Grzebałkowska w dwóch odsłonach

W jednym poście o dwóch książkach Magdaleny Grzebałkowskiej. Jedna nieco mnie rozdrażniła i zaintrygowała (mimo wszystko), a co do drugiej – mogę się tylko rozpływać w pochwałach. Pierwszą książką jest 1945. Wojna i pokój, drugą natomiast: Beksińscy. Portret podwójny.

Jako że obie pozycje dosyć długo czekały na półce, starałem się unikać dluższych i bardziej wnikliwych analiz i opinii na ich temat, by nie psuć sobie lektury. Niemniej jednak – zupełnie przypadkowo – miałem okazję wysłuchać dwóch radiowych wywiadów z Autorką, co jeszcze bardziej wyostrzyło mój apetyt na obie książki. Skończyłem więc czytać którąś tam z kolei historyczną pracę nt. bolszewizmu we wczesnym ZSRS, udało mi się pochłonąć dwa numery Nowej Fantastyki i sporą ilość literatury faktu. Zabrałem się za Grzebałkowską…

*  * *

1945. Wojna i pokój

257188_1945-wojna-i-pokoj_584Ogólna koncepcja, w oparciu o którą powstała ta książka od razu mi się spodobała. Magdalena Grzebałkowska rusza śladem szabrowników, przesiedleńców, wojennych sierot – na Ziemie Odzyskane, by tam dowiedzieć się czegoś o tym, czym dla obecnie żyjących tam ludzi był 1945 rok – li tylko końcem wojny? początkiem nowego, szczęśliwego życia? utrapieniem i tesknotą za utraconym?

Atutem –  z punktu widzenia miłośnika reportażu i literatury faktu – jest to, że czytelnik styka się z konkretnymi, indywidualnymi przeżyciami, że poszczególne losy opisywane przez Autorkę, choć nawleczone na nić historii przez duże „H”, pozostają mikro-świadectwem ludzi, do których udało się Grzebałkowskiej dotrzeć. I już na wstępie można powiedzieć, że wszystkie te historie i wspomnienia są unikalnymi i jak najbardziej godnymi naszej uwagi. Problem pojawia się w samej narracji, w sposobie opowiadania tych historii i w konstrukcji książki. Gdyby nie ów problem, sypałbym tutaj ochami! i achami! nad talentem Autorki.

Na czym polega zgrzyt? Ano na tym, że – przykro to pisać – 1945… jest książką, w której wykorzystano niemal żywcem kalki z dyskursu michnikowszczyzny. Taaa… wiem, że książka wyszła nakładem Biblioteki Gazety Wybiórczej, wiem że Magdalena Grzebałkowska jest reporterką tej gazety… Mógłbym zatem zadać [sobie] retoryczne pytanie: po cholerę się czepiasz? Wszak widać, słychać i czuć, że to maniera tego środowiska dziennikarskiego. Wiadomo wszak z jakiego kałamarza Autorka czerpała inkaust, by książkę swą napisać, bla bla bla…

Nadmieniam o tym nie bez powodu. Wydaje mi się, że to kurewsko smutne, gdy cholernie utalentowani i kumaci dziennikarze / reporterzy płci obojga, tuczeni przez lata quasi-moralizatorksimi sztuczkami Michnika nie potrafią (nie chcą?) wyrwać się spod wpływu tej zbankrutowanej koncepcji dziennikarsko-publicystycznej.
Jako anarchista nie mogę być posądzany o sprzyjanie prawicowej ekstremie, więc podchodzę do konstrukcji książki Grzebałkowskiej bez uprzedzeń, a jednak odczuwam  w trakcie lektury ową subtelną dysproporcję i chęć wygładzania granic pomiędzy ofiarami i katami, pomiędzy czymś intuicyjnie pojmowanym jako dobre i złe (intuicyjne – albowiem nie wierzę w istnienie obiektywnych kategorii prawdy, dobra, piękna, ogólnie wszelkich kategorii [meta]językowo będących abstrakcyjnymi, bez desygnatów).

Każda z historii, do której dokopała się Autorka zasługuje na uwagę i pewnie o każdej można by napisać osobną książkę. Los człowieka zgwałconego przez wojnę (w jakże wielu przypadkach również dosłownie, a nie w przenośni!), tułającego się bez dobytku i nadziei na nowy dom, nowe życie, na gorący posiłek dziś i jutro, na spokój w przyszłości. Los wczorajszych panów, a dziś ofiar rozpaczliwej, wściekłej, bezsilnej zemsty ze strony poniżonych i napadniętych… Jakże często milczenie wobec kłopotliwych wątków, postrzępionych wydarzeń, wobec traumy wojny i – gdzieś podskórnie – ciągłej niepewności, czy ten koszmar kiedykolwiek się powtórzy…

To wszystko znajdziemy w książce 1945. Wojna i pokój. To, i wiele innych emocji, obrazów, zanikających wraz z biegiem czasu. Nie wątpię, że napisanie tej książki kosztowało Grzebałkowską wiele pracy i doceniam ów wysiłek. Naprawdę. Nie mogę jedynie przejść obojętnie obok wspomnianej dysproporcji w przedstawianiu powojennych losów. To dziwne uczucie podczas lektury: niby wszystko jest OK, aczkolwiek gdzieś pojawiają się te swędzące myśli, związane z makiawelicznym prestidigitatorstwem moralnym a’la Michnik, a to już kompletnie mi się nie podoba. Zwłaszcza gdy idzie o tak monstrualnie ważną kwestię jak II Wojna Światowa i jej następstwa.

Beksińscy. Portret podwójny

beksinscy-portret-podwojny-magdalena-grzebalkowskaMoje pierwsze spotkanie z Beksińskim, to podstawówka i jakieś podłej jakości reprodukcje w quasi-albume, w bibliotecznej czytelni. Wtedy był to swoisty szok, lecz podszyty nie obrzydzeniem, a raczej zaciekawieniem.
Nietrudno sobie wyobrazić, że gdy za gówniarza odkryłem szwedzki death metal, a potem crust punk, grindcore i kapele spod znaku AMEBIX (czyli ogólnie mówiąc to, co do dziś towarzyszy mi w warstwie muzycznej każdego dnia), sztuka Zdzisława Beksińskiego pasowała jak ulał do klimatu tej muzy, tych tekstów… Nigdy wcześniej nie zagłębiałem się w historię jego twórczości, a o Tomku Beksińskim słyszałem kilka razy (mimo, że słuchałem już Trójki, choć jego audycji – nigdy), jednak nie była to wiedza potrzebna mi w życiu…

Magdalena Grzebałkowska napisała wybitną, ciekawą i niezwykle sugestywną biografię ojca i syna. Z racji braku czasu, czytałem tą książkę na raty i za każdym razem wściekałem się, gdy musiałem przerywać lekturę. Tytułowy podwójny portret został mistrzowsko pokazany nam – czytelnikom. Odniosłem wrażenie, że Autorka zabiera nas do Sanoka i Warszawy i po cichu otwiera przed nami kolejne drzwi, abyśmy sami mogli zobaczyć jak żyją Beksińscy… Nie jest to bowiem sensacyjna wiwisekcja, a raczej stonowana opowieść o rodzinie dysfunkcyjnej (a jaka rodzina nie jest dysfunkcyjna? Nie ma takiej!). Ta książka napisana jest taktowanie, ale i odważnie; Autorka nie bawi się z nami w chowanego, nie „cenzuruje” niewygodnych reakcji, dziwnych przyzwyczajeń ojca, histerycznych wybuchów syna czy stoickiego, toksycznego tak naprawdę, spokoju Zofii – matki i żony, kobiety niezastąpionej w tej rodzinie.
W czasie zagłębiania się w pokręcone losy sanockiej rodziny, która w efekcie wylądowała na warszawskim blokowisku, przychodzi taki moment, kiedy – nawet mimowolnie – nachodzi nas ochota by… ocenić i Zdzisława i Tomasza. Ocenić, porównać, przeprowadzić analizę, wydać wyrok… Powodów dla takie operacji mamy naprawdę sporo. Beksiński junior od dziecka niemal owładnięty myślami samobójczymi, jedynak wychowywany w zupełnej swobodzie, pośród gęstej atmosfery obrazów ojca, który z kolei sam boryka się z własnymi dylematami, fobiami, psychozami.

Grzebałkowska mistrzowsko ukazała nam poszczególne cechy charakterów tych dwóch mężczyzn, którzy – każdy na swój sposób – do końca bronili się przed „normalnością codzienności”, którzy żyli niejako obok, nie pasując do społecznej układanki w [post]komunistycznym bagnie (nota bene sam Tomasz Beksiński często powtarzał, że wolałby urodzić się sto lat wcześniej).
Ogromne wrażenie zrobiła na mnie psychologiczna konstrukcja Zdzisława Beksińskiego, jego sposób pojmowania własnej sztuki, samego siebie w kontekście rodzinnym i egzystencjalnym. Nie mniej ciekawie Autorka naszkicowała postać Tomka, który charakterologicznie tak różny od ojca, jest jednak integralną częścią tej rodzinnej układanki.

Magdalena Grzebałkowska, opierając się na bardzo bogatych materiałach źródłowych (Beksiński senior, jako entuzjasta nowoczesnej techniki audio/video nagrywał codzienne życie swojej rodziny na kamarze VHS, prowadził też audio-dziennik) w sposób naprawdę perfekcyjny ujęła delikatne i wyjątkowe więzi rodzinne Beksińskich, podobnie jak świetnie oddała atmosferę sensacji wokół postaci Beksińskich i ich działalności (ojciec – artysta, grafik, malarz, rysownik; syn – tłumacz filmowy, prezenter radiowej Trójki).

Śmierć, integralny element w tej opowieści, została potraktowana poważnie, acz bez zadęcia i atmosfery katolskiego oburzenia społecznej tłuszczy, dla której wszystko było jasne: młody Beksiński wielokrotne próbował się zabić (w efekcie z pozytywnym skutkiem), albowiem stary Beksiński malował makabryczne, straszne obrazy pełne trupów, rozkładu i rozpaczy.
Tymczasem Magdalena Grzebałkowska zrobiła naprawdę wszystko, by rzetelnie, poważnie i odpowiedzialnie ukazać nam losy tej niezwykłej rodziny.

To jedna z najważniejszych książek ostatnich lat w Polsce. Absolutnie lektura obowiązkowa!

Jak widzicie i jak oceniacie konflikt na wschodzie Ukrainy? | część I

Jakiś czas temu zadałem moim znajomym i przyjaciołom z Rosji i Ukrainy tytułowe pytanie (w oryginale brzmi ono: Как вы видите и как вы оцениваете конфликт на востоке Украины?). O moich motywach związanych z tym projektem napisałem szerzej tutaj, zatem nie będę się rozpisywał na ten temat.
Poniżej znajdziecie pierwszą część odpowiedzi. Kolejna czeka na przetłumaczenie. Ponadto nie dotarły do mnie odpowiedzi od wszystkich, tak więc będą kolejne części, zamieszczane w osobnych postach.
Nie segregowałem poszczególnych odpowiedzi pod kątem pochodzenia ich Autorów, czy pod kątem poglądów.

* * *

Jak widzicie i jak oceniacie konflikt na wschodzie Ukrainy?


Rosja nie powinna ingerować w sprawy Ukrainy, jeszcze w okresie wydarzeń na Majdanie. Uważam, że rząd rosyjski podejmuje podłe i nielegalne działania. Przy czym ja nie popieram żadnej ze stron. Jako obywatelce Federacji Rosyjskiej, jest mi wstyd za swój kraj – przed Ukrainą i innymi państwami.

Anastazja, 19 lat, studentka – Moskwa

***

Wojna w Donbasie… Trudno jednoznacznie ocenić, kto tutaj ma rację, a kto jest winien. Trudno również mówić o tym wszystkim bez propagandy, gdy obie strony wbijają ją w ludzkie głowy. Wypowiem się jako człowiek, który na początku popierał autonomię, a więc oddzielenie od Ukrainy (nota bene, do tej pory popieram tą ideę) – jestem rozczarowany. Czy rozczarowało mnie to, że jest mi źle bez Ukrainy? Nie, w żadnym wypdaku.Jestem rozczarowany tym, co robi Ukraina, aby nas odzyskać.Nie pozostało nawet jedno miasto nie zniszczone pociskami, a kontrolowane przez separatystów. Czy można było tego uniknąć? Oczywiście, tak.
Ukraina, aby nie stracić nas tak, jak utraciła Krym, mogła rozwiązać problem dyplomatycznie, a nie na drodze siłowej, gdy wszystko zaczęło się w Słowiańsku. Ale tego nie zrobiła. Nie zrobiła tego również wtedy gdy odpierała zastępy pospolitego ruszenia udające się do Doniecka. Czy liczyli na szybkie oczyszczenie Donbasu z milicji ludowych, jak zrobili to w północnej części donieckiej i ługańskiej prowincji? Być może. Ale czy po wszystkim, co się stało można wykorzenić separatystyczne tendencje w tym regionie? Nie. Nawet jeśli Ukraina wygra, odzyska nasze ziemie, separatyzm będzie wciąż żywy, albowiem wielu mieszkańców regionu odniosło takie, czy inne obrażenia – ktoś stracił dom, ktoś inny bliskich, a jeszcze inni żyją po prostu na skraju nędzy i śmierci głodowej, licząc grosz do grosza, ponieważ Ukraina przestała wypłacać pensje i emerytury, mimo że jest to obowiązek tego państwa – przecież ci wszyscy ludzie pracowali NA Ukrainie.
Czy Rosja jest winna w tym konflikcie? Tak, bez wątpienia, choć sama wojna jest jej nie na rękę. Jak myślicie, opłaca się Rosji dostarczać olbrzymie ilości prowiantu, pomocy, gazu – za darmo? Nie sądzę. Domyślam się, dla kogo ta wojna jest korzystna, kto czerpie z niej profity, ale ludzie sami powinni do tego dojść.
Podsumowując – ta wojna zabiła olbrzymią ilość ukraińskich patriotów. Zabiła ich nie tylko fizycznie, ale i moralnie – tak wielu ludzi stąd kochało Ukrainę! Ale to, co robi teraz to państwo, co mówią jego przedstawiciele i w jaki sposób chcą nas odzyskać – wszystko to zabija nawet najbardziej żarliwy patriotyzm.

Aleksandr, 22 lata, student – Donbas

***

Cóż, można powiedzieć, że ani Rosja, ani USA nie zaprzestają wojennych działań już od wielu lat. Z tej perspektywy interesy, których trzeba bronić poprzez działania wojenne, pojawiają się to tu, to tam. Dla mnie wygląda to na podtrzymywanie armii w permanentym stanie gotowości. Żołnierze, którzy ciągle siedzą w swoich koszarach, wiele nie zdziałają. Rosja wraz z Ameryką „ocierają się” o siebie prawie wszędzie (przynajmniej tam gdzie znajdują się / stacjonują rosyjskie wojska), ale do otwartych starć nigdy nie dochodzi.Najpewniej jest to stroszenie piórek i demonstrowanie siły, a nie otwarta wrogość. Wszystko w celu podtrzymania patriotycznej histerii w obu krajach. To moja teoria.
Czeczenia zechce wyjść ze składu Rosyjskiej Federacji – rozpoczniemy wojenne działania. Północna Osetia zapragnie przyłączenia do Rosji (nikt przecież nie puszcza separartystów, ot tak)? Zaczniemy działania wojenne. Na Ukrainie mieszkańcy kilku miast uważają się za Rosjan? Rozwiążemy problem na drodze wojny i będziemy pomagać, wysyłając żołnierzy i broń.
W sumie nie uważam, by sytuacja na Ukrainie była czymś wyjątkowym. W mojej opinii jest to po prostu naturalna konsekwencja polityki zagranicznej Rosji. Skończy się wojna na Ukrainie – być może zaczną gnębić Rosjan na Białorusi. Albo w krajach nadbałtyckich. W rzeczy samej, tam od dawna Rosjanie czują się niesprawiedliwie traktowani, a ani działań wojskowych, ani referendów – do tej pory – tam nie było. I nikogo to nie obchodzi i nie będzie obchodzić – dopóki nie przyjdzie ich kolej.

Aleksiej, 25 lat, finansista – Irkuck

***

Urodziłam się na terytorium Rosji, do niedawna jednak mieszkałam na Ukrainie. Kocham oba te kraje. Chciałoby się wierzyć, że na Ukrainie wszystko pójdzie ku lepszemu. Ale raczej nie z obecnymi władzami…
Wielu zapomniało od czego zaczął się obecny koszmar na Ukrainie. Wszystko zaczęło się od Majdanu. Ludzie walczyli za swoje przekonania, pragnąc lepszego życia. Ale naiwnych bardzo łatwo wykorzystać do zaspokojenia egoistycznych interesów. Tą naiwność właśnie wykorzystał obecny rząd Ukrainy. W czasie zamieszek i przewrotu, napchali sobie kieszenie pieniędzmi i aby niejako „ukryć łupy” i odwrócić uwagę, zaczęli wojnę na wschodzie. Przy tym wszystkim próbują jeszcze nastawiać ludzi przeciwko sobie, antagonizować społeczeństwo. I, niestety, udaje im się to. O środkach masowego przekazu nawet nie chcę wspominać – jedno wielkie łgarstwo, aż mdli!
Moja znajoma żyła w Ługańsku i gdy wraz z rodziną wyjeżdżali z miasta, bardziej obawiali się ukraińskiej gwardii narodowej, niż milicji ludowych. Oto „zbawcza armia Ukrainy”.
Należy podtrzymywać i wspierać przyjazne relacje z sąsiednimi krajami. Zamiast zabierać ludziom ostatnie pieniądze (które i tak zdobywają z wielkim trudem i są to po prostu grosze) oraz przeznaczać je dla armii, lepiej przeznaczyć te środki na gospodarczą odbudowę kraju. Ponadto chcę powiedzieć, że nie wszyscy chłopcy z gwardii narodowej służą w niej dobrowolnie. Wielu nie ma wyboru.
Powiem wam, że na Ukrainie życie nie było może słodkie, ale teraz jest to już dramatyczna walka o przetrwanie. Ludzie są zdesperowani. Jeszcze trochę i znowu wybuchnie rewolucja, „za chleb, masło i życie”!
Martwi również postawa wielu Ukraińców w stosunku do Rosjan. Oceniać człowieka na podstawie tego, w jakim kraju on wyrósł jest tak samo głupio, jak oceniać smak cukierka po jego opakowaniu. W każdym kraju jest mnóstwo dobrych i pomocnych, jak również wściekłych i okrutnych ludzi. Można być przeciwko polityce danego rządu, ale być przeciwko jakiejś nacji jest po prostu szczytem głupoty. Jak powiedział Schopenhauer: „Najmniej wartościowym rodzajem dumy, jest duma narodowa”. Nie oceniajcie ludzi po ich narodowości, a zwróćcie uwagę na człowieczeństwo! I niech każdy zacznie od siebie!
Wszystkim ciepła i pokoju!

Anna, 24 lata, marzycielka-realistka – Ufa

***

Co powiedzieć o tym, co się u nas dzieje? Co można powiedzieć o tym, o czym mówią wszyscy, ale nikt tak naprawdę nie rozumie o co chodzi? Ludzie pogodzili się ze swoim losem. A przecież my w gruncie rzeczy jesteśmy takimi samymi ludźmi jak w innych częściach Ukrainy: i u nas żyją ci, którzy kochają język, tradycję i kulturę swojego kraju (nawet teraz), są i tacy, którzy bardziej identifikują się z zagranicznymi tradycjami – czy to z Europą, czy z Rosją. Jest jednak coś, co nas różni: u nas poczucie bycia częścią Małej Ojczyzny jest o wiele bardziej rozwinięte, niż poczucie bycia częścią całej Ukrainy u wielu innych. Wydaje mi się, że dlatego to wszystko się zaczęło.Nikt nie byłby w stanie walczyć o nasze miasta tak, jak my. Żaden region nie byłby skłonny do tego powstania bardziej, niż Donbas. Dotychczas milczeliśmy. A teraz nadszedł nas czas – czas by przemówić.

Natalia, 20 lat, studentka – Donieck

***

Co ja sądzę na temat sytuacji na wschodzie Ukrainy? Istnieje kilka grup lokalnej „elity” wywodzącej się z mafijnego światka oligarchów i zwyczajnych bandytów, niedobitków z Czeczenii i z Naddniestrza, lubiących zabijać, terroryzujących miejscową ludność i próbujących bawić się w politykę, przy mniej lub bardziej jawnej pomocy Moskwy. Jest też władza centralna w Kijowie, która walczy z separatystami metodami wojennymi, takimi jakich swojego czasu używała Rosja w Czeczenii. Są rosyjskie media, które pokazują to wszystko jako ludobójstwo na ukraińskiej ludności, przy okazji nazywając wszystkich banderowcami i faszystami. Są i ukraińskie środki masowego przekazu podtrzymujące stan permanentnej histerii. Jest Unia Europejska ze swoimi sankcjami nałożonymi na Rosję, za Krym i południowo-wschodnią część Ukrainy – z sankcjami, które są dotkliwe dla prostych ludzi. Jest wreszcie miejscowa ludność, troszcząca się o siebie, nie słuchająca żadnej ze stron, uciekająca od wojny, opuszczająca rodzinne domy, zrujnowane przez bomby.
Mam krewnych pod Mariupolem, czyli tam, gdzie wciąż toczą się walki, gdzie trwa wojna – jak więc mam się odnieść do tej wojny? Wojna, to potworne monstrum, narzędzie  służące bogaceniu się kapitalistów, machina niosąca prostym ludziom ból, cierpienie, głód i śmierć. Najbardziej na świecie nienawidzę wszelkiej władzy, która podtrzymuje ogień tego konfliktu. Mam nadzieję, że wkrótce nadejdzie taki dzień, kiedy ludzie łącząc się  w potężnym zrywie, rozwalą władzę w Rosji, na Ukrainie i w innych krajach i zrobią wszystko, by na świecie nie było już wojen…

Nikos, 32 lata, pracownik biurowy – Moskwa

***

Jakie jest moje zdanie w sprawie konfliktu na Ukrainie? To proste. Podobnie jak większość moich przyjaciół i znajomych uważam, że gdyby nie pan Obama, wszystkiego można było by uniknąć; bez wątpienia w ogóle by się to nie zaczęło. Jesteśmy przecież bratnimi narodami i z jakiegoś trudnego do zrozumienia powodu, walczymy ze sobą! Ciężko mi ułożyć to sobie w głowie. Oczywiście sam naród ukraiński nie jest winien, winne są władze i rząd, który najwyraźniej całkowicie zatracił samodzielność w pogoni za UE. Wstyd i hańba dla Poroszenki, który robi po prostu potworne rzeczy.
Sama osobiście rozmawiałam z uciekinierami, a moi sąsiedzi przygarnęli jedną rodzinę z Ługańska. Ci ludzie są naprawdę przerażeni i po prostu nie wiedzą jak dalej żyć. Przecież tam, w ich Ojczyźnie mieli wszystko, a teraz muszą zaczynać wszystko od zera.
To, co dzieje się na Ukrainie jest po prostu niedopuszczalne w XXI wieku.

Oksana, 21 lat, studentka – Stawropol

***

Uważam, że nie istnieje coś takiego jak konflikt w małej, czy dużej skali. Jeśli ucierpiał przynajmniej jeden człowiek, to już jest tragedia. Dlatego też gdyby nie egoistyczne cele tych, których można nazwać „rządem”, każdy żyłby długo i szczęśliwie. To, co dzieje się na wschodzie Ukrainy, to totalna degradacja społeczeństwa. Nie jesteśmy w stanie porozumieć się co do pokoju. Pokoju! Jak więc mamy dalej funkcjonować, współistnieć? Z tego też powodu skala konfliktu jest ogromna. Sutyacja jest tym bardziej przykra, że ludzie w swoich opiniach są bardzo radykalni. Ze skrajności w skrajność – tak powiem. Mało kto chce spojrzeć na to wszystko z dwóch stron. Większość widzi albo orła, albo reszkę.

Tatjana, 18 lat, studentka – Charków

Nikołaj Nikulin – „Sołdat”

image

Uff… za dużo. Przesyt. Zbyt wiele rosyjskości, sowieckości, cyrylicy. Zazwyczaj pożeram Rosję dużymi kęsami, nigdy nie mam dosyć – przynajmniej na tyle, by powiedzieć… dość.
Tym razem jednak chodzi o monokulturę uprawianą na moim ciasnym, pęczniejącym poletku książek, które czytam… Może to nieustępliwe upały, ostatnimi czasy ścinające powietrze w ohydną galaretę, a może jednak nadmiar rosyjskiej historii, mieszającej się z współczesnością.
Niejako „na pożegnanie” (krótkie, rzecz jasna, z obietnicą rychłego powrotu), przeczytałem książkę Nikołaja Nikulina, pt. Sołdat.

Spodziewałem się mniejszej autocenzury po kimś, kto w szczery i uczciwy sposób zapragnął walczyć z potęgą sfałszowanej historii, przykrytej byle jak nieświeżym lukrem postsowieckiej propagandy.
Mimo tego, Nikulin napisał wspaniałą relację ze szlaku wojennego: Leningrad-Berlin. Jako jednemu z niewielu, udało mu się przejść tą bojową ścieżkę w mundurze czerwonoarmisty. Przejść i przeżyć.

Czytając te wspomnienia, nadzwyczaj otwarte i krytyczne wobec wojskowych wysyłających na front ludzkie mięso bez jakiejkolwiek strategii, jedynie z krzykiem: Вперёд! na ustach, pomyślałem że książka ta powinna okrążyć olbrzymie połacie ziemi rosyjskiej, utopionej we krwi bezsensownych ofiar, utuczonej na kłamliwej wizji wojny ojczyźnianej. Jej stronice powinny przynieść powiew faktów, póki nie jest za późno, póki żyje jeszcze garstka weteranów…
Sołdat (rosyjski tytuł, to Воспоминания о войне) wyszedł w Rosji w jakimś śmiesznym nakładzie, co świadczy o skuteczności, z jaką kremlowscy włodarze od Stalina, do Putina, zgwałcili zbiorową pamięć pokoleń od II Wojny Światowej do dnia dzisiejszego.

Nikulin dość bezceremonialnie opisuje swoje frontowe przeżycia, chce je z siebie wyrzucić, a czasem wręcz wyrzygać. Nie znajdziemy w tej książce zwyczajowej laurki wojny ojczyźnianej.

Sołdat chyba bardziej zszokowałby Rosjan, aniżeli nas, czytelników z Polski. Warto jednak sięgnąć po tą publikację, albowiem jeszcze długo będzie ona czystą kroplą w oceanie propagandy i zwykłych kłamstw dotyczących dramatu poszczególnych żołnierzy sowieckich, ale i dotyczących rzekomej nieskazitelności Armii Czerwonej w walce z nazistowskimi Niemcami.

Dla Rosjan książka o pierwszorzędnej wadze, dla nas dokument potwierdzający okrucieństwo wojny i sowieckich agresorów.

* * *

Zgrzyt ze strony wydawnictwa (Ośrodek KARTA) – trafiłem na egzemplarz książki, która jest fatalnie wydrukowana! Spora część tomu wygląda tak, jakby zadrukowane, jeszcze nie suche stronice, zostały na chama sklejone, przez co spora część książki roi się od fragmentów tekstu, który posiada swój cień. Porażka! Czytałem książkę w nocy i odpadał mi wzrok.
Sorry, ale 40 PLN, to dla mnie dużo i chciałbym za to otrzymać tom na przyzwoitym poziomie edytorskim…