Zieleń na laserze…

Umówmy się, że pracuję w niezbyt interesującym miejscu, aczkolwiek lubię „mój” laser i samą pracę na nim (nie ma to jednakże żadnego pozytywnego przełożenia na gratyfikację za to najemne tyranie…). Ostatnio popełniłem dwie foty (jakości nędznej, bo zrobione telefonem), które wprowadzają w to nieznośnie industrialne miejsce „kawałek estetyki”, drobinę czegoś nie będącego wyłącznie pulsowaniem rezonatora i smrodem ciętej stali/aluminium…

Oto niespodziewany gość, który napatoczył się pod load-master (podajnik blachy do lasera)…

2013-08-09 21.34.37

… oraz coś zupełnie – z pozoru – abstrakcyjnego:

2013-08-28 19.19.41

Uwielbiam fakturę na tym drugim zdjęciu! Daję głowę, że nikt nie zgadłby, co to właściwie jest :) To po prostu fragment jednego z haków (w kształcie litery „S”), którego używa się w trakcie lakierowania gotowych produktów, z wieeeeeeloma warstwami zielonego lakieru (tłem jest powierzchnia laserowego słupka oznaczającego barierę, po przekroczeniu której laser samoistnie się zatrzymuje)…

Drobiazgi, które sprawiają, że robota w tym miejscu nie śmierdzi wyłącznie wyziewami helu, azotu i acetylenu…

P.S.: Owad został bezpiecznie przeniesiony poza teren stalowej masakry i wypuszczony na wolność…

Reklamy

Пиздец…

··· reflex #1

Spokojna, jesienna powtarzalność mglistych poranków, kiedy wracam z pracy pustymi niemal ulicami, działa na mnie dziwnie kojąco. Mleczno-szare smugi sunące pomiędzy drzewami ogołoconymi z liści, liżące betonowe kloce. Wyludniona dziura z większością chrapiącą jeszcze w postrzępionych łachmanach marzeń sennych, staje się na chwilę [paradoksalnie] bardziej „ludzka”; tak jakby wzięcie w nawias elementu ludzkiego uwydatniało istotę formy – jak usunięcie kluczowego puzzlle’a uświadamia ów brak i projektuje w umyśle egzemplifikację tegoż. Moją osobistą „aberracją” (czy – jak kto woli – przerysowaniem)  tego poczucia, są setki miast i miasteczek syberyjskich, gdzie drzewa rosną na ulicach, a pozostałości okien wyglądają jak puste oczodoły. Brak człowieka w miejscach stricte ludzkich ma w sobie coś złowieszczego, wywołującego albo niepokój, albo refleksję [w większości przypadków to pierwsze, niestety…].

··· reflex #2

Niebo ma już kolor szpitalnej pościeli, żałobnego, wyblakłego błękitu. Nie zamykam drzwi balkonowych i chłód przyjemnie panoszy się nad podłogą. Oczywiście piję. [Niemal] zawsze coś piję po nocnej zmianie.

Kilka „kroków” wstecz i jestem jeszcze w pracy… 21_11K_ST3_6_1. Tak nazywa się program, nad którym ślęczę całą noc, pilnując by laserowe ścierwo cięło tak jak powinno. Syk, wkłucie, iskry… Gazy (tlen, hel, azot, dwutlenek węgla), rezonator i duch Mendelejewa unoszący się nad tą machiną. Przed niewidzialnym promieniowaniem chronią mnie filtry, jednak  od czasu do czasu włażę do środka, by usunąć „przeszkody” na drodze wiązki laserowej (przeszkody = uprzednio wycięte elementy)… Włazisz tam i od razu w nozdrza wpierdala ci się ten smród. Wysoka temperatura, mgiełka oparów i – po kilku sekundach – słodkawy posmak na języku. Cyberpunk ’90. Kto zaczytywał się tą konwencją w ramach science fiction, zrozumie…

Konserwacja i czyszczenie molocha typu: laser, to spotkanie face to face z całym stadem związków chemicznych, których skład i szkodliwość, to swoista tajemnica poliszynela.  Nakładasz maskę na twarz, kaptur na głowę… Wymieniasz filtry, usuwasz „żużel” [to naprawdę nie to samo co tradycyjny żużel…]. Czujesz przez maskę ten pierdolony posmak na języku… Pył laserowy jest wszędzie. Jest mniejszy, niż cząsteczki pyłu węglowego. Masz je na twarzy, ubraniu, w kieszeniach, pod ubraniem, na skórze… Przez kilka kolejnych dni twoje gluty z nosa są czarne, częściej dopada cię kaszel…

Kroki wstecz anulowane. Za oknem wciąż „szpitalne” niebo. Nie trawię czystej w godzinach rannych. Od zawsze. Otwieram wiśniówkę, względnie portera. W linuksowej konsoli  wstukuję: mocp. Klikam na radio informacyjne (MOC [w linuksie program do odtwarzania muzy]służy mi tylko do słuchania inet-radia). Kilkanaście minut informacji z kraju typu PL wystarczy, by nabrać odruchów wymiotnych… W kolejnym oknie konsoli otwieram ncmpcpp [taki „bardziej minimalistyczny” Winamp w systemach unixowych :D]. Piję i słucham Ionosphere. Space dark ambient. Zimno i międzyplanetarnie. Zapominam na moment o tym, że nie powinienem pić codziennie. Przypominam sobie nagrane przez NASA dźwięki poszczególnych planet, tło fal, które miażdżą absolutnie. Astronomia, alkoholizm, depresja i czarne gluty z nosa. Ot, poranek po pracy…

··· reflex #3

Nie wiem dlaczego, ale od poniedziałku rozmawiam z moją znajomą Katją (Moskwa) wyłącznie o sposobach postrzegania życia w metropoliach i konsekwencjach funkcjonowania w takich miejsach. Mimo, że jej marzeniem jest Jakucja, Czukotka, Kamczatka i Bajkał, z rozbrajającą szczerością (oraz nutą zrezygnowania)  mówi mi, że to nie takie proste, bo praca = Moskwa. Znam Katję wiele lat i rozumiem jej podejście, będące ewidentnym „odpryskiem” Zachodu – w domyśle wszystkiego, co na zachód od Rosji. To nie kompleks (bo Moskwa już dawno jest „europejska” w rozumieniu consume & living – brana jako całość), a pewna „rysa” w głowie + przyzwyczajenie do czegoś, co w stolicy Rosji jest normą, a poza nią – niedoścignionym Rajem, Ideałem, Pewexem. Katja ma dobrą pracę i w Moskwie odnajduje się perfekcyjnie. Metropolia, to miejsce stadnej orgii – w sensie socjologicznym.

Tymczasem czytam o psychologicznych i neurologicznych uwarunkowaniach homo sapiens w kontekście samotności… Naukowcy skanujący mózgi ludzi żyjących w stanie samotności (szeroko pojętej – od sierocińca, po świadomy wybór bycia odludkiem) udowadniają, iż mózgi tychże – z powodu braku więzi emocjonalnych z innymi – aktywują te same obszary, które odpowiedzialne są za ból fizyczny.

Seth Pollak, naukowiec z Uniwersytetu w Wisconsin zajął się badaniem problemu i dowiódł (źródło: ostatni, grudniowy numer Świata Wiedzy), że w wyniku samotności zostają uszkodzone obszary mózgu odpowiedzialne za naukę oraz płaty czołowe (odpowiedzialne m.in. za odczuwanie lęku). Człowiek żyjący w samotności ryzykuje tym, że zmniejsza się jego kora mózgowa… Nie wiem jak bardzo zmniejszył się mój mózg przez ostatnie kilka[naście] lat, ale w/w Katja wysłała mi link do bloga pewnego rosyjskiego podróżnika, gdzie zobaczyłem miejsca, w których mój mózg zapewne doświadczyłby wszystkich „niedogodności” bycia poza stadem. Nieodmiennie wkurza mnie, to autorytatywne: Człowiek jest zwierzęciem stadnym.  Kurwa mać, dla mnie ewidentny dysonans…

Skitsystem ··· Skrivet I Blod, Ristat I Sten (Napisane Krwią, Wyrzeźbione w Kamieniu)

Prozaiczny, fizyczny wypierdol po 12-godzinnej orgii z azotem, tlenem, helem i bryzgającymi laserowymi iskrami… Porter z Okocimia i szwedzki brud…

Zgromadziłem sobie w ostatnim czasie kilka newralgicznych tematów kulturowo-biznesowo-egzystencjalnych, albowiem stwierdziłem, że po lekturze polskich tygodników (jakimś przewrotnym sposobem, czeskie i rosyjskie mary medialne są dla mnie bardziej przyswajalne w warstwie informacyjnej), warto byłoby zrobić coś w stylu subiektywnego przeglądu rzeczy ważnych, co niniejszym zostawiam sobie na jutro, albowiem jutro nastąpi czas 4-dniowego wyzwolenia się spod kieratu pracy najemnej…

P.S.: Zdrowy człowiek bez astmy potrafi zaciągnąć się helem (siarczyście, że tak powiem) cztery razy, wydobywając z siebie zmodulowane dźwięki przy pomocy strun głosowych. Człowiek z astmą potrafi zrobić to tylko dwa razy. W obu przypadkach skutkami ubocznymi są chwilowe trudności w oddychaniu oraz zatracenie równowagi i nieprawidłowa praca błędnika. Potwierdzone praktycznie z użyciem helu przemysłowego. (EDIT: hel – podobnie jak wszelkie inne gazy używane w laserach – mają najwyższą klasę czystości, sięgającą 99,0001%)

LOOKING FOR AN ANSWER | Extincion

Kołysanka.

Pora patologicznie młoda, by kłaść się spać… Chciałem posłuchać tureckiego radia po angielsku i serwisu informacyjnego z Filipin, ale splot okoliczności cokolwiek przyziemnych dąży równią pochyłą ku magicznej godzinie: 04:45…

Vegan grind z Hiszpanii… chyba każdy/-a lubi ;)

„Spracowane ręce, poszarzałe twarze budujące wasze bogactwo…”

… i spadło. Chłód rannego powietrza przytępił nieco zmysły [magia nie-czucia po laserowej nocy…]; przemknąłem przez tą zaspaną dziurę prosto w objęcia mej nory. Spokój i reglamentowany sen na horyzoncie…

Working class at weekend…

Praca najemna charakteryzuje się tym, że czas wolny, pozbawiony kagańca zapierdalania w kołowrocie ośmiu godzin jawi się jako coś nie tylko drogocennego, ale i satysfakcjonującego. Kapitalizm zmienia człowieka na dwóch frontach (mówię tu o jednym egzemplarzu ludzkim typu: ja; sorry, nie mam anarcholskich ambicji walki za lud, wyleczyłem się z retoryki anarchosyndykalistycznej jeśli idzie o recepty, naprawę i przyszłość – jestem tylko pieprzonym anarchodurniem, który za nic w świecie nie zgodzi się z „logiką” obecnych stosunków ekonomiczno-społecznych, jednak z drugiej strony nie będę wciskał moim kolegom robolom recept, które dla nich są kompletnie obce – raty za LCD, samochód i pralki sprawiają, że człek staje się jak planetoida: zimny, pozbawiony źródła energii, oddalający się od wszystkiego, co życiem zwać można…) – po pierwsze sprowadza do parteru wszelkie aspiracje związane z czymś więcej, niż praca i wynagrodzenie, a po drugie, czyni z wynagrodzenia błędne koło kalkulacji i oczekiwań [oczekiwań od samego siebie w konkretnych warunkach domowej mikro-ekonomii].

Decydując się na pracę najemną, konfrontuję siebie z warunkami, które narzuciła mi codzienność (a nie z warunkami „na które się zgodziłem” – pojęcie akceptacji warunków w kapitalizmie sprowadza się mniej więcej do sentencji typu: Pasuje ci, czy nie? Jeśli nie, to won, inni się zgodzą… Ten pierdolony szantaż ekonomiczny jest bezpośrednio związany z maksymalizacją zysków fiuta, u którego się nająłem. To komunał, wiem… Jednakże jest to komunał brzemienny w skutki dla robola najemnego, czyli mnie…

Kalkuluję. Liczę. Płacę. Pracując w tym kieracie mam totalnego wkurwa, ale godzę się na wyprzedaż mnie samego… Wdycham pierdolone opary lasera, całą tablicę Mendelejewa, całe chemiczne gówno wydzielające się w trakcie procesu cięcia stali przez laser… Azot, tlen, hel, dwutlenek węgla, stal + laserowy rezonator = koszmarny shit w postaci kurewsko szkodliwych dla środowiska odpadów… W gratisie mam wdychanie tlenków metali w ilości nieograniczonej… Poza tym, nie chcielibyście wiedzieć jak wygląda „konserwacja lasera”…

Znam doskonale historię ruchu anarchistycznego i syndykalizmu. Jestem robotnikiem. Moja fascynacja anarchosyndykalizmem zaczęła i skończyła się w czasach, gdy byłem bezrobotnym squattersem jeżdżącym po Europie tu i tam. Komfort pierdolenia o ideach, których nie odczuło się fizycznie na własnych plecach. Wiele lat temu walnąło mnie w łeb rozczarowanie ruchem bezrobotnych studento-myślicieli, gdzie zawsze klasa robotnicza była tylko promilem, gdzie robotnik-aktywista był kwiatkiem do korzucha wielkiej idei.

Będę anarchistą do końca moich pieprzonych dni. Nienawidzę państwa, religii, przymusu i wszelkich form władzy, hierachrii i poddaństwa. Doskonale zdaję sobie sprawę z mojego ekonomicznego położenia i z faktu, że nie będę wiecznym laserowym trybikiem wyposażonym we flaki i inne organiczne gadżety – nie jestem i nigdy nie będę dodatkiem do jebanej maszyny. Nie będę również syndykalistycznym onanistą, nie potrafię współpracować w kolektywie, nie chcę być częścią nawet mikro-społeczności, jeśli owa społeczność musi funkcjonować na zasadzie: powiedz, co mamy robić! zrób coś, naucz nas! Znam naprawdę wielu anarchistów, którzy w podobnych sytuacjach rzuciliby się w wir aktywizmu i uświadamiania.

Pocieszam się faktem, że co nieco kumam na polu informatycznym. Troszeczkę ;) Na tyle, by zrobić gdzieś tam coś kreatywnego, zepsuć to i owo ;) Koszmarnie wkurwia mnie to, że domorośli anarchiści obalać chcą system na Windowsie, że rebelianckie dyskusje toczą się na korporacyjnych kompach. McShit jest zły, ale Windows? Kapitalizm obalany na forach z poziomu Windy – urocze :/

Koniec pierdolenia… Posłuchajmy czegoś milutkiego – Sverige till döden!!! :)

WKURW | Przewodnik po powrocie z pracy…

Pierwszy łyk wiśniowej Soplicy… W głośnikach kojący syntetyk z Digital Gunfire, industrialny chłód i mimowolnie zamykające się oczy. Zmęczenie tkwiące głęboko, jak wrośnięty paznokieć, jak pasożyt leniwie wwiercający się w mój łeb… Niedziela-nic, piękny poranek-widmo…

To był najdłuższy tydzień w ostatnich miesiącach. Kilkadziesiąt godzin laserowej miazgi, nocne dogorywanie w objęciach wkurwiającego hałasu i „nagroda” w postaci quasi-weekendu, ochłap kilkunastu godzin odsapnięcia i żarłoczne myśli w stylu:

wrócę do domu i zniknę w Powrocie z gwiazd,  Lema

ucieknę na falach radiowych w-chuj-daleko

nareszcie dokończę w kiblu najnowszy numer Książek (przeczytanie całego numeru zajmuje kiladziesiąt kup)

napiję się czegoś słodkiego, bo czysta tylko zjebie mi gardło gwałcone pyłem z lasera

nareszcie będę miał czas dla Scathy, która całymi dniami sama w domu liże łapę i jej cudne psie brązowe oczy gasną i gasną…

***

Taaak, to był prolog. Kilka gównianych zdań inicjujących jakże nędzny koncept: droga z roboty… Przypadłość typu: ja pierdolę, stary, ci kurwa nie wierzę, że ty filozofię studiowałeś, jak ty tu z nami zapierdalasz na maszynach! No dobra, może laser, to jest , kurwa, taka wyższa szkoła, bo ja za chuj tego nie rozumiem, ale jebiesz tu z nami elegancko!

No, jebię elegancko. Po robocie myję łapy deficytową pastą koloru żółtego oraz twarz płynnym, acz równie deficytowym mydłem glicerynowym. Zawsze pozostają „zacieki”, zwłaszcza w okolicach łokci. Przebieram się w crust’owe szmaty „wyjściowe” (czasem nie wiem co jest bardziej brudne: te moje punkowe „oficjalne” wdzianka, czy robocze ciuchy…), otwieram drzwi magnetyczną kartą, skręcam szluga i opuszczam ten shit… Po drodze mijam zaspanego dziada na bramie i po kilku minutach jestem na głównej ulicy. Droga z nocnej zmiany ma ten urok, że zdarza mi się w ogóle zauważać dziurę, w której mieszkam; innymi słowy, rozglądam się wokół, wyłapuję duperele i rejestruję zdarzenia. Kilkanaście minut po szóstej rano w sobotę/niedzielę wszystko wygląda „znośnie”. Upajam się faktem, że ulice są niemal puste, że dystans do najbliższego człowieka to ewentualnie 20-30 metrów, że ta pozorna pustka, to właśnie przestrzeń pełna czegoś, co uruchamia w mojej głowie tzw. przychylność. Mizantropia wtedy zasypia. Jest dobrze i [prawie] cicho…

OK, mijam 666 świateł (pęczniejących wprost proporcjonalnie do kolejnych odnóży w kierunku kolejnych hipermarketów), przechodzę przez most i jestem na ulicy 1 Maja, gdzie mieszkałem 9 lat. Daruję sobie nostalgię (nawet, gdy znajoma żulera macha mi flaszką wina z daleka – na „cześć!”) i idę w kierunku „rynku”:

Goły kawał Placu Mickiewicza z modern fontanną (na środku której stoi sobie półnaga nimfa-dziewica-nie-wiadomo-kto – w katolskiej mieścinie odległej od Papieżowic [Wadowic – dla nie wtajemniczonych] o 11 km, to spory plasterek pikanterii…). Kawałek dalej (dygresja: w słuchawkach cały czas radiowa Dwójka z Dvořákiem) – park miejski…

(dolna część zamku po lewej nareszcie została przeznaczona na autentyczną działalność [kontr]kulturalną, co cieszy po kilkunastu latach katofaszystowsko-jazzowych popłuczyn)…

Stąd już niedaleko do nocnego, ale – zbaczając z prostej drogi po prostej robocie – widzimy drugą część parku, ze stawem pełnym rasowych gęsi, kaczek oraz innego egzotycznego ptactwa (pod względem estetyczno-przyrodniczo-kiczowatym, nawet Roman Ingarden i jego kompletnie metafizyczne [żeby nie powiedzieć – urwane z sufitów wszelakich] bajania nt piękna po prostu wymiękają :) poniższa fota jest w prostej linii materiałem na fenomenologiczną analizę episteme – żartowałem [edytowałem ją w Gimpie – po robocie – przed wiśniówką ;) )

Jesteśmy kilaset metrów od nocnego. Tam zmierzałem. Kawałeczek od tegoż handlowego przybytku mieści się biuro Centrum Kultury i Wypoczynku. Gierkowskie nazwy instytucji wszelakich rządzą :) Owe centrum ani z wypoczynkiem, ani z kulturą nic wspólnego nie ma, no chyba że dla kogoś kulturą jest konkurs piosenki religijnej (albo innej shitowej turystycznej), recytowanie wierszy Jana Dziada II-go, ewentualnie wyjazdy w ramach komunistycznego dziedzictwa typu PTTK (czasem mam wrażenie, że bandy typu: PTTK, Polski Związek Wędkarski [Działkowców, Chujowców, Opierdalaczowców] oraz – na ten przykład – Polski-Związek-Jak-By-Tutaj-Jeszcze-Przetrwać-Się-Opierdalając-Jeśli-PZPN-Przetrwał-To-My-Też, są typowym rakiem tego pieprzonego kraju i jebanych mieścin jak „moja”)… No i fota spod biura Centurm Kultury:

Dokładnie za tym murem skręcam w lewo (po skręcie, mając po prawicy mej ruski samolot w ramach pomnika) po czym udaję się – pomiędzy gierkowskim gówno-betonem do mojej gówno-gierkowskiej nory…

Fajnie jest być wkurwionym robolem „robiącym pierwszy łyk wiśniowej Soplicy po pracy”… Nie onanizuję się moim „statusem zawodowym”, jak większość anarchistów. Ja po prostu jestem klasa pracująca. Źle i dobrze mi z tym… Nienawidzę jedynie tego zjebanego systemu, ktory – wyczuwając to że w nim jestem – czyni mnie jeszcze większego hejtera. Idę spać bez lektury, bez prozy, bez anarcholskich broszur…

PS: foty celowo zgwałciłem monochromem oraz cieniami – tylko po to by pokazać, że tak właśnie widzę ten pierdolony kawałek Beskidu Małego :)