryzacjom.
Katarzyna Pawlak nie ciąga nas za rękaw w kierunku obowiązkowych turystycznych punktów do odfajkowania, nie zasypiamy z nudów przy opisach „ważnych miejsc i ludzi”, żywcem zerżniętych z netu, czy innych książek. W jej książce wszystko żyje, bulgocze pod żywą tkanką szanghajskich ulic, śmierdzi, lepi się, albo wręcz przeciwnie: kojąco szumi i szeleści gdzieś w prowincjach, odległych od Pekinu o lata świetlne.
Za Chiny ludowe obejmuje niezwykle ciekawy i wciągający opis życia i studiów Autorki w Szanghaju i Pekinie oraz jej podróże po Chinach, poza utartymi szlakami (chociaż – jak przekonamy się wielokrotnie w czasie lektury – zaraza zorganizowanych hord turystów dociera do najdalszych prowincji Państwa Środka), zwłaszcza poza ścieżkami, z których raczej nie zboczy pierwszy lepszy zachodni turysta.

Szczegółów jej przeżyć i refleksji nie zdradzę… za Chiny ludowe. Powiem tylko, że każda kartka tej książki, to niezwykła cząstka Chin przekazana nam w niezwykle ciekawy i sympatyczny sposób. Katarzyna Pawlak posiada bowiem bardzo rzadką cechę: jej opowieść o Chinach pozbawiona jest jakiejkolwiek pretensjonalności, próżno w jej książce szukać prostackiego szpanerstwa maskowanego niedanym dowcipem (jak często bywa w rozmaitych „pamiętnikach z podróży” wciskanych nam jako wydawniczy hit), albo śmiesznego mędrkowania. Mimo to, już na początku lektury czujemy, że mamy do czynienia z osobą, która o Chinach wie mnóstwo, a oczytanie, doskonała znajomość języka i – chyba mogę tak napisać – miłość do Chin przekazuje nam, czytelnikom, w sposób po prostu rewelacyjny! Uwielbiam jej język opisowy i fakt, że nim się obejrzę, historia snuta przez Autorkę już wsysa mnie bez reszty – bez względu na to, czy mowa jest o rozsypującym się szanghajskim domu z mikroskopijnymi pokojami, czy o zawiłościach edukacyjnego systemu na chińskich uniwersytetach, czy też o Chińskim Nowym Roku, daleko na prowincji, wśród kompletnie obcych, a przecież tak gościnnych, przyjaznych i szczerych ludzi!

Jak dla mnie – rewelacyjna książka! Z niecierpliwością będę oczekiwał kolejnych historii spod pióra Katarzyny Pawlak!

Suki Kim – Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit

Jedna z najważniejszych (wydanych w Polsce) książek nt Korei Północnej w tym roku, a może i w ostatnich latach. Książka nie tylko świetnie napisana, ale i bardzo wartościowa. Poza tym jest zwyczajnie budującą opowieścią, mikroskopijnym okruchem nadziei na to, że na północy półwyspu koreańskiego jakakolwiek zmiana zacznie się w głowach tych z pozoru uprzywilejowanych, młodych ludzi, których uczyła Suki Kim.

Autorka, urodzona w Korei Południowej, szybko wyemigrowała z rodzicami do USA, otrzymując tam obywatelstwo. Mimo tego, że mieszkała po drugiej stronie oceanu, z dala od rodzinnego domu, nauczyła się koreańskiego i zachowała głęboki szacunek do koreańskich tradycji (w obu Koreach więzi rodowe i rodzinne są podstawą ich tożsamości). Matka Suki Kim zachowała całą traumę konfliktu koreańskiego i koszmar wojny, przekazując córce w dramatycznych opowieściach to, co spotkało jej rodzinę. Kim, jak się okazało, miała krewnych również po drugiej, komunistycznej, stronie tej najbardziej ze strzeżonych granicy na świecie.

Kiedy tylko pojawiła się okazja, by wraz z protestancką misją nauczycieli wyjechać do Pjongjangu i uczyć tam angielskiego dzieci północnokoreańskiej elity, Suki Kim od razu zgłosiła swój akces i została przyjęta. Oczywiście ukryła przed misją i ambasadą Korei Płn., że jest niewierzącą reporterką.
Kim przybyła do skoszarowanej, świeżo postawionej szkoły na przedmieściach stolicy. Szaro, betonowo, z drutem kolczastym wokół szkoły i czegoś w rodzaju kampusu. Jej zadaniem było uczenie języka angielskiego 19-20-letnich synów pochodzących z północnokoreańskiej elity aparatu państwowego i armii. Wszystkie zajęcia surowo obserwowane przez bezpieczniaków, każdy temat do zatwierdzenia przez górę (łącznie z obrazkami wykorzystywanymi w słownych grach i zabawach edukacyjnych), bezwzględna dyscyplina i przyporządkowanie do grup w zależności od poczynionych postępów w nauce. Kontakty: student-nauczyciel ograniczone do niezbędnego minimum, żadnego „kroku w bok” poza „program nauczania”, żadnych pozaedukacyjnych relacji (kampus dzień i noc patrolowały uzbrojone dziewczyny-strażniczki[sic!]).

W takiej atmosferze Suki Kim przeżyła kilka semestrów, starając się maksymalnie wykorzystać ten czas na próbach zrozumienia i porozumienia. Z biegiem czasu staje się ulubioną wykładowczynią, a jej wyjątkowa umiejętność przekazywania mikroskopijnych okruchów ze świata zewnętrznego sprawia, że studenci powoli i z niemałym strachem otwierają się na swoją nauczycielkę, jednocześnie odsłaniając przerażającą pustkę kryjącą się nie tylko za quasi-wiedzą, jaką gwałci ich reżim Kim Dzong Una, ale i za fasadą nędznej propagandy.
Dlaczego książka jest wyjątkowa? Bo wyjątkowe jest środowisko, w jakim przyszło Autorce uczyć języka, jak i ona sama i jej reporterski warsztat jest pełen wyjątkowości. Suki Kim umiejętnie łączy osobistą refleksję z reporterskim talentem, przez co Pozdrowienia…, nie śmierdzą kolejną plastikową publikacją o Korei Północnej. Poza tym jest Koreanką i łatwiej jest jej pewne zawiłe, a czasem przerażające aspekty reżimowej rzeczywistości dostrzec, ale i zgłębić i czytelnie przekazać.

Lektura jak najbardziej obowiązkowa! Ponadto zachęcam do poszperania w necie i do przeczytania / obejrzenia wywiadów z tą niezwykle skromną, ale i utalentowaną reporterką!

Åsne Seierstad – Księgarz z Kabulu

Fenomenalna literatura faktu! Księgarz…, to jedna z tych książek, które czyta się z pragnieniem, aby nigdy się nie kończyły. Åsne Seierstad w sposób mistrzowski wniknęła w codzienne życie Afgańczyków i równie perfekcyjnie oddała klimat trudnej (eufemizm!) rzeczywistości Afganistanu. Po lekturze mogę spokojnie zaliczyć Seierstad do grona tych, którzy mistrzowsko ukazują nam Afganistan; dla mnie Księgarz z Kabulu, to książka kalibru Modlitwy o deszcz, Wojciecha Jagielskiego – pierwsza liga reportażu przyprawionego literacko tak, jak lubię!

Autorka – norweska dziennikarka wojenna i przenikliwa obserwatorka ludzkich tragedii w miejscach, gdzie nawet Allah mówi: nara! –  przez jakiś czas mieszkała z afgańską rodziną w Kabulu. Zapragnęła opisać codzienność ludzi, dla których koszmar wojny, to nie jednorazowa trauma, ale przekleństwo przekazywane jak w sztafecie, z pokolenia na pokolenie, obłędna karma, immanentny składnik codzienności…
Było to bezpośrednio po „pokonaniu” Talibów przez Sojusz Północny. Rodzina, która zgodziła się na ten swoisty eksperyment, to – w naszej zachodniej nomenklaturze – kabulska klasa średnia (jakkolwiek debilnie brzmi to w odniesieniu do realiów tak różnych od tych w naszej części świata!). Na jej czele stoi Sułtan – człowiek o szerokich horyzontach, oczytany, wykształcony, nade wszystko w życiu kochający książki i prowadzący w Kabulu kilka sklepików zawalonych po sufity starymi manuskryptami, książkami wszelkiej maści: od traktatów religijnych, po „oświecone” komunistyczne manifesty z czasów „wizyty” wojsk ZSRS w Afganistanie. Seierstad za jego zgodą zamieszkuje w jego domu, wraz z jego dwiema żonami, dziećmi, wnukami i krewnymi. Afgański dom, pełen ludzi, których indywidualne historie wymykają się codziennemu spojrzeniu na ten nędzny kawałek suchej i niegościnnej ziemi, historie które łamiąc stereotypowe postrzeganie Afganistanu i Afgańczyków – paradoksalnie – po brzegi wypełnione są tą ciężką zawiesiną tradycji, historii, krwi i przemocy.

Pył unoszący się nad afgańskimi wzgórzami i smród  uryny w ciasnych uliczkach Kabulu mieszają się ze łzami kobiet łajanych przez Sułtana. Kochając książki i wolność jaką niesie ich treść w tym kraju pełnym analfabetów, Sułtan jest bezlitośnie wpleciony w brutalny wzór prawa szariatu i twardej ręki, którą (choćby i symbolicznie) czują jego żony, dzieci i krewni.
Książka Åsne Seierstad, to również głos, jęk, płacz i okruchy radości kobiet afgańskich, ich rozterki, codzienna walka o przetrwanie. To śmierdzące, duszne powietrze pod burką i miliony igieł tabu wbijane w zmęczone ciała młodych dziewcząt i starzejących się matron.

Dlaczego Księgarz z Kabulu jest wyjątkową książką? Ano dlatego, że Seierstad nie raczy nas taniochą i sensacją wpychaną nam nachalnie ostatnimi czasy. To nie jest kolejna opowieść walnięta od reporterskiego szablonu, ani gówniane ckliwe opowiastki z kolorowymi okładkami, z których gapią się na nas urocze perskie/arabskie oczęta w hidżabie (kolejna quasi-literacka zmora, po zalewie historyjkami o wampirach, mgłach i innych klonach Chorego Portiera). Narracja w Księgarzu…, to zarówno literacki kunszt i rzetelność w obrębie faktografii. Historia opisana przez Åsne Seierstad broni się sama, albowiem nie jest zgwałcona przez zachodnie stereotypy, choć – co nie mniej ważne! – Autorka odważnie mierzy się z bestialstwem wielu zwyczajów zakorzenionych w kulturze afgańskiej.

Książka, którą trzeba przeczytać!