Kategorie
→ książki

Grzebałkowska w dwóch odsłonach

W jednym poście o dwóch książkach Magdaleny Grzebałkowskiej. Jedna nieco mnie rozdrażniła i zaintrygowała (mimo wszystko), a co do drugiej – mogę się tylko rozpływać w pochwałach. Pierwszą książką jest 1945. Wojna i pokój, drugą natomiast: Beksińscy. Portret podwójny.

Jako że obie pozycje dosyć długo czekały na półce, starałem się unikać dluższych i bardziej wnikliwych analiz i opinii na ich temat, by nie psuć sobie lektury. Niemniej jednak – zupełnie przypadkowo – miałem okazję wysłuchać dwóch radiowych wywiadów z Autorką, co jeszcze bardziej wyostrzyło mój apetyt na obie książki. Skończyłem więc czytać którąś tam z kolei historyczną pracę nt. bolszewizmu we wczesnym ZSRS, udało mi się pochłonąć dwa numery Nowej Fantastyki i sporą ilość literatury faktu. Zabrałem się za Grzebałkowską…

*  * *

1945. Wojna i pokój

257188_1945-wojna-i-pokoj_584Ogólna koncepcja, w oparciu o którą powstała ta książka od razu mi się spodobała. Magdalena Grzebałkowska rusza śladem szabrowników, przesiedleńców, wojennych sierot – na Ziemie Odzyskane, by tam dowiedzieć się czegoś o tym, czym dla obecnie żyjących tam ludzi był 1945 rok – li tylko końcem wojny? początkiem nowego, szczęśliwego życia? utrapieniem i tesknotą za utraconym?

Atutem –  z punktu widzenia miłośnika reportażu i literatury faktu – jest to, że czytelnik styka się z konkretnymi, indywidualnymi przeżyciami, że poszczególne losy opisywane przez Autorkę, choć nawleczone na nić historii przez duże „H”, pozostają mikro-świadectwem ludzi, do których udało się Grzebałkowskiej dotrzeć. I już na wstępie można powiedzieć, że wszystkie te historie i wspomnienia są unikalnymi i jak najbardziej godnymi naszej uwagi. Problem pojawia się w samej narracji, w sposobie opowiadania tych historii i w konstrukcji książki. Gdyby nie ów problem, sypałbym tutaj ochami! i achami! nad talentem Autorki.

Na czym polega zgrzyt? Ano na tym, że – przykro to pisać – 1945… jest książką, w której wykorzystano niemal żywcem kalki z dyskursu michnikowszczyzny. Taaa… wiem, że książka wyszła nakładem Biblioteki Gazety Wybiórczej, wiem że Magdalena Grzebałkowska jest reporterką tej gazety… Mógłbym zatem zadać [sobie] retoryczne pytanie: po cholerę się czepiasz? Wszak widać, słychać i czuć, że to maniera tego środowiska dziennikarskiego. Wiadomo wszak z jakiego kałamarza Autorka czerpała inkaust, by książkę swą napisać, bla bla bla…

Nadmieniam o tym nie bez powodu. Wydaje mi się, że to kurewsko smutne, gdy cholernie utalentowani i kumaci dziennikarze / reporterzy płci obojga, tuczeni przez lata quasi-moralizatorksimi sztuczkami Michnika nie potrafią (nie chcą?) wyrwać się spod wpływu tej zbankrutowanej koncepcji dziennikarsko-publicystycznej.
Jako anarchista nie mogę być posądzany o sprzyjanie prawicowej ekstremie, więc podchodzę do konstrukcji książki Grzebałkowskiej bez uprzedzeń, a jednak odczuwam  w trakcie lektury ową subtelną dysproporcję i chęć wygładzania granic pomiędzy ofiarami i katami, pomiędzy czymś intuicyjnie pojmowanym jako dobre i złe (intuicyjne – albowiem nie wierzę w istnienie obiektywnych kategorii prawdy, dobra, piękna, ogólnie wszelkich kategorii [meta]językowo będących abstrakcyjnymi, bez desygnatów).

Każda z historii, do której dokopała się Autorka zasługuje na uwagę i pewnie o każdej można by napisać osobną książkę. Los człowieka zgwałconego przez wojnę (w jakże wielu przypadkach również dosłownie, a nie w przenośni!), tułającego się bez dobytku i nadziei na nowy dom, nowe życie, na gorący posiłek dziś i jutro, na spokój w przyszłości. Los wczorajszych panów, a dziś ofiar rozpaczliwej, wściekłej, bezsilnej zemsty ze strony poniżonych i napadniętych… Jakże często milczenie wobec kłopotliwych wątków, postrzępionych wydarzeń, wobec traumy wojny i – gdzieś podskórnie – ciągłej niepewności, czy ten koszmar kiedykolwiek się powtórzy…

To wszystko znajdziemy w książce 1945. Wojna i pokój. To, i wiele innych emocji, obrazów, zanikających wraz z biegiem czasu. Nie wątpię, że napisanie tej książki kosztowało Grzebałkowską wiele pracy i doceniam ów wysiłek. Naprawdę. Nie mogę jedynie przejść obojętnie obok wspomnianej dysproporcji w przedstawianiu powojennych losów. To dziwne uczucie podczas lektury: niby wszystko jest OK, aczkolwiek gdzieś pojawiają się te swędzące myśli, związane z makiawelicznym prestidigitatorstwem moralnym a’la Michnik, a to już kompletnie mi się nie podoba. Zwłaszcza gdy idzie o tak monstrualnie ważną kwestię jak II Wojna Światowa i jej następstwa.

Beksińscy. Portret podwójny

beksinscy-portret-podwojny-magdalena-grzebalkowskaMoje pierwsze spotkanie z Beksińskim, to podstawówka i jakieś podłej jakości reprodukcje w quasi-albume, w bibliotecznej czytelni. Wtedy był to swoisty szok, lecz podszyty nie obrzydzeniem, a raczej zaciekawieniem.
Nietrudno sobie wyobrazić, że gdy za gówniarza odkryłem szwedzki death metal, a potem crust punk, grindcore i kapele spod znaku AMEBIX (czyli ogólnie mówiąc to, co do dziś towarzyszy mi w warstwie muzycznej każdego dnia), sztuka Zdzisława Beksińskiego pasowała jak ulał do klimatu tej muzy, tych tekstów… Nigdy wcześniej nie zagłębiałem się w historię jego twórczości, a o Tomku Beksińskim słyszałem kilka razy (mimo, że słuchałem już Trójki, choć jego audycji – nigdy), jednak nie była to wiedza potrzebna mi w życiu…

Magdalena Grzebałkowska napisała wybitną, ciekawą i niezwykle sugestywną biografię ojca i syna. Z racji braku czasu, czytałem tą książkę na raty i za każdym razem wściekałem się, gdy musiałem przerywać lekturę. Tytułowy podwójny portret został mistrzowsko pokazany nam – czytelnikom. Odniosłem wrażenie, że Autorka zabiera nas do Sanoka i Warszawy i po cichu otwiera przed nami kolejne drzwi, abyśmy sami mogli zobaczyć jak żyją Beksińscy… Nie jest to bowiem sensacyjna wiwisekcja, a raczej stonowana opowieść o rodzinie dysfunkcyjnej (a jaka rodzina nie jest dysfunkcyjna? Nie ma takiej!). Ta książka napisana jest taktowanie, ale i odważnie; Autorka nie bawi się z nami w chowanego, nie „cenzuruje” niewygodnych reakcji, dziwnych przyzwyczajeń ojca, histerycznych wybuchów syna czy stoickiego, toksycznego tak naprawdę, spokoju Zofii – matki i żony, kobiety niezastąpionej w tej rodzinie.
W czasie zagłębiania się w pokręcone losy sanockiej rodziny, która w efekcie wylądowała na warszawskim blokowisku, przychodzi taki moment, kiedy – nawet mimowolnie – nachodzi nas ochota by… ocenić i Zdzisława i Tomasza. Ocenić, porównać, przeprowadzić analizę, wydać wyrok… Powodów dla takie operacji mamy naprawdę sporo. Beksiński junior od dziecka niemal owładnięty myślami samobójczymi, jedynak wychowywany w zupełnej swobodzie, pośród gęstej atmosfery obrazów ojca, który z kolei sam boryka się z własnymi dylematami, fobiami, psychozami.

Grzebałkowska mistrzowsko ukazała nam poszczególne cechy charakterów tych dwóch mężczyzn, którzy – każdy na swój sposób – do końca bronili się przed „normalnością codzienności”, którzy żyli niejako obok, nie pasując do społecznej układanki w [post]komunistycznym bagnie (nota bene sam Tomasz Beksiński często powtarzał, że wolałby urodzić się sto lat wcześniej).
Ogromne wrażenie zrobiła na mnie psychologiczna konstrukcja Zdzisława Beksińskiego, jego sposób pojmowania własnej sztuki, samego siebie w kontekście rodzinnym i egzystencjalnym. Nie mniej ciekawie Autorka naszkicowała postać Tomka, który charakterologicznie tak różny od ojca, jest jednak integralną częścią tej rodzinnej układanki.

Magdalena Grzebałkowska, opierając się na bardzo bogatych materiałach źródłowych (Beksiński senior, jako entuzjasta nowoczesnej techniki audio/video nagrywał codzienne życie swojej rodziny na kamarze VHS, prowadził też audio-dziennik) w sposób naprawdę perfekcyjny ujęła delikatne i wyjątkowe więzi rodzinne Beksińskich, podobnie jak świetnie oddała atmosferę sensacji wokół postaci Beksińskich i ich działalności (ojciec – artysta, grafik, malarz, rysownik; syn – tłumacz filmowy, prezenter radiowej Trójki).

Śmierć, integralny element w tej opowieści, została potraktowana poważnie, acz bez zadęcia i atmosfery katolskiego oburzenia społecznej tłuszczy, dla której wszystko było jasne: młody Beksiński wielokrotne próbował się zabić (w efekcie z pozytywnym skutkiem), albowiem stary Beksiński malował makabryczne, straszne obrazy pełne trupów, rozkładu i rozpaczy.
Tymczasem Magdalena Grzebałkowska zrobiła naprawdę wszystko, by rzetelnie, poważnie i odpowiedzialnie ukazać nam losy tej niezwykłej rodziny.

To jedna z najważniejszych książek ostatnich lat w Polsce. Absolutnie lektura obowiązkowa!

Kategorie
→ książki → reflex

Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu

droga-na-polnoc-osrodek-karta-2016-03-02-0011Kiedy książka ta ukazała się w netowych księgarniach, przemknąłem wzrokiem po kilku zaledwie zdaniach streszczenia i zanim skończyłem czytać pierwszą recenzję, Droga na Północ… już znajdowała się w moim czytniku ebooków. Istnieją takie książki, co do których nie mamy żadnych wątpliwości, że powinniśmy je pochłonąć jak najszybciej, żarłocznie, ze smakiem i satysfakcją. To jest właśnie taka książka!
Teraz żałuję, że kupiłem ebooka, a nie papierową wersję, ale naprawdę chciałem natychmiast zacząć czytać to pokaźne objętościowo – a nade wszystko, treściowo – tomisko.

Droga na Północ, to po prostu monumentalny zbiór tekstów, świadectw osobistych, szkiców historycznych, opowieści reporterskich, fragmentów dzienników i innych form literackich ujmujących w sposób tak całościowy XX-wieczną Norwegię. Znajdziemy w nim głos dawnej historii tego malowniczego, pięknego, dzikiego, biednego i jednego z najmniej dostrzeganych krajów skandynawskich, jakim Norwegia była przez sporą część ubiegłego stulecia. Oczywiście obraz ten nie przypomina Norwegii dziś, co tym bardziej podkreśla doniosłość owej antologii; czytając poszczególne teksty, podróżujemy po osi czasu, poznajemy dzieje, mentalność, wyjątkowość kultury norweskiej. Poznajemy polityczne kulisy i gry, w których Norwegia często była tylko pionkiem (choćby w perspektywie geopolityki – rozpięta pomiędzy Danią, a Szwecją), by w efekcie stać się jednym z najbardziej stabilnych i najbogatszych społeczeństw europejskich.
II Wojna Światowa, późniejszy kryzys, wzloty i upadki socjaldemokratycznego eksperymentu norweskiego, wreszcie wrodzona rozwaga i dalekowzroczność tak dobrze zakorzeniona w kulturze Norwegii – to wszystko otrzymujemy w każdym felietonie, w każdym fragmencie pamiętników, w każdym reportażu, notatce i wspomnieniu z tego wyjątkowego tomu.

Autorkami i autorami poszczególnych tekstów są… wszyscy. Były premier, liderzy partii komunistycznych i socjaldemokratycznych, żona faszysty Quislinga i sam Quisling, norwescy profesorowie, dziennikarze, gospodynie domowe prowadzące dzienniki, dawna arystokracja i nafciarze-pionierzy z pierwszych platform wiertniczych, wreszcie przedstawiciele ludu Samów, ekolodzy… Mógłbym jeszcze długo wymieniać… Egalitaryzm w doborze autorów tekstów jest doprawdy imponujący, co czyni z Drogi na Północ… rewelacyjną formę „norweskiego pamiętnika”. Może Ośrodek Karta (wydawca książki) poszedłby za ciosem i wypuścił w ramach serii Świadectwa kolejne tomy, kolejne antologie literatury faktu innych krajów Europy? Byłby to strzał w dziesiątkę!

Słowo „polecam!” jest zdecydowanie zbyt słabe, gdy mowa o tej książce. To lektura bez wątpienia obowiązkowa dla wszystkich interesujących się współczesnością w najszerszym rozumieniu. Właśnie po to, by… zrozumieć! Książka na piątkę!!!

Kategorie
→ książki

Anna Wojtacha – Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji

zabijemy-albo-pokochamy-anna-wojtacha-okladka-wydawnictwo-znak-2015-03-13-530x756Fajnie napisana, zawadiacka książka Anny Wojtachy, wybijająca się spośród wielu reporterskich obrazów z Rosji. Książka, po którą należy sięgnąć, choćby z uwagi na jej nieszblonowość.
Podobnie jak Autorka, lubię podróżować sam, aby nikt marudzący obok mnie nie dekoncentrował mnie w szwendaniu się po świecie, niemniej jednak w pewnej chwili, w czasie lektury pomyślałem, że… taka laska jak Wojtacha, to wymarzony towarzysz podróży! Taaak, zniżyłem się do tak karygodnego spoufalania się z Autorką (dziennikarką, reporterką wojenną), albowiem nie jest to kolejna „panienka z okienka”, która pisze o konfliktach i dalekich krajach z pokoju hotelowego, nie brudząc sobie rączek ciężką reporterską robotą. Anna Wojtacha, to włóczęga z krwi i kości, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. Gdy trzeba rzuci bluzgiem, gdy trzeba wypije szklankę wódki (albo dwie… albo trzy…), zamiast stylowych knajpek woli speluny z tanim i pysznym jedzeniem i z „prawdziwymi” ludźmi, przekima się w namiocie, spróbuje żarcia ze śmietnika. Wszystko nie po to, by „poświęcić się” na ołtarzu trudu reportera, ale po prostu dlatego, że ona taka jest. Bezpośrednia, odważna i – jak mówi wielu bohaterów jej książki – pyskata do bólu.

Jej historie z Rosji są historiami – jak ja je nazywam – uczestniczącymi. Wojtacha nie jest beznamiętnym obserwatorem, nie stoi sztywno z dyktafonem przed bohaterem swojego reportażu. To, co opisuje dzieje się również z jej aktywnym uczestnictwem. Bez względu na to, czy pisze o seksie ze swoim facetem (nota bene snajperem ze Specnazu, w którym zakochała się po uszy w pociągu kolei transsyberyjskiej – ona, reporterka w Czeczenii, zdeklarowana przeciwniczka Putina i wojen czeczeńskich, w łóżku ze specnazowcem…), o robotnikach w syberyjskiej tajdze, o szarości Irkucka, czy o przygodach swojej przyjaciółki-prostytutki w Moskwie – wszystko to opisuje z perspektywy osoby zaangażowanej w daną historię.

Anna Wojtacha pisze bezpośrednio i ciekawie, a najważniejsze jest to, że trzyma się ona z daleka od wszelkich szablonowych sztuczek dziennikarskich, gdy mowa o Rosji. Nie znajdziemy więc w tej książce taniego pierdolenia o „rosyjskiej duszy”, ale znajdziemy w niej ludzi złamanych przez życie w tym kraju. Wojtacha pisze bardzo emocjonalnie (o wiele bardziej, niż np. Krystyna Kurczab-Redlich), ale nie zniekształca to samej istoty jej rosyjskich reportaży, nie odbija się ujemnie na bohaterach tychże.

Jest oczywiste, że kocha ona Rosję. To, co uderza mnie w tej książce najbardziej, to odczucie, którego niejeden raz doświadczyłem osobiście w kontaktach z moimi przyjaciółmi z Rosji. Rosję można znienawidzić albo pokochać, bądź balansować pomiędzy tymi skrajnościami… Jednak wcale nie jest oczywiste, czy Rosja pokocha nas… Nie jest to, wbrew pozorom, smutna konstatacja. To po prostu stwierdzenie faktu. Taka jest Rosja.

… a Wy powinniście przeczytać tą książkę!

Kategorie
→ książki

Suki Kim – Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit

Jedna z najważniejszych (wydanych w Polsce) książek nt Korei Północnej w tym roku, a może i w ostatnich latach. Książka nie tylko świetnie napisana, ale i bardzo wartościowa. Poza tym jest zwyczajnie budującą opowieścią, mikroskopijnym okruchem nadziei na to, że na północy półwyspu koreańskiego jakakolwiek zmiana zacznie się w głowach tych z pozoru uprzywilejowanych, młodych ludzi, których uczyła Suki Kim.

Autorka, urodzona w Korei Południowej, szybko wyemigrowała z rodzicami do USA, otrzymując tam obywatelstwo. Mimo tego, że mieszkała po drugiej stronie oceanu, z dala od rodzinnego domu, nauczyła się koreańskiego i zachowała głęboki szacunek do koreańskich tradycji (w obu Koreach więzi rodowe i rodzinne są podstawą ich tożsamości). Matka Suki Kim zachowała całą traumę konfliktu koreańskiego i koszmar wojny, przekazując córce w dramatycznych opowieściach to, co spotkało jej rodzinę. Kim, jak się okazało, miała krewnych również po drugiej, komunistycznej, stronie tej najbardziej ze strzeżonych granicy na świecie.

Kiedy tylko pojawiła się okazja, by wraz z protestancką misją nauczycieli wyjechać do Pjongjangu i uczyć tam angielskiego dzieci północnokoreańskiej elity, Suki Kim od razu zgłosiła swój akces i została przyjęta. Oczywiście ukryła przed misją i ambasadą Korei Płn., że jest niewierzącą reporterką.
Kim przybyła do skoszarowanej, świeżo postawionej szkoły na przedmieściach stolicy. Szaro, betonowo, z drutem kolczastym wokół szkoły i czegoś w rodzaju kampusu. Jej zadaniem było uczenie języka angielskiego 19-20-letnich synów pochodzących z północnokoreańskiej elity aparatu państwowego i armii. Wszystkie zajęcia surowo obserwowane przez bezpieczniaków, każdy temat do zatwierdzenia przez górę (łącznie z obrazkami wykorzystywanymi w słownych grach i zabawach edukacyjnych), bezwzględna dyscyplina i przyporządkowanie do grup w zależności od poczynionych postępów w nauce. Kontakty: student-nauczyciel ograniczone do niezbędnego minimum, żadnego „kroku w bok” poza „program nauczania”, żadnych pozaedukacyjnych relacji (kampus dzień i noc patrolowały uzbrojone dziewczyny-strażniczki[sic!]).

W takiej atmosferze Suki Kim przeżyła kilka semestrów, starając się maksymalnie wykorzystać ten czas na próbach zrozumienia i porozumienia. Z biegiem czasu staje się ulubioną wykładowczynią, a jej wyjątkowa umiejętność przekazywania mikroskopijnych okruchów ze świata zewnętrznego sprawia, że studenci powoli i z niemałym strachem otwierają się na swoją nauczycielkę, jednocześnie odsłaniając przerażającą pustkę kryjącą się nie tylko za quasi-wiedzą, jaką gwałci ich reżim Kim Dzong Una, ale i za fasadą nędznej propagandy.
Dlaczego książka jest wyjątkowa? Bo wyjątkowe jest środowisko, w jakim przyszło Autorce uczyć języka, jak i ona sama i jej reporterski warsztat jest pełen wyjątkowości. Suki Kim umiejętnie łączy osobistą refleksję z reporterskim talentem, przez co Pozdrowienia…, nie śmierdzą kolejną plastikową publikacją o Korei Północnej. Poza tym jest Koreanką i łatwiej jest jej pewne zawiłe, a czasem przerażające aspekty reżimowej rzeczywistości dostrzec, ale i zgłębić i czytelnie przekazać.

Lektura jak najbardziej obowiązkowa! Ponadto zachęcam do poszperania w necie i do przeczytania / obejrzenia wywiadów z tą niezwykle skromną, ale i utalentowaną reporterką!

Kategorie
→ książki

Åsne Seierstad – Księgarz z Kabulu

Fenomenalna literatura faktu! Księgarz…, to jedna z tych książek, które czyta się z pragnieniem, aby nigdy się nie kończyły. Åsne Seierstad w sposób mistrzowski wniknęła w codzienne życie Afgańczyków i równie perfekcyjnie oddała klimat trudnej (eufemizm!) rzeczywistości Afganistanu. Po lekturze mogę spokojnie zaliczyć Seierstad do grona tych, którzy mistrzowsko ukazują nam Afganistan; dla mnie Księgarz z Kabulu, to książka kalibru Modlitwy o deszcz, Wojciecha Jagielskiego – pierwsza liga reportażu przyprawionego literacko tak, jak lubię!

Autorka – norweska dziennikarka wojenna i przenikliwa obserwatorka ludzkich tragedii w miejscach, gdzie nawet Allah mówi: nara! –  przez jakiś czas mieszkała z afgańską rodziną w Kabulu. Zapragnęła opisać codzienność ludzi, dla których koszmar wojny, to nie jednorazowa trauma, ale przekleństwo przekazywane jak w sztafecie, z pokolenia na pokolenie, obłędna karma, immanentny składnik codzienności…
Było to bezpośrednio po „pokonaniu” Talibów przez Sojusz Północny. Rodzina, która zgodziła się na ten swoisty eksperyment, to – w naszej zachodniej nomenklaturze – kabulska klasa średnia (jakkolwiek debilnie brzmi to w odniesieniu do realiów tak różnych od tych w naszej części świata!). Na jej czele stoi Sułtan – człowiek o szerokich horyzontach, oczytany, wykształcony, nade wszystko w życiu kochający książki i prowadzący w Kabulu kilka sklepików zawalonych po sufity starymi manuskryptami, książkami wszelkiej maści: od traktatów religijnych, po „oświecone” komunistyczne manifesty z czasów „wizyty” wojsk ZSRS w Afganistanie. Seierstad za jego zgodą zamieszkuje w jego domu, wraz z jego dwiema żonami, dziećmi, wnukami i krewnymi. Afgański dom, pełen ludzi, których indywidualne historie wymykają się codziennemu spojrzeniu na ten nędzny kawałek suchej i niegościnnej ziemi, historie które łamiąc stereotypowe postrzeganie Afganistanu i Afgańczyków – paradoksalnie – po brzegi wypełnione są tą ciężką zawiesiną tradycji, historii, krwi i przemocy.

Pył unoszący się nad afgańskimi wzgórzami i smród  uryny w ciasnych uliczkach Kabulu mieszają się ze łzami kobiet łajanych przez Sułtana. Kochając książki i wolność jaką niesie ich treść w tym kraju pełnym analfabetów, Sułtan jest bezlitośnie wpleciony w brutalny wzór prawa szariatu i twardej ręki, którą (choćby i symbolicznie) czują jego żony, dzieci i krewni.
Książka Åsne Seierstad, to również głos, jęk, płacz i okruchy radości kobiet afgańskich, ich rozterki, codzienna walka o przetrwanie. To śmierdzące, duszne powietrze pod burką i miliony igieł tabu wbijane w zmęczone ciała młodych dziewcząt i starzejących się matron.

Dlaczego Księgarz z Kabulu jest wyjątkową książką? Ano dlatego, że Seierstad nie raczy nas taniochą i sensacją wpychaną nam nachalnie ostatnimi czasy. To nie jest kolejna opowieść walnięta od reporterskiego szablonu, ani gówniane ckliwe opowiastki z kolorowymi okładkami, z których gapią się na nas urocze perskie/arabskie oczęta w hidżabie (kolejna quasi-literacka zmora, po zalewie historyjkami o wampirach, mgłach i innych klonach Chorego Portiera). Narracja w Księgarzu…, to zarówno literacki kunszt i rzetelność w obrębie faktografii. Historia opisana przez Åsne Seierstad broni się sama, albowiem nie jest zgwałcona przez zachodnie stereotypy, choć – co nie mniej ważne! – Autorka odważnie mierzy się z bestialstwem wielu zwyczajów zakorzenionych w kulturze afgańskiej.

Książka, którą trzeba przeczytać!

Kategorie
→ książki

Niemiecki bubel. Jak nauczyłem się pastwić nad głupimi książkami

Cóż, każdemu bibliofilowi, a szczególnie temu zorientowanemu na jakąś konkretną tematykę, zdarza się kupić książkę, która jest nie tylko słaba merytorycznie (estetycznie, formalnie etc.), ale i wywołuje wkurw szczególnego rodzaju: człowiek wścieka się nie tylko na autora lipnej publikacji, lecz również na siebie samego – że wydał na coś takiego kasę.

Mowa tutaj o książce Borisa Reitschustera pt Ruski ekstrem. Jak nauczyłem się kochać Rosję. Kilka godzin temu skończyłem to czytać, zatem nie zadałem sobie trudu by sprawdzić, czy istnieje przekład rosyjski tego czegoś, ale jeśli istnieje, daję głowę że olbrzymia większość moich znajomych z Rosji (nawet tych spoza Moskwy), po przeczytaniu powiedziałaby zdziwiona: Бляя! Что за хрень?!

Serio, dawno nie czytałem tak bzdurnej, sztucznej i nudnej książki o Rosji. Nie chwaląc się, przeczytałem ich sporo, a dodatkowo na codzień częściej używam na kompie cyrylicy, aniżeli alfabetu łacińskiego; jednym słowem, jakoś tam siedzę w temacie Rosji, a co najważniejsze, mam kontakt z Rosjanami – zarówno w necie jak i w realu.  Ruski ekstrem, to niewątpliwie wypadek przy pracy jaki przydarzył się Autorowi – rodowitemu Niemcowi, który o Moskwie opowiada jak typowy Niemiec, patrzy na nią przez pryzmat mentalności typowego Niemca i niechcący zapewne, przyczynia się swoją pisaniną do utrwalenia stereotypu typowego Niemca. Sztywniachy, który w swoim mniemaniu przeżył „ekstremalną przygodę na Wschodzie”.

Już na początku książki coś mi nie pasowało. Oto bowiem młody Niemiec wyjeżdża do Moskwy, by zamieszkać w tej metropolii. Zaczyna swą opowieść od razu z grubej rury: mamy przygotować się na prawdziwy tytułowy ekstrem, na hardkorową jazdę po stolicy hardkorowego kraju. Wow!

Potem jest już tylko gorzej i gorzej…

Klatki schodowe w betonowych blokach śmierdzą! Windy są brudne, wadliwe i pobazgrane! Ruscy nie przestrzegają przepisów drogowych! Wszędzie panuje biurokratyczny chaos! Pracownica linii lotniczych w syberyjskim mieście nie potrafi pobrać opłaty niemiecką kartą kredytową! Rosjanie przeklinają, chleją wódę, dają i biorą łapówki! Wszystko to opisane w tonie: taaak! to się dzieje naprawdę, to rosyjska rzeczywistość!

Reitschuster wpada na starcie w dwie pułapki i do końca książki tkwi w nich bezradnie, nie zdając sobie zbytnio sprawy z owej bezradności; czytelnik odnosi wrażenie, że Autor nieco przygłupawo się uśmiecha i święcie wierzy w to, że Moskwa rysowana z jego perspektywy, to rzeczywiście Moskwa realna. Wracając jednak do pułapek…

Pierwszą z nich jest fakt, że Reitschuster opisuje swoje przeżycia jako „Niemca w Rosji” w ten sposób, że permanentnie konfrontuje zwyczajowe stereotypy Niemca i Rosjanina. Skąpstwo vs pijana szczodrość, sztywność vs zawadiackie rozbuchanie, rzeczowość vs „rosyjska dusza”, dyscyplina vs anarchia, oszczędność vs wieczna bieda, lśniące mercedesy vs rozpierdolone łady… I tak do końca czegoś, co wydawca nazwał (sic!) książką-przewodnikiem. Żeneda!

O ile ze stereotypami nt. Rosjan w tej książce można dosyć łatwo się rozprawić (w dużej mierze są one po prostu bzdurne, albo naciągane, o czym przekonał się każdy kto miał, bądź ma, styczność z mieszkańcami Rosji), o tyle to co pisze Reitschuster o sobie i swojej niemieckości w konfrontacji z cielskiem Moskwy brzmi tak, jakby Autor był po prostu klonem „typowego Niemca” – innymi słowy nie postrzega swojej niemieckości tak, jak postrzega obserwowaną rosyjskość – jako zbiór przywar. To właśnie druga pułapka.

Informacje o codziennośći w Moskwie – te bardziej, hmm… „neutralne” – w gruncie rzeczy opisywane są rzeczowo i bez polotu; po prostu Reitschuster nie odkrywa Ameryki i pisze to, o czym pisało przed nim wielu innych dziennikarzy z zagranicy. W dodatku czyni to w tak wąskim spektrum, że dyskfalifikuje go to, jako rzetelnego obserwatora życia Moskwian. Dlaczego? Czytelnik ma wrażenie, iż czyta książkę napisaną przez bogatego paniczyka, łażącego po restauracjach, biurach, wkurzającego się na wieczne korki w centrum Moskwy. Dość powiedzieć, że mieszka w budynku z ochroną, którego właścicielem jest rosyjskie MSW. Tytułowy ekstrem,  to wspomniane śmierdzące klatki schodowe, dziury w jezdni, nieuprzejme kelnerki, brudne kible w hotelach i dziurawe fotele w samolotach Aerofłotu.

A gdzie Moskwa betonowych dżungli, gdzie bezdomność, problem nielegalnej imigracji, gdzie mafia, gdzie przeciętny Rosjanin, bądź ten, który znajduje się od owej przeciętności oddalony o całe lata świetlne? O polityce w tej książce jest tyle, że ręce opadają. A przecież Moskwa, to również Kreml, kapitał i władza.

Reitschuster mimochodem opisuje też swoje „wycieczki” na Krym, na Syberię, czy do Osetii Północnej, chcąc nam przybliżyć życie „zwykłych Rosjan”… Hmm… nie wiem, ja na jego miejscu nie wspominałbym o takich „przeżyciach”, bo po prostu uznałbym to za totalny obciach; koleś pisze otwarcie o rzeczywistości, której kompletnie nie ogarnia swoim niemieckim umysłem wygodnisia.

OK, polski czytelnik może w ten sposób pastwić się nad bogu ducha winnym młodym dziennikarzem z Niemiec, bo w końcu i nas kopnął zaszczyt życia w jednym z demoludów, więc mniej więcej wiemy o co biega z postsowiecką mentalnością i jej pochodnymi. Totalną ściemą jednak – ze strony wydawnictwa Carta Blanca – jest wciskanie tej książki jako… przewodnika po Moskwie!

Ruski ekstrem może być ekstremalną lekturą dla statecznego emeryta z Bawarii. Po jaką cholerę wydawać coś takiego w Polsce? Nie wiem. Wiem, że nie warto kupować tej książki – szkoda i kasy i czasu na jej czytanie. Na szczęście nie możemy narzekać na brak kompetentnego i ciekawego reportażu nt Rosji – zarówno tego polskiego jak i zagranicznego. Amatorkę pozostawmy Bawarczykom po 60-tce…

Все, пока!

Kategorie
→ książki

Niedawno kupione…

Za niemal ostatnie pieniądze zrobiłem sobie prezent. Po lekturze książki Barbary Demick postanowiłem, że zagłębię się jeszcze w tematykę Korei Północnej. Muszę jednak przyznać, że jeśli chodzi o polskojęzyczne publikacje specjalistyczno-reporterskie w tej materii, nie mamy tak bogatego wyboru jak np. w krajach anglosaskich, czy choćby w Rosji. Tym bardziej więc cieszy książka Johna Sweeney’a, Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu.

Kolejna rzecz, którą pochłonę z przyjemnością jest Batman Apollo, Wiktora Pielewina. Strasznie lubię jego twórczość, zatem zakup ten nie dziwi. Wkurzyłem się tylko po fakcie, albowiem znalazłem wydanie w oryginale za niespełna 12 PLN; co prawda ebook, ale cena w porównaniu z polskim wydaniem (40 PLN) wypasiona!

Na dniach zabiorę się za recenzje w/w książek i paru innych, które ostatnio przewinęły mi się przez ręce.

Kategorie
→ książki

Ostatnio przeczytane…

Pochłonąłem ostatnio całą górę książek. Pisanie o wszystkich zajęłoby jakieś kilkadziesiąt postów. Chciałbym zatem wybrać te najciekawsze, o których bez wątpienia powiedziałbym: to koniecznie trzeba przeczytać!

Bozidar Jezernik – Naga Wyspa

Doskonała książka dokumentująca ponurą rzeczywistość łagrowej (sic!), titowskiej Jugosławii, w szczególności opisująca koszmar codzienności na jednej z wysp adriatyckich, na której mieścił się najbardziej tajny i przerażający obóz reedukacji. Czysty antystalinowski… stalinizm Tity i trauma uwięzionych. Kolejna wyspa komunistycznego archipelagu…

Thomas Bernhard – Autobiografie

Absolutnie obowiązkowa lektura dla wszystkich zafascynowanych twórczością Bernharda! Autobiografie, to zbiór utworów Autora, które idealnie oddają specyfikę jego pisarstwa. Ani grama dialogów, gęsta, męcząca i drażniąca wręcz, neurotycza proza. Historie pełne powtórzeń i zimnej, introwertycznej analizy autobiograficznej. Zero litości, złudzeń, nadziei. Czysty anarchistyczny introwertyzm. Książka ryjąca w głowie głebokie koleiny. Na bardzo długo… Kto wie, czy nie na zawsze…
Jedno jest pewne: Bernhard, obok Ciorana, Jelinek i Celine’a, pozostaje dla mnie kwintesencją niezgody i rozpadu. Czegoś, co współczesność uważa za wstydliwy balast.

Peter Watts – Ślepowidzenie

Nowatorska twarda fantastyka i oryginalny cyberpunk! Książka w pełni zasługująca na miano fantastyki naukowej z najwyższej półki. Motyw spotkania z obcymi ujęty w zupełnie inny sposób, aniżeli przyzwyczaili nas klasycy gatunku. Wciągająca, wypełniona po brzegi nauką fabuła, która nie pozwala na odłożenie książki – trzeba przeczytać jednym chaustem! Czekam na kolejne części (Ślepowidzenie, to pierwsza część trylogii). Peter Watts po prostu rządzi w niszy hard science fiction. To doskonała odtrutka na wciąż modną plagę quasi-fantasy z głupimi księżniczkami, nierozgarniętymi ogrami i innych nudnymi elfami.

Stanisław Łubieński – Pirat stepowy

Niewielka objętościowo, ale niezwykle interesująca książka, której bohaterem jest anarchista rodem z ukraińskich stepów – Nestor Machno. O ile w środowisku wolnościowym jest to postać dobrze znana i ceniona (szczególnie za odwagę i pryncypialność w walce o wolność zarówno z białymi, jak i czerwonymi okupantami ziem ukraińskich na początku XX wieku), o tyle dla przeciętnego czytalnika będzie to fascynujące spotkanie z rewolucjonistą i buntownikiem, który mimo iż nieco zapomniany na Ukrainie, wywarł wielki wpływ na historię tej ziemi.
Autor podróżuje po zapuszczonych miasteczkach i wioskach związanych z życiem i walką Machny, odwiedza jego rodzinne Hulajpole i stara się uratować od zapomnienia strzępy relacji dotyczących chłopskiej walki o wolność bez państwa i władzy – zarówno władzy kapitału jak i dyktatury bolszewickiej.

image

Piotr Milewski – Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej

Niemal na początku tej urokliwej opowieści snutej przez Milewskiego, odniosłem wrażenie, że sam jadę pociągiem, spotykam w przedziale Autora, a ten zaczyna opowiadać mi o swojej podróży.
To chyba jedna z „najłagodniejszych” podróżniczych książek drogi na temat rozległej Rosji, jaką kiedykolwiek czytałem. Mam na myśli zarówno sposób opisywania bezmiaru pokonywanej drogi, jak i swoistą empatię Autora.
Nie będę tutaj obiektywny, albowiem rzucam się na wszystko, co na wschód od Uralu, niemniej jednak Transsyberyjską… zaliczam do jednej z najbardziej udanyh książek opisujących Syberię i życie ludzi wzdłuż żelaznej drogi małych radości, historycznych tragedii i nadziei na lepsze jutro. Trzeba przeczytać!

Wiktor Jerofiejew – Dobry Stalin

Miałem nadzieję na przeczytanie tej autobiografii Jerofiejewa w oryginale, jednak kilka okoliczności sprawiło, że skusiłem się i kupiłem polski przekład, zanim zdobyłem rosyjskojęzyczną wersję.
Dobry Stalin, jak mniemam, miał być rozliczeniem Wiktora Jerofiejewa, jednego z najbardziej znanych i cenionych współczesnych pisarzy rosyjskich, z jego dzieciństwem i młodością w cieniu ojca – stalinowskiego dyplomaty ZSRS i osobistego tłumacza Stalina. Czy rozliczenie ów udało się Autorowi, pozostanie pewnie kwestią dyskusyjną. Jedno jest pewne – Wiktor Jerofiejew nie pasuje do roli „resortowego dziecka”, a jego dysydencka, a potem „oficjalna” twórczość nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z pisarzem znakomicie punktującym stereotyp „rosyjskiej duszy” i celnie wnikającym w materię codzienności pod komunistycznym butem.
Jak dla mnie, książka warta poświęcenia czasu i uwagi. Czyta się znakomicie.

Michał Książek – Jakuck. Słownik miejsca

Są na świecie miejsca, gdzie słowo: zimno oznacza coś zupełnie innego, niż mogłoby się nam wydawać. Miejsca, gdzie zimno jest osobną kategorią rzeczywistości, ba! – kategorią bytu, immanentną częścią kultury i życia jako takiego. Takim miejscem jest niewątpliwie Jakuck i Jakucja opisywana przez Michała Książka.
W mieście, gdzie zimą temperatury sięgają -50 stopni Celcjusza, Autor spędził kilka lat (wraz z żoną i córką). Zafascynowany historią i kulturą Jakutów, uzbrojony w wiedzę ornitologa i kulturoznawcy, wreszcie, znający język jakucki, Książek oddaje nam w swojej reporterskiej opowieści fascynujący kawałek mroźnej Syberii. Książka jest czymś w rodzaju pamiętnika, historią opowiadaną w rytmie jakuckich pór roku, po brzegi wypełnioną bogactwem jakuckiej mowy. Takie wspomnienia może nakreślić tylko ktoś szaleńczo zafascynowany miejscami, ludźmi i kulturą które opisuje.
Lektura obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych historią i współczesnością narodów dalekiej Syberii!

Ramita Navai – Miasto kłamstw. Cała prawda o Teheranie

Kupiłem tą książkę i pożarłem ją w jeden wieczór. Zachłannie i z pewnym niedosytem, gdy się skończyła.
Od wielu, wielu lat to właśnie Iran i perska kultura fascynują mnie o wiele bardziej, aniżeli okalające ten kraj państwa arabskie. Dlatego też znalazłem na falach krótkich Radio Farda z perską muzyką i zabrałem się do czytania…
Ramita Navai w niezwykle magnetyczny sposób zaciąga nas w najdalsze zaułki Teheranu i pokazuje miasto, o jakim nie mieliśmy zielonego pojęcia. Zachodnie stereotypy nt Iranu, jako szaleńczego państwa ajatollahów, państwa „osi zła”, pękają już po pierwszych kilkunastu stronach. Nic nie jest takie proste, jak się wydaje. Motywem przewodnim książki jeat kłamstwo stanowiące integralny element codzienności w Teheranie. Kłamstwo jako „podszewka” kultury, pozwalające na jako takie funkcjonowanie w islamskiej republice, gdzie moralne obostrzenia w oficjalnym nurcie społecznym są mniej lub bardziej ostentacyjnie omijane lub łamane – w imię świętego spokoju, bogactwa, czy chęci zaczerpnięcia powietrza, w zakurzonej, zróżnicowanej i spauperyzowanej stolicy Iranu.
Miasto kłamstw…, to opowieść o fanatycznych członkach milicji obyczajowej, czających się na prostytutki i nieskromnie ubrane dziewczyny. To historie gorliwych wyznawców islamu i szarych obywateli Teheranu łamiących prawo, palących opium. To narkomani w biednych dzielnicach i dzieci bogaczy chlejących whiskey i pieprzących się na tajnych imprezach w swoich willach. To prawo zwyczajowe i chęć jego złamania. Mułłowie molestujący kobiety i fanatycy oddani islamskiemu państwu. To kurz i bieda w jednej części miasta i kosmiczne wręcz bogactwo z drugiej…
Ramita Navai opisała autentyczne historie życia teherańczyków i zrobiła to po mistrzowsku!
Wspominam teraz wizytę mojego dobrego znajomego z Teheranu, Hamzeha; wiele bym dał, żeby znów posiedzieć z nim przy herbacie i godzinami gadać (czy bardziej – słuchać) o tym jego skrawku perskiego dziedzictwa i codzienności w Iranie. A wszelkie „osie zła” zostawić dla politycznych pojebów z zachodniego świata…

* * *

Uff… wystarczy na dziś! To nie wszystkie knigi, o których chciałem napisać, a te powyżej i tak potraktowałem „po łebkach”.  W przypływach wolnego czasu skrobnę jeszcze o kilkunastu tytułach, które udało mi się połknąć w ostatnim czasie. Kolejne tomy i ebooki czekają w kolejce; do końca stycznia na bank pojadę na chlebie z musztardą – wydałem tyle na książki, że mogę tylko pomarzyć o większych melanżach i wypasach żywnościowych…
To, co aktualnie czytam, rzucam jak zwykle na mój profil na LubimyCzytać.

W kolejce czeka również całkiem pokaźna liczba płyt do zrecenzowania. Mam na myśli szczególnie rosyjską DIY scenę noise, industrial, power electronic…

Ну тогда держитесь,  пока!

Kategorie
→ książki

Andrzej Jastrzębski – „Matrioszka Rosja i Jastrząb”

image

Chyba każdy poważniejszy dziennikarz, korespondent czy reporter, który „liznął” nieco Rosji, nie potrafi oprzeć się pokusie napisania książki o tym, co zobaczył i przeżył w tym kraju.
Nie inaczej jest z Maciejem Jastrzębskim, który przez kilka lat był korespondentem Polskiego Radia w Białorusi, Gruzji i w Rosji właśnie. Okres obejmujący jego pobyt w Moskwie opisał w Matrioszce

Skończyłem dziś czytać tą barwną książkę i przypomniała mi ona nieco inną opowieść o Rosji: Gogola w czasach Google’a, Wacława Radziwinowicza. Skojarzenia związane są z „zachłyśnięciem się” Rosją, z mieszaniną ekscytacji i przeciążenia „ruską materią”.
Mimo wszystko Matrioszka Rosja…, to nie zbór reportaży o Rosji. To mocno nieuczesana opowieść, snuta z mieszaniną pośpiechu i zadumy. Autor krok po kroku poznaje Moskwę i Rosję; sposób w jaki opisuje swoje przeżycia, oddaje zapewne specyfikę i wyjątkowość owych przeżyć.

Książka podzielona jest na części i rozdziały. Zdawać by się mogło, że ta systematyka pomoże nam spojrzeć na Rosję oczyma Jastrzębskiego. Szybko okazuje się jednak, że jest to złudna nadzieja.
Mamy do czynienia z rosyjskim misz-maszem. Historia Rosji plącze się ze współczesnością, wątki dotyczące budowy moskiewskiego metra przenikają się z mitami dalekich narodów Syberii, meandry rosyjskiej kuchni z tajemnicami Kremla, a Putin z carami i oligarchami.
Na początku lektury trochę drażnił mnie ten mix, ale szybko okazało się, że konwencja tej książki odpowiada zasadniczej trudności: nie sposób ogarnąć Rosji w tak skromnej (acz wielce urokliwej!) publikacji…

Co, według mnie, stanowi atut Matrioszki…? Fakt, że jest to kolejny krok na trudnej drodze wzajemnego zrozumienia pomiędzy nami, a Rosjanami. Piszę: „nami”, mając na myśli wszystkich po zachodniej stronie rzeki Bug – zarówno rusofobów jak i ludzi kompletnie obojętnych na sąsiadów ze Wschodu, czy wreszcie tych, którzy mniej lub bardziej ostrożnie nazywają siebie rusofilami.
Na tej płaszczyznie książka Macieja Jastrzębskiego przybliża nam nieco Rosjanina, do którego jeszcze nie przywykliśmy. Do człowieka przychylnie patrzącego na Polaków, ale znurzonego wiecznymi fochami historycznymi, jakie zdarza się strzelać nad Wisłą. Do kogoś zabłąkanego w labiryncie sowieckich zaszłości, ale dumnego z całokształtu swojej bogatej historii. Do kogoś, kto pije, kocha, wścieka się, kto przy odrobinie szczęścia otworzy się przed nami, a my zobaczymy przestrzeń o wiele bardziej złożoną, aniżeli ciasny stereotyp „szalonej, słowiańskiej duszy”.

Autor zresztą podkreśla wielokrotnie jakże oczywisty, a jednak często pomijany przez nas fakt: Rosja, to wielokulturowy tygiel, kipiący setkami języków, tradycji, zwyczajów. Wielonarodowość i wieloetniczność Rosji, to jej budulec, istota.

Jastrzębski pisze: Jedni Rosjanie widzą w nas „słowiańskich braci”. Inni nabzdyczonych, pełnych pretensji Polaczków. Jeszcze inni naród dzielny i wykształcony. Historia kontaktów Polaków z Rosjanami plecie się jak długi warkocz. Nie ma takiej siły, która rozerwałaby splątane włosy.

Nie sposób nie przyznać mu racji. Matrioszka…, to jedynie pojedyncza relacja ze spotkania z krajem, o którym wciąż wiemy niewiele. Jest to jednak relacja niebagatelna, pomagająca nam rozwalać w głowie stereotypy i chore uprzedzenia wobec Rosji i Rosjan.
Lektura obowiązkowa!

* * *

Często zdarza mi się zaczynać dzień od yerby, albo od kawy i rosyjskiego radia. Na początek reżimowe ВестиФМ, potem opozycyjne wobec Kremla Эхо Москвы i Радио Свобода. Rzut oka na portale rosyjskie… W międzyczasie zawsze odezwie się ktoś znajomy z Rosji, ze zwyczajowym: Привет! Как твои дела? (Cześć! Co u ciebie słychać?).

Jedni dopiero co przecierają oczy w Piertrozawodzku, albo w Petersburgu, inni piszą już do mnie z pracy w Czelabińsku, Nowosybirsku czy w Omsku. Polina, znajoma o polskich korzeniach relaksuje sję już po pracowitym dniu w Pietropawłowsku Kamczatskim.

Z jednymi unikam politycznych tematów, ponieważ okazują mi oscentacyjną ambiwalencję w tych kwestiach, inni natomiast przejawiają rozgoryczenie z powodu kagańca, jaki Putin nałożył na rosyjskie społeczeństwo. Inni natomiast niemal euforycznie dyskutują ze mną o kolejnej rozbitej demonstracji w Moskwie, o problemach z korupcją w ich mieście, o chorej biurokracji i zasyfionych, betonowych klockach w Tomsku.

Wszyscy moi rosyjscy znajomi, bez wyjątku, są niezwykle przyjaznymi i otwartymi ludźmi. Oprócz jednej jedynej sytuacji (mało znaczący, osobisty incydent), nigdy nie zdarzyło mi się, aby spotkało mnie cokolwiek przykrego ze strony Rosjan. Rzadkie spotkania z przyjaciółmi tylko cementują i pogłębiają znajomość.
Nauczyłem się z biegiem czasu, by luzować zawziętość w wyjaśnianiu własnego historycznego punktu widzenia odnośnie relacji polsko-rosyjskich. Dopiero gdy stajemy przed Rosjaninem bez historyczno-politycznego „pancerza ochronnego”, uświadamiamy sobie, że nawet w najbardziej drażliwych i bolesnych sprawach możemy znaleźć nić porozumienia.

Każdy z moich rosyjskich zprzyjaciół jest wyjątkowy, niepowtarzalny, z wadami i morzem zalet. Rzadko zdarza mi się z kimś pokłócić, nawet jeśli rozmawiamy o Katyniu, Czeczenii czy Ukrainie.
Każdy dzień, każde kolejne spotkanie z Rosjanami tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że Rosja zasługuje na naszą przyjaźń i uwagę – na przekór wszelkim politycznym świniom po obu sronach.
Nie wspominam już o tym, jak mocno można zakochać się w Rosjance; skądinąd znane mi uczucie, na zawsze pozostanie w mojej pamięci… :)

Kategorie
→ książki

Barbara Demick – „Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej”

image

Książkę pochłonąć można w jedno popołudnie. W istocie właśnie tak się ją czyta; nie sposób się oderwać, czytać o Korei Północnej na raty..
Barbara Demick udostępniła światu ważną publikację – reporterski obraz koszmaru życia w tym ostatnim zamordystycznym skansenie komunistycznym.
Autorka będąca dziennikarką „Los Angeles Times” (m.in. w Europie Wschodniej, w Pekinie i Seulu), podjęła się trudnego zadania: opisała w swojej książce autentycze losy uciekinierów  z Korei Północnej, jak również losy ich krewnych i najbliższych, którzy pozostali w państwie Kimów – stalinowskiej monarchii dziedzicznej, ostatniej takiej na świecie.

Wiemy doskonale, jak skąpe wiadomości docierają do nas z Korei Północnej. Każda publikacja jest zatem, jeśli nie na wagę złota, to na pewno ważnym krokiem ku zrozumieniu dramatu mieszkańców tej części Półwyspu Koreańskiego. Światu nie mamy czego zazdrościć… jest właśnie kolejnym promykiem rzucającym nieco światła na potworności, jakich dopuszcza się reżim z Pjongjangu.

Książka ta, jako reporterskie świadectwo jest niezwykle wartościowa, albowiem opowiada o losach ludzi z krwi i kości, bez koloryzowania rzeczywistości. W tym sensie czyta się ją z niezwykłą uwagą.

Po lekturze odczuwa się jednak pewien niedosyt. Niedosyt ten poczuje każdy, kto interesuje się historią i obecną sytuacją w tym najbardziej odizolowanym kraju świata.
Pamiętam, jak przed wielu laty rzucałem się na każdą publikację nt Korei Północnej. Pamiętam pierwszy szok po obejrzeniu Defilady (dokumentu Andrzeja Fidyka z 1989 roku). Przywołuję w pamięci godziny jakie spędzałem w bibliotekach, by wyszperać cokolwiek dotyczącego reżimu Kim Ir Sena, popołudnia w Pradze gdy zaczytywałem się w czeskich reportażach o uciekinierach z północnokoreańskich miast i wsi…
Nastała era internetu i możliwość oglądania filmów dokumentalnych i czytania o sytuacji w Korei Północnej z innych źródeł, niż polskie; zaliczyłem wiele nieprzespanych nocy, by liznąć wszystko co tyczy się tego tematu.

Książka Demick jest wyjątkowa w takim sensie, w jakim wyjątkowa jest każda próba dotarcia do prawdy o dramacie poddanych komunistycznego terroru koreańskiego. Znikoma ilość materiałów źródłowych, relatywnie niewielkie grono reporterów i badaczy stale zajmujących się tym zagadnieniem i wreszcie medialne „znużenie” w skali światowej (zwłaszcza zaś w regionie) – to wszystko sprawia, że każda publikacja jest cennym źródłem informacji.

Wyjątkowość i niepowtarzalność losów każdego uciekiniera z Północy stanowią oś ciężkości tej książki. Dramatyzmu dopełnia fakt, iż niemal każda z osób decydująca się na ucieczkę z Korei Północnej, pozostawiała na miejscu kogoś bliskiego. Dzieci, małżonków, dziadków, wnuków, rodziców, rodzeństwo… W 99 procentach przypadków byli oni aresztowani przez północnokoreańską bezpiekę. Albowiem odpowiedzialność za nieprawomyślne czyny w Korei Północnej ponoszą wszyscy członkowie rodziny do trzeciego pokolenia.
Korea Północna od samego zarania jest reżimem patologicznie łączącym stalinowską wersję marksizmu (zmodyfikowaną o wiele bardziej, aniżeli w maoistowskich Chinach, czy w Kambodży, Pol Pota), konfucjańską ortodoksję podległości i posłuszeństwa z nacjonalizmem i quasi-religijnym, fanatycznym oddaniem dla Wodza.

To wszystko znajdziemy w książce Barbary Demick. Przeczytałem ją, jako rzetelny dokument, autentyczne świadectwo tych, którzy ośmielili się uciec. Słowo „ucieczka” jest jednak eufemizmem. Głód, upodlenie i zezwierzęcenie, jakiego doświadczają obywatele KRLD, są jedną stroną medalu. Stroną drugą jest próba odnalezienia się w realiach kapitalistycznych (nomenklatura na linii: kapitalizm vs komunizm jest w tych przypadkach oczywistą konekwencją przeżyć każdego uciekiniera), zmaganie się z traumą po gwałcie, jakiego doświadczyła (i wciąż doświadcza!) każda ofiara reżimu Kimów.

Mamy świadomość, że o wszystkich zbrodniach i o samej istocie tego skurwiałego systemu dowiemy się dopiero po jego upadku. Dopiero wtedy zaleje nas fala relacji, świadectw, dokumentów i faktów – bez cięć i cenzury.
Nie będę tu zgrywał domorosłego analityka, którym oczywiście nie jestem, ale nie sądzę by ten ohydny komuszy skansen przetrwał po tym, jak zdechnie, bądź przestanie nim rządzić Kim Dzong Un.

Niepokoi mnie coś zupełnie innego…
Jako maniak radia i zakresu fal krótkich, niemal codziennie słucham audycji z Wietnamu, Japonii i z… Korei Południowej (wszystkich w/w słucham po rosyjsku). KBS Radio (Korean Broadcasting Service) nadaje codzienne audycje w wielu językach. Co roku otrzymuję listy od redakcji, naklejki, kalendarze, gadżety z Południa. To zwyczajowa praktyka każdej krótkofalowej radiostacji; każdy słuchacz z Europy jest dla nich rzadkością…
Na czym polega mój niepokój? Otóż w sensie prawnym obie Koree są wciąż w stanie wojny, a formalnie każdy obywatel Północy jest jednocześnie obywatelem państwa ze stolicą w Seulu. To olbrzymie ułatwienie dla uciekających z Korei Północnej, ale – słuchając codziennie serwisów z Seulu, w których zawsze znajduje się kilka minut na poruszenie tematu Północy – potencjalny problem dla Korei Południowej. Burżujska gospodarka Seulu i konsumpcyjne społeczeństwo Korei Południowej, są kompletnie nie przygotowane do ewentualnego napływu fali uchodźców z Północy w przypadku upadku rzeźni Kim Dzong Una. Najbardziej ostrożne szacunki mówią o koszcie ponad biliona zielonych…
Nie wydaje mi się, że władze Południa otulą wszystkich obywateli Północy empatycznym i finansowym kocykiem, gdy padnie „ludowo-demokratyczny” gułag ze stolicą w Pjongjangu.

Przeczytajcie tą książkę. Demick napisała bowiem kawał dobrego reportażu, unikając prostackiego patosu i uogólnień. Opisała przejmujące losy tych, którzy będąc teraz bezpiecznymi, poza zasięgiem komunistycznej maszynki do mięsa, toczą wewnętrzą wojnę ze wspomnieniami, wyrzutami sumienia i z wdrukowanym w ich umysły kodem śmierci, opresji i ideologii północnokoreańskiego zamordyzmu…

* * *

Garść informacji nt północnokoreańskiego radia słyszalnego w Polsce…

Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna nadaje codzienne audycje na falach krótkich.   Nadawane są w godzinach popołudniowo-wieczornych (czasu polskiego), niemniej z uwagi na słabą moc nadajników (i zapewne przekaźników w Albanii), dosyć trudno złapać je w Europie.

W Polsce KRLD słyszalna jest po rosyjsku i angielsku. Jakość sygnału zależy od czułości odbiornika, warunków atmosferycznych i miejsca odbioru. Standardowe, stare analogowe odbiorniki krótkofalowe są raczej bezużyteczne – ich czułość jest zdecydowanie za słaba, by odebrać sygnał z Pjongjangu.

Na profesjonalnych odbiornikach Degen i Tecsun, odebrałem sygnał z Korei Północnej kilkadziesiąt razy, zazwyczaj wtedy, gdy propagacja fal słonecznych temu sprzyjała. Jakość sygnału jeat dosyć licha, aczkolwiek audycje bywają zrozumiałe (szczególnie poza miastem, w lecie i w czasie bezchmurnych zimowych nocy). Codziennie każda radiowa audycja dla zagranicy rozpoczyna się hymnem Korei Północnej, po czym następuje zwyczajowy orgazm pochwalny ku chwale Marszałka (Kim Ir Sena), Ukochanego Przywódcy (Kim Dzong Ila) i – obecnie – Kim Dzong Una.

Audycje w językach europejskich są „nieco” wyważone pod względem propagandowym, ale i tak po kilku minutach nikt normalny nie uzna ich za poważne, rzetelne i miarodajne. Śmierdzi fanatyzmem i propagandą. Niemal zawsze pod koniec audycji następują spore interferencje i zakłócenia. Czasem sygnał KRLD (na południu Polski) nie jest słyszalny tygodniami, a nawet przez kilka miesięcy.

Pod tagiem DX (oraz: radio, shortwave) na tym blogu znajdziecie nagrane fragmenty anglo- i rosjskojęzycznych audycji z obu Korei.