Zlewy

Wolę czytać, niż pisać…

Nietrudno o taką konstatację w moim przypadku, gdy posty popełniam tutaj raz na sto lat świetlnych. Wygodnie bowiem tłumaczyć swoje lenistwo dość zgrabnym, krótkim zdaniem. Na szczęście to mój blog i mogę nie pisać tak długo, jak tylko mi się zamarzy – komfort życia bez dedlajnu. Taaak, wiem że to tylko moje koślawe wymówki, ale i na nie mogę sobie pozwolić.

Jest jednak jeszcze coś, co dosyć skutecznie zniechęca mnie do wrzucania postów z jakąś relatywną regularnością. Tym czymś jest nieprawdowpodobny nalot „narzędzi internetowych”, których przeznaczenie jest w zasadzie jedno: skondensować informacje/wiedzę  i dostarczyć je w formie lekkostrawnej i znośnej gabarytowo.
Zdarza mi się nie dostrzegać faktu, że doba ma dwadzieścia cztery godziny nawet przy tak znikomym obciążeniu dnia jak w przypadku „pakietu”: dom-praca-książka-sen.

Niemożliwym jest wysłuchanie wszystkich informacji (audycji, słuchowisk…) w interesujących mnie rozgłośniach radiowych i mówię tutaj wyłącznie o tych polskojęzycznych i nie-krótkofalowych. O przeczytaniu choćby 60% tego, co mnie zajmuje, mogę tylko pomarzyć, więc te najciekawsze rzeczy wrzucam w Pocket – „na później”.
Z pomocą przychodzi też Feedly; odsiewam maksymalnie źródła informacji i ich zakres, by nie gwłacić sobie mózgu zbędnym śmieciem; o ile na telefonie przegląd widomości na Feedly jest w miarę bezbolesny, o tyle wersja przeglądarkowa i counter pojawiających się nowości – po wyzerowaniu licznika – puchną w zastraszającym tempie i to przy kilkunastu kanałach RSS. Stary dobry newsbeuter w Linuksie służy mi wyłącznie do śledzenia czytanych przeze mnie blogów – nie zdążyłbym z dodawaniem/usuwaniem RSS-ów…

Kila minut po wyzerowaniu licznika, Feedly ma dla mnie 46 nowych wiadomości, a pod koniec dnia jest ich około 3 tysięcy…

Ten kompletnie pojebany nadmiar informacji degeneruje ludzki umysł, skłania do coraz większej kondensacji tego, co do nas dociera i jeżeli w miarę szybko nie podejmie się decyzji o wyłączeniu machiny info-terroru, można zostać wessanym na wieki wieków. Ja co kilka dni, sukcesywnie czyszczę pamięć krótkotrwałą mojej starzejącej się głowy, bo zwyczajnie w świecie nie wytrzymałbym natłoku gówna. Ale i to czasem nie pomaga.

Stary nawyk obserwowania rzeczywstości, śledzenia wydarzeń, klasyfikowania ich w głowie i wyciągania wniosków (by z czystym umysłem myśl swą przedstawić i zdania swego bronić…) jest już kompletnie anachroniczny. Niestety ciężko jest się wyzbyć tego przyzwyczajenia, co boli, albowiem człowiek stosuje stare metody w nowych czasach. Nie wystarcza samo odsiewanie informacji od chłamu i kupy, ponieważ sama struktura tychże informacji i ich horyzontalny obieg sprawiają, że nie jesteśmy w stanie ogarnąć sensu, kontekstu i wagi niejako za jednym zamachem. „Z pomocą” przychodzą obrazki/obraz będące naczelną formą przekazu (vide youtube, onet, wp, interia itd.), a stąd już o krok od totalnej infantylizacji i informacyjnej śpiączki.

Kolejnym aspektem – po odsianiu i ostrej selekcji – jest waga informacji i jej polityczny wydźwięk. Jako, że żyjemy w przestrzeni uwarunkowanej (czy raczej: uwarunkowywanej) kulturowo, po prostu niemożliwym staje się ucieczka przed lawiną breaking news, zwłaszcza przed wszelkimi informacjami dotyczącymi wydarzeń w zdychającej Europie; zamachy, czy kwestia choćby islamizacji + kilkaset innych „frontów walki” informacją w roli oręża – to wszystko sprawia, że od baaardzo dawna nie mam ochoty na poruszanie tutaj politycznych tematów.
Wydaje mi się jednak, że będę musiał zmienić ów nawyk, albowiem nijak nie ucieknę od polityki oblepiającej jak psie gówno, wszystko wokół…

Reklamy

Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu

droga-na-polnoc-osrodek-karta-2016-03-02-0011Kiedy książka ta ukazała się w netowych księgarniach, przemknąłem wzrokiem po kilku zaledwie zdaniach streszczenia i zanim skończyłem czytać pierwszą recenzję, Droga na Północ… już znajdowała się w moim czytniku ebooków. Istnieją takie książki, co do których nie mamy żadnych wątpliwości, że powinniśmy je pochłonąć jak najszybciej, żarłocznie, ze smakiem i satysfakcją. To jest właśnie taka książka!
Teraz żałuję, że kupiłem ebooka, a nie papierową wersję, ale naprawdę chciałem natychmiast zacząć czytać to pokaźne objętościowo – a nade wszystko, treściowo – tomisko.

Droga na Północ, to po prostu monumentalny zbiór tekstów, świadectw osobistych, szkiców historycznych, opowieści reporterskich, fragmentów dzienników i innych form literackich ujmujących w sposób tak całościowy XX-wieczną Norwegię. Znajdziemy w nim głos dawnej historii tego malowniczego, pięknego, dzikiego, biednego i jednego z najmniej dostrzeganych krajów skandynawskich, jakim Norwegia była przez sporą część ubiegłego stulecia. Oczywiście obraz ten nie przypomina Norwegii dziś, co tym bardziej podkreśla doniosłość owej antologii; czytając poszczególne teksty, podróżujemy po osi czasu, poznajemy dzieje, mentalność, wyjątkowość kultury norweskiej. Poznajemy polityczne kulisy i gry, w których Norwegia często była tylko pionkiem (choćby w perspektywie geopolityki – rozpięta pomiędzy Danią, a Szwecją), by w efekcie stać się jednym z najbardziej stabilnych i najbogatszych społeczeństw europejskich.
II Wojna Światowa, późniejszy kryzys, wzloty i upadki socjaldemokratycznego eksperymentu norweskiego, wreszcie wrodzona rozwaga i dalekowzroczność tak dobrze zakorzeniona w kulturze Norwegii – to wszystko otrzymujemy w każdym felietonie, w każdym fragmencie pamiętników, w każdym reportażu, notatce i wspomnieniu z tego wyjątkowego tomu.

Autorkami i autorami poszczególnych tekstów są… wszyscy. Były premier, liderzy partii komunistycznych i socjaldemokratycznych, żona faszysty Quislinga i sam Quisling, norwescy profesorowie, dziennikarze, gospodynie domowe prowadzące dzienniki, dawna arystokracja i nafciarze-pionierzy z pierwszych platform wiertniczych, wreszcie przedstawiciele ludu Samów, ekolodzy… Mógłbym jeszcze długo wymieniać… Egalitaryzm w doborze autorów tekstów jest doprawdy imponujący, co czyni z Drogi na Północ… rewelacyjną formę „norweskiego pamiętnika”. Może Ośrodek Karta (wydawca książki) poszedłby za ciosem i wypuścił w ramach serii Świadectwa kolejne tomy, kolejne antologie literatury faktu innych krajów Europy? Byłby to strzał w dziesiątkę!

Słowo „polecam!” jest zdecydowanie zbyt słabe, gdy mowa o tej książce. To lektura bez wątpienia obowiązkowa dla wszystkich interesujących się współczesnością w najszerszym rozumieniu. Właśnie po to, by… zrozumieć! Książka na piątkę!!!

Resortowe dzieci. Media

Pomyślałem sobie tak: może lepiej poczekać, gdy któryś z moich prawoskrętnych znajomych (mam ich chyba dwóch, wliczając w to sąsiada po 60-tce) kupi tą książkę, dzięki czemu nie nabiję kabzy Frondzie, z którą – najdelikatniej rzecz ujmując – jest mi kurewsko nie po drodze. A może zamówić ją sobie w bibliotece i czekać cierpliwie na swoją kolej?
Ostatecznie – w ramach równowagi – dałem zarobić katolom; wcześniej dawałem razy kilka zarobić pluszowym quasi-lewakom z KrytPo. Bilans na zero.

Oczywiście ani Kania, ani Marosz, ani tym bardziej Targalski (czyli Autorzy Resortowych dzieci…) nie są bohaterami moich bajek polityczno-publicystyczno-moralnych, ale po lekturze tej książki przynajmniej otwarcie powiem, co mnie z nimi łączy – niechęć do michnikowszczyzny (najszerzej rozumianej) i resortowej właśnie wersji historii / publicystyki.
Spodziewałem się sporego prawicowego zaczadzenia w tej książce, ale o dziwo akcentów ewidentnie tendencyjnych jest w niej naprawdę niewiele (sic!). Rzecz jasna, zdeklarowany zwolennik porządku III RP, stały czytelnik Wybórczej, Polityki i „oglądacz” TVN24 na starcie zdyskfalifikuje tą publikację i… w moim mniemaniu będzie albo głupim, albo ślepym ignorantem.

O książce było głośno. Nie chce mi się jednak rozwodzić nad płaczem „czołowych publicystów” tego kraju w tej materii. Nie warto. I tak było do przewidzenia jak zareagują. Dość powiedzieć, że Autorzy wyskoczyli z tezą, którą trudno odrzucić ot tak, bez sekundy choćby namysłu. Idzie o to, że żyjemy w kraju, w którym elity medialne nie tylko ukształtowane są w oparach komuszego reżimu, ale pewne tendencje tego środowiska (jeszcze przed 1989 rokiem nazywanego lewicą laicką) ulepiły niejako „na stałe” dyskurs polityczno-publicystyczny tak, jak funkcjonuje on do dziś w głównym nurcie. Nie obchodzi mnie, że teza ta jest niejako integralnym składnikiem krytyki ze strony środowiska prawicowego. Nie obchodzi mnie to dlatego, że jako osoba odległa o lata świetlne od prawicy, uważam ją za słuszną. Jeśli ktoś krytykując Michnika, TVN, Polsat i mainstreamowe media zatrzymuje się na gówniarskim poziomie typu: „jego/jej ojciec, to żydo-komuna!”, wypada się tylko śmiać, albo ubolewać nad intelektualną indolencją i prostackim antysemityzmem takich idiotów (których, nota bene niemało wśród Polaczków).

Bajka polega na tym, że teza o monopolizacji mediów w Polsce przez środowiska i kręgi ludzi tak czy inaczej splecionych z komunistyczną bandą (od czasów – z grubsza biorąc – stalinowskiego desantu i PKWN) nie jest prosta do obalenia. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie sposób jej obalić. Można spierać się o detale, ale nawet gdyby Żakowski, Wielowieyska, Michnik, Paradowska, czy inny Lis napięli do granic możliwości swój publicystyczny potencjał, nie dadzą rady. I nie chodzi o to, że jakiś Targalski (hmm… tutaj też moglibysmy podyskutować o resortowości w/w współautora książki – ot, paradoks…) napisał to, co napisał, a cała wataha mediów głównego nurtu autorytatywnie stwierdzi, że to „prawicowe szaleństwo”, czy (główny retoryczny fetysz michnikowszczyzny) „mowa nienawiści”. Waga ich zawodzeń nie ma dla mnie jednak wielkiego znaczenia. Od wielu, wielu lat. Resortowe dzieci…, nie są jakimś siermiężnym obuchem prostacko realizującym ulubioną wizję prawicy pt: dzieci komuchów robią karierę dzięki swoim starym z aparatu poprzedniego systemu. Albo inaczej: dla prawicowego czytelnika, ta książka taka będzie, choć po jej lekturze każdy średnio rozgarnięty i nie uprzedzony czytelnik powinien choćby zastanowić się nad faktycznymi koneksjami środowiskowo-rodzinnymi, a tożsamością polityczną sfory zwanej: „opiniotwórcze media”.

Dwa przykłady, łatwe do zweryfikowania – codziennie / co tydzień. Pierwszy przykład, to Poranek Radia TOK FM, emitowany codziennie od poniedziałku do piątku od 7:00. Gospodarzami tegoż są m.in.: Dominika Wielowieyska, Jacek Żakowski, Janina Paradowska. Autorski przegląd prasy, autorskie komentarze, goście zapraszani do studia. Najbardziej „podobają” mi się poranki z Paradowską i piątkowy – z Żakowskim. Jacek Żakowski zwyczajowo zaprasza Tomasza Lisa, Tomasza Wołka i Wiesława Władykę… Zresztą to naprawdę niezbyt istotne, kto kogo zaprasza – serio! Sami zróbcie sobie test i zapodajcie sobie wszystkie poranki w TOK FM, dzień po dniu. I wsłuchajcie się w komentarze, opinie – merytorycznie. Bardzo szybko zwrócicie uwagę na znamienny fakt: ci ludzie gaworzą ze sobą tak, jak starzy kumple przy piwe. Starzy i gadający o tym samym – tak samo. Gwarantuję wam, że po kilku, kilkunastu tygodniach, gdy usłyszycie w radio coś w rodzaju: „Tomku, pozwolę się z tobą nie zgodzić…”, parskniecie śmiechem. Te media, to tak kurewsko wyjałowiona monokultura, że zadziwia mnie jakakolwiek próba obrony ich poziomu i merytoryczności.

Drugi przykład, to niedzielny program w TVN24: Loża prasowa. Schemat dokładnie taki sam jak wyżej, z tym że skład dziennikarski nieco inny (m.in. z takimi „tuzami” jak Daniel Passent – również bohater Resortowych dzieci… – baaaaaardzo adekwatny przykład!).

Poleciałem w dygresję… Ale tylko po to, by pokazać, że sami możecie zweryfikować jakość resortowych mediów. Bo takie one naprawdę są. Od lat.
Mocno polecam tą książkę – nawet tym, którzy kręcą gębą (jak ja) na prawicowe oszołomstwa i przegięcia ideowe. Dlaczego? Dlatego, że Autorzy – obcy mi ideowo niemal od A do Z – skupili się na tych aspektach, które rzucają w miarę jasne światło na genezę środowiska postrzeganego jako ideał dziennikarstwa. Tylko idiota stwierdzi, że książka ta jest wyłącznie „graniem teczkami z IPN” – nie jest.

Czy jakieś nazwiska w Resortowych dzieciach… wzbudziły we mnie zdziwienie? Nie, chociaż kilka medialnych gwiazdeczek ukazało się teraz w zupełnie innym świetle. Jedynym zdziwieniem i zawodem była Krystyna Kurczab-Redlich. Recenzowałem na blogu jej książkę i wciąż uważam ją za wybitną. Ale kilka – dla mnie istotnych – faktów, zmienia moją optykę, Pani Krystyno…

Byłbym idiotą, gdybym uważał Resortowe dzieci… za wyrocznię i „antyubecki podręcznik”. Ale byłbym skończonym debilem, gdybym miał powtarzać w tej sferze relatywistyczne banialuki pełne hipokryzji, rodem z Wybiórczej, czy Polityki. Ta retoryka śmierdzi mi nie od dziś i mam nadzieję, że generalny dyskurs etycznej przejrzystości mediów w kontekście przeszłego reżimu nie zostanie do reszty zawłaszczony przez takich bankrutów jak Michnik, Passent, czy Kwaśniewski.

Dotarł Niedźwiedź…

Yeah! Po długim oczekiwaniu (tutaj dziękuję Poczcie Polskiej – niereformowalnym molochu, który nawet po 666 restrukturyzacjach nie potrafi dostarczyć przesyłki w rozsądnym czasie – porażka!) wreszcie dotarła do mnie książka: Niedźwiedź w cieniu Smoka. Rosja – Chiny 1991 – 2014, Michała Lubiny.

Opasłe tomisko (632 str. gęstego druku), na które ostrzyłem sobie zęby od pierwszej chwili, gdy przeczytałem o tej publikacji na stronie Centrum Studiów Polska-Azja. Z korespondencji mailowej, jaką nawiązałem z CSPA, wynikało że zainteresowanie książką Michała Lubiny przeszło ich najśmielsze oczekiwania, a nakład i dodruk rozchodzą się błyskawicznie. I wcale się nie dziwię.

Słów kilka z okładki:

Niedźwiedź w cieniu Smoka. Rosja – Chiny 1991-2014 Michała Lubiny, to pierwsza w języku polskim całościowa monografia opisująca współczesne stosunki rosyjsko-chińskie. Bazując na bogatym materiale źródłowym i osobistej znajomości Rosji i Chin, autor głosi, że lata 1991-2014 stanowią okres przełomowy w stosunkach na linii Moskwa-Pekin. Po raz pierwszy w historii najnowszej to Chiny stały się partnerem silniejszym, zyskując wieloaspektową przewagę nad Rosją w relacjach wzajemnych, która to przewaga prawdopodobnie będzie się tylko pogłębiać.

Czasowa rozpiętość, jaką wziął na warsztat Autor, opisując stosunki: Rosja – Chiny, sprawia, że lektura zapowiada się bardzo, bardzo ciekawie. Hmm… obawiam się, że zostawię na krótko wszystkie inne książki, jakie teraz czytam i zabiorę się właśnie za tą monografię…

Setka wódki po zamachu

Po robocie, leję sobie setkę, słuchając wiadomości z Radio Australia. Potem Taiwan, Korea Płd., Japonia, rosyjskie: Chabarowsk, Nowosybirsk i Moskwa…

Nie wytrzymuję gnojówki lejącej się z polskich mediów, rzygam od smrodu „mowy nienawiści” i „uczonych dywagacji” dziennikarskiego mainstreamu. Zasrany Smoleńsk, zasrany Palikot, zblazowana Paradowska, chorzy Karnowscy, Brunon K. jako tekturowa makieta Breivika, nierób Tusk, frustrat Kaczyński, Braun bez obciachu mówiący, o co kaman prawicowym pojebom, Gmyz-fachura od wszystkiego, Olejnik-nijaka, zachowawcza i nudna menda, quasi-lewicowe ścierwo „komentujące” wszystko co popadnie – na oślep…

Nie mam siły, ani ochoty na dogłębne analizy patologii zwanej: Polska A.D. 2012. Powyższy wycinek tej gównianej układanki prowokuje jedynie do odlania się na te rozgorączkowane łby, drążące te wszystkie śmierdzące korytarze w podziemiach uprzedzeń, wiejskich bujd, schizofrenicznych projekcji, biało-czerwonych dewiacji i konfliktów. Celowo używam takiego języka, bo nie warto zatrzymywać się dłużej nad tym cuchnącym ściekiem; takowe ekspedycje wytrzymują jedynie najwytrwalsi adepci antropologii kultury.

Prawica pokazauje ostatnimi czasy swoją gębę w pełnej krasie: od ONR-owskich nazioli, po Lisickiego i Krasnodębskiego. Wszystko, co pomiędzy, cudownie się kotłuje , tworząc interesującą mozaikę. Kaczyński nie ma wielkiego wyboru i musi trzymać się konwencji fasadowej demokracji (tutaj „reżyser” Braun ma absolutną rację: demokracja, to ściema), ale lud smoleński już niekoniecznie. Podobnie rzecz się ma z „prawdziwymi mediami”; otóż uważam rze nowy „projekt prasowy” Karnowskich czeka ten sam ferment i los, jaki dotyka obecnie tytuł, z którego wywalono na zbity pysk Gmyza. Fronda – solidarnie wspierana przez Gadzinowskiego – płacze z uwagi na zbliżający się kres dofinansowywania „niszowych publikacji kulturalnych” (zapewne pluszowe „lewaki” z KrytPo również ronią swe łzy klasy średniej – hipsterskie studenciaki nie poczytają Żiżka… To straszne!). Tymczasem Tusk i jego pierdolona banda rżną głupa w serdecznych objęciach nieróbstwa, pogłębiając ten nieszczęsny kraik w coraz większym syfie i długach.

Nadszedł czas na rewolucję kulturalną. Prawicową, rzecz oczywista, lub – dla leksykalno-politycznej niepoznaki – na rewolucję patriotyczną. „Reżyser” Braun się ucieszy, Sakiewicz się ucieszy, Prezes Tej Partii również. Krasnodębski ładnie ubierze to w akademicki garniturek, może nawet Ziemkiewicz (którego [paradoksalnie!] najbardziej cenię z całej tej prawicowej bandy) popełni jakąś książkę, a ONR zacznie wprowadzać w życie nowe kulturowe wzorce… Kiedy czytam/słucham, co się dzieje wokół Pokłosia, wokół odmowy Opani zagrania w kuriozalnym filmie o Smoleńsku, kiedy nawet Linda ma wkurwa, że prawicowcy wkręcają go po swojemu w całe to gówno, wtedy widzę jedynie bankructwo tej plemiennej choroby zwanej patriotyzmem. Widać jak na dłoni, co czyni z ludzi ten zlepek guseł, „tradycji” (pojmowanej, rzecz jasna, zgodnie z barwami chorągiewek i z zapachem ideologicznego moczu, którym znaczy się teren „debaty publicznej”) i  zacietrzewienia…

Jeeeb, będę to powtarzał do usranej śmierci: ten chory kraj nad Wisłą NIGDY nie zrozumie kilku podstawowych rzeczy:

1. W każdym narodzie (w każdej grupie etnicznej) znajdują się skurwiele, zdrajcy, konfidenci, dewianci, gwałciciele, sprzedawczyki, kanalie, hipokryci, mordercy! Również w obrębie tej biało-czerwonej uświęconej-przez-wszystkie-siły-niebieskie ziemi!

2. Martyrologia i kultura pomników, to najprostsza droga do kompletnej deformacji społecznej percepcji w kontekście każdej społeczności biorącej za elementarny czynnik spajający narodowość, czy kwestie etniczne.

3. Nie istnieje (bo nigdy nie istniała i istnieć nie będzie) obiektywna prawda. Wszyscy znaczący myśliciele w historii, bez względu na pochodzenie i poglądy, rozwalili sobie pyski o tą kategorię. Ani Jezus, ani Ghandi, ani Kant, ani Hegel nie utwierdzili nas w przekonaniu o jej istnieniu, więc niby czemu miałby to uczynić jakiś Kaczyński, Macierewicz, czy inny Terlikowski.

4. Polska nie jest najważniejsza.

***

Jutro kolejny dzień w pracy. Subtelna obserwacja tych „polskich dyskusji”, tego bełkotu, tych podzielonych gównem ludzi, którzy powinni raczej skupić się na fakcie ekonomicznego wyzysku w miejscu pracy – bez pieprzonych flag i obelg… Nie miałem aspiracji do wyrzygania czegoś ambitnego – człowiek zmęczony i wkurwiony pisze prosto i bez ozdobników. Jutro znowu ta banda ideowych nierobów zasmrodzi naszą rzeczywistość kolejnymi rewelkami. Wiadomo, to był zamach i chuj.

Nie dziwcie się więc, że wolę słuchać zagranicznych rozgłośni…

Grlzzz z Pussy Riot aresztowane… | Urok Rosji przed wyborami :/

Część riot-grlzzz z punk-feministycznej grupy PUSSY RIOT została aresztowana w Moskwie. Oficjalnie poinformował o tym adwokat, Nikolaij Polozov. Oto komentarz agencji RIA Novosti:

В рамках расследуемого уголовного дела, возбужденного по части 2 статьи 213 УК РФ (хулиганство), сотрудниками центра по противодействию экстремизму ГУМВД России по Москве в отдел полиции были доставлены четыре человека, являющиеся активистами группы Pussy Riot

Zapewne aresztowanie było spowodowane ostatnią antyputinowską akcją dziewczyn w  moskiewskiej cerkwi. Zatrzymany został również uczestnik grupy artystycznej „Wojna”, co potwierdził na swoim Twitterze w/w adwokat. Więcej konkrentych wiadomości (po rosyjsku – nie mam teraz czasu na polskie tłumaczenia, rozmawiam ze znajomymi, dowiaduję się tego i owego na ten temat) znajdziecie tutaj.

Śledziłem i śledzę od początku kampanię wyborczą oraz wszelkie wydarzenia towarzyszące rosyjskim wyborom, mam przeładowaną głowę informacjami na ten temat i ogarnia mnie wkurw – właśnie dziś – albowiem jest to dzień symboliczny: dzień kolejnego plastikowego zwycięstwa ohydnego kolesia, najbardziej bezczelnego politycznego szmaciarza w Rosji. Putin po raz kolejny zgwałcił wszystko i wszystkich… Problem polega jednak na tym, że mniej więcej 48% obywateli Rosji wyraża osobistą zgodę na ten gwałt – świadomie, bądź pod subtelnym przymusem pracodawców w państwowych molochach maści wszelakiej. Prowincja, ogromna Syberia, oraz wioski (gdzie jedynym źródłem informacji jest państwowa telewizja i Radio Rosji – o internecie można zapomnieć) głosują na tego ex-aparatczyka KGB bo do łbów im nie przyjdzie myśl, że można inaczej, że Rosja bez Putina, to nie wojna, armagedon i chaos.

Inna bajka – kolejna spora grupa Rosjan zagłosuje na komucha Zjuganowa, który w zasadzie od Putina różni się aparycją (fakt, wygląda jak podrzędny funkcjonariusz KPZR z Wołogdy) i tym, że bardzo by chciał być tak jak Putin, ale wiecznie się mu nie udaje, więc z rozpaczy napierdala nostalgicznych obywateli obuchem sowieckiego raju…  Opozycja? Rozdrobniona, kłócąca się, wściekła i… nieszczera jak Kreml. Nie dziwię się Rosjanom… Rozumiem i szanuję tych, którzy zostają w domu na czas wyborów, mówiąc: идите нахуй!!!, lub ewentualnie idą do urny, by zmasakrować kartę do głosowania masą skreśleń i przekleństw. W Rosji jednak PROTEST przeciwko Putinowi jest jednocześnie pierwszym tak donośnym głosem Rosjan przeciwko całej klasie politycznej… Brak zaufania do władzy rodzi świadomość, iż arogancja państwa nie pozostaje w obszarze biernej akceptacji. Antyputinowski wkurw jest czymś więcej, aniżeli „wrzaskiem garstki internautów”. Doczekamy czasów gdy Kaliningrad, Archangielsk, Omsk, Piertopawłowsk Kamczacki, Murmańsk i Władywostok powiedzą Kremlowi wielkie FUCK OFF. Mit postsowieckiej stabilizacji po erze pijaka Jelcyna pryśnie, podobnie jak pęknie toksyczna nostalgia za ZSRR. Putin zapłaci za napisanie tej mitologii.

Stare anarchistyczne hasło: Gdyby wybory mogły cokolwiek zmienić już dawno zostałyby zakazane, jest w dzisiejszej Rosji aktualne jak nigdy dotąd. Nawet bolszewicy nie bawili się w taki makiawelizm jak putinowska zgraja; z punktu widzenia socjologii tłumów wciąż wygrywa Kreml. Ale to kwestia czasu, gdy wreszcie pęknie magiczny balonik kłamstw, arogancji władzy i wszechmocy kolesia, który w 2012 roku stosuje dokładnie te same metody jakie stosował, gdy był pieprzonym agentem sowieckiego baraku w NRD.

Putin wygrywa (oprócz realnych politycznych represji, terroru, cenzury i kontroli większości społecznej przestrzeni) dzięki cywilizacyjnemu i mentalnemu falstartowi na większej części terytorium Rosji. W tym kraju istnieją rejony (nawet całkiem przyzwoicie rozwinięte ekonomicznie), gdzie czas zatrzymał się na ostatnim jęku błogiej nieświadomości, co stanie się po Gorbaczowie. Nie uogólniam rzecz jasna, bo w każdym zakątku tego kraju znajdzie się ktoś, kto mniej lub bardziej wścieka się na Putina za jego quasi-imperium. Niemniej jednak prowincja bez fałszerstw zagłosuje na niego…

Znowu „wygra” ten tchórz – bez walki, ze sporym nakładem finansowym i zakorzenieniem w państwowym aparacie. Zazwyczaj władza szmaci ludzi. W Rosji władza gwałci. Boleśnie…