Kategorie
→ książki → reflex

Jaroslav Rudiš – Cisza w Pradze | smažák, pivo a Nádraží Holešovice…

To nie będzie recenzja. Tak myślę. To będzie moja mała wędrówka; Praga, jakakolwiek by nie była i jakkolwiek by jej nie odbierać – nigdy nie znika, nie sposób jej wymazać z głowy, nawet gdyby bardzo się chciało. A ja bardzo nie chcę…

* * *

Gwiazdy nad Pragą zgasły.
Lato się skończyło.

Tak właśnie kończy się powieść Jaroslava Rudiša, Cisza w Pradze. Czeski, oryginalny tytuł (Potichu) jeszcze dobitniej splata się zarówno z treścią książki, jak i z jej zakończeniem…
Kilka razy miałem okazję kupić/pożyczyć tą książkę w oryginale. Siedziałem na kiblu u znajomego Czecha, a na pralce leżało Potichu. Pomyślałem: mam tłumaczenie, luz. Teraz wiem, że zjebałem sprawę. Powinienem przeczytać, pochłonąć tą książkę po czesku. W pociągu, w busie, w ruchu – byle po czesku. Powieść Rudiša znakomicie nadaje się do metra, do długich przepraw tramwajowo-autobusowych. Tak, by wokół przeszkadzał nam tłum i dźwięki miasta, by niedbale zaznaczać na której stronie skończyło się czytać i znowu zacząć lekturę po kolejnej przesiadce…

Wypełzam z roboty na przedmieściach Pragi. Czwarta popołudniu. Pierwsze dni września. Lato się skończyło. W Pradze.
Autobusowa pętla zapełnia się robolstwem ostatniej kategorii. Wszyscy pracujemy za pośrednictwem agencji. Legalnie i na samym dnie zarobkowej hierarchii. Plusem są wypłaty-tygodniówki czy nawet dniówki oraz to, że to ja sam decyduję, czy przyjdę jutro do pracy, czy nie. Czy będę pracował osiem, dziesięć, czy dwanaście godzin. Miesiąc, czy pięć dni. Idealnie dla squattersa bez adresu (nikt w agencji nie oburza się na brak stałego miejsca zamieszkania)…
Dwadzieścia minut w śmierdzącym benzyną autobusie. Stary węgierski Ikarus-przegubowiec. Siadam jak zwykle strategicznie, pomiędzy drzwiami, by móc dyskretnie wstać i ulotnić się między przystankami, w miejsce, gdzie być może nie dorwie mnie kanar. W sumie z przyzwyczajenia. Autobus wjeżdża w „prawdziwą Pragę”, w jej przedmieścia, w koniuszki palców miasta… Kilka przystanków i już jestem na ostatnim/pierwszym przystanku metra. Černý Most – żółta linia.

Ukončete, prosím, výstup a nástup, dveře se zavírají! – tekst praskiego metra, który nigdy się nie nudzi.

Jadę opustoszałym wagonem metra, zjebany i myślący tylko kawałkiem mózgu. W plecaku opasły II tom Baśni tysiąca i jednej nocy po czesku, jeden z wielu jaki Patrycja znalazła w śmietniku – śmietnikowy prezent. Nie mam siły czytać… Coraz więcej ludzi w wagonie. Zbliża się stacja Florenc. Krzyżówka z czerwoną linią i wielkie przesiadki… Stąd mam tylko dwa przystanki „do domu”, ale wysiadam i jadę w przeciwną stronę – na I.P. Pavlova. Do agentury, po kasę za pracę.
Wracam do metra z koronami w kieszeni, przeciskam się przez tłum urzędasów, gówniarzy z iPhone’ami, przez tłum Prażaków totalnie zobojętniałych na to, co dzieje się wokół. Ktoś czyta Metro, ktoś gapi się w okno… Ślicznie pachnąca dziewczyna obok mnie umawia się z gościem stojącym tyłem. Dneska? Letňany? Oka! Pachnie tak ładnie, że sam czuję jak śmierdzę squatem.
Wysiadam na Nádraží Holešovice. Prawie w domu… Wyłażę z metra i przechodzę przez ulicę Plynární. Środkowy palec do tramwajarza, który jak zwykle ma wyjebane na przechodniów. Kupuję u Wietnamczyka dwa Braniki, czerwone wino w kartonie, tytoń, kawę i papírky Vážka – najpopularniejsze bletki w Czechach. Witam się ze znajomą żulerą pod sklepem. Przebiegam przez ulicę i w budzie obok stacji metra kupuję najlepszy smažák w tej części Pragi: świeża bułka, gruba panierka, ciąąągnąąąący się ser i sos tatrski. Wracam na drugą stronę ulicy, siadam, jem, piję piwo. Zniknął czas. W Holešovicach tym bardziej. Piwo i smażony ser.
(W Pradze kurewsko trudno odczuć brak czasu wokół, brak presji – jak w każdej metropolii. Niemniej istnieją w tym mieście miejsca, gdzie człowiek zaczyna czuć się inaczej, niż dotychczas. Bez porównań z Polską – po prostu inaczej!)

Na squat jeszcze dwa przystanki autobusem. Zimno. Lato się skończyło. Praga troszkę szarzeje… Dopijam piwo i lecę. Piechotą.
Most Barikádníků, to najmniej romantyczny most nad Wełtawą. Siadam pod jego tłustym betonowym cielskiem i otwieram drugie piwo. Na drugim brzegu Wełtawy na kortach fruwają tenisowe piłki… Ostatnie promienie słońca liżą akademik-wieżowiec, Kolej 17. Listopadu. Nasi sąsiedzi. Skręcam fajkę i gapię się w oleisty nurt rzeki. Jest mi dobrze. Jest mi normalnie. Wełtawa wysysa moje zmęczenie, Branik smakuje tak jak powinien. Teraz nie czuję, że śmierdzę squatem. Teraz czuję tylko paczulę.
Letná i Žižkov  – miejsce akcji Ciszy w Pradze, daleko za moimi plecami. Gapię się na zielone wzgórza Troi. Dopijam piwo i przez most wlekę się na squat. Witam się ze wszystkimi i otwieram w kuchni wino w kartonie…

* * *

Czesi w swojej ekspresji, powiedzmy, literacko-filmowej bywają strasznie często nostalgiczni i epatujący samotnością, albo swoistą nieśpieszną zadumą. Książka Jaroslava Rudiša mogłaby równie dobrze nazywać się Samotność w Pradze (brzmi jednak cokolwiek debilnie, biorąc pod uwagę że na podobnym tytule sporo mamony zgarnął polski Paulo Coelho, znany twórca makulatury, niejaki Wiśniewski).
Jest to jednak samotność po brzegi upierdolona hałasem miasta i złowieszczymi trzaskami gdzieś w głębi głowy każdego z bohaterów. Vanda, Petr, Vladimir, Wayne i Hana, to kilka praskich losów splecionych ze sobą w jeden organizm; nie wiedząc o sobie tyle, by przestać czuć się samotnymi, przeciskają się przez krwiobieg Pragi, ocierają o siebie coraz intensywniej. Aż do tego niezapomnianego, cichego końca.

Praga Jaroslava Rudiša, to taka Praga jaką i ja zapamiętałem. Hałaśliwa, śmierdząca, urokliwa w swych zakątkach, których trzeba szukać na własną rękę, bo żaden przewodnik o nich nie napisze. Praga pędząca, wściekająca się na wszelkie przeszkody na jej drodze. Praga wyrzygująca na Most Karola rzesze popapranych turystów nacji wszelakich… Ale Praga, to także Žižkov, dzielnica, w której miasto posiada zupełnie inną gębę.
Rudiš opisuje trwamwajową trasę na Žižkov i widzi za oknem brudnych punków siedzących na skwerach; morze dreadów, irokezów, naszywek… Kto wie, może kiedyś Autor widział nas całą bandą z naszymi squatterskimi psami, gdy włóczymy się po mieście, gdy jedziemy tramwajem na Žižkov, do jednej z setek knajp, gdzie czas rozciąga się jak guma do żucia… My i nasze psy – wszyscy bez smyczy i kagańców…

Kategorie
→ reflex

Upał i wrzaski

Przewiew, chłód, lodówka, wiatr, lód, piwo, zimna wódka, prysznic, wentylator, woda, cień, Якутск, Магадан… Te i kilka innych słów kołatają się od dwóch tygodni w mojej przegrzanej, zmęczonej głowie. Mimochodem człowieka dopada wkurw, rozdrażnienie, agresja wręcz, gdy bezsilnie ucieka się od tego piekła, a skutki są i tak żałosne…
W domu nędzny wentylatorek, śmiesznie mały – z uporem mieli galaretowatą zawiesinę, stwarzając jedynie pozory chłodu na metrze sześciennym wokół siebie; jedyna nadzieja w przeciągu, który co jakiś czas przynosi małą falę chłodniejszego powietrza. W pracy jeszcze większa porażka – syk laserów, smród stali i aluminium, 45°C nad głową…

30_07K_ST3_10_1 | steel #10 | laser CO2, He, N | nozzle: 1.7 | head 7.5”

W takich warunkach człowiek marzy o lodowatym prysznicu, a nie o nowych książkach. Wiadomości czytane w necie rozmazują się na ekranie, jak fantasmagoria, a mózg skołowany zwalnia obroty… Zbliżająca się burza budzi nadzieję na przynajmniej godzinę ulgi, a w efekcie przypomina słabe pierdnięcie między chmurami i kolejne godziny smażenia się w cieniu…

Mniej więcej o 19-tej moje otoczenie zaczyna przypominać szklarnię nocą. Betonowy kloc oddaje ciepło, powietrzny glut wisi nad głową. Zamiast grindowych rzygów – power electronics i noise. Dźwięki te chyba najlepiej oddają atmosferę wyczerpania i wkurwienia po całym dniu w piekarniku. Ostatnio często słucham Pharmakon – dzielnej, hałasującej dziewczyny z Nowego Jorku, której kompozycje urywają jaja i inne części ciała!

Margaret Chardiet (tak brzmi jej prawdziwe imię i nazwisko) tworzy rozwalający DIY noise / power electronics z naprawdę pierwszej półki – każdy jej kawałek jest kwintesencją tych gatunków i naprawdę sporo domorosłych „tfurców” sceny noise może zwinąć swoje kable, ewentualnie powiesić się na nich, gdy na horyzoncie pojawia się Pharmakon. To dźwięk agresywny, przemyślany i brutalny. Elektronika, w której próżno szukać ozdobników i smaczków (bo tych akurat noise i power electronics nie potrzebują) – jest za to mnóstwo emocji i brudu, w których zapewne zakochają się niegrzeczne dziewczynki i chłopcy. Wokal Pharmakon nie oszczędza naszych uszu i w tej dźwiękowej kategorii jest po prostu mistrzowski!!! Przestery tylko tam, gdzie to naprawdę konieczne, wspaniały wrzask, a w tle gęsto i brudno. Rozmawiałem z kilkoma maniakami takiej muzy i okazało się, że nie tylko mnie twórczość Pharmakon kojarzy się z BDSM w warstwie dźwiękowo-nastrojowej :)

A w „mojej” crust/grind-piaskownicy mielę ostatnio kilka ciekawych hord, które może nie nowe, ale doskonale działają na uszy spragnione wyjebów w dobrym wydaniu.

Pierwszą z nich jest polski Norylsk. Koincydencja: Norylsk (w oryginale:  Норильск), to jedno z moich ulubionych miast rosyjskich i myślę, że taka nazwa na kapelę grindcore’ową jest po prostu rewelacyjna. Biorąc pod uwagę samo położenie Norylska i jego klimat (dosłownie i w przenośni) – ekstrem! Wszystko pasuje!

Norylsk, to technicznie świetnie zagrany grindcore z social-politik tekstami. Muzycznie nie ma się do czego przyczepić – grind as fuck! Mnie osobiście drażnią wokalowe wstawki a’la Dead Infection (bo tego typu kapele, to jednak nie moja bajka), ale wszystko inne – rzeźnia! Doskonały grind-wypierdol made in Poland! Polecam!

Innym ciekawym rzygiem jest rosyjski Minaret. Ostatnie lata na DIY scenie HC/punk, to wysyp wielu kapel, które zwyczajowo wrzuca się do wora z napisem: neocrust. Mnie ta etykietka strasznie wkurwia (nie od dziś zresztą…), ale naprawdę dużo kapel grających wrzask tego typu daje radę i jest po prostu rewelacyjna! Dla mnie Minaret, to świetnie zagrane (i nagrane) screamo, które pozostaje na długo w głowie. Mam wrażenie, że momentami jest to hałas podobny do białoruskiej kapeli Киста, jednak bardziej agresywny, mniej hardcore’owy, bardziej blackened crust/emo violence. Technicznie świetnie zgrane, wokal po prostu wyjebany!!! Jak dla mnie – delicje!!! Link do ostatniej płyty: Криминальная Россия (Bandycka Rosja) → tutaj.

Kolejna super banda z Rosji – Moro Moro Land. Miałem okazję poznać chłopaków osobiście na jednym z gigów i oprócz tego, że grają rewelacyjny blackened crust / screamo, są naprawdę sympatycznymi, młodymi kolesiami, poważnie podchodzącymi do tego, co grają.

Kiedy słucha się ich muzy, od razu czuje się zaangażowanie i to, że tworząc swoje kawałki, kolesie wkładają w to wiele pracy i emocji. Są cholernie szczerzy. Szczególnie słychać i widać to na koncertach. Zapewne nie raz zawitają gdzieś w nasze okolice (sam widziałem ich w Czechach). Poza tym chciałbym zrobić im mini-trasę po Polsce.

I jeszcze jedno – Nirvana, to nie moja para kaloszy – mówiąc najłagodniej. Ale poniższy cover Something in the way, to po prostu mistrzostwo świata i …  sami posłuchajcie!

* * *

Gdzieś tam z tyłu przepoconego mózgu mam kilka innych tematów, ale dziś nie chce mi się już ich tutaj wydalać… O książkach będzie następnym razem, o polityce w krzywym kraju nad Wisłą również. Na koniec pełne zanurzenie z Periskop.

Periskop, to projekt dark ambient/sea ambient. Każda z kompozycji, to kolejny kawałek zimnej morskiej przestrzeni; wydawać by się mogło, że przy tych zjebanych upałach, to jakaś ulga: zanurzyć się w morzu. Nic podobnego :) Tutaj zanurzenia są na tyle głębokie, że nie ma mowy o uldze. Włączcie wyobraźnię i sami sprawdźcie!

* * *

Gdy pracuję nocą, czasem kopnie mnie szczęście i niebo podaruje małe kłębowisko chmur nad ranem… Powietrze śmierdzi cudownie ozonem i burza powoli sunie w moją stronę. Wtedy choć na moment jest znośnie. Chcę kilka miesięcy chłodu w monochromie… Bez kolorów, bez słońca, bez cielska upału…

* * *

Jak widać, tutaj rzadko się udzielam. Zwyczajowo siedzę w ruskim necie, ale jeśli coś ciekawego, albo prozaicznego znajdę, wrzucam linki na Quittera, względnie jakieś swoje pojebane reflexy na 160 znaków… Obrazkowo, politycznie, estetycznie itp. jestem na Diasporze*.

666

Kategorie
→ reflex

вот и все…

Странно, не-странно, но замечаю что очень часто в последнее время думаю „по-русски” и даже не хочу иначе.. Это как другое пространство с горизонтом, которого невозможно увидеть, назвать. Тогда язык это для меня метафора того, что мне снится чаще всего: путешествия на поезде…

Kategorie
→ reflex

Нам, ебанутым, дорога в космос…

Herbata, fajka, w tle Радио Тунгуска… Nocne, trzeszczące myśli, jak karaluchy łażące po sobie, tłoczące się, ocierające się pancerzykami. W obrębie swojego mikro-świata; ni to zanurzone w rzeczywistości, ni odległe o całe lata świetlne od konkretu tejże. Nakręcana, głucho i fałszywie brzmiąca ludzka trywialność. Moja, albo twoja. Co za różnica…

Kilka dni temu, po-raz-kóryś-z-kolei, potknąłem się o kilka złudnych przeświadczeń odnoszących się do drugiego – bliskiego, jak sądziłem – człowieka. Doświadczenie tyleż rozpoznawalne, co traumatyczne. Potwierdzające jedynie to, że w gruncie rzeczy nie jesteśmy zbyt rozgarniętymi zwierzętami i nie potrafimy w odpowiednim momencie oddalić się od potencjalnego źródła przykrości, podobnie jak nie zawsze jesteśmy w stanie (bądź nie chcemy) przewidzieć tego, że stanie się coś złego. Brzmi groteskowo, bo na próżno w ludzkich podrygach doszukiwać się czegoś patetycznego. A pojęcie bliskości w tym kontekście jawi się raczej jako uświadomiona śmieszność, niż swego rodzaju monolit, poprzez który możemy określać nasze położenie względem przychylności innych ludzi. Bliskość, to kolejna kategoria pusta, pozbawiona desygnatu. Określająca raczej mgliste odczucie zbliżania się do człowieka, niż bycia-w-życiu drugiej osoby. W zasadzie bardziej mówimy tutaj o dynamice pewnych przeżyć, aniżeli o czymś konkretnym, przez nas wykreowanym; człowiek kurewsko rzadko jest twórcą czegokolwiek stabilnego, tym bardziej w obrębie doświadczeń z innym człowiekiem. Interakcje naznaczone ową bliskością, są jedynie aktami wzajemnego sprawiania sobie przyjemności, względnie życzliwego tolerowania się w ciasnej przestrzeni. Wszystko inne, to koślawy dramat z pijanym reżyserem marzącym o niepowtarzalnym spektaklu.

Odczucie bycia-w-świecie, bezlitośnie eksploatowane na przestrzeni dziejów (nie tylko jako pojęcie ontologiczne czy epistemologiczne) przez filozofów wszelkich szkół i odcieni, to dla mnie odczucie bycia-w-dystopii. Bycia w złym miejscu. Bycia równie oczywistego, co niemożliwego do zniesienia bez odruchu zniechęcenia i mdłości. Cioran pisząc o tego typu doświadczeniu świata, przywołuje samobójstwo jako potencjalność wyciągającą nas ponad powierzchnię owego zniechęcenia. Mnie jednak nie interesuje samobójstwo „terapeutyczne”, ani żadne inne. Krańcowość doświadczania rzeczywistości – idąc tym samym tropem, co Emil Cioran – musi, jak sądzę, zawierać w sobie zgodę na istnienie tragedii. Innymi słowy, nie sposób wspomnianą wyżej bliskość odczuć i oswoić w sobie, jeśli nie przyjmiemy możliwości jej całkowitego unicestwienia (przez coś lub przez kogoś) – mając świadomość ostateczności wszystkiego, z czym przychodzi nam się zderzać w życiu, możemy naprawdę cieszyć się tym, co się nam przydarza.

Dlatego też rzeczywistość jako dystopia nie stanowi dla mnie niczego potencjalnie negatywnego. Biorąc pod uwagę kompletny (chciałoby się powiedzieć nawet: komplementarny w odniesieniu do świata) brak sensu istnienia, jak i nieobecność prawdy (jako obiektywnej kategorii porządkującej nasze życie pod względem etycznym, czy społecznym), przyjmuję ową dystopię za fakt, nie walczę z czymś, co przecież ani mnie nie atakuje, ani nie przysparza mi korzyści / przyjemności.

Wyłączenie się z „oficjalnego” obiegu słów, myśli, odczuć i stosunków międzyludzkich traktuję jako element „higieny duchowej”. Niebranie udziału w orgii nadużywania pojęć pustych, jest jednocześnie niezgodą na permanentne samooszukiwanie się, na tresowanie siebie samego pod kątem posłuszeństwa względem przekonania, że człowiek z natury jest dobry, że zawsze powinna kierować naszym życiem jakaś wzniosła idea, że wszyscy jesteśmy cząstkami jakiegoś lepszego, wydumanego świata itd. Podobnych niczym nie popartych i naiwnych w gruncie rzeczy przekonań jest całe mnóstwo. Odrzucenie ich, to jak pozbycie się balastu – po to właśnie, by autentyczne chwile czegoś dobrego w naszym życiu trwały możliwie najdłużej. Nie mamy bowiem innego wyjścia – jako istoty żywe potrafimy pełzać w przestrzeni jedynie na smyczy czasu. To, co odróżnia nas od innych ludzkich bestii, to percepcja czasu na poszczególnych odcinkach krzywej bycia. Dzięki temu udaje się nam dotknąć drugiego człowieka tak, by go nie zabić, względnie tak, by nie zabić w nim czegoś ważnego. Ważnego dla niego, a czasem i dla nas.

Kiedy znika ktoś, kto oślepił nas ową bliskością, kto wytworzył w naszej głowie (i pod powiekami) kolorowe powidoki, wtedy pozostajemy sami i ten właśnie moment staje się kluczowy. Wobec tej chwili – wydawać by się mogło – jesteśmy bezradni, ale tak naprawdę wszystko inne, co jeszcze nie wgniotło nas w ziemię – istnieje. Łącznie z nami. Podnoszę głowę i gapię się w niebo. Na północy Wega jaśnieje żywym światłem, zaledwie dwadzieścia pięć lat świetlnych od mojej smutnej gęby…

W tym samym czasie, bez względu na wszystko, miliony pulsarów wypluwają w przestrzeń kosmiczną równe porcje fal elektromagnetycznych, docierających w formie fal radiowych do Ziemi. To jednostajny, zimny odgłos, oddech gwiazdy z zapadniętym jądrem. Jak latarnie morskie w otchłani. Światło i puls. I ja na planecie tak nieznaczącej i tak śmiesznie małej, że mimowolnie [mimo wszystko] uśmiecham się… Bo każdy z nas jest jak pulsar…

Kategorie
→ książki

Zadie Smith – „Londyn NW”

image

Chłodno i cicho. Lekki ambient sączy z słuchawek, a ja piję zimny cydr – bynajmniej nie powodowany jabłecznym quasi-patriotyzmem; cydr jest po prostu dobry i za cholerę nie da się nim upić. Kwaśno mi na języku…

Nie do końca jestem przekonany, czy ten nastrojowy ambient wlewający mi się w uszy pasuje do Zadie Smith i jej książki Londyn NW, ale odniosłem wrażenie, że joint do tej lektury pasuje wybornie.

Lubię Zadie Smith i jej trochę nieuczesaną, roztrzepaną narrację. W sposób zadziwiająco sprawny tworzy ona patchwork ludzkich charakterów; krótkie chwile, spojrzenia, budynek, czy myśl – płynie to wszystko jakby od niechcenia, a jednak przesiąknięte konkretem.

Taki jest tytułowy północno-zachodni Londyn. Strasznie ujmuje mnie to, że Smith buszuje w tym poszatkowanym, różnokolorowym świecie bez cienia pretensjonalności – czyta się ją z pełną zgodą na jej reguły gry, przyjmując „jej” Londyn i bohaterów książki raz to empatycznie, raz to z poczuciem, że są oni efemerycznym (eterycznym wręcz!) produktem wielokulturowej dżungli miejskiej. Ktoś napisał, że jest to książka o mieście i samotności. To prawda!

Czytałem sporo recenzji tej książki i naprawdę nie wiem, o co chodzi malkontentom krytykującym Londyn NW. Zjebany po 12 godzinach pracy, stwierdziłem, że chyba nie palą oni jointów od czasu do czasu…

Dla mnie – świetna lektura! Napisałbym, że „nastrojowa”, ale to słowo raczej nie pasuje do Zadie Smith. Mam wielką słabość do jej pisarstwa i każdemu polecę Londyn NW!

Monika – wielkie dzięki za prezent! :)))

Kategorie
→ książki

Małgorzata Rejmer – „Bukareszt. Kurz i krew”

image

Ach, dziś wódka smakuje wyjątkowo! Zamykam książkę Małgorzaty Rejmer z prawdziwą satysfakcją, z poczuciem, że właśnie przeczytałem rewelacyjny kawałek Bukaresztu! To miłe uczucie, gdy kończąc książkę, chciałoby się zakumplować z Autorką. Tak właśnie mam dzisiaj, po lekturze Bukaresztu…

Varga ma Węgry, Szczygieł ma Czechy, a Rejmer ma Rumunię. Ma i dzieli się nią z czytelnikiem w niezwykły sposób.
Kiedyś moja przyjaciółka Olga, wysyłając mi Dostojewskiego w oryginale, wrzuciła do koperty pakiet nowiutkich widokówek przedstawiających Moskwę, zawiniętych w kolorową obwolutę (сделано в СССР, 1984 – lśniły nowością, pewnie przeleżały nietknięte na półce przez te wszystkie lata)…
Małgorzata Rejmer podarowała nam dokładnie taki pakiecik widokówek z Bukaresztem. Każda kartka, to osobna historia, faktura, zapach miasta. Trudno mi opisać urok jej książki, ale nie bardzo się tym przejmuję. Dość powiedzieć, że po lekturze ogarnęło mnie lekkie rozdrażnienie: dlaczego tak mało?! Chcę więcej!

Bukareszt. Kurz i krew, to zbiór miniatur z prawdziwą pasją opisujących stolicę Rumunii. Rejmer obdarzyła nas widokówkami hand made, które żyją, a my jako czytelnicy ową żywotność możemy spijać od pierwszej do ostatniej strony.
Bukareszt ukazany nam przez Małgorzatę Rejmer, to miasto pulsujące bardzo intensywnie. Niejednorody kompleks architektoniczno-ludzki, pełen zakamarków, paradoksów, wyziewów. Bukareszt zgwałcony przez Ceaușescu i jego prostacką megalomanię, pełen ludzi i ich dramatów, pełen bezpańskich psów i chaosu. Historia i współczesność rozlewają się w przestrzeni miasta, które przechowuje za fasadami budynków trochę swoich brudów, odrobinę skarbów. Syf koegzystuje z perełkami architektury…

Rejmer perfekcyjnie opisała rzeczywistość Bukaresztu przez pryzmat historii miasta i Rumunii w ogóle. Szczególnie ujęły mnie fragmenty dotyczące piętna jakie na mieście odcisnął  Ceaușescu i komunistyczny walec, który wgniótł w ziemię sporą część stolicy – wszystko ku chwale Słońca Karpat (tak oficjalna propaganda nazywała Ceaușescu).

Rejmer w przejmujący sposób opisała następstwa fatalnego dekretu zakazującego w Rumunii aborcji (w imię wymuszenia większej dzietności – wszak komunistyczny reżim dramatycznie potrzebował proletariackiego mięcha do budowania raju na ziemi). Aborcyjne podziemie, domowe sposoby usuwania ciąży, skrajna penalizacja, wreszcie dramaty poszczególnych kobiet po kilku, bądź kilkunastu (sic!) zabiegach. To wszystko do dziś jest wstydliwą raną, ukrywaną za kotarą milczenia w rumuńskim społeczeństwie.

Innym, nie mniej ciekawym i dramatycznym wątkiem poruszonym przez Autorkę jest rola Securitate w tłamszeniu bukaresztańskiego społeczeństwa, upchanego w betonowych klatkach robotniczych dzielnic. Inwigilacja i okrucieństwo nie spotykane nawet w innych barakach „ludowo-demokratycznych” w Europie Środkowo-Wschodniej.

Wreszcie sami Rumuni, ich przywary i wyjątkowość, swoisty mentalny kod i specyfika społecznych reakcji na tle historycznych uwarunkowań – Rejmer odkrywa przed nami rąbek rumuńskiej tajemnicy. Robi to perfekcyjnie!

Na uwagę zasługuje po prostu rewelacyjny sposób opisywania Bukaresztu. Język i warsztat Małgorzaty Rejmer sprawia, że czujemy się wciągani w historie i  zdarzenia. Ona po prostu łapie nas za rękę i entuzjastycznie zaciąga w miejsca nie zawsze pachnące jak świeżo wydrukowane widokówki, ale zawsze wywołujące i zachwyt, i refleksję.

Bukareszt… jest świetny! Co mnie wkurzyło w tej książce? Fakt, że jest taka krótka!
Będąc punkiem wiem, że w Bukareszcie znalazłbym setki miejsc, w których czułbym się „jak u siebie”.

* * *

Ostatnio odwiedzając moją ukochaną Pragę, zatrzymałem się na squacie, wypiłem ze starymi znajomymi, upoiłem się miastem po uszy. Poznałem też uroczego, beztroskiego kolesia – Geo. Rumun, długo siedzący we Włoszech, a jeszcze dłużej włóczący się po Europie. Człowiek niezwykłej serdeczności, humoru i szczerości. Siedzieliśmy razem nad Wełtawą, jedliśmy rohliki z pastą czosnkową, piliśmy wino. Ja mówiłem mu jak po czesku jest: kaczka, rzeka, most, tramwaj, a on rewanżował się rumuńskimi tłumaczeniami. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze kiedyś. Gdzieś.
Wszystkie moje spotkania z Rumunami zawsze były serdeczne i sympatyczne. Rumun-tirowiec wiózł mnie z Barcelony do Niemiec. Mieszkając w Belgii spotkałem wielu Rumunów, którzy wielokrotnie pomogli mi w takich duperelach, jak dotarcie na określoną ulicę w Antwerpii, czy w Brukseli.

Mniej więcej dziesięć lat temu Budapeszt „ukradł” mi Rumunię i Bukareszt właśnie.
Wybrałem się stopem na Południe. Budapeszt miał być tylko dwudniowym postojem. Moja koleżanka-esperantystka, Julia z Kluż-Napoki, zaprosiła mnie do swojego miasta. Punkowo wkręciłem w tą wyprawę Timiszoarę i Bukareszt. Cieszyłem się, że weszcie odwiedzę Rumunię.
Gościnność znajomych Węgrów dosłownie mnie wessała, podobnie jak Budapeszt. Zarówno forinty jak i dolary przeznaczone na Rumunię zostały w knajpkach i na bazarach Budapesztu… Pozostało mi jedynie poinformowanie rumuńskich esperantystów, że odwiedzę ich innym razem.

* * *

Małgorzata Rejmer napisała coś zupełnie wyjątkowego. Nawet nie zdążyłem się zachłysnąć jej książką. To tak, jakby ktoś poczęstował mnie przepysznym absyntem i poszedł sobie, pozostawiając mnie z pustym kieliszkiem.
Czekam na kolejną porcję historii z Rumunii!

Kategorie
→ reflex

Книги, водка и лень..

image Część już przeczytana, część oczekuje na półce. Dodatkowo Kindle przeładowany megabajtami ebooków (w szczególności tych w rosyjskim oryginale), które czekają na swoją kolej.

Umiejętnie balansując pomiędzy wydatkami z robolskiej pensji, dzielę kasę na książki, alkohol i pozostałe potrzeby życiowe (zabawny patos…).

Niebawem garść recenzji, szczególnie tych „ruskich”. W jakiś przewrotny sposób mimowolnie pochłania mnie Rosja. Ostatnio odwiedziła mnie koleżanka z Moskwy (która w ramach skromnego prezentu dla palacza przywiozła mi mały zapas rosyjskich Biełomorów). Poza tym niejako podświadomie, bez intencjonalnych spazmów, łażę po ruskich stronach, słucham ruskiego radia, a klawiatura na kompie i telefonie zazwyczaj jest u mnie cyrylicą. Ну, бывает…

image Póki co korzystam ze strzępów wolnego od pracy czasu, zakopany w książkach po uszy. Zapraszam do mojej chatki na wódkę, ognisko i inne przyjemności beskidzkiego lasu!

Kategorie
→ reflex

Я живой [иногда] :)

Żyję…

Nawet, gdyby mogło wydawać się inaczej, jakoś tam funkcjonuję :)

Zauważyłem, że od listopada nie popełniłem tutaj nic konkretnego, ale w międzyczasie  działo się zbyt wiele, abym miał głowę do blogów i innych takich… Zmarła moja babcia, kobieta-anioł (jakkolwiek to brzmi ze strony antychrysta, nieważne), ktoś, komu w życiu zawdzięczam chyba najwięcej. To była śmierć najbardziej traumatyczna, jaką dotąd przeżyłem w rodzinie. Coś, z czym sam umierałem kilka tygodni – bez rodzinnych „fajerwerków”, we własnym łbie, z całym balastem i paraliżującym kalejdoskopem refleksji nt wiadomy. Jeśli mogę nazwać to „przypadłością”, to właśnie cierpię na coś w tym rodzaju; w sytuacjach mega-stresowych i krytycznych, nie mówię komukolwiek, co siedzi mi w głowie, co mnie męczy, gwałci, straszy, wkurwia.

Wtedy działam jak robot, albo totalnie się wyłączam [ale tak chyba miałem od zawsze – znaczy się od „Krawca…”].

* * *

przeprowadzka

Kolejny njus – przeprowadzka. Zmuszony do opuszczenia mieszkania, musiałem znaleźć sobie nowy kąt. Na samym początku chciałbym podziękować Monice za wskazówki i porady prawne!!! Monika, jesteś kochana! Gdyby nie Ty, nie ruszyłbym z miejsca AŻ tak merytorycznie! Gruzja rządzi! :)

Jestem już spakowany… Mam książki (mnóóóóstwo), crustowe szmaty i cztery półki + mój ukochany rower. Cały  mój „majątek”… Jedyne, co mogę w tym miejscu napisać, to fakt, że na zabój kocham moją mamę i siostrę, a jednak będę mieszkał w innym miejscu…

Kategorie
→ reflex

Ostatni „Przekrój”…

6fed32f2114846b09d1fd2f802a304e9,641,0,0,0

Od wieeelu tygodni nie kupowałem Przekroju… Zapominałem, nie miałem kasy, kupowałem drogie kwartalniki i miesięczniki (te pierwsze o literaturze, podróżach i kulturze; te drugie: Linux, historia, rowery…) – powodów było kilka… Oczywiście wiem, kto był/jest właścicielem Przekroju, znam jego historię, wiem dlaczego ten numer, to ostatni numer.

Nie zdziwił mnie burdel wokół tego tygodnika. Rozczarowywał mnie jego poziom od baaaardzo długiego czasu. Naprawdę długiego.

Moja pierwsza styczność z Przekrojem, to wczesne lata 80-te. Miałem 6-7 lat, gdy przychodząc z rodzicami do wujka, natykałem się na półkę z setkami archiwalnych numerów. Przekrój był unikatowy dla takiego dzieciaka, jak ja. Był kolorowy (dopiero później poznałem Świat Młodych…), zawierał coś kompletnie różnego od Trybuny Robotniczej, Veto, czy Polityki (wtedy jeszcze wydawanej w klasycznym monochromie i w innym formacie, niż dzisiaj). Jednocześnie Przekrój nie był Kobietą i Życie, czy Przyjaciółką (chyba tylko te tygodniki pamiętam jako media z kolorowymi wkładkami).

Brałem na kolana kiladziesiąt numerów, odwracałem je ostatnią stroną do frontu i przeglądałem wszystkie „filutki”… Zawsze. Dopiero potem przychodziła kolej na całą resztę. Dla takiego gówniarza, Przekrój był wyjątkowy. Inny, niż całe to socjalistyczne, nudne ścierwo.

Wróciłem do Przekroju w czasach, gdy naczelnymi byli Najsztub i Ziomecki. Wtedy najczęściej kupowałem go regularnie. Czytałem wtedy również Politykę, ale postępująca michnikowszczyzna redaktorów/-ek, przyprawiała mnie o odruch wymiotny (do dziś nie znoszę zblazowanej Paradowskiej, nijakiego Passenta, quasi-socjalnego Żakowskiego i całej tej bandy bezbarwnych „dziennikarzy”, którzy stali się wyznacznikiem „rzetelnego dziennikarstwa”; towarzysz Michnik zgwałcił jednak mózgi dziesiątkom pismaków [choć przypuszczam, że był to dziennikarski gangbang, gdzie wszyscy byli usatysfakcjonowani…], których opinie do dziś są miarodajne – zupełnie nie wiadomo DLACZEGO…) .

Przekrój był zawsze inny. Niejako poza nurtem aktualnych spraw polityczych, bliższy szeroko (bardzo szerko!) pojętej kulturze, a jednak redaktorzy zawsze potrafili ująć społeczno-polityczne akcje w ciekawy sposób. Tygodnik za czasów „drugiej kadencji” Kurkiewicza czasem mi się podobał, a czasami mnie wkurwiał. Może dlatego, iż swojego czasu znajomi z Warszawy – znający kulisy – oświecili mnie, jak „bardzo lewicowy” i – przede wszystkim! – jak „bardzo feministyczny” jest Kurkiewicz. Żenada…

Ziomecka i Prokop, to -personalnie – jakaś porażka na stołkach naczelnych. Mam wrażenie, że Ziomecka, to dziewczynka z dobrego domu, pudrująca się na hipsterkę i wyluzowaną znawczynię „spraw ważnych”. A Prokop? Jeb, nie mam zdania – bezbarwność tej persony jako naczelnego TAKIEGO tygodnika sprawia, że usilnie pragnę go JEDYNIE na miejscu gospodarza śniadań w jednej z najbardziej wiejsko-komercyjnych stacji telewizyjnych. Muszę jednak powiedzieć, że za czasów tego duetu Przekrój zawierał sporo fajnych materiałów. Naprawdę.

Czy będę tęsknił? Nie. Przekrój, to – mimo wszystko – nie moja nisza/bajka/fascynacja. Szkoda tego tytułu, jako pewnego „symbolu” – od 1945 roku. Od zawsze tygodnik ten był moją lekturą w pociągach, autobusach, akademikach i… w moim kiblu. Za rurami doprowadzającymi ciepłą wodę na wyższe kondygnacje mojego bloku (w ubikacji), mam zatknięte całe dziesiątki Przekrojów i innych pism.

Cóż… R.I.P. – bez łez, z jakąś nutką sentymentu…

Kategorie
→ reflex

Dark ambient | chłód, fotografia i sztuka – Kopacz

Spokój odnajdywany w żałobnej monotonii… Uwielbiam Noises of Russia i ten rodzaj dźwiękowej wyprawy, który zamykając w poszczególnych audio-wstęgach mój umysł, jednocześnie wywala go poza orbitę codziennych, prozaicznych ni to problemów, ni to pocieszeń…  Tak samo działa Lustmord i kilka innych projektów, których wymienianie nie ma sensu (bowiem sprzężenie zwrotne między umysłem, a dźwiękiem jest stricte subiektywne).

Nie nauczyłem się traktować podobnych stanów, jako aberracji, jako czegoś z gruntu „niewłaściwego” ludzkiej naturze. Nie sądzę w ogóle, aby istniał jakiś uniwersalny wzorzec tejże (w ogóle – jako stan psychospołeczny i jako coś, co można ująć w ramach „powszechnie akceptowalnych ludzkich zachowań”). Moim naturalnym środowiskiem estetycznym jest niepokój, nieokreśloność (przynajmniej na gruncie estetycznym świadomie i z radością (sic!) ową nieokreśloność celebruję – w innych płaszczyznach wolę jednak racjonalizm), coś – jak mi się wydaje – autentycznie przynależnego naszym pieprzonym przeżyciom i refleksjom.

11
fotografia z bloga Autora

Przeglądam dark ambientowy blog Kopacza. Miejsce, które jest jedyne w swoim rodzaju. Nie od dziś… Dark ambient, to zjawisko albo niezrozumiałe, albo ulotne, albo… „dziwne” – dla wielu ludzi. Tymczasem Kopacz jest kimś, kto perfekcyjnie zatrzymuje w kadrze aparatu to, co wielu z nas słyszy/odczuwa. To kurewsko trudna sztuka, zawrzeć pewien rodzaj zamyślenia, strachu, zadumy i – dzięki fotografii! – spaść w tą czeluść, otrzeć się o stary marmur, rozwalić sobie myśli o zgliszcza, zranić się chropowatym murem… Określone miejsca są bowiem zamrożonym świadectwem ludzkiej aktywności (a mróz w dark ambiencie jest niemal wszechobecny!). Sztuka polega [też] na tworzeniu wrażeń. Kopacz – poprzez swoją fotografię – „zamraża” ową aktywność, wydobywa z niej to, co najważniejsze – korzystając jednocześnie z „azymutu” dark ambientu. To połączenie nadaje jego fotograficznym pracom wyrazistości, która ujmuje pięknem.

Fakt, że Kopacz ma na swojej stronie tło dźwiękowe, uwypukla to, co przekazuje poprzez sztukę fotograficzną. Nazwa bloga, zamysł, klimat i cała reszta (również zawarta w poezji), tworzy niepowtarzalną atmosferę. Faktura fotografowanych obiektów/miejsc, zabija. Słuchając np. Beyond Sensory Experience w czasie oglądania fotografii, ma się wrażenie bycia tam, gdzie zdjęcie zostało zrobione…

Dark ambient, to nie muzyka. Dark ambient, to dźwięk, jedna z najgłębszych, podstawowych  form wyrazu. Strasznie mnie wkurwia, gdy ktoś traktuje tą formę audio-sztuki, jako muzykę. Podobnie jak eksperymentalne i elektroakustyczne wyprawy… Dark ambient, to dźwiękowa literatura, potężny środek wyrazu…

Dark Ambient Moment’s Art – KOPACZ