Kategorie
→ książki

Padraic Kenney – Budowanie Polski Ludowej. Robotnicy a komuniści 1945-1950

 

Książka ta zapewne umknęłaby mi w morzu wydawniczych nowości, gdyby nie radiowa audycja na jej temat. Po wysłuchaniu opinii, postanowiłem ją kupić. Przyznam, że zaciekawiła mnie symptomatyczna dychotomia zawarta w podtytule: „robotnicy i komuniści”; pomyślałem, że Autor potraktował temat solidnie, jeśli – słusznie skądinąd – oddzielił dwa byty: klasę robotniczą (mającą przed wojną bogate tradycje strajkowe i spory instynkt samoorganizacji – [o czym później]) od „komunistów” – decydenckiej grupy „spadochroniarzy” ze stalinowskiej Moskwy pełniącej w istocie rolę posłanników okupanta, jakim faktycznie był ZSRS.
Nie mniej interesujący wydał mi się okres, na jakim skupił się Autor, a więc lata 1945-1950: czas, gdy reżim komunistyczny nie tylko zakorzeniał się strukturalnie na ziemiach polskich (łącznie z ziemiami odzyskanymi, potraktowanymi dość obszernie w w/w książce), ale i  rozkręcał swoją machinę opresji – głównie przeciwko klasie robotniczej właśnie.

Padraic Kenney opisuje relacje: robotnicy vs komuniści, ale z założenia robi to wybiórczo. Pomimo tego jego książka wydaje się jedną z pierwszych w tym zakresie na oficjalnym rynku wydawniczym (nie licząc drugoobiegowych i niszowych publikacji lewicowych i anarchistycznych po 1989 roku).
Dlaczego wybiórczo? Autor postanowił na ową relację spojrzeć przez pryzmat dwóch bardzo istotnych miast w historii powojennej Polski: Łodzi i Wrocławia. Wybór tych miast nie jest przypadkowy. Łódź, jako potężny ośrodek przemysłowy (w czasach zaborów jak i  po odzyskaniu niepodległości, aż do czasów powojennych) ze świadomą swoich praw klasą robotniczą i tradycją strajkową, jest wyborem oczywistym (tym bardziej że po wojnie Warszawa leżała w gruzach, a komunistyczny aparat i administracja przeniosły się właśnie do Łodzi). Wrocław natomiast – wielkie miasto odzyskane na ziemiach często nazywanych polskim Dzikim Zachodem, dla komunistów przestrzeń do zaanektowania przede wszystkim propagandowo i organizacyjnie, ale i przemysłowo.
W obu tych miastach relacje robotników z aparatem komunistycznym były diametralnie różne i to właśnie decydyje o wyjątkowości książki Kenny’ego.

Autor, sięgając do polskich archiwów w Łodzi, opisuje bardzo rozwiniętą świadomość klasową robotników przemysłu tekstylnego w 1945 roku i w latach kolejnych. Nic dziwnego. Łódź pod tym względem zawsze wyróżniała się na tle innych polskich miast, posiadając bogatą i długą tradycję ruchu robotniczego. Oczywiście miasto nie zawdzięcza tego ani KPP, ani prostalinowskim strukturom politycznym; w Łodzi „rządzi” PPS i syndykaliści, co jest solą w oku komuchów, którzy zaczynają dopiero wnikać w środowiska robotnicze. Padraic Kenney szczegółowo opisuje akcje strajkowe łódzkich robotników, którzy dosyć szybko zdali sobie sprawę, że KPP nie jest żadnym emisariuszem sprawy robotniczej, a kolejną machiną opresji żerującą na ich ciężkiej pracy. Bardzo istotną kwestią jest permanentne dążenie do osłabienia tradycji (anarcho)syndykalistycznej w fabrykach; autentyczna samoorganizacja w łódzkich fabrykach po wojnie była modelowo realizowana właśnie na gruncie anarchosyndykalizmu, kiedy to robotnicy po wojnie sami wracali do fabryk, w których pracowali, przejmowali je, dokonywali niezbędnych napraw i sami ruszali z produkcją, szukając na własną rękę kooperacji – bez państwa, aparatu partyjnego i bezpieczniackiego.
Komuniści robili wszystko, by „złapać za ryj” krąbrne i skore do buntów pracownice przemysłu włókienniczego i przede wszystkim opanować newralgiczne dla siebie punkty: rady zakładowe i związki zawodowe.

Wrocław natomiast jest przykładem diametralnie innej organizacji powojennej klasy robotniczej. Miasto wyrwane spod wpływu Niemiec, zniszczone z leżącym na łopatkach przemysłem (nigdy nie rozwiniętym tak jak na Śląsku, czy w Łodzi właśnie), z olbrzymią ilością ludności napływowej (głównie ze wsi i z całej Polski, gdzie ziemie odzyskane były traktowane jak „eldorado” i obietnica lepszego startu po zawierusze wojennej). Tutaj KPP mierzy się głównie z szabrownictwem, analfabetyzmem wśród robotników, uruchamianiem starych zakładów i tworzeniem nowej industrialnej tkanki miasta. Wrocław nie posiada jednolitego środowiska robotniczego, a sami robotnicy często porzucają pracę i szukają nowych możliwości zarobkowych w zdewastowanym mieście. Te i inne czynniki sprawiają, że we Wrocławiu strajk jest rzadkością, a eskalacja opresji ze strony struktur bezpieczeństwa – większa.

W oparciu o te dwa miasta, Padraic Kenney analizuje kilka ważnych aspektów tytułowej relacji: robotnicy-komuniści. Po pierwsze szeroko (zwłaszcza w przypadku Łodzi) opisuje on rewolucję w samych fabrykach i sukcesywne wyjaławianie środowiska robotniczego na rzecz totalnej nad nim kontroli. Po drugie opisuje zmiany w samej KPP i jej zaciekłą walkę o wpływy z o wiele bardziej doświadczoną (i cieszącą się większym zaufaniem wśród robotników) PPS – aż do chwili spacyfikowania i wchłonięcia tej ostatniej („zjednoczenie” i powstanie PZPR). Po trzecie Kenney skupia się na takich kwestiach jak powojenna retoryka klasowa, współzawodnictwo pracy (jako kolejne narzędzie podporządkowania sobie klasy robotniczej), robotnicza i socjalno-bytowa świadomość pracujących kobiet (szczególnie interesujący i wcześniej nie podejmowany temat w publikacjach historycznych tego typu!) i rozziew pomiędzy tradycją przedwojennego pokolenia robotników, a młodym, w większości napływowym elementem „nowej klasy robotniczej”.

Budowanie Polski Ludowej jest publikacją wyjątkową, ale i problematyczną. Autor niestety uległ dziwnej tendencji do „łagodzenia” obrazu nowej władzy w 1945 roku. Dlaczego? Ano bagatelizuje on aktywność służby bezpieczeństwa bezpośrednio po przejęciu władzy przez KPP – zarówno w społeczeństwie jak i w fabrykach. Na próżno szukać w książce aktywności ubecji i jej brutalnych metod działania już na starcie „ludowej ojczyzny”. Jakkolwiek słusznie Padraic Kenney zauważa, iż stalinowskie represje nie zaczęły się przecież w 1945, „spychając” niejako epicentrum stalinizmu poza ramy 1945-1950, skrzętnie pomija on wszelkie zwiastuny owego zamordyzmu (którego zapowiedzi były przecież immanentnie wplecione w system decyzyjny partii, a sam Autor podaje szereg przykładów tegoż), zaledwie dwa, trzy razy przebąkując gdzieś na marginesie, że nie neguje on zasadniczo faktu, że to, co działo się przed rokiem 1950 było jasnym preludium do stalinizmu w wersji hard w latach późniejszych.
Książka w ogóle jest niezwykle „łagodną” publikacją; Autor nie jest Polakiem (co w przypadku historyka jest tylko in plus w interesującym nas dyskursie) więc nie znajdziemy w tej książce typowo polskich: wichury antysowieckiej, czy mydlin quasi-lewicowych obrońców spod znaku: owszem, były zbrodnie i represje, ale przecież odbudowano Polskę! Mimo tego, podczas lektury daje się odczuć lekki powiew michnikowszczyzny i tego typowego relatywizowania a’la Gazeta Wybiórcza, nawet jeśli owym relatywizowaniem jest po prostu niepisanie o pewnych faktach.

Podsumowując… Budowanie Polski Ludowej, to pozycja godna uwagi, albowiem jest świetnie udokumentowaną publikacją historyczną, gdzie mamy możliwość zapoznania się z jednostkowymi i grupowymi portretami robotników bezpośrednio po wojnie. Podczas lektury obserwujemy sukcesywne tłumienie wszelkich buntowniczych odruchów klasy robotniczej przez aparat partyjny, który za wszelką cenę pragnie przejąć kontrolę nad wszystkim, co daje robotnikom możność owocnej walki o swoje prawa i lepsze położenie socjalno-bytowe. Ponadto w książce znajdziemy bogato udokumentowaną walkę KPP vs PPS w latach powojennych, aż do czasu spacyfikowania i wchłonięcia PPS.
Można tylko żałować, że Autor nie podjął się poszerzenia obszaru badawczego o Śląsk – mielibyśmy wtedy dzieło naprawdę monumentalne! No i oczywiście drażni nieco owa łagodność ocen w stosunku do pierwszych lat działania aparatu komunistycznego w Polsce. Jedna, czy dwie ciche deklaracje Kenny’ego, że nie neguje on opresyjności tego systemu, to nie tylko stanowczo za mało – to poważna luka w tej pracy historycznej w kontekście samych faktów.

Kategorie
→ książki

Resortowe dzieci. Media

Pomyślałem sobie tak: może lepiej poczekać, gdy któryś z moich prawoskrętnych znajomych (mam ich chyba dwóch, wliczając w to sąsiada po 60-tce) kupi tą książkę, dzięki czemu nie nabiję kabzy Frondzie, z którą – najdelikatniej rzecz ujmując – jest mi kurewsko nie po drodze. A może zamówić ją sobie w bibliotece i czekać cierpliwie na swoją kolej?
Ostatecznie – w ramach równowagi – dałem zarobić katolom; wcześniej dawałem razy kilka zarobić pluszowym quasi-lewakom z KrytPo. Bilans na zero.

Oczywiście ani Kania, ani Marosz, ani tym bardziej Targalski (czyli Autorzy Resortowych dzieci…) nie są bohaterami moich bajek polityczno-publicystyczno-moralnych, ale po lekturze tej książki przynajmniej otwarcie powiem, co mnie z nimi łączy – niechęć do michnikowszczyzny (najszerzej rozumianej) i resortowej właśnie wersji historii / publicystyki.
Spodziewałem się sporego prawicowego zaczadzenia w tej książce, ale o dziwo akcentów ewidentnie tendencyjnych jest w niej naprawdę niewiele (sic!). Rzecz jasna, zdeklarowany zwolennik porządku III RP, stały czytelnik Wybórczej, Polityki i „oglądacz” TVN24 na starcie zdyskfalifikuje tą publikację i… w moim mniemaniu będzie albo głupim, albo ślepym ignorantem.

O książce było głośno. Nie chce mi się jednak rozwodzić nad płaczem „czołowych publicystów” tego kraju w tej materii. Nie warto. I tak było do przewidzenia jak zareagują. Dość powiedzieć, że Autorzy wyskoczyli z tezą, którą trudno odrzucić ot tak, bez sekundy choćby namysłu. Idzie o to, że żyjemy w kraju, w którym elity medialne nie tylko ukształtowane są w oparach komuszego reżimu, ale pewne tendencje tego środowiska (jeszcze przed 1989 rokiem nazywanego lewicą laicką) ulepiły niejako „na stałe” dyskurs polityczno-publicystyczny tak, jak funkcjonuje on do dziś w głównym nurcie. Nie obchodzi mnie, że teza ta jest niejako integralnym składnikiem krytyki ze strony środowiska prawicowego. Nie obchodzi mnie to dlatego, że jako osoba odległa o lata świetlne od prawicy, uważam ją za słuszną. Jeśli ktoś krytykując Michnika, TVN, Polsat i mainstreamowe media zatrzymuje się na gówniarskim poziomie typu: „jego/jej ojciec, to żydo-komuna!”, wypada się tylko śmiać, albo ubolewać nad intelektualną indolencją i prostackim antysemityzmem takich idiotów (których, nota bene niemało wśród Polaczków).

Bajka polega na tym, że teza o monopolizacji mediów w Polsce przez środowiska i kręgi ludzi tak czy inaczej splecionych z komunistyczną bandą (od czasów – z grubsza biorąc – stalinowskiego desantu i PKWN) nie jest prosta do obalenia. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie sposób jej obalić. Można spierać się o detale, ale nawet gdyby Żakowski, Wielowieyska, Michnik, Paradowska, czy inny Lis napięli do granic możliwości swój publicystyczny potencjał, nie dadzą rady. I nie chodzi o to, że jakiś Targalski (hmm… tutaj też moglibysmy podyskutować o resortowości w/w współautora książki – ot, paradoks…) napisał to, co napisał, a cała wataha mediów głównego nurtu autorytatywnie stwierdzi, że to „prawicowe szaleństwo”, czy (główny retoryczny fetysz michnikowszczyzny) „mowa nienawiści”. Waga ich zawodzeń nie ma dla mnie jednak wielkiego znaczenia. Od wielu, wielu lat. Resortowe dzieci…, nie są jakimś siermiężnym obuchem prostacko realizującym ulubioną wizję prawicy pt: dzieci komuchów robią karierę dzięki swoim starym z aparatu poprzedniego systemu. Albo inaczej: dla prawicowego czytelnika, ta książka taka będzie, choć po jej lekturze każdy średnio rozgarnięty i nie uprzedzony czytelnik powinien choćby zastanowić się nad faktycznymi koneksjami środowiskowo-rodzinnymi, a tożsamością polityczną sfory zwanej: „opiniotwórcze media”.

Dwa przykłady, łatwe do zweryfikowania – codziennie / co tydzień. Pierwszy przykład, to Poranek Radia TOK FM, emitowany codziennie od poniedziałku do piątku od 7:00. Gospodarzami tegoż są m.in.: Dominika Wielowieyska, Jacek Żakowski, Janina Paradowska. Autorski przegląd prasy, autorskie komentarze, goście zapraszani do studia. Najbardziej „podobają” mi się poranki z Paradowską i piątkowy – z Żakowskim. Jacek Żakowski zwyczajowo zaprasza Tomasza Lisa, Tomasza Wołka i Wiesława Władykę… Zresztą to naprawdę niezbyt istotne, kto kogo zaprasza – serio! Sami zróbcie sobie test i zapodajcie sobie wszystkie poranki w TOK FM, dzień po dniu. I wsłuchajcie się w komentarze, opinie – merytorycznie. Bardzo szybko zwrócicie uwagę na znamienny fakt: ci ludzie gaworzą ze sobą tak, jak starzy kumple przy piwe. Starzy i gadający o tym samym – tak samo. Gwarantuję wam, że po kilku, kilkunastu tygodniach, gdy usłyszycie w radio coś w rodzaju: „Tomku, pozwolę się z tobą nie zgodzić…”, parskniecie śmiechem. Te media, to tak kurewsko wyjałowiona monokultura, że zadziwia mnie jakakolwiek próba obrony ich poziomu i merytoryczności.

Drugi przykład, to niedzielny program w TVN24: Loża prasowa. Schemat dokładnie taki sam jak wyżej, z tym że skład dziennikarski nieco inny (m.in. z takimi „tuzami” jak Daniel Passent – również bohater Resortowych dzieci… – baaaaaardzo adekwatny przykład!).

Poleciałem w dygresję… Ale tylko po to, by pokazać, że sami możecie zweryfikować jakość resortowych mediów. Bo takie one naprawdę są. Od lat.
Mocno polecam tą książkę – nawet tym, którzy kręcą gębą (jak ja) na prawicowe oszołomstwa i przegięcia ideowe. Dlaczego? Dlatego, że Autorzy – obcy mi ideowo niemal od A do Z – skupili się na tych aspektach, które rzucają w miarę jasne światło na genezę środowiska postrzeganego jako ideał dziennikarstwa. Tylko idiota stwierdzi, że książka ta jest wyłącznie „graniem teczkami z IPN” – nie jest.

Czy jakieś nazwiska w Resortowych dzieciach… wzbudziły we mnie zdziwienie? Nie, chociaż kilka medialnych gwiazdeczek ukazało się teraz w zupełnie innym świetle. Jedynym zdziwieniem i zawodem była Krystyna Kurczab-Redlich. Recenzowałem na blogu jej książkę i wciąż uważam ją za wybitną. Ale kilka – dla mnie istotnych – faktów, zmienia moją optykę, Pani Krystyno…

Byłbym idiotą, gdybym uważał Resortowe dzieci… za wyrocznię i „antyubecki podręcznik”. Ale byłbym skończonym debilem, gdybym miał powtarzać w tej sferze relatywistyczne banialuki pełne hipokryzji, rodem z Wybiórczej, czy Polityki. Ta retoryka śmierdzi mi nie od dziś i mam nadzieję, że generalny dyskurs etycznej przejrzystości mediów w kontekście przeszłego reżimu nie zostanie do reszty zawłaszczony przez takich bankrutów jak Michnik, Passent, czy Kwaśniewski.

Kategorie
→ reflex

Krzysztof Krauze (1953 – 2014)

RIP

Kategorie
→ książki

Bronisław Wildstein – „Dolina Nicości”

Mam kłopot z tą książką…

Nie, nie chodzi o to, że Wildstein, to dla mnie człowiek z kompletnie innej galaktyki politycznej i jego „wrażliwość publicystyczna” jest mi totalnie obca. Starałem się podejść do tej powieści bez uprzedzeń i własnych zapatrywań na to, co Wildstein wyczynia w przestrzeni publicznej. Zabrałem się zatem do lektury…

Tytuł… Jak dla mnie drażniąco pretensjonalny, przesadnie napuszony – biorąc pod uwagę materię książki. Nigdy jednak nie sugeruję się tytułami książek. Przełykam tą nicość i czytam…

Trzecia RP. Mamy ambitnego dziennikarza śledczego, Wilczyckiego – doświadczonego w swoim fachu, zaznajomionego z koteriami, układzikami na styku władzy, biznesu i postkomuszego bagna.  Odkrywa on pewnego dnia związki z ubecją „osoby na świeczniku” i za wszelką cenę chce on owe rewelacje upublicznić. Oczywiście na drodze stają wpływowe siły „układu” w postaci Wielkiego Redaktora Naczelnego, a w tle prześlizguje się dziennikarzyna-piskorz (niejaki Return), próbujący dramatycznie oczyścić sumienie z niegdysiejszych grzechów współpracy z bezpieką.

Mamy w Dolinie Nicości twarde jak skała relacje biznesowo-polityczne, mamy wszechpotężne siły kłamstwa pod przykrywką „liberalnej demokracji”, mamy poniewieraną prawdę, niejasne [niby] samobójstwa, podejrzane majątki i zakulisowe intrygi w bagnie gnijącej Trzeciej Rzeczpospolitej…

Głupi domyśliłby się, kto jest kim w świecie realnym, gdyby przyłożyć tą wildsteinowską kalkę charakterów z Doliny… Uff… Książka nie tyle rozczarowuje, co nuży i… śmieszy (sic!).

Na czym polega problem? Ano na tym, że postkomunistyczne zombie o nazwie: III RP i współtwórcy tegoż, to naprawdę doskonały temat na powieść! Ten smród okrągłostołowych pogadanek i układów przykryty nadpsutym lukrem „wolności i demokracji”, ta pieprzona mityczna „gruba kreska” – to wszystko nadaje się na wyśmienitą epopeję, na współczesną (gorzką) opowieść o tym kraju nad Wisłą… Niestety Bronisław Wildstein w perfekcyjny sposób spieprzył tą książkę :)

Gdzieś w necie natknąłem się na notkę wychwalającą „niewątpliwe walory literackie” Doliny Nicości. Coż… :D Nie wiem, jak to ująć… Powiem tak: otóż książka ta walorów literackich po prostu nie ma. Żadnych. Postaci w powieści Wildsteina są albo jak ludziki w skali 1:1, wycięte z tektury i przewracające się przy byle podmuchu problemów, refleksji czy dramatycznych decyzji, albo ciosani z grubych kloców drewna; jakby pijanemu dać tępą siekierę… Mam tutaj na myśli charakterologiczne konstrukty, głębię przeżyć bohaterów (czy raczej owej głębi kompletny brak). Duża część książki, to karkołomne zdania oznajmiające, literacko zdychające jak muchy zamknięte w słoiku. Wildstein po prostu nie jest pisarzem i tyle. Jakkolwiek znany jest jego temperament publicystyczny oraz wyrazistość poglądów, to jednak literacko pada na łopatki – nie ratują go ani dialogi, ani sposób, w jaki stara się on budować napięcie w powieści. Im bardziej się „stara”, tym większą kupę serwuje potencjalnemu czytelnikowi.

Autor jest zbyt przewidywalny – decydując się na powieściowe ujęcie wydarzeń, którymi na co dzień zajmuje się jako dziennikarz i publicysta, powinien – jak sądzę – postarać się o większy dystans wobec  namacalnej rzeczywistości. Po to właśnie by – paradoksalnie – ową rzeczywistość przedstawić w interesującej i pociągającej czytelnika formie prozy współczesnej, z nutką kryminału, czy choćby solidnego political fiction. Wildstein nie ma również dystansu do samego siebie; w pewnych momentach książki czekałem tylko na symptomatyczną gwiazdkę i przypis na dole strony informujący: Czytelniku, w tym miejscu mam na myśli siebie – Bronka Wildsteina, nieustraszonego tropiciela łgarstw III RP!  Żenada.

Cóż, nie każdy może być Ziemkiewiczem, panie Wildstein :) A’propos… Rozbawiony i zażenowany Doliną Nicości (podkreślam – w warstwie literackiej; tematyka bowiem jest rewelacyjnym materiałem na niejedną powieść!) pomyślałem sobie, że całkiem prawdopodobną byłaby sytuacja, w której Rafał Ziemkiewicz – jakby nie było, kolega z politycznej piaskownicy Wildsteina – czyta Dolinę… i w głowie układają mu się (jakże mu właściwe) zjadliwe komentarze na temat tej „prozy”.

Podsumowując: Dolina Nicości, to umiejętnie spieprzona książka, dotykająca niezwykle ważkiego i ciekawego literacko tematu. W którymś z wcześniejszych wpisów napisałem, że książka ta jest „niegłupia”… Hmm… no, głupia może nie jest, ale jej wartość literacka jest żadna.

… ale okładka przynajmniej ładna :)

 

Kategorie
→ reflex

Porady polskie

Włażę do knajpy. Wczesny poranek, a ja po całej nocy na nogach, toczę się w kierunku baru. Siadam na tym idiotycznym stołku (będącym gwarantem, że barman nie będzie patrzył na ciebie jak na kmiota o wzroście 130 cm) i czekam… Nade mną plazma wyrzygująca mecz jakiejś zapomnianej ligi chuj-wie-skąd. Oglądam się za siebie, w półmrok drewnianych stolików. Kilku roboli, sączących piwo jak ja, -po, oraz kilku pijących jak na wyścigach – przed robotą…

Wyjmuję filtry, skręcam jeden. Wyjmuję bibułkę, tytoń… Dziad obok gapi się, jakbym przed momentem rozebrał papierosa na części pierwsze, a teraz próbował go złożyć w „palącą się całość”; nie wierzy, że mi się uda i nie wpadnie na to, że robię tą fajkę od podstaw – jak w czasie wojny, czy innej okupacji… Ku jego zdziwieniu, wychodzi papieros, którego zapalam i zaciągam się aromatycznym Turnerem. Przyłazi wreszcie barman. Mina pt.: wiem, że u mnie można palić mimo zakazu, ale i tak nie zapytałeś – mnie, szefa!   Zamawiam setkę i piwo. Patrzę, z jaką perfekcją nie dolewa tych paru mililitrów, jakby celebrował te 85 ml w kieliszku i kalkulował, ile wódki zaoszczędzi nie lejąc całej sety.

Wódka rozłazi się po kościach ciepłym strumieniem. Rozgrzewa flaki i pobudza nieco. Pierwszy łyk piwa i fajka… Na plazmowym boisku niewiele się dzieje, bo komentator gada, jakby miał zaraz zasnąć, zupełnie jakby też tyrał na nockę i nad ranem musiał jeszcze komentować mecz ligi chuj-wie-skąd. Jego monotonny głos przerwany przez rubaszny śmiech za moimi plecami, przy jednym ze stolików. Uświadomiłem sobie, że wchodząc tutaj, wyłączyłem kompletnie percepcję ludzi przy tych nędznie oświetlonych stolikach…

– No, kurwa, jak to czterdzieści?! – słyszę inny głos, należący do kogoś młodszego.

– Chłopie, więcej nie trzeba! Ja tak robię od lat i to działa! – tym razem głos kogoś, kto śmiał się przed momentem.

– Ja to bym nie mógł… – eksperckim tonem mówi młodszy głos.

– Eeee, pierdolisz! Normalnie, odrywasz mniej, niż pół metra papieru i się podcierasz! Zawsze wystarczy! Moja stara mnie nauczyła oszczędności – znowu ten sam śmiech – Jakbyś był żonaty, to bys wiedział co to jest. Baba cię zawsze zjebie, że coś marnujesz. Skąd ja to znam, kuuuuurwa! Ech… nauczysz się jeszcze młody, zobaczysz…

Ekspert od strajtaśmy milknie, a ja słyszę dwie siorbiące piwo gęby, dźwięk odkładanych kufli i podwójne westchnienie niejako pieczętujące słowa tego ostatniego. Takie barowe amen. Niech tak się stanie…

 

***

 

Robię jakieś mikro-zakupy, kasuję  sie przy dźwiękach potwierdzających skanowanie kodu, po raz 666 odmawiam „jednorazóweczki na bułeczki” (Aaaaa, bo pan ekolooog, zapomniałam! – słyszę zza kasy, patrząc na porozumiewawczo-rozbawioną twarz ekspedientki…), płacę i wyłażę ze sklepu. Telefon. Dzwoni znajomy i mówi, żebym poczekał na niego pod tym sklepem, bo właśnie idzie w tamtym kierunku, a przecież Piweczko by można jebnąć!, jak słyszę trzaskający, lekko zmodulowany głos w słuchawce. Czekam więc…

Tuż obok sklepu dwie facjaty. Wełniane swetry, czapki… Jeden w gumofilcach, drugi w czymś kozakopodobnym. Dwie zmęczone gęby lustrujące moje dziury w uszach i kolczyk w nosie. Potem skan całej mojej postaci i utrata zainteresowania (z kwaśnymi minami), na rzecz kolejnego sztachnięcia się szlugami… Starszemu, pod wielkim brzuchem, wisi torebka – kasa fiskalna handlu ulicznego. Opiera się o aluminiową konstrukcję obleczoną zgniłozieloną gumową płachtą. W środku woda i stado pływających na boku karpi…

Znajomy będzie za jakieś pięć minut. Do ulicznych biznesmenów podchodzi starsza kobieta w zielonym płaszczu, z dwiema płóciennymi siatkami w dłoniach.

– Po ile rybki? – pyta.

– Trzynaście, proszę pani – ożywia się młodszy, a starszy gasi peta gumową podeszwą, łapiąc się za torebeczkę.

– A świeże chociaż i zdrowe? – pyta pani, gapiąc się martwym wzrokiem na niemal równie martwe karpie.

– No a jakże! – stary wtrąca się w biznesową dyskusję – Jeszcze dzisiaj odławiane, droga pani!

– To ja bym dwa wzięła, ale takie żeby mułem nie śmierdziały – pani odwraca głowę od tej gumowej mordowni…

– Nasze?! Mułem?! Pani droga! – stary się ożywia, a młody łapie za siatkę.

Młody wyławia dwie ryby, kładąc je (jeszcze) żywe na starą, komunistyczną wagę sklepową koloru beznadziejnej szarości. Ryby nie mają sił się szamotać, ale jednak poruszają się. Młody – jakby wykonywał tajną misję – dokłada ciężarki po drugiej stronie. Czeka, aż „rybki” się poruszą, a język wagi poleci kawałek w prawą stronę… Odwraca się tyłem do starszej pani (a bokiem do mnie – stojącym tuż obok wejścia do skelpu) i kładzie „rybki” na rozkładanym stoliku, na którym dogorywa wzór szachownicy… Dwa uderzenia gumowym młotkiem. Kilka kropel krwi…

Starsza pani trzyma już w dłoni portfel. Ma dokładnie tak samo smutną twarz, gdy podchodziła do „stoiska”. Stary, jakby przewidując reakcję, ożywia się.

– Bo pani rozumie, martwa ryba, już po kilku godzinach traci cały smak! – mówi – Ja w rybach robię całe życie, to wiem. Włókna obumierają, normalnie.

Kobieta patrzy na niego, bez zbędnych emocji w oczach. Ale sprzedawca nie daje za wygraną:

– Jak włókno obumrze, to jest kaplica! Ja to wiem! Ryby muszą być w smak! Znaczy się,  żywiutka, wiadomo, że lepsza – uśmiecha się do płacącej pani.

Młody ładuje martwe karpie do reklamówki, a starsza kobieta się ożywia.

– Żadnych plastików nie chcę – nadstawia płócienną torbę.

Ryby lądują w torbie. Stary wydaje resztę.

– Jak sobie pani je oporządzi zaraz w domu, to będzie cycuś malina! – dodaje stary na odchodnym.

Pani odchodzi…

Dogaszam fajkę i widzę kumpla po drugiej stronie ulicy, który przełazi nie-po-pasach. Odwracam się do tego starego i pytam:

– Zawsze ciśniecie ludziom takie brednie, sadyści?

Ten wmurowany, młody – gęba przestraszona (Odezwał się ten kosmita! – pewnie sobie myśli…).

– Do roboty byście się wzięli, a nie! – desperacko rzuca stary.

Witam się z kumplem. Idziemy na piwo. Po robocie.

***

„Mądrości” ludu w tym kraju jest mnóstwo. W każdej dziedzinie i okoliczności. W każdej sprawie, w każdym problemie. Codziennie, niezmiennie, mix tradycji, alkoholu, przyzwyczajeń i tej oczywistości: no jakże inaczej?! u nas?! w Polsce?! To niepodobna, naśmiewać się z doświadczeń i przekonań RODAKÓW! Jak to?! Nie trzeba nawiązywać do „najgłębszych tradycji naszego polskiego narodu” – wystarczy wyjść na ulicę, do knajpy, gdziekolwiek. Tam zawsze króluje „wiara przodków” (w cokolwiek – w srajtaśmę, „karpiki”, honor, maryję, marszałka, smoleńsk, ekonomię…). W warstwie kulturowej zawsze można przykryć to lukrem przyśpiewek, strojów regionalnych, programów kulinarnych (jak przyrządzić „karpika”…), w warstwie społecznej można to wyjaśnić tak czy owak… W warstwie, która mnie interesuje, wyjaśnić tego niepodobna…. To chory kraj. Zgwałcony przez maryjkę, jezuska, stalinizm, martyrologię, endecję, esbecję i inne – obecnie święcące triumfy „siły polskie” (antypolskie? :D).

W obu historiach miałem ochotę się wyrzygać…

 

 

Kategorie
→ reflex

Setka wódki po zamachu

Po robocie, leję sobie setkę, słuchając wiadomości z Radio Australia. Potem Taiwan, Korea Płd., Japonia, rosyjskie: Chabarowsk, Nowosybirsk i Moskwa…

Nie wytrzymuję gnojówki lejącej się z polskich mediów, rzygam od smrodu „mowy nienawiści” i „uczonych dywagacji” dziennikarskiego mainstreamu. Zasrany Smoleńsk, zasrany Palikot, zblazowana Paradowska, chorzy Karnowscy, Brunon K. jako tekturowa makieta Breivika, nierób Tusk, frustrat Kaczyński, Braun bez obciachu mówiący, o co kaman prawicowym pojebom, Gmyz-fachura od wszystkiego, Olejnik-nijaka, zachowawcza i nudna menda, quasi-lewicowe ścierwo „komentujące” wszystko co popadnie – na oślep…

Nie mam siły, ani ochoty na dogłębne analizy patologii zwanej: Polska A.D. 2012. Powyższy wycinek tej gównianej układanki prowokuje jedynie do odlania się na te rozgorączkowane łby, drążące te wszystkie śmierdzące korytarze w podziemiach uprzedzeń, wiejskich bujd, schizofrenicznych projekcji, biało-czerwonych dewiacji i konfliktów. Celowo używam takiego języka, bo nie warto zatrzymywać się dłużej nad tym cuchnącym ściekiem; takowe ekspedycje wytrzymują jedynie najwytrwalsi adepci antropologii kultury.

Prawica pokazauje ostatnimi czasy swoją gębę w pełnej krasie: od ONR-owskich nazioli, po Lisickiego i Krasnodębskiego. Wszystko, co pomiędzy, cudownie się kotłuje , tworząc interesującą mozaikę. Kaczyński nie ma wielkiego wyboru i musi trzymać się konwencji fasadowej demokracji (tutaj „reżyser” Braun ma absolutną rację: demokracja, to ściema), ale lud smoleński już niekoniecznie. Podobnie rzecz się ma z „prawdziwymi mediami”; otóż uważam rze nowy „projekt prasowy” Karnowskich czeka ten sam ferment i los, jaki dotyka obecnie tytuł, z którego wywalono na zbity pysk Gmyza. Fronda – solidarnie wspierana przez Gadzinowskiego – płacze z uwagi na zbliżający się kres dofinansowywania „niszowych publikacji kulturalnych” (zapewne pluszowe „lewaki” z KrytPo również ronią swe łzy klasy średniej – hipsterskie studenciaki nie poczytają Żiżka… To straszne!). Tymczasem Tusk i jego pierdolona banda rżną głupa w serdecznych objęciach nieróbstwa, pogłębiając ten nieszczęsny kraik w coraz większym syfie i długach.

Nadszedł czas na rewolucję kulturalną. Prawicową, rzecz oczywista, lub – dla leksykalno-politycznej niepoznaki – na rewolucję patriotyczną. „Reżyser” Braun się ucieszy, Sakiewicz się ucieszy, Prezes Tej Partii również. Krasnodębski ładnie ubierze to w akademicki garniturek, może nawet Ziemkiewicz (którego [paradoksalnie!] najbardziej cenię z całej tej prawicowej bandy) popełni jakąś książkę, a ONR zacznie wprowadzać w życie nowe kulturowe wzorce… Kiedy czytam/słucham, co się dzieje wokół Pokłosia, wokół odmowy Opani zagrania w kuriozalnym filmie o Smoleńsku, kiedy nawet Linda ma wkurwa, że prawicowcy wkręcają go po swojemu w całe to gówno, wtedy widzę jedynie bankructwo tej plemiennej choroby zwanej patriotyzmem. Widać jak na dłoni, co czyni z ludzi ten zlepek guseł, „tradycji” (pojmowanej, rzecz jasna, zgodnie z barwami chorągiewek i z zapachem ideologicznego moczu, którym znaczy się teren „debaty publicznej”) i  zacietrzewienia…

Jeeeb, będę to powtarzał do usranej śmierci: ten chory kraj nad Wisłą NIGDY nie zrozumie kilku podstawowych rzeczy:

1. W każdym narodzie (w każdej grupie etnicznej) znajdują się skurwiele, zdrajcy, konfidenci, dewianci, gwałciciele, sprzedawczyki, kanalie, hipokryci, mordercy! Również w obrębie tej biało-czerwonej uświęconej-przez-wszystkie-siły-niebieskie ziemi!

2. Martyrologia i kultura pomników, to najprostsza droga do kompletnej deformacji społecznej percepcji w kontekście każdej społeczności biorącej za elementarny czynnik spajający narodowość, czy kwestie etniczne.

3. Nie istnieje (bo nigdy nie istniała i istnieć nie będzie) obiektywna prawda. Wszyscy znaczący myśliciele w historii, bez względu na pochodzenie i poglądy, rozwalili sobie pyski o tą kategorię. Ani Jezus, ani Ghandi, ani Kant, ani Hegel nie utwierdzili nas w przekonaniu o jej istnieniu, więc niby czemu miałby to uczynić jakiś Kaczyński, Macierewicz, czy inny Terlikowski.

4. Polska nie jest najważniejsza.

***

Jutro kolejny dzień w pracy. Subtelna obserwacja tych „polskich dyskusji”, tego bełkotu, tych podzielonych gównem ludzi, którzy powinni raczej skupić się na fakcie ekonomicznego wyzysku w miejscu pracy – bez pieprzonych flag i obelg… Nie miałem aspiracji do wyrzygania czegoś ambitnego – człowiek zmęczony i wkurwiony pisze prosto i bez ozdobników. Jutro znowu ta banda ideowych nierobów zasmrodzi naszą rzeczywistość kolejnymi rewelkami. Wiadomo, to był zamach i chuj.

Nie dziwcie się więc, że wolę słuchać zagranicznych rozgłośni…

Kategorie
→ reflex

Co za nudny temat…

Szwedzki 365 Dagar Av Synd w głośnikach i totalny dewast myślowy…

W przeciągu kilku ostatnich dni mój łeb porwało tsunami refleksji i reminescencji. Najpierw urządziłem sobie maraton rosyjskich „filmów historycznych”, by lepiej wgryźć się w kinematograficzny bełkot sowieckiej gloryfikacji przekłamań historycznych i skonfrontować je z orgią polskich „uniesień” patriotycznych (w ostatnich latach pracowicie wkręcanych w komix, powstania, pop-pamięć historyczną – wszystko rzecz oczywista w cierpiętniczo-wisielczym  sosie eschatologicznym)… Najogólniejszy wniosek jest taki, że zarówno polskie, jak i rosyjskie kino w tej kwestii niewiele się różnią, jeśli idzie o intensywność lukrowania historii. Polski gówniarz ze szkoły kadetów tuż przed II Wojną Światową ma niejako honor i ojczyznę wyryte na twarzy niemal od urodzenia, urodzony w dobrym domu, dobrym jest i basta, a z dziewczynami całuje się tylko delikatnie i szarmancko, no i oczywiście jest honorowym dawcą krwi na polu walki. Sowiecki sołdat, to prosty, acz bystry, szlachetny syn ojczyzny, wódkę – owszem – pije (nawet na froncie), ale za to nie przeklina, chroni dzieci i starców przed szwabskimi minami, a na faszystowskie tanki pójdzie choćby z saperką i swoim nieśmiertelnym Uraaaaaaaaaa! Rzecz jasna, sowiecki żołnierz nie gwałci i nie kradnie. Polski natomiast odwiedza dworki i zadaje się z rodami szlacheckimi, chłopom złego nie robi, ale patrzy na swołocz niechętnie. W przeciwieństwie do Ruskiego, zawsze jest widziany tylko z naparstkiem jakiegoś winiaku.

Kinematografia obu tych krajów, w kontekście „prawdy historycznej” jest mocno skrzywiona przez ogólną przypadłość zwaną patriotyczną ślepotą i rozkosznym przymykaniem oka na „drobne” nieścisłości historyczne. Nasi są OK i basta. Po obu stronach Buga.

Mam sporo rosyjskich znajomych i z wieloma miałem spięcia podczas dyskusji o historii. W Rosji panuje swoista schizofrenia w materii pamięci historycznej, w materii faktografii i wyciągania z nich wniosków. Owszem, wszędzie są ulice Lenina, Dzierżyńskiego i place Marksa. Spod tej gęstej warstwy stalinowskiego gruzu wyłażą jednak – powoli, z roku na rok – fakty o gułagach, o „planecie Kołyma”; nie mam tu na myśli mozolnej pracy opozycyjnych historyków („opozycyjnych” w sensie: sprzeciwiających się konserwowaniu przez Kreml rozmaitych kłamstw nt komunistycznego ZSRR), ale percepcję społeczną przeszłości. Ten proces będzie pewnie w Rosji trwał bardzo długo.

W Polsce nie jest wcale lepiej. Polska jest do głębi zakonserwowaną przestrzenią; z jednej strony dwubiegunowość ocen (komucho-akowskich), z drugiej zaś stadko pojebów, żydożerców, „narodowych komunistów” i innych, dla których prymat ekstremy (zazwyczaj historycznie marginalnej – jak np. PPR, czy NSZ) rządzi zawsze i wszędzie. Polityka jest tradycyjną gwałcicielką pamięci o historii, krzywym zwierciadłem, w którym odbija się zbiorowa amnezja i zbiorowy fanatyzm. Kiedy słyszę, co ostatnimi czasy wygaduje pewien sfrustrowany „artysta”, Kukizem zwany, nie wiem czy parsknąć śmiechem, czy machnąć w chuj ręką na cały ten chory zgiełk narodowy… Nie będę zniżał się do oceny jego „patriotycznych tekstów”, bo są jak dzieciuchowe wypociny licealisty, z paroma frazesami i biało-czerwonym ornamentem. Onanizują się tym gazety polskie, onr-y i inne harcerstwo (wszystko jakoś magicznie wpisane w „wielki zryw młodzieży narodowej” – jakkolwiek to to traktować…). Dopada mnie jedynie smutna refleksja, że cały ten społeczny syf i konflikt z orzełkiem w tle jest spowodowany pewną destrukcyjną przypadłością zwaną: przyspawaniem do abstrakcji typu Naród. Tak, przez duże „N”. Coś, co ma w podwalinach duże „N”, jest w umysłach automatycznie wyolbrzymiane, nadmuchiwane do zrzygania, do granic śmieszności. Tak jest też w Rosji z ich „bajką historyczną”, z ich Wielką Ojczyźnianą…  Co patriotyzm robi z człowieka, mogliśmy się przekonać 11 listopada, albo w czasie Euro 2012. Obustronna piana na pyskach, nienawiść wstrzyknięta po obu stronach Buga, od kołyski, plemienne wymachiwanie jakimiś barwami, proporczykami…

Kiedy czytam rozmaite komentarze pod artykułami, esejami, pracami z dziedziny historii, kiedy widzę jak wszyscy chcą się zajebać nawzajem, gdy nadają sobie od pedalskich komuchów i faszystowskich ścierwojadów, mogę tylko mieć osobistą satysfakcję, że patriotyzm ani mnie ziębi, ani grzeje. Historia jest ważna, ale należy ją odczytywać z odpowiednimi wnioskami, a nie trwać jak osioł w okopach groteskowego kultu porażki, a wydzierać mordę, że „zawsze byliśmy wielcy”, nawet jak nie byliśmy. To moje -śmy jest formą skierowaną do każdego jednego narodu, zwłaszcza po dwóch wojnach (+ trauma Bałkanów, czy konflikt polsko-ukraiński  – żeby tylko skupić się na Europie), które wypruly flaki w Europie. Tak ciężko zakumać w XXI wieku, że po każdej ze stron są świnie, zbrodniarze, zdrajcy, sadyści. Bo „uczucia patriotyczne” są furtką, za którą traci się kontrolę nad trzeźwością ocen, a swoje ohydztwa tłumaczy się paroma sloganikami wycedzonymi przez polityczne świnie… Tak trudno zrozumieć, że każdy konflikt na gruncie narodowym, był, jest i będzie politycznym szczuciem z każdej strony.

Patriotyzm, to jedna z największych patologii wykreowanych przez kulturę ludzką.